Temat

56
komentarzy

Diagnoza stanu Szkolnictwa Wyższego - zachęcamy do dyskusji!

 Na dzisiejszej konferencji prasowej zaprezentowaliśmy diagnozę stanu Szkolnictwa Wyższego w Polsce.

1. Skrócona wersja Diagnozy (w formie prezentacji) dostępna jest tutaj

2. Pełne opracowanie Diagnozy (w formie dokumentu) dostępne jest tutaj.

Zachęcamy do dyskusji!

Komentarze

Kliknij jeśli spodobał Ci się komentarz.

Kliknij jeśli uważasz, że jest miernej jakości.

5

oceń komentarz
masz 1 głos

Jak dla mnie, w diagnozie przedstawiono rzetelnie szereg waznych zestawien. Przywolam tutaj dwa zestawienia z wersji pelnej. (1) Wykres 5.42 dotyczy tzw. "chowu wsobnego" i przedstawia udzial wlasnych doktorow wsrod pracownikow dla uczelni notowanych w rankingu szanghajskim: Polska - 90 procent, Francja - 53%, Szwajcaria- 24 %, Wielka Brytania- 9%. (2) Tabela 12.27 dotyczy stopnia odzysku przez Polakow pieniedzy, z wniesionego wkladu, w ramach 6 i 7 programu ramowego. W ostatnich kilku latach ten stopien odzysku jest regularnie na poziomie nieco ponizej 50%. Oba te zestawienia sa bardzo alarmujace, jednoczesnie chyba mozna zaryzykowac teze, ze tabela (12.27) opisuje efekt , niestety juz konkretnych strat finansowych, spowodowany w duzej czesci przez niewlasciwy dobor pracownikow wykazany na wykresie (5.42). Cieple posady "za ogolne zaslugi", czyli brak konkurencyjnosci, prowadza predzej czy pozniej do zwyklej stagnacji.

Zbigniew Mitura, Forum Integracyjne Academicus Poloniae, 7.01.2010 18:12 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

Pozytyw - uporządkowanie wielu danych. Negatyw - chyba mało własnych. Do statystyki potrzebna jest interpretacja na szerszym tle co nie jest łatwe. Istotna dla wypracowania strategii jest prawidłowa diagnoza stanu a np. geneza luki pokoleniowej nie jest poparta danymi i chyba błędna. Zupełnie pominięto istotną przyczynę ( niewygodna ?) luki, którą była czystka akademicka młodej kadry, najbardziej aktywnej, w latach 80-tych pod batutą SB i PZPR o czym się zapomina lub świadomie pomija. Beneficjenci tej czystki ( i organizatorzy) bynajmniej nie mieli ( i nadal nie mają) ochoty jej wypełniać co prowadzi do ogromnej patologii i niskiego poziomu nauki w Polsce. Patologiczne kadry tworzyły korzystne dla siebie patologiczne ustawy reprodukując kadry sobie podobne i podane. System zamknięty nauki w Polsce przetrwał do dziś i bez jego otwarcia nie ma szans na zmiany pozytywne. To jeden przykład koniecznej weryfikacji diagnozy.

Józef Wieczorek, 7.01.2010 18:31 | zgłoś nadużycie

4

oceń komentarz
masz 1 głos

Kwestia wieloetatowości i wielozatrudnienia uważana za patologię, ale wpisaną do prawa. O jej utrzymywanie walczą heroicznie zarówno rektorzy, jak i pracownicy. Zwykle podnoszony jest argument, ze jest konieczna ze względu na niskie płace - podnieście płace - zniknie wieloetatowość ! Stawiam tezę, ze podniesienie płac przy zachowaniu innych parametrów systemowych spowoduje wzrost wieloetatowości a nie jej obniżenie.
Widac to zresztą i z danych statystycznych - im wyższe zarobki w danej grupie tym większa wieloetatowość.
Dla strategii działań jest to b,. wazne ale diagnoza stanu obecnego tego nie uwypukla.
Zresztą wieloetatowość od samego początku była zlem, które środowisko akademickie bardzo polubiło.

Józef Wieczorek, 8.01.2010 09:21 | zgłoś nadużycie

-3

oceń komentarz
masz 1 głos

Diagnoza stanu Szkolnictwa Wyższego winna wyraźniej podkreślać obecne patologie szkolnictwa wyższego, ich przyczyny i uwarunkowania. Nieco jest na ten temat, ake jak na diagnozę stanu obecnego - stan wyjścia do strategii zmian - za mało. Nie wszystko da się ująć statystycznie, nie wszystko jest związane z parametrami ekonomicznymi. Są bariery bardziej efektywne od ekonomicznych, szczególnie w zakresie marnowania/niszczenia z premedytacją ! kapitału intelektualnego, w zakresie rekrutowania i formowania kadr akademickich.
Diagnoza stanu Szkolnictwa Wyższego powinna odpowiadać na pytanie - czy kadry są takie bo nie lepszych, czy dlatego, że system lepszych skutecznie eliminuje

Józef Wieczorek, 8.01.2010 09:33 | zgłoś nadużycie

15

oceń komentarz
masz 1 głos

Honorarium 2 mln za raport?! Przecież wszystko to co wiemy? Jestem zbulwersowany.
Dlaczego ikonka studentki jest jednonoga podczas gdy student tradycyjnie jest dwunogi?
Odkrycie w Polsce najstarszej skamieniałości (see Nature) wpisuje sie w atmosferę dyskusji o skamieniałym systemie szkolnictwa w Polsce.
Dlaczego w placówkach PAN-owskich siedzą leśne dziadki w wieku 70 ?? Przecież w Polsce wiek emerytalny samców to 65 a samic 60 lat. Ktoś zapomniał poinformować ich, że tylko tak dobrze wyglądają (z nieróbstw?).

Jan Długosz, 8.01.2010 20:22 | zgłoś nadużycie

32

oceń komentarz
masz 1 głos

Olbrzymim problemem polskich uczelni jest nie tylko ilosc (wykres 5.20), ale rowniez ich fatalna jakosc. Wg prof. Tazbira: "Mniej więcej na 10 przejrzanych doktoratów od 4 do 7 doktoratów nie spełnia podstawowych wymagań" (zrodlo : Sejm RP, KENiM, 19-01-2005, Biuletyn nr 4104/IV).
Prof Tazbir dramatycznie stwierdzil: "Nie bardzo sobie wyobrażam, w jakiej formie miałoby się dokonywać owo podwyższenie wymagań: czy poprzez apele do sumień recenzentów opiniujących prace doktorskie, do sumień rad wydziałowych, do sumień dziekanów?" Prof. Tazbir w ogole pominal POTENCJALNA NIEKOMPETENCJE MERYTORYCZNA wymienionych gremiow i skupil sie na kwestiach ETYCZNYCH co wyraznie sugeruje, ze w obowiazujacym systemie istnieja bodzce i zachety czy wrecz uwarunkowania do podejmowania NIEMERYTORYCZNYCH decyzji w sprawie przewodow doktorskich.
Jedna z nich, w powszechnej opinii, jest wymog posiadania doktorantow do uzyskania czy to stanowisk uczelnianych czy tez tytulu naukowego profesora.
Z wczesniejszego tekstu diagnozy (Tabela 5,15) wynika, ze niedostepna online czesc bazy OPI zawiera fragmentaryczne informacje o datach urodzenia polskich naukowcow.

W mojej skromnej opinii, wysoce uzyteczna byla by informacja o statystycznym pracowniku samodzielnym polskiej uczelni w kontekscie prowadzonych (lub nie) pod jego nadzorem dysertacji doktorskich. Szczegolnie interesujace bylo by uwzglednienie wieku promotora, posiadania lub nie tytulu naukowego, ilosci doktorantow, ilosci obronionych doktoratow na przestrzeni lat od uzyskania fromalnych uprawnien promotorskich (stopien dr hab.).

Oczywiscie docelowo, uprawnienia promotorskie winny byc uzaleznione od kompetencji merytorycznych nie tyle "formalnych papierkowych", ale przede wszystkich mierzonych konkretnymi OSIAGNIECIAMI naukowymi i praktycznymi promotora w kontekscie globalnym i to w okresie poprzedzajacym promotorstwo. Zanim jednak dojdziemy do standardow swiatowych, moze warto przedstawic dane weryfikujace obiegowe opinie - dane, ktore powinny byc mozliwe do wygenerowania z obecnej bazy OPI (daty uzyskania stopnia dr hab, tytulu naukowego, data obrony parcy przez doktoranta, data urodzenia). Warto tez uwzglednic w zestawieniu wplyw wieloetatowosci na ilosc prowadzonych z sukcesem doktoratow. W kolejnym etapie warto rowniez wybiorczo sparwdzic jakosc doktoratow, prowadzonych przez rekordzistow ilosciowych (np w bazie ISI).

Co z tego, ze mamy dane o ilosci profesorow tytularnych, o ich wieku, skoro nie wiemy jak sie wywiazuja z podstawowego obowiazku samodzielnego nauczyciela akademickiego jakim jest dbanie o rozwoj naukowy mlodej kadry? Jak proponowac rozwiazania na przyszlosc skoro nie mamy tak podstawowej informacji?

malgorzata.academicus, 9.01.2010 13:40 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

Dodatkowa informacja. Bezposredni dostep do wielu raportow (zwlaszcza miedzynarodowych) wykorzystanych w opracowaniu diagnozy mozna znalezc w Centrum Informacji FIAP (Forum Integracyjnego Academicus Poloniae) na stronie:
http://www.fiappl.info/search/label/RAPORTY

Serdecznie zachecam wszystkie osoby zainteresowane stanem polskiego szkolnictwa wyzszego do zapoznania sie zamieszczonych tam informacamii zrodlowymi, a takze z wybranymi miedxynarodowymi danymi statystycznymi:
http://www.fiappl.info/search/label/DANE-STAT

malgorzata.academicus, 10.01.2010 16:20 | zgłoś nadużycie

1

oceń komentarz
masz 1 głos

Czym uwarunkowana jest mala efektywność studiów doktoranckich ? Zapewne masowością ale to nie wszystko tłumaczy. Takze nie tłumaczą tego zjawiska niskie stypendia - zawsze były niskie ale efektywność 30-40 lat temu była większa.
Obniżenie poziomu doktoratow to głównie wina kadry 'wyższej' nie zawsze zdolnej zresztą do formowania na poziomie nawet magistrów.(także w najlepszych uczelniach)
Skoro jest tak wielu kandydatów - mimo to - na te studia to moze to studiowanie jest jednak atrakcyjne, bardziej niż sam tytuł.

Józef Wieczorek, 11.01.2010 09:00 | zgłoś nadużycie

1

oceń komentarz
masz 1 głos

Jak jest skala marnotrawstwa kapitału intelektualnego ? Jak wygląda przeplyw kadr akademickich do szkół 'niższych' ? Słaby poziom edukacji 'niższej' mozna by podnieść przez wprowadzenie do systemu kadry 'wyższej'. Nie tylko niskie płace w szkolnictwie są tu przeszkodą ! np. dr wyeliminowany z uczelni w liceum/gimnazjum mółby co najwyżej na początek zostać stazystą - może np. u swojego słabego magistra, który od razu poszedl do szkoły !
To są absurdy i bariery o istotnym znaczeniu dla strategii zmian.

Józef Wieczorek, 11.01.2010 09:07 | zgłoś nadużycie

2

oceń komentarz
masz 1 głos

Problem efektywności CK i jej odpowiedzialności za stan obecny kadr. Czy zostal dokonany przegląd kadr CK ? Proba ujawniania dorobku naukowego m.in. kadr CK podjęta przez NFA spełzla na niczym - Jawna niejawność dorobku naukowego http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=59
Można bez trudu w składzie CK znaleźć członków, którzy w nauce po prostu sobie nie radzą.
Jaki wniosek dla strategii szkolnictwa wyższego ?

Józef Wieczorek, 11.01.2010 09:19 | zgłoś nadużycie

-2

oceń komentarz
masz 1 głos

W odpowiedzi na komentarz Jan Długosz, 8.01.2010 20:22
Uzywanie okreslen samica, samiec, lesny dziadek w dyskusji o problemach szkolnictwa wyzszego chyba jednak niezbyt przystoi tusze, ze przedstawicielowi srodowiska akademickiego.

