MNiSW planuje rewolucyjne zmiany w ustawie o szkolnictwie wyższym. Ich syntetyczny opis można znaleźć w artykule Rewolucyjne zmiany na uczelniach wyższych - tradycyjnie zachęcamy do lektury i komentarzy. Który z projektów jest Państwa zdaniem najbardziej atrakcyjny, a który może okazać się chybiony?
Komentarze
Kliknij jeśli spodobał Ci się komentarz.
Kliknij jeśli uważasz, że jest miernej jakości.
4
oceń komentarz masz 1 głos
No cóż, albo przestanę pisać na tym forum, albo wyjdę na geriatryczny beton, któremu nic się nie podoba. Ale ewentualnych krytyków proszę o wyrozumiałość. Nie jestem przeciwnikiem reform, ale... jak czytam pewne teksty, to...
Przejdźmy do cytatów -
"Rząd w budżecie zapisał 17 mld zł, o prawie miliard więcej niż rok temu. Ale nic za darmo. Szkoły wyższe będą musiały połączyć świat badań i edukacji: naukowcy będą uczyć studentów, a wykładowcy prowadzić badania." - a jak jest obecnie????? Czy właśnie nie tak??? Czy ja mam przewidzenia jak widzę kolegę, który parę książek naukowych napisał, prowadzącego zajęcia ze studentami?
"Po drugie, odmłodzenie uczelni." - czyli im młodszy, tym mądrzejszy?? To ja zgłaszam projekt - przedszkolaki na wykładowców.
"Szkoły wyższe będą musiały uelastycznić programy nauczania, postawić na interdyscyplinarność. " - a po co ministerstwo nie tak dawno wprowadziło standardy, które w praktyce uniemożliwiają realizację tego postulatu, zresztą słusznego.
"Po czwarte, bliższa współpraca nauki i przemysłu. Badacze, którzy będą opracowywali patenty wykorzystywane przez polskie przedsiębiorstwa, dostaną dodatkowe pieniądze." - a co z humanistami - do likwidacji??? Czy może mamy wymyślać humanistyczne patenty??
"Trudno podejrzewać, by Rada Młodych Naukowców zrewolucjonizowała polską naukę czy szkolnictwo wyższe. Ale jej powołanie można potraktować jako symbol przemian, jakie mają zajść w tym roku w sektorze podległym minister nauki. Wreszcie, 20 lat po upadku komunizmu, zacznie on funkcjonować zgodnie z kapitalistycznymi zasadami, w których najwięcej mają najlepsi. " - a ja się z tym nie zgadzam, własnie młodzi dokonają rewolucji. Tak wiec powtarzam - przedszkolaki na wykładowców. Przecież im młodszy, tym lepszy. Mam jeszcze pytanie - a w którym to kapitalizmie najlepsi maja najwięcej? Czy my przypadkiem nie popadamy w paranoję porównywalną z twierdzeniem, że PRL był dziesiątym mocarstwem na świecie?
"Przy każdym projekcie będzie rozpisywany konkurs, a dotacje będą przyznawane najlepszym pomysłom. " - a czy będę mógł podpisać się czarnym długopisem?? Bo znam takie przypadki, gdy taka "zbrodnia" była podstawą odrzucenia wniosku.
Mam nadzieje, że te cytaty to "kaczka" dziennikarska, a ministerstwo tak naprawdę ma jakieś bardziej normalne i logiczne pomysły.
-1
oceń komentarz masz 1 głos
Do p.Zbigniewa Osinskiego. Pana obecnosc tutaj jest bardzo wskazana, gdyz podobnie jak Pan mysli co najmniej paru moich znajomych, a zle sie dzieje, jesli glos jakiejs grupy jest sztucznie wyciszany, gdyz to generuje niechcec ukryta i potem rodza sie takie pomysly, jak np. aby urzadzic marsz na Ministerstwo. Akurat co do tego, co Pan napisal powyzej, to z tym sie nie zgadzam. Ale Pana pomysl wprowadzenia oceny wartosci dodanej, zastosowany do szkol na poziomie licencjackim, uwazam za dosc interesujacy. Kilka lat temu mowiac o reformie, dyskutowano glownie o sciezce kariery, teraz mowi sie glownie o zlej pozycji uczelni polskich w rankingach. A gdzie w tym wszystkim sa studenci? Tacy zwykli, przecietni, co chca "cos solidnego" skonczyc w trzy lata i uczciwie pojsc do pracy.
7
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Osiński. Dwa pierwsze punkty Pana wypowiedzi.