Musze rowniez przyznac, ze osobiscie zaskakuja mnie "znikajace" systematycznie pozytywne punkty do bardzo dobrego komentarza Zbigniewa Mitury, 7.01.2010 18:12., aczkolwiek chyba wiele mowiace!!!! W koncu wg sondazu GW (Akademia Wstydu) skala samozadowolenia srodowiska z obecnej sytuacji jest SZOKUJACA.

Polecam lekture www.sciencemag.org, SCIENCE VOL 308 29 APRIL 2005, 697-702, artykul "Team Assembly Mechanisms Determine Collaboration Network Structure and Team Performance".
Streszczenie brzmi:
"Agents in creative enterprises are embedded in networks that inspire, support,
and evaluate their work. Here, we investigate how the mechanisms by which
creative teams self-assemble determine the structure of these collaboration
networks. We propose a model for the self-assembly of creative teams that has
its basis in three parameters: team size, the fraction of newcomers in new
productions, and the tendency of incumbents to repeat previous collaborations.
The model suggests that the emergence of a large connected community of
practitioners can be described as a phase transition. We find that team assembly
mechanisms determine both the structure of the collaboration network and
team performance for teams derived from both artistic and scientific fields."

Komentarz Zbigniewa Mitury o powiazaniu polityki zatrudnienia opartej na "chowie wsobnym" z wynikami zespolow badawczych ma swoje potwierdzenie naukowe w przytoczonym wyzej artykule w Science. Zlosliwe odejmowanie punkcikow nie zmieni naukowo udowodnionych faktow i twardych danych statystycznych :-)

malgorzata.academicus, 13.01.2010 13:33 | zgłoś nadużycie

4

oceń komentarz
masz 1 głos

Czemu nie została w jakiś sposób poruszona kwesta poziomu nauczania, czy też sprawności nauczycieli w przekazywaniu wiedzy, jak kto woli. Z doświadczenia niestety wiem, że zdarza się na uczelniach państwowych dosyć niechlubny proceder zapychania etatów - lekko mówiąc - na siłę, ludźmi, którzy ani się do tego nie nadają, ani nawet nie chcą próbować zmienić tego stanu rzeczy. Potem zajęcia wyglądają jak klepanie formułek z podręcznika w stylu "Słowacki wielkim poetą był" tylko na przykład z matematyki czy fizyki. I nie dość, że pieniądze na pracownika de facto wyrzucone w błoto, to jeszcze można mieć pewność, że nobliści z tych studentów nie powyrastają. Powyższe uwagi są moją osobistą opinią wyrobioną na krakowskich uczelniach publicznych, nie dotyczą oczywiście wszystkich i wszystkiego, ale procent takich przypadków jest na tyle duży, że to wstyd, iż nie został tutaj zauważony!

Jan Matejko, 21.01.2010 21:21 | zgłoś nadużycie

5

oceń komentarz
masz 1 głos

Zaskakująco słabe opracowanie, oparte na prostych danych, o których środowisko wie. Ciekawe ile firma za nie dostała?. Wystarczyło zwrócić się do demografów i socjologów, a opracowanie uwzględniłoby zagadnienia przyczynowo-skutkowe, mechanizmy i konsekwencje wielowymiarowe.Brak analiz dotyczących uwarunkowania prowadzenia badań naukowych w Polsce i relacji międzynarodowych; brak odwołania do programów studiów - często kuriozalnych; brak ukazania przebiegu karier naukowych (czasu osiągania stopni), awansów, z uwzględnieniem płci.
Brak odniesienia do kapitału społeczno kulturowego i ekonomicznego studentów i jego reprodukcji; przyczyn wieloetatowości. Nie podniesiono roli administracji, często blokującej działania naukowe. Vide UJ, gdzie kwestor nie rozumie co znaczy nauka i jaka jest rola administracji w osiąganiu celów nauki. Raport winien być jakościowy, anie ilościowy
Proste obrazy statystyczne nie wniosły wiele w wyjąsnienie słabej pozycji szkolonictwa wyższego.

Krystyna Slany, 21.01.2010 21:41 | zgłoś nadużycie

-4

oceń komentarz
masz 1 głos

Komentarz p.Krystyny Slany reprezentuje typowa postawe roszczeniowa: ktos powinien napisac, ktos powinien opracowac, ktos powinien zrobic porzadek, a co do nas, to nam to sie tylko nalezy. P. Krystyna Slany przyznaje, ze wiedziala, ze zle sie dzieje, ale poczuwanie sie do odpowiedzialnosci za taki stan rzeczy to juz nie jej sprawa. Ale co tam. W sumie, to kazdy lubi wygodne zycie, a dopoki podatnicy placa to trzeba z nich ciagnac ile sie da.

Zbigniew Mitura, 22.01.2010 15:03 | zgłoś nadużycie

1

oceń komentarz
masz 1 głos

Czy można diagnozować szkolnictwo wyższe bez zastosowania fachowych metod mierzenia jakości kształcenia? Okazuje się, że tak, czego przykładem jest dyskutowana tu diagnoza. Dla mnie - dydaktyka - każda diagnoza, która nie zawiera pomiaru edukacyjnej wartości dodanej (różnica pomiędzy wiedzą i umiejętnościami studenta przychodzącego do danej uczelni, a wiedzą i umiejętnościami absolwenta) nie ma merytorycznej wartości. Proponowałbym zaczekać z ocenami jakości polskiego szkolnictwa wyższego do momentu, gdy ktoś wreszcie dokona merytorycznej (opartej na zasadach dydaktyki) jego diagnozy.
Chciałbym się jeszcze odnieść do tzw "chowu wsobnego". Niektórzy dyskutanci twierdzą, że jest to jedna z przyczyn negatywnej oceny polskiego szkolnictwa wyższego. Powołują się przy tym na zachodnie badania i doświadczenia. A ja mam pytanie - czy ktoś udowodnił, że w realiach polskich takie zjawisko jest rzeczywiście szkodliwe i czy w realiach polskich możliwa jest stosunkowo częsta zmiana uczelni, a tym samym i miejsca zamieszkania? Na to drugie pytanie znam odpowiedź - w przypadku osób mających rodzinę przy obecnym i dającym się przewidzieć poziomie płac w szkolnictwie wyższym, nie jest realne zmienianie co kilka lat miasta w którym się pracuje.

Zbigniew Osiński, 23.01.2010 10:14 | zgłoś nadużycie

1

oceń komentarz
masz 1 głos

Czytajac komentarz Jana Dlugosza, a nastepnie Krystyny Slany mozna latwo odgadnac, ze srodowisko akademickie wiedzialo od dawna o fatalnych notowaniach Polski na arenie miedzynarodowej. Ale nikt o tym nie mowil. Panowala wokol tego swoista zmowa milczenia i wszyscy byli zadowoleni. Niestety do czasu, gdyz ktos zatrudnil forme Ernst & Young i ta amtosfera zadowolenia prysla, gdyz tresc Diagnozy Ernst & Young dotarala do mediow.

A teraz obroncom systemu pozostala jeszcze gra w stawianie ptaszkow z lewej strony komentarzy:-))

(Jak robi sie na czerwonym tle "-6 "to komentarz czesciowo znika, wiec tu jest nadzieja. Wiadomo: czego oczy nie widza.... Zycze obroncom systemu milej zabawy, zwlaszcza, ze z jednego komputera mozna bez problemow postawic kilka ptaszkow na "nie".)

Zbigniew Mitura, 23.01.2010 17:01 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

Pani Krystyna Slany napisala:
"Wystarczyło zwrócić się do demografów i socjologów, a opracowanie uwzględniłoby zagadnienia przyczynowo-skutkowe, mechanizmy i konsekwencje wielowymiarowe."

Bede niezmiernie Pani wdzieczna za kontakt i przyslanie mi odpowiedniej bibliografii z zestawem opublikowanych opracowan, o ktorych Pani wspomina. Chetnie poswiece im odpowiedni wpis w Centrum Informacji FIAP, tak by moglo sie z nimi zapoznac cale srodowisko.
malgorzata.academicus@gmail.com

Jeszcze jeden komentarz. Powoluje sie Pani na "proste dane, o ktorych srodowisko wie".
Czy tak jest tez w UJ gdzie:
"Nie podniesiono roli administracji, często blokującej działania naukowe. Vide UJ, gdzie kwestor nie rozumie co znaczy nauka i jaka jest rola administracji w osiąganiu celów nauki."
Gdyby to byla taka powszechna i oczywista prawda, to zapewne wspomniany kwestor juz dawno by w UJ nie pracowal, podobnie niekompetentni pracownicy administracji.
A jezeli dalej pracuja, to moze to wszystko wcale nie jest takie oczywiste, a przynajmniej nalezy do lokalnych ukladow, ktore sa nienaruszalne i maja priorytet nad wszelkimi kwestiami merytorycznymi?

Prosze o chwile refleksji - krytykuje sie duzo latwiej niz sprzata wlasne podworko, gdzie mozna komus nadepnac na odcisk. To nadepniecie moze sie potem odbijac czkawka do emerytury - brak rynku pracy na uczelniach w koncu oblige..

malgorzata.academicus, 23.01.2010 19:03 | zgłoś nadużycie

4

oceń komentarz
masz 1 głos

Pytanie do Pana Zbigniewa Osinskiego:

Jak to jest, ze "wszyscy" twierdza, ze mobilnosc jest niemozliwa a rownoczesnie chetnie podrozuja po calym kraju do pracy na KOLEJNYCH eatatach?

Poza tym dla wlascowego rozwoju naukowego najistotniejsza jest mobilnosc NA WCZESNYM ETAPIE KARIERY, czyli do postdokow wlacznie.
Studenci moga mieszkac w akademikach (pomimo braku wlasnych dochodow). Dlaczego mlodzi naukowcy nie moga mieszkac w domach asystenckich - tez z rodzinami? To chyba wrecz atrakcyjniejsze rozwiazanie dla mlodych malzenstw niz "u rodzicow".

Przyczyna chowu wsobnego NIE JEST WYSOKOSC pensji lecz brak rynku pracy (brak informacji o openingach, brak autentycznych konkursow), a przede wszystkim olbrzymia niechec lokalnego srodowiska do zatrudniania ludzi z zewnatrz (bezpardonowa obrona przed konkurencja i automatycznie kwestionowaniem lokalnie obowiazujacych standardow jako jedynych mozliwych).
Ostatnio prof Zylicz powiedzial w czasie grudniowej debaty telewizyjnej "budujemy na wiedzy", ze nie potrafi zrozumiec sytuacji gdy uczelnia nie moze znalezc 50 tysiecy zlotych na etat dla osoby, ktora wniesie ze soba DWA I POL MILIONA zlotych grantu.

malgorzata.academicus, 23.01.2010 19:24 | zgłoś nadużycie

-1

oceń komentarz
masz 1 głos

Odpowiedź dla Pani Małgorzaty
Nie wiem czy wszyscy twierdzą, że mobilność jest niemożliwa, nie interesuję się cudzymi etatami. Ja tylko wszelkim reformatorom zadaję pytanie - jakie macie dowody na to, że mobilność, czyli zmienianie miejsca pracy przez naukowców, w realiach polskich (własnie polskich , a nie amerykańskich czy innych zachodnich) przyniesie skutek w postaci poprawy stanu polskiej nauki i szkolnictwa wyższego. Uważam, że bez pewności popartej dowodami wszelkie reformowanie niesie zbyt duże ryzyko klęski. Każdemu, kto chce coś zmieniać w rzeczywistości społecznej zawsze stawiam pytanie - czy przetestował to już na szczurach. Na ludziach nie powinno się eksperymentować.

Zbigniew Osiński, 24.01.2010 08:52 | zgłoś nadużycie

4

oceń komentarz
masz 1 głos

Uwaga do Pana Zbigniewa Mitury
Diagnoza firmy Ernst & Young nie odpowiada na pytanie, czy polskie szkolnictwo wyższe kształci dobrze, czy też źle. Przytoczone w tej diagnozie różne dane nic na ten temat nie mówią. Notowania polskich uczelni w rankingach międzynarodowych też nie dostarczają odpowiedzi na to pytanie. Jeżeli ktoś chce stawiać zarzut, że polskie uczelnie uczą źle, to niech to udowodni - jedyne obiektywne kryterium to edukacyjna wartość dodana.