1. Znam wydziały państwowych uczelni, na których liczba godzin dydaktycznych 3-krotnie przekracza pensum. Jaką pracą naukową mogą wykazać się pracownicy takich wydziałów?
Słyszał Pan o pracy naukowej wykonywanej na uczelniach prywatnych? W jak dużej skali?
Jaką pracę naukową wykonują n-etatowcy, n 10? Albo 2-etatowcy, jeden etat w Lublinie, drugi w Legnicy? Jak wyglądają prace magisterskie na wydziałach, na których na pracownika przypada rocznie 30 magistrantów?
2. Odmłodzenie uczelni. Jeśli typowy wiek "zrobienia habilitacji" to ok. 45 lat (dane, przyznaję, z sufitu), to pierwszy wypromowany doktor pojawia się w dorobku w wieku ok. 50 lat i to jest podstawa do przyznania uczelnianej profesury. Grupa badawcza - przy wielkim szczęściu w uzyskaniu środków finansowych - w wieku 55-60 lat. Po 5-10 (!) latach wytężonej pracy czas na emeryturę w wieku 65 lat... To jest normalne?
Ale dla osłody w wieku 64 lat może kopnie tego badacza zaszczyt w postaci profesury tytularnej...
Słyszał Pan o wielu przypadkach prawdziwie innowacyjnego, rewolucyjnego pomysłu zaproponowanego przez 60-latka? A wie Pan, że połowa profesorów PAN i 1/3 uczelnianych przekroczyła 70 lat życia?
Jednocześnie ci 60- i 70-latkowie, mając dorobek i nazwisko, zapewne zdobywają zdecydowaną większość grantów. Ile z nich jest prawdziwie innowacyjnych?
W informatyce istnieją technologie przyszłości mające 1 do 4 lat. Kogo Pan zatrudni jako wykładowcę tej technologii: 70-letniego profesora PAN czy 30-letniego młodzika, ledwo po doktoracie? Który z nich szybciej opanuje nowy materiał i efektywnie przekaże go studentom?
Ja nie piszę, by wyrzucać emerytów na siłę (u mnie najwydajniejsi naukowcy mają powyżej 70 lat). Tylko by zaczęła liczyć się jakość... Ta nie zawsze idzie w parze z wiekiem.
6
oceń komentarz masz 1 głos
Problem wieku wygląda inaczej w przypadku sprawności fizycznej - tu młodzi mają przewagę (chociaż spotkałem już niejednokrotnie 60-70-latków, którzy serfowali na falach, jeździli na nartach czy po górach na rowerach lepiej niż niejeden 30-40-latek), a zupełnie inaczej w przypadku sprawności intelektualnej. ta rośnie z wiekiem, a granica tego wzrostu zależy od wielu czynników (treningu intelektualnego, ogólnego stanu zdrowia). Stwierdzenie, że 30 latek opanuje coś szybciej niż 70 latek może być prawdziwe lub nie, w zależności od doboru próby badawczej. Polityka preferowania młodych wiekiem jest dyskryminująca. Wyjaśnię to na moim przykładzie. Do pracy na uczelni trafiłem nie po studiach lecz po 12 latach pracy w oświacie, czyli w wieku 36 lat (niedawno słyszałem, że zatrudnianie praktyków na etatach wykładowców to jedna z recept na uzdrowienie szkolnictwa wyższego, a więc mój przypadek może powtarzać się częściej). Skutkiem określonej polityki wiekowej pracując nad doktoratem nie mogłem korzystać ze stypendiów, bo te zarezerwowane były dla magistrów do 35 roku życia. Doktorat zrobiłem w wieku 38 lat , czyli jako dosyć stary przez to i pogardzany asystent (tego, że zrobiłem go w trzecim roku pracy, nie widać). Zanim zabrałem się za habilitację skończyłem 40 i znowu ominęły mnie stypendia dla post docow (tylko do 40). Habilitację zrobiłem w wieku pogardzanego przerośniętego adiunkta - 48 lat (tego, że w 12 roku pracy, to nie widać). Na koniec ominęła mnie spora nagroda przyznawana przez rektora za habilitację przed 40 - kto by się zastanawiał nad tym, że gdybym przyszedł do pracy zaraz po studiach to zmieściłbym się w tych kryteriach, a tak to niestety - za stary na nagrody (i kogo obchodzi fakt, że w ciągu 12 lat pracy niewielu robi habilitacje). Podsumowując - dogmatyczne twierdzenia o wieku (w kontekście szkolnictwa wyższego i nauki) są co najwyżej formą dyskryminacji. Sprawność intelektualną człowieka należy oceniać indywidualnie. Każdy szef może spowodować odejście na emeryturę osoby, która takie uprawnienia ma i przestała być wydolna.