Zbigniew Osiński, 24.01.2010 08:59 | zgłoś nadużycie

8

oceń komentarz
masz 1 głos

Odpowiedz na pytanie Pana Zbigniewa Osinskiego:
"Jeżeli ktoś chce stawiać zarzut, że polskie uczelnie uczą źle, to niech to udowodni - jedyne obiektywne kryterium to edukacyjna wartość dodana."

Jest jeszcze inna obiektywna opinia - opinia pracodawcow o umiejetnosciach absolwentow. Odwolam sie tutaj do "koszuli bliskiej cialu" czyli mojej wlasnej dziedziny gdzie mam jakies "rozeznanie" w ofercie programowej kilku uczelni, a takze znane mi sa oficjalne standardy ksztalcenia.

Prosze zapoznac sie z dokumentem Kadry Inzynierskie_materialy dla DWI (Departamentu Wdrozen i Innowacji MNiSW) przygotowanym jesienia 2007 r. przez General Electrics przy wspoludziale kilku pracownikow polskich uczelni. Mozna go znalezc na moim koncie scribd pod adresem: http://www.scribd.com/doc/23976584/Kadry-Inzynierskie-materialy-Dla-DWI
Przeczyta Pan tam, ze jedna z barier rozwoju, na ktore natrafilo GE w Polsce byl brak inzynierow mechanikow przygotowanych do pracy w przemysle wysokich techgmnologii.

Dlaczego ich brakuje? Przypadkiem znam odpowiedz gdyz dotyczy ona mojej glownej specjalnosci naukowej czyli mechaniki olbliczeniowej. Otoz przez kilka lat wykladalam ABECADLO z mechaniki obliczeniowej jako wizytujacy profesor w ICAM Lille. Dzialo sie to Z POLECENIA wydzialu mechanicznego jednej z czolowych polskich uczelni technicznych, ktorego pracownikiem bylam wczesniej tylko przez rok (kontraktu nie przedluzono z powodow podobno finansowych, gdyz pracownik, ktorego zastepowalam powrocil z rocznego urlopu wychowawczego - uwaga mezczyznom tez przysluguja). Uczelnia ta miala podpisana oficjalna umowe o wspolpracy, wymianie studenckiej i wykladowcow.

Zawsze za granica staram sie unikac wyrazania opinii, ktore moga miec negatywny wplyw na sposob postrzegania konkretnych polskich uczelni i zatrudnionych tam pracownikow. Sa jednak sytuacje, w ktorych to jest po prostu niemozliwe. I taka mi sie raz niestety przydarzyla.

Polowa wrzesnia, poczatek roku akademickiego w ICAM - jest nieoficjalna "verre" na powitanie studentow. Podchodzi do mnie prorektor z dwoma studentami czwartego roku z Polski, ktorzy maja przez rok pracowac nad projektem na tamtejszym wydziale mechanicznym, pod opieka mojej kolegi Francuza, z ktorym wspolnie prowadzilismy przedmiot (Sergio prowadzil zajecia praktyczne w laboratorium).
Prorektor przedstawia nas sobie wzajemnie, tlumaczy studentom cel mojego pobytu w ICAM prywatna uczelnia zaliczana do grandes ecoles) i zadaje studentom pytanie w jaki sposob ich zapoznano z tym przedmiotem. Pada odpowiedz, ze tego sie na ich wydziale NIE UCZY. (nie ma tego w obowiazujacym programie). Prorektor sadzi, ze go zle zrozumieli, precyzuje pytanie i pada taka sama odpowiedz. Wyraznie zaskoczony pyta sie mnie czy to jest mozliwe. W tej sytuacji "pod przymusem" odpowiadam cos w stylu "wg mojej wiedzy studenci mowia prawde". Prorektor wyraznie zaszokowany robi krok do tylu i stwierdza - cytuje doslownie:
C'EST HONTEUX.

Tak wiec "mleko sie rozlalo". Rozmowa z innym prorektorem - odpowiedzialnym m.in. za kontakty z Polska i specjalista od CFD (Computational Fluid Dynamics). Stwierdza: bez CFD mozna policzyc co najwyzej przeplyw przez PROSTA RURKE. Dodaje, ze w ICAM CFD byl w kolejnym semestrze jako kontynuacja po moich wykladach - tutaj wspolpracowano z University of Exeter (w ramach programu co najmniej 25% wykladow po angielsku).

Diagnoza E&Y rzeczywiscie nie przynosi przykladowo odpowiedzi na ilu polskich uczelniach technicznych studenci nabywaja praktyczna wiedze z CFD!!! Sprawdzenie programow studiow - rozpisanych na godziny syllabusow przedmiotow (gdyby byly w ogole dostepne) i tak by nic nie wnioslo. Na polskiej uczelni nikt tak naprawde nie sprawdza czy zapisane tresci programowe sa realizowane w wystarczajacym stopniu, a wystawione zaliczenia z konkretnych przedmiotow sa zgodne z obiektywnymi kryteriami oceny.

Na tym sprawa dwoch studentow na stazu w ICAM sie nie skonczyla. Rok pozniej zapytalam sie Sergio jak sie spisali studenci z Polski. Dowiedzialam sie, ze jeden to byl stracony czas, a drugi "sie wciagnal" tylko, ze Sergio musial poswiecic duzo wlasnego czasu by go douczyc podstaw, ktore on powinien znac. Dodal, ze taka wymiana studencka z jego punktu widzenia nie ma sensu i nie jest korzystna dla ICAM. Odparlam, ze ja juz nie pracuje na tej polskiej uczelni wiec nic nie moge w tej sprawie "nieoficjalnie" zrobic - poradzilam by zglosil to wladzom ICAM i one ewentualnie wystosowaly pismo do Polski. Co bylo dalej - nie wiem...
Dodam, ze wg mojej wiedzy, ponad 90% projektow, nad ktorymi pracuja studenci czwartego roku, to konkretne prace wykonywane na zamowienie podmiotow gospodarczych. W ten sposob studenci licza praktyczne (raczej proste) zagadnienia, a elitarna (rocznik liczy okolo STU studentow) uczelnia zarabia i moze utrzymac roczne czesne na poziomie kilku tysiecy euro (ulamek rzeczywistych kosztow ksztalcenia).

Czy taka informacja (w miejsce wartosci dodanej) Pana satysfakcjonuje?
Bez podawania nazwy ucvzelni - moge tylko zagwarantowac, ze studiuje na niej NAJZDOLNIEJSZA mlodziez i maturzysci z NAJLEPSZYCH liceow

malgorzata.academicus, 24.01.2010 10:36 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

Do p. Zbigniewa Osinskiego.

Nie bede rozwijal dalej tematu mobilnosci, gdyz uwagi p. Malgorzaty sa wystarczajace, aby pokazac istote problemu.

Natomiast krotko omowie, moim zdaniem, wazna przeszkode w reformowaniu szkolnictwa wyzszego w Polsce. Odniose sie tutaj nie tyle do komentarzy w tym watku, ile ogolnie do dyskusji na roznych portalach internetowych poswieconych sprawom akademickim. Otoz przede wszystkim srodowisko nie potrafi rozmawiac o trudnych sprawach, naturalnym jezykiem nacelowanym na rozwiazywanie problemow. Wiadomo bowiem, ze w kazdej sytuacji sa pewne watpliwosci, ktore trzeba rozwazyc, jest tez zawyczaj kilka roznych drog osigania tego samego efektu. Ale do rzeczywistego rozwiazywania problemow potrzebna jest chec dialogu, zrozumienia argumentow drugiej strony itp. Na dzien dzisiejszy dominuje najczesciej chec oczernienia drugiej strony. A powiedzmy sobie uczciwie, ze kazda nowa propozycja zawiera zawsze pewne tresci pozytywne i negatywne, rozpatrujac rzecz z indywidualnego punktu widzenia. Ale zamiast dyskusji merytorcznych dominuje postawa siedzenia z zalozonymi rekami i krytykowania wszystkiego co chocby w niewielkiej czesci nie spelnia oczekiwan.

Pewnym dosc pozytywnym sygnalem jest ostatnio postawa ekipy rektorskiej zgrupowanej wokol prof. Jerzego Woznickiego. Ich odpowiedzia na raport przygotowywany przez firme E&Y bylo napisanie wlasnego raportu. Jakkolwiek nie jestem wielkim zwolennikiem tego ostatniego dokumentu, to jednak trudno nie dostrzec konstruktywnej postawy do zycia osob zaangazowanych w jego przygotowanie. Nie unikali bolesnych ocen stanu obecnego, jak rowniez nie unikali trudnych propozycji (np. wprowadzenia powszechnej odplatnosci za studia). No i chyba najwazniejsze, ze naprawde chcialo im sie chciec.

Zbigniew Mitura, 24.01.2010 19:44 | zgłoś nadużycie

-4

oceń komentarz
masz 1 głos

Szkoda, że wypowiedzi są tutaj tak tendencyjnie moderowane, jak się łatwo domyślić w ramach zlecenia MNiSW dla E&Y i IBnGR.
Przeczytałam cz.1 diagnozę z zażenowaniem - słabe opracowanie na podstawie ostatniego rocznika statystycznego nauki (GUS, dostępne za darmo na stronie internetowej ministerstwa) i nieco przestarzałych danych OECD. Jeśli na tej podstawie ma być tworzona cz.2strategia - to wstyd brać za taki produkt 1,7 mln zł. Tyle tylko, że jaki klient taki produkt - najwyraźniej w MNiSW jest zapotrzebowanie polityczne na taki rodzaj strategii, by przygotować reformę bez potrzeby zmieniania czegokolwiek. Aż się sama dziwie, że się tu wypowiadam.Chyba tylko dlatego, że odnotowałam nadzwyczajną aktywność w całym internecie malgorztay.academicus, ktora gdzie tylko może zachwala raport E&Y. Każdy, kto go przeczytał wie Pani Małgorzato,co jest wart. Pani zabiegi PR są co najwyżej godne odnotowania. Z pewnością może Pani wpisać z tego tytułu wiele godzin do rozliczenia. Proszę się nie krepować. Klient płaci.

S.Nizsza, 24.01.2010 21:15 | zgłoś nadużycie

3

oceń komentarz
masz 1 głos

do autora "S.Nizsza"

Krytyka obecnego systemu, dosc czesta na stronach internetowych, nie wziela sie sama z siebie. Po prostu sporo osob, ktore spedzily czesc swojego zycia na Zachodzie, ma ogromne problemy z powrotem do kraju. Nie ma dla nich etatow, a jak sa, to ich kwalifikacje nie sa uznawane. Najbardziej glosnym przypadkiem byla sprawa Stanislawa Karpinskiego, profesora w Szwecji, swiatowej klasy biologa, ktory w Polsce po powrocie mogl miec jedynie etat asystenta, jako, ze tylko jego magisterium bylo tutaj uznawane. Po dlugich bojach, z pomoca FNP, jego problemy zostaly rozwiazane pomyslnie. Ale w przypadkach mniej glosnych, bywa juz roznie. Nikogo nie powinno wiec dziwic, ze te osoby sa obecne w internecie i nikt im nie musi za to placic. Po prostu system, ktory jest, z zalozenia nie rozwiazuje pewnych problemow. Kiedys nikomu do glowy nie przychodzilo, ze ludzie moga chciec wracac do Polski. Ale teraz niektorzy juz chca (a w sumie jest ich calkiem sporo), tutaj nie wiadomo co z nimi zrobic, i tak sa generowane kolejne, niezalatwione sprawy.

Warto przypomniec,ze jest takie prawo Murphy'ego : "Trudne sprawy pozostawione same sobie, staja sie jeszcze trudniejsze". Moze wiec jednak sprobowac rozwiazac przynajmniej czesc problemow systemowych, dla wspolnego dobra.

Zbigniew Mitura, Forum Integracyjne Academicus Poloniae, 24.01.2010 22:09 | zgłoś nadużycie

7

oceń komentarz
masz 1 głos

Popieram wszelkie dążenia do rzetelnego zdiagnozowania stanu polskiego szkolnictwa wyższego i nauki. Efektem takiej diagnozy powinny być propozycje rozwiązań usprawniających te dziedziny. Jednakże sprzeciwiam się kilku wyraźnym tendencjom:
1. Traktowanie całości szkolnictwa wyższego i nauki jako jednorodnych organizacji bez uwzględniania istotnych różnic pomiędzy typami uczelni i dziedzinami nauki. Nie stworzymy jednakowych kryteriów ewaluacji dla wszystkich. Kryteria oceny dorobku naukowego dla nauk ścisłych zdecydowanie nie sprawdzają się w przypadku nauk humanistycznych. Porównywanie uniwersytetu do politechniki nie ma sensu.
2. Ocenianie na zasadzie - skoro u nas jest inaczej niż na Zachodzie, to znaczy u nas jest gorzej. Czy tak trudno zrozumieć, że Polacy nie są takim samym społeczeństwem jak Amerykanie, czy Brytyjczycy? Przecież wszelkie wdrażane rozwiązania muszą uwzględniać np. mentalność społeczną.
3. Mylenie skutków przyjęcia przez państwo i społeczeństwo określonego modelu uniwersytetu ze skutkami złego funkcjonowania tychże uniwersytetów. W Polsce mamy model humboldtowski, którego misją jest prowadzenie badań i zapewnienie studentom poznania wybranych dyscyplin wiedzy . Czy my mamy zły (jak na potrzeby XXI wieku) model uniwersytetu, czy dobry model ale złe funkcjonowanie? To jest istotna różnica. Być może misją uniwersytetu powinno być przygotowanie studentów do pracy zawodowej?
4. Abstrahowanie w ocenach od danych na temat poziomu finansowania (i to wieloletnich, począwszy od 1944 r.). W ubogim laboratorium nie dokona się odkrycia na miarę nagrody Nobla. Poziom finansowania to działka polityków (teraz mówi się, że także i biznesu) a nie naukowców.

Zbigniew Osinski, 25.01.2010 12:51 | zgłoś nadużycie

4

oceń komentarz
masz 1 głos

Raport jest ciekawym zestawieniem statystycznym, choć niespecjalnie głębokim i wydawanie na to prawie 2 mln zł jest dla mnie dosć szokujące. Coś takiego powinno być bez problemu przygotowane przez ministerialnych urzędników w ramach ich standardowych obowiązków.

Jedna rzecz zwróciła moją uwagę: ogromny stopień sprywatyzowania polskiego szkolnictwa wyzszego w porównaniu z innymi krajami. Myślałem, ze jesteśmy bardziej z tyłu. To niezwykle istotna informacja, bo oznacza ona iż kluczem do sprawy jest zarządzanie sektorem państwowym, a nie mityczne zmiany własnościowe. Intuicyjnie byłem o tym zawsze przekonany, teraz widać to "czarno na białym".

Jan Cieśliński, 25.01.2010 18:12 | zgłoś nadużycie

1

oceń komentarz
masz 1 głos

Do Pana Zbigniewa Osinskiego.

Cieszy mnie Pana poparcie dla wszelkich dazen do rzetelnego zdiagnozowania stanu polskiego szkolnictwa wyzszego i nauki. To w koncu nasza wspolna troska i "gornolotnie" odpowiedzialnosc przed polskim spoleczenstwem.

W wyniku konstruktywnej dyskusji, tzn takiej, w ktorej obie strony przedstwiaja swoja diagnoze, a nie tylko neguja przedstawiona przez adwersarza, moze sie okazac, ze znajdzie sie wiele wspolnych punktow i obserwacji. Zapraszam do przedstawienia nam Pana przemyslen.

Ja na razie jednak pozwole sobie skomentowac pkt. 4 Pana wypowiedzi - znowu na podstawie wlasnej wiedzy. Otoz trudno sie nie zgodzic, ze w wielu dziedzinach "wysokonakladowych" zaplecze laboratoryjne i fundusze na same odczynniki sa kluczowe. Z tym trudno dyskutowac, aczkolwiek juz mozna podjac polemike czy dotychczas odpowiednio alokowano dostepne zasoby i je wlasciwie wykorzystywano. To oczywiscie wymaga "peer review" rezultatow grantow z poprzednich lat.

Jednak nie moge sie zgodzic z teza, ze to kwestie finansowe sa glowna przyczyna obecnej sytuacji - zarowno w nauce jaki i szkolnictwie wyzszym. Podaje to na podstawie mojej dziedziny.

W czasach zelaznej kurtyny polska mechanika teoretyczna i stosowana miala sie SWIETNIE. Rosjanie bardzo szybko tlumaczyli z jezyka angielskiego najwazniejsze pozycje ksiazkowe, ktore mozna bylo kupic ZA BEZCEN w ksiegarni z ksiazkami radzieckimi. Mielismy tez znakomita szkole matematyczna (np analizy funkcjonalnej), czyli teoretycznie wszystkie podstawy by mechanika obliczeniowa (dziedzina wybitnie niskonakladowa) stala sie nasza narodowa specjalnoscia. A nie stala sie (chociaz nie potrzebowala wysokich nakladow) i poza paroma wyjatkami poziom jest raczej dosc dyskusyjny, co w nalozeniu na sposob organizacji i dzialania polskich uczelni (brak konkurencyjnosci i umiejetnosci wlasciwego wykorzystania kapitalu ludzkiego) daje efekt taki jak opisany w pismie GE do DWiI MNiSW.

Pytanie jest wiec dosc proste?
Dlaczego niskonakladowe dziedziny nauki, pomimo wczesniejszego know-how sa obecnie w zapasci?

malgorzata.academicus, 25.01.2010 21:36 | zgłoś nadużycie

2

oceń komentarz
masz 1 głos

@Pan Zbigniew Osinski. Zaadresowal Pan pare kapitalnych problemow oraz wskazal kierunki ich wyjsciowej ewaluacji/pod dyskusje! Brawo!

Z pkt1 zgadzam sie . Odnosnie pkt2 mam pytanie przewodnie dla calosci sprawy: Czy BRAK/usunięcie?!!?/ KRYTERIOW MERYTORYCZNYCH I SELEKCYJNYCH, stosowanych na calym swiecie w markowych uniwersytetach badawczych, ze sposobu organizacji zycia akademickiego w Polsce, ma cos wspolnego z mentalnoscia polskiego spoleczenstwa/srodowiska akademickiego?

Moim zdaniem, nie ma. Niemniej, w rezultacie w/w stanu na wyjsciu tak zestrojonego systemu szkolnictwa mamy sredniactwo, brak motywacji i postepu oraz zadnej konkurencyjnosci! Minimum…wystarczyc tu musi!? I to jest polska rzeczywistosc na dzis! Niestety, ma to wiele wspolnego z istniejaca zla legislacja (Ustawa, statuty, dzialanosc powolanych w oparciu o nie organy/ komisje i osoby, itp) oraz istniejacym, odmiennym niz na Zachodzie, wewnetrzym i zewnetrznym ladem akademickim w Polsce!

Laczy sie z tym bezposrednio wlasciwie zaadresowany problem w pkt 3. Krajowe uniwersytety badawcze, jesli to, co obecnie jest na rynku uslug edukacyjnych mozemy tak umownie sobie nazwac, zle dzialaja !? Dlaczego? Wiele przyczyn sklada sie na taki stan rzeczy. Podam latwa do zweryfikowania sprawe-punkt diagnostyczny do wgladu z kazdego komputera-a bedaca scisle zwiazana z tworzeniem, wykorzystaniem i przeplywem kapitalu intelektualnego w panstwie/na uczelni.

Porownajmy zawartosc (lub istnienie) stron internetowych dla markowych uniwersytetow badawczych na swiecie (1-sza setka w kazdym rankingu/lub czolowa 5-ka z kazdego kraju), dla ich departamentow oraz pracujacych tam naukowcow, z polskimi przykladami, w kategoriach przejrzystosci ich dzialania oraz istnienia, skladu i osiagniec dzialajacych tam grup naukowo-badwczych (bibliometria), w powiazaniu ze struktura oraz poziomem ich finansowania z roznych zrodel. Co daje sie od razu zauwazyc? Odnosnie polskich uniwersytetow takich danych wogole nie ma do wgladu lub sa bardzo fragmentaryczne?

A wiec na Zachodzie jest inaczej? Oni sie chwala, jak leci, a My nie? Nie ma czym-czy tez ta przesadna skromnosc tu nie pozwala, czy tez sa to rzeczy nieistotne w Polsce aby przetrwac? Czy taki stan dostepu do w/w informacji/opisu dzialanosci i jej rezultatow wskazuje na to, ze w Polsce jest gorzej, tak samo lub tez znacznie lepiej- odnosnie kondycji wiodacych szkol wyzszych/calego sytemu szkolnictwa wyzszego? Moim zdaniem w kraju jest gorzej. Ich liderzy sie czyms wyrozniaja, ich studenci to widza oraz moga sprawdzic od reki! Co wiecej, podejrzewam, ze z takimi tez zgadnieniami braku relatywnych danych, na calej linii, zetkneli sie tez Autorzy omawianych tu opracowan.

Podsumowujac dzielo… to mamy do wgladu czastkowa charakterystyke w oparciu o wybrane parametry. Zaadresowano newralgiczne punkty. Dziwne, nawet w spisie tresci, nie ma zbiorczej diagnozy stanu dla calego szkolnictwa do wgladu?

Wedlug mnie, w pelnej i wlasciwej ocenie tego przedsiewziecia przeszkadzaja 3 rzeczy.

Pierwsza, nie ma, niestety, uniwersalnego modelu europejskiego/swiatowego/ uniwersytetu badawczego do wgladu!? Stad tez porownujemy rozne szkoly, w roznych systemach...w roznych dziedzinach nauki/profilu ksztalcenia-pod wzgledem wybiorczych kategorii statystycznych/produktow na wyjsciu. Niemniej, kraj/szkola daje sie ulokowac w danej tabeli/wykresie, w porownaniu do innych. Kluczowe pytanie to: czy zmieniajac dany parametr w innym modelu mozna osiagnac ten sam (jakosciowy) rezultat na wyjsciu? Nie wiem. Material ten nie daje jeszcze zadnych dowodow na poparcie tej tezy.

Druga, cale zadanie nie zostalo zakonczone jeszcze (brak opracowanej strategii do wgladu)-stad tez nie wiemy jakie strategiczne cele zostaly zaproponowane do osigniecia, po co (co tez od reki tlumaczylo by zasadnosc wyboru danych diagnostycznych) oraz czy sa one realne?

Trzecia, brak mozliwosci odniesienia sie do stanu i rezultatow realizacji jakiejkolwiek strategii rozwoju szkolnictwa wyzszego w Polsce w przeszlosci/po 1989r!?

Znaczy to tez to, ze opracowany juz material przez konsorcjum KRASP/FRP ( tzw srodowiskowa strategia) -moim zdaniem, minal sie z celem. Material ten nie spelnil tego zadania wogole! Nie wiemy po jego przeczytaniu, jak szkolnictwo wyzsze w Polsce ma wygladac za 10 lat w kluczowych sprawach , dlaczego tak, a nie inaczej? Razi…totalny brak wizji i koncepcji rozwoju. Ale za to jest podana lista zyczen: co mozna dodac do obecnie istniejacego systemu? Autorzy sugeruja Nam, ze jego obecny ksztalt ma byc wieczny? Zadnej alternatywy dla istniejacych paradygmatow?

Jaki jest powod powstania takiego wlasnie opracowania i jego watpliwej wiarygodnosci? Jeden prosty, to ten sam, wypisany duzymi literami, na wstepie tego wpisu! A oto jego rozwiniecie…

Nie mozna stworzyc wiarygodnej strategii rozwoju szkolnictwa wyzszego w panstwie bez mozliwosci uzycia i zweryfikowania istnienia przejrzystego systemu merytorycznej/jakosciowej/oceny dzialnosci uniwersytetu badawczego!

Nalezy to sobie szybko uzmyslowic, a przede wszystkim miec juz w uzyciu! A wiec, po pierwsze, czy w Polsce istnieja markowe uniwersytety badawcze? Odpowiedz negatywna na to pytanie podal juz Nam prof. Jerzy Woznicki w wywiadzie opublikowanym w styczniowym numerze Forum Akademickiego! Zakrawa to na szczegolny… paradoks?

Zdzislaw Szulc, 25.01.2010 22:08 | zgłoś nadużycie

10

oceń komentarz
masz 1 głos

Raport rzeczywiście przedstawia parametry w skali makro, co kłóci się z naszym codziennym doświadczeniem w skali mikro. Ale czyż reformy Balcerowicza nie odniosły sukcesu dlatego, że koncentrując się na zmianie parametrów makro, doprowadziły do rewolucji również (a może przede wszystkim) w skali mikroekonomii? Jak można reformować uczelnie "od dołu" bez zmiany zewnętrznych zasad ich finansowania i rozliczania?