2
oceń komentarz masz 1 głos
Cytat - "teraz mowi sie glownie o zlej pozycji uczelni polskich w rankingach. A gdzie w tym wszystkim sa studenci? Tacy zwykli, przecietni, co chca "cos solidnego" skonczyc w trzy lata i uczciwie pojsc do pracy". O to mi właśnie chodzi - przestańmy kombinować, co by tu zrobić , by zabłyszczeć w rankingach, a pomyślmy o usprawnieniu codziennej pracy ze studentami.
2
oceń komentarz masz 1 głos
Przypomnę, że w USA, które jest wzorem współpracy nauki i biznesu, nie ma w ogóle pojęcia "habilitacja".
10
oceń komentarz masz 1 głos
Niepokoi mnie "konkursowość" (czytaj: uznaniowość) przyznawania środków uczelniom. To co do tej pory zrobił w tym zakresie rząd jest fatalne (chaotyczne i zupełnie niezrozumiałe rozdzielanie stypendiów "1000 zł", oraz dziwne rozstrzyganie konkursów na duże projekty unijne, gdzie tak naprawdę liczy się zatrudnienie firmy piszącej wodolejskie wnioski itd.).
Znów ocena WNIOSKU, obiecanek, wodolejstwa, a nie EFEKTÓW. Gdyby choć za zmarnotrwienie dotacji coś groziło komukolwiek, ale znając życie - grunt to "załapać się na plan", rozliczenia nie ma.
Szczególnie boli mnie zmarnowanie szansy tych stypendiów "1000 zł" dla kierunków ścisłych. przecież gdyby zamiast dętych konkursów powiedzieć po prostu: tysiąc czy 10 tysięcy (czy ile tam jest pieniędzy) najlepszych maturzystów wybierających kierunki ścisłe i inżynierskie (wg listy KIERUNKÓW, a nie uczelni) dostanie stypendium 1000 zł w 1-szym semestrze (a potem to stypendim 3-lata idzie za uczelnią którą ów maturzysta WYBRAŁ). Wtedy jest prosto, sprawiedliwie, przejrzyście i gratis mamy mechanizm qusi-rynkowy: studenci głosują nogami którą uczelnię cenią, gdzie chcą pójść. A uczelnie DO NICH adesują swe "umizgi", a nie do ministerialnych "ekspertów".
6
oceń komentarz masz 1 głos
do Pana Osinskiego - komentarz do cytuje:
"a po co ministerstwo nie tak dawno wprowadziło standardy, które w praktyce uniemożliwiają realizację tego postulatu, zresztą słusznego."
Standardy ksztalcenia PRZYPIECZETOWALA ustawa PSW z 2005 r., autorstwa prof. Woznickiego, nazywana "ustawa rektorska". profesor Woznickie wszedzie i na kazdym kroku podkresla, ze JEDYNYMI przedstawicielami srodowiska sa rektorzy - strategie "rektorska" dla szkolnictwa wyzszego nazywa tez wszedzie SRODOWISKOWA. Trzymajac sie tej nomenklatury, logicznie dochodzimy do wniosku, ze obecnie obowiazujaca ustawa z 2005 r. jest ustawa zaproponowana przez srodowisko.
Konkluzja: wprowadzono standardy ksztalcenia zgodnie z wola i zyczeniem SRODOWISKA akademickiego.
Juz slysze kontrargument, ze to ministerstwo USTALILO obowiazujace standardy. Kolejna demagogia. Stabndardy ksztalcenia zostaly opracowane przez RGSW i podobno skonsultowane z calym srodowiskiem. Minister Sewerynski po prostu zaakceptowal propozycje RGSW i wydal stosowne rozporzadzenie. RGSW jest wybierana "POWSZECHNIE" i "DEMOKRATYCZNIE" przez cale srodowisko.
Przestanmy wiec zwlac odpowiedzialnosc za sytuacje na uczelniach na politykow i jakichs urzednikow. Bylo wrecz odwrotnie. Przez ostatnich DWADZIESCIA lat srodowisko mialo niewyobrazalna autonomie w ksztaltowaniu zarowno wewnetrznego jak i zewnetrznego ladu akademickiego. Z jakim skutkiem? Wykazuja to zarowno rankingi jak i oceniaja na codzien studenci.
1
oceń komentarz masz 1 głos
Pan Jan poruszył kwestię studiów zamawianych.