Moim zdaniem główny problem polskiej nauki i szkolnictwa wyższego jest jego oderwanie od rzeczywistości. Nauka i szkolnictwo przejęły najgorsze wzory administracji Gogolowskiej i realizują cele wyznaczone przez siebie, samodzielnie z ich wykonania się rozliczając w oparciu o przez siebie napisane programy nauczania i ustawy, z obiema rękoma wyciągniętymi po państwowe pieniądze i figą w zamian ("wolność akademicka"). Stąd chów wsobny i zamknięcie na ludzi "z zewnątrz", w tym z zagranicy. Stąd przestarzałe lub nastawione na zastosowania akademickie programy nauczania. Stąd kłopoty pracodawców z dziedziny high-tech z naborem pracowników, Stąd brak działów R&D a w konsekwencji nieprawdopodobny drenaż mózgów z Polski.

Czy polska uczelnia ma realizować model Humboldta, czy Boloński, ktoś pyta. Ministerstwo odpowiedziało na to pytanie naście lat temu, wprowadzając w algorytmie podziału funduszy zasadę proporcjonalności dotacji do liczby studentów. Kierunki humboldtowskie padają jak kraj długi i szeroki. To źle, czy dobrze, spytam przewrotnie? Czy bardziej potrzebni są nam naukowcy-wąscy specjaliści skoncentrowani na włąsnych Impact Factorach i indeksach h, czy rzesze absolwentów wydziałów mechanicznych posiadających umiejętność wykonywania obliczeń CFD/FEM/FVM (Jak ja Małgorzacie zazdroszczę tych francuskich zajęć!)?
Potrzebni są i jedni i drudzy, ale tych drugich potrzeba jakby dużo więcej...

Czy hołubić osobę z wielką liczbą publikacji w najlepszych pismach, której w związku z tym przez kilka miesięcy w roku nie ma w kraju, czy "zwyczajnego", "przeterminowanego", "jednoetatowego" adiunkta, który z pasją usiłuje czegoś nauczyć zwykle nieprzygotowaną do studiów młodzież?

Nic się nie zmieni, póki wspaniali naukowcy, jak i dydaktycy, nie zostaną przez "system" wyróżnieni - moralnie i finansowo. To wymaga systemu opartego na konkurencji - w wynikach naukowych, dochodach absolwentów, bogactwie regionu. Jak do tego doprowadzić? A czyż ja jestem ekspertem od zarządzania?

Zbigniew Koza, 25.01.2010 22:47 | zgłoś nadużycie

3

oceń komentarz
masz 1 głos

Odpowiadając na "prowokację" Pani Małgorzaty przedstawię kilka propozycji poprawy stanu szkolnictwa wyższego i nauki.
1. Misja każdej wyższej uczelni - prowadzenie badań naukowych; wyposażenie studenta w ogólne i specjalistyczne kompetencje wymagane od człowieka wykształconego w realiach XXI wieku, zwłaszcza przez rynek pracy ; umożliwienie poznania przez studenta współczesnego kanonu wiedzy z dwóch-trzech pokrewnych dyscyplin nauki.
2. Opracowanie jednolitych w skali kraju standardów osiągnięć studentów, odrębnie dla każdej dziedzin nauki lub typu uczelni.
3. Opracowanie programów kształcenia na poszczególnych kierunkach uwzględniających punkty 1 i 2. Rozważyłbym powrót do modelu jednolitych pięcioletnich studiów wyższych. Zajęcia przygotowujące do pracy badawczej (praca indywidualna z promotorem) dopiero na studiach doktoranckich.
4. Rezygnacja z pracy magisterskiej na rzecz cyklu końcowych egzaminów badających poziom osiągnięć opisanych w standardach. Jednym z elementów powinno być wykonanie pracy wymagającej posłużenia się specjalistycznymi kompetencjami i specjalistyczną wiedzą.
5. Przyjęcia zasady - zajęcia bierne (wykład) mogą stanowić najwyżej 20% programu studiów. Pozostałe zajęcia musza być prowadzone metodami aktywnymi (projekty, studia przypadków, dyskusje itp). Obowiązek prowadzenia zajęć z wykorzystaniem technologii informacyjnych i komunikacyjnych, obowiązek stosowania blended learning. Każde zajęcia kończą się egzaminem lub wykonaniem projektu.
6. Określenie maksymalnej liczebności grup na zajęciach aktywnych (12-15 osób).
7. Zasady finansowania kształcenia studentów - państwo zamawia kierunki studiów (z podaniem ilości studentów) zgodnie z perspektywicznymi potrzebami i za nie w 100% płaci. Uczelnie stają do konkursów o te kierunki. Każda uczelnia może tworzyć inne kierunki, ale za kształcenie na nich płacą w 100% studenci. Likwidacja studiów zaocznych.
8. Rozdział stanowisk dydaktycznych i naukowych. Odrębne ścieżki kariery i kryteria oceny.
9. Opracowanie odrębnych dla każdej dziedziny nauki kryteriów oceny osiągnięć naukowych.
10. Zatrudnianie na pięcioletnich kontraktach. Kolejny kontrakt zależny od spełnienia kryteriów oceny pracy dydaktycznej lub naukowej.
11. Finansowanie badań - badania stosowane i wdrożenia z grantów. Badania podstawowe w całości lub w większości z dotacji państwowej (np. humanistyka w 100%, a nauki społeczne w 80%) , wspomaganie grantami zewnętrznymi. Opracowanie algorytmu podziału dotacji pomiędzy poszczególne instytuty i wydziały w zależności od dotychczasowych, mierzalnych osiągnięć.
12. Ustalenie płac na takim poziomie, by praca dydaktyczna lub badawcza dawała, osobie wywiązującej się dobrze ze swoich zadań, dochody atrakcyjne w porównaniu ze specjalistami z wielkich korporacji i administracji państwowej.

Zbigniew Osiński, 26.01.2010 08:56 | zgłoś nadużycie

3

oceń komentarz
masz 1 głos

Do Zbigniewa Osinskiego

To juz sa propozycje do reorganizacji uczelni a tutaj dyskutujemy glownie nad diagnoza. Jaka jest Pana diagnoza OBECNEGO STANU i jego PRZYCZYN?

Uzylam slowa REORGANIZACJI bo raczej nie poruszyl Pan tematu celow strategicznych dla CALEGO szkolnictwa wyzszego, a bez tego trudno w ogole mowic o typach uczelni i strategii dla nich.

W jednym z poprzednich wpisow podkreslil Pan koniecznosc wziecia pod uwage MENTALNOSCI. To byla bardzo sluszna uwaga, tylko nie wiem czy rozumiemy pod tym to samo.

Dla mnie objawem "polskiej mentalnosci" sa zwyczajnie nieuczciwe recenzje i rekomendacje, eufemistycznie nazywane GRZECZNOSCIOWYMI. Mialam niestety watpliwa przyjemnosc swiecic w Szwajcarii oczyma za dwoch "wybitnych, znanych i zasluzonych" polskich profesorow, ktorzy wystawili jednej Polce znakomite rekomendacje, w wyniku ktorych uzyskala prestizowe stypendium konfederacji szwajcarskiej (przyznaje, ze z poparciem jednego polskiego profesora pracujacego od lat w Genewie). Nie zycze nikomu by poproszono go prywatnie za granica o odpowiedz na pytanie "Jak to jest mozliwe, ze ocena polskich profesorow tak bardzo odbiega od rzeczywistych klompetencji. Kim sa ci ludzie". Slabym pocieszeniem byl fakt, ze podobna sytacja przytrafila sie nieco pozniej z rekomendacjami dla jednego Brazylijczyka.

W Polsce grzecznosciowe recenzje i niezaznaczanie w tekscie "zapozyczen" jako cytatow to wydaje sie byc chleb powszedni rzeczywistosci akademickiej (przypominam wczesniej cytowany ewentualny apel prof. Tazbira do SUMIEN). Niewatpliwie brakuje mi w diagnozie oceny tego stanu, ale jak to "mierzyc"? Danymi od Marka Wronskiego? Wynikami kontroli CK? Subiektywna opinia na podstawie konkretnych przypadkow? Sposobem postepowania w sprawach podejrzenia o plagiat - szybko/wolno, pod dywan/surowa kara, potepienie srodowiska dla plagiatora czy osoby wykrywajacej nieprawidlowosci?

Niestety niska cytowalnosc prac powstalych w kraju (zwlaszcza doswiadczalnych) ma tez swoje przyczyny. Srodowisko troche "popracowalo" nad swoja opinia za granica.

Innym przykladem jest przeniesienie pewnych "przyzwyczajen krajowych" takze na nasz udzial w grantach europejskich. Polecam raport NIK: "Informacja o wynikach kontroli realizacji Ramowych Programów Badań, Rozwoju Technicznego i Prezentacji Unii Europejskiej"
http://bip.nik.gov.pl/pl/bip/wyniki_kontroli_wstep/inform2005/2005021
Wiecej raportow NIK mozna znalezc w Centrum Informacji FIAP:
http://www.fiappl.info/search/label/NIK

Na koniec musze przyznac, ze wprawila mnie w olbrzymie zdumienie i zaklopotanie wypowiedz Pani Rektor UW i rownoczesnie Przewodniczacej KRASP w Sejmie RP (Biuletyn nr: 2994/VI,
KENiM /nr 148/, 18-11-2009), ktorej fragment, wyrwany z kontekstu cytuje doslownie:
"Nie wierzę w rozporządzenia, potrafimy je omijać, (...)" Jak to z interpretowac: swiadoma falandyzacja prawa czy bezprawiem na polskich uczelniach?

Do tej pory sadzilam, ze wszystkie - a przynajmniej znakomita wiekszosc - niezgodnych z prawem decyzji wladz i organow przedstawicielskich polskich uczelni byla raczej wynikiem niewiedzy i braku kompetencji menedzerskich naukowcow oderwanych do prac administracyjnych od swoich labow i katedr wykldowych.

Teraz czuje sie zagubiona i nie wiem co o tym sadzic. Moze Pan Zbigniew Osinski ma racje, ze trzeba wziac pod uwage mentalnosc polskiego spoleczenstwa, ktore ma ciagle zbyt maly szacunek do praworzadnosci i uwaza, ze "przepisy sa po to by je omijac"?

malgorzata.academicus, 26.01.2010 10:49 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

Jeżeli chodzi o mój stosunek do diagnozy, to już pisałem - brakuje mi w niej pomiaru edukacyjnej wartości dodanej jako jedynego obiektywnego wskaźnika poziomu kształcenia na studiach. Jestem także przeciwnikiem twierdzenia, że skoro w rankingu szanghajskim wypadamy kiepsko, to nasza nauka musi być zła. Poza tym, wstępem do diagnozy powinno być opracowanie kryteriów oceny dorobku naukowego, oddzielnie dla każdej dziedziny nauki. W związku z tym, że ani takich kryteriów nie ma, ani nikt nie badał edukacyjnej wartości dodanej, to nie mogę odpowiedzialnie stwierdzić, że z polskimi uczelniami jest źle lub dobrze. Omawiana diagnoza też nie wyjaśnia tej sprawy. Mogę jedynie, jako dydaktyk, zaproponować rozwiązania, o których mogę powiedzieć (na podstawie własnego doświadczenia oraz wiedzy dydaktycznej, pedagogicznej i psychologicznej), że w polskich realiach powinny dać dobre rezultaty w postaci poprawy jakości kształcenia i wzrostu motywacji, zarówno kadry jak i studentów.
Wracając do wspomnianej mentalności - dorzuciłbym jeszcze mentalność polityków, dla których edukacja i nauka są wyłącznie kłopotliwymi kosztami; mentalność biznesu, dla którego finansowanie badan naukowych (zwłaszcza podstawowych) jest jakimś wariactwem (przecież wszystko można ściągnąć z Zachodu) oraz mentalność większości studentów, dla których ważny jest papier plus znajomości, a nie kompetencje (ale tego nauczyło ich życie).

Zbigniew Osiński, 26.01.2010 12:15 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

Do Pana Osinskiego.
W watku o mentalnosci srodowiska cytuje:
"(...) Wychodzę tu z założenia, które często stosuję w praktyce (na przykład nie sprawdzając, czy student a nuż nie popełnił plagiatu), a które sprowadza się do tego, że to przecież studenci przychodzą się kształcić i mądrzy to robią, a głupimi oraz leniwymi nie warto się zajmować. "
Marcin Król, historyk idei, Dziennik 7.10.2009, "Nie produkujmy półinteligentów"
http://www.dziennik.pl/opinie/article452875/Nie_produkujmy_polinteligentow.html

A oto komentarz, ktorego nie udalo sie zamiescic pod wspomnianym artykulem (wychodzil blad serwera) ani jego Autorowi, ani pozniej mnie na prosbe Autora.

"Panie Profesorze: Od wielu lat Pana i pańscy (nasi) szacowni koledzy głoszą te same, żeby wręcz nie powiedzieć identyczne, w dużej mierze słuszne, opinie i rady. Wszyscy prywatnie się z nimi zgadzamy, niektorzy z nas są dostatecznie wpływowi, żeby coś zasugerować, poprawić. Wszyscy odpowiedzialni ministrowie byli lub są z naszego własnego akademickiego środowiska. Obecna minister wyjątkowo energicznie i zdecydowanie probuje zaradzić dokładnie temu, o czym Pan pisze. Ale nic się nie zmienia i jak Pan sam twierdzi, jest coraz gorzej. Mam nadzieję, ze Kolega zechce dopisać krotki komentarz tłumaczący to interesujące zjawisko.
Z poważaniem,
xxx
ps. Mam nadzieję, że jak Pan to dostrzega, to wyraźnie mowi na radach, jak rownież kolegom i własnemu rektorowi, że produkują połinteligentow (nie wiem zresztą co to znaczy, czy jest to odpowiednik wykształciucha? Wydawało mi się, że tego słowa już nie będziemy używać.) Ja niestety nie mam takiej okazji, ponieważ moje środowisko akademickie takowych nie produkuje."

Uwaga: w podpisie jest xxx, gdyz nie zapytalam Autora o zgode o umieszczenie Jego podpisu w innym kontekscie niz pod komentowanym artykulem.

malgorzata.academicus, 26.01.2010 14:16 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

Jak wytłumaczyć fakt, iż wiemy o różnych problemach i nieprawidłowościach i nie jesteśmy w stanie im zaradzić (nawet mając ministrów z własnego środowiska)? Odniosę się do tego na przykładzie edukacji historycznej. W minionych latach ministerstwo pani Hall pracowało nad nowymi podstawami programowymi. Dydaktycy historii (pewnie z innych dyscyplin też) nie byli uczestnikami tych prac (no bo czym dla pani minister jest jakiś uniwersytecki doktor czy profesor). Pod koniec prac część środowiska (Komisja Dydaktyczna Polskiego Towarzystwa Historycznego) została poproszona o opinie na temat gotowego projektu. Oczywiście projekt nie uległ najmniejszym zmianom po tych konsultacjach. Po kilku miesiącach pani minister brała udział w obradach Zjazdu PTH. Tam od nauczycieli i dydaktyków wysłuchała wiele zastrzeżeń wobec swoich pomysłów. Przyjęła je ze zrozumieniem, ale stwierdziła, że już za późno, by cokolwiek poprawić. W efekcie w szkołach obowiązuje podstawa programowa cofająca edukację do czasów sprzed reformy w 1999 r. Z faktu, że my jako środowisko coś wiemy, coś proponujemy niewiele wynika. Po prostu politycy mają nas głęboko w ... poważaniu. Obawiam się, że dopóki nie pójdziemy z kilofami na Warszawę, nie możemy liczyć na poważne potraktowanie.

Zbigniew Osiński, 27.01.2010 12:45 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

@ Zbigniew Osinski. W tak waznej (dla nas) i skomplikowanej sprawie nalezy pozyskac silnych koalicjantow, zarowno ze strony przedstawicieli swiata polityki jak i finansow oraz gospodarki, przy stalym poparciu mediow!

Kilofem to juz nawet godnego urobku na scianie sie dzisiaj nie zrobi?

Przyczyn dotychczasowych niepowodzen jest tak duzo , jaki i spektakularnych obrazow ich kleski. Poczawszy od dziwnej nieskutecznosci podjetych reform w przeszlosci, ich nieudolnych prob korekty, z rozkladaniem rak po czasie- do klajstrowania rzeczywistosci i snow o potedze. Zosie Samosie i Wujki Dobra Rada zdarzaja sie wszedzie. Ale dlaczego polskie srodowisko akademickie wciaz im ulega i nie podziekuje w koncu za taka prace?

Z samego szumu wokol danych statystycznych i checi naprawy nie stworzy sie prestizu uczelni. Stworzy sie go ze zmaterializowanej juz szansy jej wlasciwego rozwoju na konkurencyjnym rynku uslug. Wtedy portmonetki z kasa sie otwieraja...same. To ma celnie zaadresowac strategia. Nie jest tu tez wazne, ze faktycznie, Polska jest na samym pocztku tej karkolomnej drogi...Inni ja przeszli i podazaja dalej. Wzorce do nasladowania sa dostepne. To srodowisko ma sie do nich dostosowac,a nie odwrotnie.

Zdzislaw Szulc, 27.01.2010 17:05 | zgłoś nadużycie

2

oceń komentarz
masz 1 głos

do p. z. Osinskiego.

Mial Pan tutaj pare bardzo trafnych uwag, ale z tymi "kilofami", to jak dla mnie troche sie Pan zagalopowal. Cytuje Pana wypowiedz:: "Z faktu, że my jako środowisko coś wiemy, coś proponujemy niewiele wynika. Po prostu politycy mają nas głęboko w ... poważaniu. Obawiam się, że dopóki nie pójdziemy z kilofami na Warszawę, nie możemy liczyć na poważne potraktowanie." A dokladniej, gdyby do takiej awantury mialo dojsc, to ja nawet chetnie bym w niej uczestniczyl, ale... po drugiej stronie barykady. A to dlatego, ze tak naprawde to srodowisko do tej pory niewiele mialo ciekawego do zaproponowania. A bywalo juz tak, ze ministrami byli wplywowi ludzie nauki (np. M.Kleiber) i... niewiele istotnego sie dzialo. To dopiero teraz, gdy ministrem zostala B.Kudrycka, bardziej z rekomendacji politycznej niz z rekomendacji srodowiskowej, cos sie ruszylo. I to dopiero teraz rektorzy skupieni wokol KRASP-u wyprodukowali wlasna, miejscami nawet calkiem interesujaca, strategie (wprawdzie z opoznieniem dwudziestoletnim, ale juz nie czepiajmy sie za bardzo) .

Zbigniew mitura, 28.01.2010 00:25 | zgłoś nadużycie

1

oceń komentarz
masz 1 głos

Czy z z "kilofami" zagalopowałem się? To była ironia - na serio, to nie wierzę w taką mobilizację środowiska naukowego, by było zdolne do jakichkolwiek masowych akcji. Natomiast jestem zdecydowanie przekonany, że politycy nie wezmą się na serio za problemy, które nie są medialne, nie budzą grozy spadku miejsca w rankingu popularności. Minister Kudrycka w takiej sytuacji niewiele osiągnie. Chyba, że wymyśli reformy, które zupełnie nic nie będą kosztowały i nie wywołają jakichkolwiek protestów. Twierdzenie, że środowisko naukowe niewiele proponuje nie jest prawdziwe. Na konferencjach dydaktyków uniwersyteckich wiele mówi się o rożnych rozwiązaniach usprawniających czy to szkolnictwo ogólnokształcace, czy wyższe. Jednakże problem polega na tym, że politycy i urzędnicy nie chcą się tym zainteresować, albo raczej nie muszą. Strasznie trudno namówić ważnego decydenta, by zechciał posłuchać co na takich konferencjach mamy do powiedzenia. Wysyłanie materiałów pokonferencyjnych też niczego nie zmienia - czasami zdawkowo podziękują, ale nie czytają (a przynajmniej nie widać tego po ich wypowiedziach lub działaniach). Jeden z przedmówców stwierdził, że należy pozyskiwać koalicjantów wśród polityków. Problem niestety polega na tym, że "w tym cały ambaras, aby dwoje chciało naraz".

Zbigniew Osiński, 28.01.2010 08:27 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

Zbigniew Osinski napisal:
"nie wierzę w taką mobilizację środowiska naukowego, by było zdolne do jakichkolwiek masowych akcji."

W odpowiedzi polecam strone Komitetu Ratowania Nauki Plskiej
krnp.ipipan.waw.pl
Pod petycja za utrzymaniem nieuzasadnionych przywilejow podatkowych nauczycieli akademickich
(50% kosztow uzysku - casus Kolodko!!!) podpisalo sie 17422 osob (do momentu wycofania sie przez rzad z pomyslu Zyty Gilowskiej).

Doprecujmy moze. Czy chodzilo Panu o akcje "pro publico bono"? Zwlaszsza bono studentow?...

------------------

Pytanie do Pana Zbigniewa Osinskiego
W zwiazku z Pana stwierdzeniem:
"Jeżeli chodzi o mój stosunek do diagnozy, to już pisałem - brakuje mi w niej pomiaru edukacyjnej wartości dodanej jako jedynego obiektywnego wskaźnika poziomu kształcenia na studiach."
przypominam, ze pomiar edukacyjnej wartosci dodanej w szkolach srednich opiera sie na porowaniu wynikow (na wejsciu i wyjsciu) OBIEKTYWNYCH EGZAMINOW ZEWNETRZNYCH (www.ewd.edu.pl).

Czy w zwiazku z tym twierdzi Pan, ze nie jest mozliwa diagnoza jakosci polskiego szkolnictwa wyzszego bez wprowadzenia systemu ZEWNETRZNYCH PANSTWOWYCH egzaminow koncowych, sprawdzajacych w sposob ustandaryzowany wiedze absolwentow?

Czy postuluje Pan wstrzymanie sie z diagnoza sytuacji w szkolnictwie wyzszym (poza prawem i wydzialami lekarskimi) do wprowadzenia i pierwszych wynikow wspomnianych wyzej egzaminow? Jak dlugo to potrwa?

malgorzata.academicus, 28.01.2010 16:33 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

Odpowiedź na post Pani Małgorzaty
Nieuzasadnionym przywilejem podatkowym trudno nazwać zasadę kosztów uzyskanie przychodu na poziomie 50% tam gdzie w grę wchodzą prawa autorskie. Zasada ta uwzględnia dosyć oczywisty fakt, że np. humanista (a także projektant, architekt, tłumacz, pisarz, programista itp) jak chce być na bieżąco z publikacjami ze swojej dziedziny to musi sobie je kupić prywatnie. W bibliotece uczelnianej czy miejskiej pojawią się bowiem po roku lub dwóch (a często nie pojawią się wcale). Poza tym większość z nich pracuje w domu, zużywając prywatny prąd i prywatne komputery, kupując prywatnie oprogramowanie. Jeżeli środowisko naukowe zaprotestowało w opisywanej sprawie, to nie dla prywaty, tylko po to, by nie wprowadzono kolejnych rozwiązań realnie obniżających poziom polskiej nauki (poprzez mnożenie utrudnień w jej uprawianiu).
Jeżeli chodzi o edukacyjną wartość dodaną, to jej pomiar dałby bezpośrednią (a więc najbardziej wiarygodną) odpowiedź na pytanie o jakość kształcenia w poszczególnych szkołach wyższych. Nie bałbym się wprowadzenia państwowych egzaminów na wzór tych z oświaty. Każdy inny sposób będzie tylko pośrednim, mniej lub bardziej ułomnym. Mniej ułomne sposoby - monitorowanie proporcji pomiędzy wykładami a konwersatoriami, ćwiczeniami, laboratoriami i praktykami; monitorowanie jakości programów kształcenia; hospitowanie zajęć poszczególnych pracowników pod kątem stosowania zasad nowoczesnej dydaktyki. Bardziej ułomne - liczenie ilości noblistów wykładających w danej uczelni, liczenie ilości studentów zagranicznych na danej uczelni, pytanie się o zdanie wybiórczo dobranych przedstawicieli biznesu. Myślę jednak, że najłatwiej i najbardziej fachowo - zbadać edukacyjną wartość dodaną.

Zbigniew Osiński, 28.01.2010 17:45 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

do p. Z .Osinskiego

Pan tutaj podnosi szereg zagadnien i proponuje Pan pewne rozwiazania, z ktorymi mozna sie zgadzac lub nie. Ale istota problemu polega na tym, ze te zagadnienia srodowisko powinno rozwazac co najmniej od kilku lat i przede wszystkim zapoznac sie najpierw z rozwiazaniami funkcjonujacymi na Zachodzie. Nawet uwzgledniajac polska specyfike, nie ma powodu, aby za kazdym razem wymyslac samemu kolo. Na dzien dzisiejszy, Polska armia jest w stanie wykonywac zadania bojowe z USA i innym panstwami NATO. Dalej, nawet w dziedzinie tak trudnej jak rolnictwo Polacy funkcjonuja w systemie UE. Natomiast w dziedzinie szkolnictwa wyzszego i nauki, praktycznie nie doszlo do integracji z krajami zachodnimi - braki legislacyjne dotycza nawet rzeczy tak elementarnych, jak wzajemnej uznawalnosci stopni i kwalifikacji. Tak wiec fakt, ze srodowisko w Polsce budzi sie teraz "z reka w nocniku" ogladajac rankingi swiatowe naprawde nie powinien nkogo dziwic. To sa skutki uciekania od trudnych spraw.

Zbigniew Mitura, 28.01.2010 20:04 | zgłoś nadużycie

5

oceń komentarz
masz 1 głos

Chciałbym powrócić do kwestii niskiej jakości prac doktoranckich. Byłem 2 lata na studiach doktoranckich i właśnie dlatego zrezygnowałem, że nie chciałem byle jakiego tematu, co to nikogo nie obejdzie, napisanego jak bóg przykazał czyli sztampowo. Niestety od tamtego czasu wielu moich dawnych kolegów ze studiów zrobiło doktoraty. W sumie nie wiem kto ma rację. Ale uważam, że doktorat powinien być porządnie recenzowany i sam temat powinien otrzymywać jakąś rekomendację grona eksperckiego - byc może działającego przy MNiSW. To nie konicznie należy rozumieć jako utrudnienie w pracy, ale raczej jako pomoc przy uzyskiwaniu grantów, dostępu do baz danych itp.

tangerine, 2.02.2010 23:53 | zgłoś nadużycie

5

oceń komentarz
masz 1 głos

W odpowiedzi tangerine:

Tutaj dochodzimy do identyfikacji "przyczyn systemowych" niskiej jakosci doktoratow, o ktorych wpomnialam w swoim wczesniejszym poscie 9.01.2010 13:40

Jedna z nich sa kwestie stopni naukowych i tytulow, w ktorych nie bylo by nic zlego (jak ktos lubi gdy go dluuuugo tytuluja i rozne papierkowe zaszczyty, ktore traca wartosc z przekroczeniem zachodnich granic PL), gdyby system polski dotyczacy wszelkiego rodzaju UPRAWNIEN czy to do administrowania jednostkami uczelnianymi czy tez do kierowania praca naukowa zaspolow nadawczych nie byl od nich uzalezniony w miejsce AKTUALNYCH i potwierdzonych konkretnymi OSIAGNIECIAMI KOMPETENCJI. Specjalnie uzywam (za JMR UJ, prof. Musiolem) okreslenia osiagniecie w miejsce dorobek, gdyz istota postepu w nauce sa JEDNORAZOWE i wartosciowe osiagniecia a nie stosy bezwartosciowych i nic nie wnoszacych publikacji (dorobek ilosciowy).

Mam wrazenie, ze uczelnia krzywdzi mlodego i pelnego zapalu czlowieka (doktoranta) gdy "przydziela" mu promotora, ktory wprawdzie posiada wymagany stopien czy tytul naukowy, ale nie ma rozeznania w "the state of the art" w dziedzinie, z ktora jest zwiazana tematyka doktoratu. Taki doktorant juz na starcie jest w pozycji zwyczajnie PRZEGRANEJ i zaden wymog posiadania publikacji (propozycja w nowelizacji PSW) nic tutaj nie pomoze dla podniesienia jakosci dysertacji, co najwyzej powstanie dodatkowy artykulik w jakichs zeszytach naukowych lub niskoimpaktowym czasopismie, o krotkim okresie publikacyjnym (atrykuly w "ambitnych" journalach opoznia obrone ze wzgledu na dlugi cykl wydawniczy).

Druga przyczyna systemowa, jest wymog posiadania doktorantow na poszczegolnych etapach kariery akademickiej. To powoduje, ze premiuje sie fakt POSIADANIA doktoranta i sama OBRONE a nie zwraca uwagi na jakosc dysertacji (nie ma w systemie czynnikow promujacych ja). Jednostka nadajaca rowniez ma profity, gdyz otrzymuje punkty w ocenie parametrycznej za "rozwoj naukowy"(?). Grzecznosciowe recenzje dopelniaja system.

Jak to wyglada z perspektywy doktorantow? Nie ludzmy sie - tez roznie. Czesc idzie na studia doktoranckie dla poprawy CV (magistra maja juz "wszyscy"), czesc by sie "zalapac" na prace na uczelni. W tym drugim przypadku, przy obecnym CHOWIE WSOBNYM, najlepsza metoda na uzyskanie pracy jest BYCIE PRZYDATNYM dla PROMOTORA, a takze zadowalanie go. W przypadku gdy promotor nie jest wybitnym naukowcem prowadzi to wprost do postaw doktoranckich typu BMW i zgodnej "wspolpracy" (ku zadowoleniu) obu nastawionych minimalistycznie stron (przy przyzwoleniu RW i "zaprzyjaznionych" recenzentow).
Nie widze innej metody na systemowe wymuszenie by KAZDEMU doktorantowi zalezalo na rzeczywistej jakosci swojej pracy jak wprowadznie kilkuletniej karencji na zatrudnianie wlasnych doktorantow. Bez dobrego doktoratu, mlody doktor nie wygra konkursu. Podobnie doktorant "idacy w swiat" jest wizytowka i dla promotora i dla uczelni, budujaca im marke.

Oczywiscie nie wszyscy w obecnym systemie odnajduja sie "ambicjonalnie" i "etycznie" - zarowno doktoranci (przyklad tangerin) jak i promotorzy.

Masowe studia, takze na czolowych uczelniach, znaczaco przyczynily sie do braku absolwentow studiow przygotowanych do podjecia ambitnych tematow badawczych. Kompetentni promotorzy tez maja klopoty ze znalezieniem wlsciwych doktorantow co paradoksalnie OPOZNIA ich kariere akademicka gdy nie zgadzaja sie firmowac slabych doktoratow - czy to jako promotorzy czy recenzenci (recenzje licza sie do tytulu profesorskiego!!!).

To nie oznacza, ze w kraju nie powstaja bardzo dobre prace doktorskie. Szkoda tylko, ze nei zawsze kompetentni Naukowci i dobrze przygotowani po studiach i ambitni doktoranci potrafia sie w tym systemie spotkac.

Byc moze system konkursowych grantow, z uwzglednianianiem pieniedzy na GODZIWE oplacenie doktorantow, postdocow, w polaczeniu z wirtulanym slupem ogluszeniowym, mogl by wreszcie cos tutaj zmienic.

malgorzata.academicus, 3.02.2010 11:02 | zgłoś nadużycie

2

oceń komentarz
masz 1 głos

Jedno tylko uzupełnienie do wypowiedzi p. Małgorzaty. Kryterium oceny poprzez PUBLIKACJE w DOBRYCH pismach uważam za jednak bardzo dobre. Nie zgadzam się z tym, ze zwłoka w terminie publikacji jest skorelowana z jakością pisma. czasem jest wręcz przeciwnie. Dobre pisma mają lepszych recenzentów i (ostatnio) już coraz sprawniejsze redakcje. Zatem kryterium typu: dobry doktorat bo oparty na 20-24 pkt pracach - uważam za optymalne.

W polskim systemie przydałaby się też żelazna zasada, że habilitację (bo jednak jest i jakiś spory czas chyba jeszcze bedzie) bronimy TYLKO i wyłącznie poza miejscem swego zatrudnienia. Może wtedy też DOBRY doktorat habilitanta pomógłby mu w kolejnym szczeblu kariery. Oczywiście przy habilitacji nie ma juz wymówki, "że nie było czasu": powinien być zestaw kilkunastu prac 20-24 pkt (no dobrze; niechby na początek - nawet kilku, choć dla bardziej powiązanych ze światem dziedzin, typu fizyka, matematyka czy chemia, upierałbym się przy kilkunastu i to w miarę samodzielnych). JEŚLI one już są, to można się spierać, czy innowacyjne, ważne czy nieważne, czy to osiągnięcia czy też nie. Natomiast warunkiem KONIECZNYM do nieprocedowania habilitacji - powinien być ich BRAK.

A w doktoracie brak 1-2 dobrych publikacji - też oceniam jako prawie dyskwalifikujący. Najlepiej jak ich jest co najmniej 3-4.
Jeszcze raz podkreślam: solidną pracę da się opublikować (od preprintu do "published online") poniżej jednego roku, nawet przy założeniu, ze wysyła się do 3-4 czasopism po kolei (bo są jakieś kłopoty z trafieniem optymalnego miejsca publikacji). Ponieważ jestem w trakcie zmiany tematyki, to na okrągło "trenuję" takie szukanie odpowiedniego DOBREGO pisma. Jest to naprawdę szybka sprawa. A gdy promotor "siedzi" w dobrze ustalonej tematyce - to szybka (acz dobra) publikacja jest rzeczą trywialną (przy okazji mamy sprawdzian skuteczności PROMOTORA, a i o to nam chodzi, czyż nie?).

Jan Cieśliński, 3.02.2010 12:20 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

W odpowiedzi Panu Cislinskiemu:
"Zatem kryterium typu: dobry doktorat bo oparty na 20-24 pkt pracach - uważam za optymalne. "

W pelni zgoda, ale nie jako warunek konieczny do otwarcia przewodu czy przystapienia do obrony. Inaczej kryterium doboru czasopisma bedzie "szybkosc i latwosc" opublikowania i zamiast do wzrostu jalosci bedziemy mieli wzrost stert makulatury (statystycznie).

Zreszta w systemie "wymuszonej" mobilnosci (zakaz chowu wsobnego po doktoracie), bedzie to w interesie samego doktoranta jezeli zamarzy mu sie postdoc dajacy sznse na dalsza kariere akademicka.

malgorzata.academicus, 3.02.2010 13:14 | zgłoś nadużycie

2

oceń komentarz
masz 1 głos

Komentarz Małgorzaty z 3.02.2010 11:02 wart jest nie jednego, a 20 głosów :-) Jest diagnoza, są propozycje zmian i rzeczowe uzasadnienie.

Do tangerine i innych doktorantów, którzy tu zajrzą. Jakość doktoratu to z grubsza iloczyn jakości promotora i doktoranta, w skali od zero do jeden. Jeśli promotor lub doktorant jest słaby, w wyniku wychodzi coś jakby zero, na taki doktorat szkoda czasu. Dobry promotor jest aktywny naukowo i z definicji zajmuje się czymś ciekawym, (bo jakże można aktywnie pracować nad czymś nieciekawym?). Włącza więc doktoranta do swoich badań, z czego obaj odnoszą korzyść, a doktorat powstaje "przy okazji" - nie jest celem samym w sobie (podobnie jak idealna habilitacja). Czyli: przed podjęciem studiów doktoranckich u (prof.) dr hab. X trzeba przynajmniej sprawdzić jego listę publikacji (lub innych osiągnięć, np. patentów), szczególnie tych z ostatnich 5 lat. Warto sprawdzić też, z kim współpracuje. Sprawdzić, czy może "z rękawa" zaproponować 2-3 tematy badań (bo jeśli jest aktywny, na pewno coś nie daje mu spać...).
Warto też zadać sobie pytanie: czego nowego studia doktoranckie mnie nauczą? Co osiągnę, poza dyplomem? Czy po doktoracie chcę pracować naukowo, czy w "wielkim świecie"? Czy i jak doktorat na dany temat wzmocni moją pozycję w konkursie na stanowisko adiunkta / głównego specjalisty w branży X? Czy warto opóźniać wiek rozpoczęcia kariery zawodowej o 3-5 lat?

Rozeznanie, czego się chce i co można osiągnąć, pomoże uniknąć wielu rozczarowań. Bo np. wielu prawnikom nie jest potrzebny twórczy doktorat, tylko przepustka do legalnego ominięcia jednej z korporacyjnych barier w ich karierze :-) Dlatego wielu z nich nie tylko nie potrzebuje stypendiów doktoranckich, ale wręcz za swoje studia gotowych jest płacić!

Zbigniew Koza, 3.02.2010 14:04 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

Diabeł tkwi w szczegółach. Przykład - przedmówcy rozróżniają czasopisma DOBRE (rozumiem,że chodzi o te z rożnych list , zwłaszcza angielskojęzyczne) i pozostałą resztę - czyli głównie polskie badziewie. I tu rodzi się mały problem. W latach dziewięćdziesiątych A. Sokal i J. Bricmont zniesmaczeni poziomem publikacji w tych "dobrych" czasopismach urządzili prowokację. Wysłali do jednego z takich czasopism artykuł, który był stekiem bzdur podanych w naukowym slangu. Recenzenci i rektorzy dali się na to złapać - publikacja poszła. W ostatnich latach powtórzono ten eksperyment (nie ci sami ludzie). Do jednego z "wiodących" czasopism wysłano artykuł z filozofii, który był napisany przez... komputer - na zasadzie dobieranie mądrych cytatów, powoływanie się na autorytety i bredzenie w slangu naukowym. Nikt się nie poznał, ani recenzenci, ani redakcja - opublikowano.
Wniosek - nie wszystko złoto. co się świeci. Cudze chwalicie...ale czy go dobrze znacie?

Zbigniew Osiński, 3.02.2010 17:42 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

Do Pana Osinskiego
Polecam kolejna lekture - tym razem Marek Wronski w Forum Akademickim 12/2009
LARWY NA START
www.forumakad.pl/archiwum/2009/12/50_larwy_na_start.html

Cudze ganicie swego nie znacie?
Czy aby na pewno? :-)

malgorzata.academicus, 3.02.2010 18:59 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

A teraz kontynuuje o prowokacji Sokla'a i Bricmont'a.
Cytuje recenzje:
"Sokal and Bricmont, two professors of physics, show that fashionable French intellectuals in the fields of social and cultural studies - Jacques Lacan, Jean Baudrillard, Gilles Deleuze, Julia Kristeva, Jean-Francois Lyotard and Luce Irigaray - habitually misuse scientific concepts and terms. Unable to produce genuine science in their own fields, Lacan et al import concepts from the physical sciences - typically, chaos theory, fuzzy logic and the uncertainty principle - to try to impress."

Sama ksiazke - zawsze trzeba sciegac do zrodel, zgadzam sie, ze poziom recenzji w wielu czasopismach pozostawia wele do zyczenia - mozna sciagnac z ponizszego konta scribd:
http://www.scribd.com/doc/19147581/Imposturas-Intelectuales-Sokal-A-Bricmont-J

malgorzata.academicus, 3.02.2010 19:13 | zgłoś nadużycie

1

oceń komentarz
masz 1 głos

Nie rozumiem zupelnie stwierdzenia p. Magorzaty na temat koniecznosci popracia doktoratu dobrymi publikacjami: "W pelni zgoda, ale nie jako warunek konieczny do otwarcia przewodu czy przystapienia do obrony". Zatem jako co? jako niekonieczny dodatek? W obecnych realiach brak koniecznosci oznacza przechodzenie bardzo wielu kiepskich, niekonkurencyjnych miedzynarodowo doktoratow i patologiczny system sie umacnia. Otwarcie przewodu to istotnie krok formalny i nie widze powodu obwarowywania go jakimis wielkimi wymogami, ale "przystapienie do obrony" - to juz final i jesli publikacji wciaz nie ma, to moze znaczyc (i zwykle znaczy), ze z doktoratem jest zle.

Jan Cieslinski, 4.02.2010 09:47 | zgłoś nadużycie

2

oceń komentarz
masz 1 głos

Wcale nie uwazam ze czasopismo anglojezyczne jest automatycznie dobre, odpowiadam
Panu Osinskiemu. Bynajmniej. Nawet wsrod 24 pkt zdarzaja sie pisma niespecjalnej jakosci. Natomiast JESLI ktos z nauk scislych-przyrodniczych-technicznych-medycznych nic nie jest w stanie "upchnac" nawet w tych "slabych" pismach punktowanych, no to znaczy ze zapewne nic nie ma swiatu do zaprezentowania. Natomiast JESLI punktowane artykuly ktos ma, to kolejnym etapem moze byc przyjrzenie sie temu dorobkowi: gdzie opublikowane, kto i ile cytuje itd.
A czy moglby Pan przypomniec tytuly tych inkryminowanych czasopism, z ktorych tak zakpiono? Kiedys to chyba sprawdzilem, byly to kiepskie pisma (rowniez mierzac punktami ministerialnymi, nie wiem czy w ogole byly jakies punkty), z tego co pamietam. Ale moze warto sprawdzic raz jeszcze.

Co do humanistow: pisma zachodnie bardzo chetnie publikuja wszelkie "egzotyczne" materialy, to raz. Po drugie - w obecnej sytuacji (bariera jezykowa) warto by bylo, aby ministerstwo zasponsorowalo/stworzylo kilka polskich pism anglojezycznych zawierajacych TLUMACZENIA najlepszych polskich prac humanistycznych/spolecznych itp. Rosjanie maja to za darmo w naukach scislych: literatura rosyjskojezyczna jest en bloc tlumaczona (przez czolowe wydawnictwa zachodnie) na angielski. My na razie na to liczyc nie mozemy, ale moze jakas "promocja", moze warto samemu sie pochwalic tym co sie ma? A w ogole, to "klasyczny" humanista zazwyczaj znal jezyki obce: lacina, francuski, potem niemiecki, jedyna roznica, to ze dominujacy jezyk obcy ewoluuje i teraz jest niestety angielski.

Jan Cieslinski, 4.02.2010 09:51 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

W odpowiedzi Panu Cieslinskiemu
wystarczy wygooglowac: A. Sokal J.Bricmont
Doprawdy szkoda kontynowac ten temat - lepiej poswiecic czas na dokladne przeczytanie propozycji strategii...
Odsylam do wikipedii: http://en.wikipedia.org/wiki/Sokal_affair

Dodatkowo w moim poscie 3.02.2010 19:13 ma Pan nawet link do pelnego tekstu ksiazki. Zabawa zapewniona. :-(

malgorzata.academicus, 4.02.2010 11:13 | zgłoś nadużycie

1

oceń komentarz
masz 1 głos

Czasopisma "Social Text" nie ma na liscie czasopism MNiSW, i nie wiem na jakiej liscie jest.
Zatem afera Sokala nie jest zadnym dowodem na degeneracje DOBRYCH czasopism NAUKOWYCH.

Jan Cieslinski, 4.02.2010 13:36 | zgłoś nadużycie

-1

oceń komentarz
masz 1 głos

Czasopismo, które padło ofiarą Sokala mi Bricmonta już podobno nie występuje na żadnej liści (przynajmniej ja nigdzie go nie znalazłem), to raczej normalne po tej aferze. W związku z tym, że zarówno pani Małgorzata jak i Pan Cieśliński wydają się niedoceniać tej sprawy (nie wspominają też o "żarcie" komputerowym, ale o tym trudno coś znaleźć w necie) podpowiem jeszcze jeden, najnowszy problem. Obóz okazało się, że wiodące czasopisma blokowały druk artykułów, w których wątpiono w istotny wpływ człowieka na tzw. ocieplenie klimatu. Inna afera, która zaczyna wypływać to problem, czy sam cholesterol rzeczywiście jest taki szkodliwy, czy raczej stany zapalne organizmu, które korzystają z obecności cholesterolu i nam szkodzą. W tym przypadku, pod wpływem koncernów farmaceutycznych miano blokować artykuły dowodzące tej drugiej tezy. Niestety, Szanowni Państwo, naukowa światowa nie jest taka cnotliwa jak byście chcieli. Polska, jeżeli chodzi o stan nauki, nie jest jakimś negatywnym wyjątkiem. Tam gdzie jest presja na wynik, tam pojawiają się patologie. Im więcej wyścigu szczurów w nauce tym więcej patologii. Fakt, iż jakiś artykuł wydrukowano w super czasopiśmie, nie koniecznie musi być równoznaczny z dużą wartością naukową tego dzieła. Zalecałbym ostrożność w formułowaniu kryteriów jakości pracy naukowej, opartych na tym gdzie kto publikuje.

Zbigniew Osiński, 4.02.2010 19:49 | zgłoś nadużycie

-2

oceń komentarz
masz 1 głos

Pan Cieślinski pisząc o problemie publikowania prac humanistycznych po angielsku trafia dokładnie w postulaty środowiska. Polska Akademia Umiejętności postuluje przeznaczenie środków finansowych na tłumaczenie i publikowanie wartościowych prac humanistów w czasopismach zagranicznych oraz stworzenie instytucji kompleksowo zajmującej się tym problemem. Odpowiem też na uwagę o klasycznych humanistach, którzy znali języki. Ci obecni, też czasami coś w obcych językach powiedzą, nawet po angielsku). Problem jednak polega na tym, że o ile język publikacji z n.p. nauk ścisłych jest dosyć konkretny (łatwiejszy do tłumaczenia), o tyle język prac humanistycznych jest bardzo zniuansowany. Znajomość angielskiego na przyzwoitym poziomie pozwala bezpiecznie pisać prace z nauk ścisłych, ale nie prace humanistyczne - w tym przypadku nawet wielu zawodowych tłumaczy waha się, czy przekładać taką pracę na inny język. Moja żona dobrze zna ten problem - bez problemu tłumaczy teksty medyczne, techniczne i prawnicze, ale jak poprosiłem ją o przetłumaczenie artykułu historycznego to stwierdziła, że niewiele z niego rozumie. W efekcie, ona tłumaczyła z francuskiego na polski, a ja z polskiego na język pracy historycznej. Niestety, w języku takiej pracy drobny niuans zmienia sens zdania. Tak wiec raczej bez bardzo fachowych tłumaczy (wyspecjalizowanych w danej dyscyplinie naukowej) publikowanie prac humanistów w językach obcych będzie kulało. Jest jeszcze jeden problem - humanista często pisze z myślą o swoim narodzie jako głównym odbiorcy efektów jego pracy. Z całym szacunkiem dla światowej nauki, ja piszę głównie dla polskich nauczycieli, inteligencji i studentów. Przy okazji można by niektóre prace przetłumaczyć i opublikować na Zachodzie , ale tylko przy okazji. Moje badania nad polską oświatą mają trafić przede wszystkim do polskich nauczycieli, bo po to badam i piszę, by wpływać na rzeczywistość polskiej oświaty. Który z nauczycieli przeczyta moją prace po angielsku w tzw czasopiśmie wiodącym?

Zbigniew Osiński, 4.02.2010 20:14 | zgłoś nadużycie

1

oceń komentarz
masz 1 głos

Zgadzam się z P. Osińskim, ze mainstream naukowy jest często w błędzie (zwłaszcza gdy patrzy się na to post factum, np. po jakiejś rewolucji naukowej) i prawdziwi geniusze czy liderzy muszą czasem iść pod prąd. Prawdę mówiąc, nie ma znaczenia gdzie publikują, wystarczą same rękopisy. Natomiast mówimy tu o ocenie przeciętnych pracowników nauki, ubiegających się o skrome środki rządowe, czy żyjących z pieniędzy podatnika. Niestety: urzędnik przydzielający pieniądze jest i musi być niekompetentny i jedynym sensownym wyjściem jest odnoszenie poziomu danego pracownika do mainstreamu.

A swą propozycję co do tłumaczenia humanistów widzę raczej jako stworzenie specjalnego wydawnictwa typu "teksty Polaków napisane po polsku - przetłumaczone, fachowo, na angielski",
niż sponsrowanie wybranym osobom próby wejścia do istniejących zachodnich czasopism.

Jan Cieslinski, 4.02.2010 21:34 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

Witaj,

Zapraszam do zapoznania się z treścią Mojego bloga.

Pozdrawiam,
Tadeusz Huciński


http://tadeuszhucinski.blogspot.com

Tadeusz Huciński, 24.08.2010 21:34 | zgłoś nadużycie

Dodaj komentarz:

CAPTCHA image