Moim zdaniem o chaotyczności zamawiania studiów zdecydowało zderzenie dwóch światów: akademickiego i "biznesowego". Kadra zarządzająca uczelniami (poza dziekanami wydziałów zarządzania :-) ) nie ma żadnego wykształcenia menedżerskiego. W praktyce rektorzy mają za sobą praktykę funkcjonowania na stanowisku dziekana; dziekani wcześniej zwykle są dyrektorami instytutów, dyrektorami instytutów zostają naukowcy - filolodzy, chemicy, chirurdzy, sportowcy etc.. To ta kadra przygotowała i zatwierdziła wnioski, które po raz pierwszy były oceniane nie przez innych akademików, lecz specjalistów od zarządzania i rozliczania funduszy unijnych.
Ograniczenie programu studiów zamawianych do stypendiów dla najlepszych też byłoby wyrzucaniem (pożyczonych) pieniędzy w błoto. Bo co by było za 5 lat, gdy skończą się fundusze?
Jedynym efektem byłoby więcej absolwentów kierunków ścisłych?
Jak zagwarantować, że beneficjenci po odbyciu studiów po prostu nie wyjadą do pracy za granicę? Te pieniądze trzeba przeznaczyć głównie na zmianę struktury organizacyjnej uczelni, zmianę sposobu kształcenia studentów. Z tego punktu widzenia stypendia 1000 zł, porównywalne z doktoranckimi, niezależne od socjalnych i naukowych, wydają się zbyt hojne.
A przecież - o ile mi wiadomo - nawet tak duże pieniądze nie wygenerowały boomu na objętych programem kierunkach ścisłych i technicznych?
My się na załapaliśmy, ale widać ciekawy trend, mający chyba związek z tym programem. Uczelnie nim objęte zaczęły szukać współpracy z przemysłem (co jest warunkiem udziału w programie). Raz podpisane umowy łatwo rozszerzyć na inne uczelnie. I tak w ciągu ostatniego roku na moim wydziale pojawili się reprezentanci dwóch dużych firm zainteresowani wspólnymi programami edukacyjnymi. Jeśli coś z tego wyniknie w szerszej skali, te miliardy nie będą (całkiem) wyrzucone w błoto.
9
oceń komentarz masz 1 głos
1. Popieram zasadę mobilności! I należy ją wprowadzić już dziś!
2. Ponadto dodałbym jeszcze zagranicznych recenzentów przy ocenie projektów badawczych. Bo to co jest teraz to patologia.
Mam kilka uwag:
1. Do Pani Małgorzaty - za ustawy odpowiada rząd i posłowie, za ministerialne rozporządzenia - minister. Eksperci podpowiadający różne rozwiązania nie mają władzy, niejednokrotnie mają inne pomysły niż ostateczny kształt aktów prawnych. Przykład, który znam - ustawy reformujące oświatę w 1999 r. Jeżeli chodzi o konsultacje w sprawie podstawy programowej - mam kilku kolegów po habilitacjach, którzy zajmują się dydaktyką historii. Nikt spośród nich nie zdradził, że cokolwiek konsultowano z nim w sprawie standardów kształcenia nauczycieli historii. Nie przeceniałbym wpływu środowiska naukowego na polityków.
2. Do Pana Jarka - do pańskich jednoznacznych postulatów mam kilka uściśleń:
ad. 1 Już dziś należy wprowadzić zasadę, że w Polsce ma być mnóstwo domów do wynajęcia, i natychmiast należy wprowadzić takie pobory na wyższych uczelniach, by każdy pracownik mógł sobie zmieniać domy jak rękawiczki.
ad. 2 A ilu znajdziemy zagranicznych recenzentów, którzy potrafią obiektywnie ocenić (czyli mają odpowiednią wiedzę) projekty badawcze z zakresu historii najnowszej Polski lub dydaktyki historii? A jeszcze mały problem - czy oni nauczą się polskiego, czy my u siebie wprowadzimy angielski jako urzędowy (bo bez tego wymaganie pisania projektów, czyli dokumentów służbowych w instytucji państwowej, po angielski trąci łamaniem prawa)?
2
oceń komentarz masz 1 głos
Pieniedzy stypendialnych nie uwazam za "wyrzucone w bloto", byle sensownie nimi dysponowac. Zgoda, Panie Zbyszku, ze 1000 zl to za duzo i zwlaszcza sytuacja zero-jedynkowa jest malo sensowna (jedni dostaja az 1000, czasem prawie za nic, drudzy nic). Ciekawi mnie Pana uwaga o pozytywnym zwiazku studiow zamawianych ze wspolpraca z przemyslem. Nic o tym dotad nie slyszalem.
A wszystko to co do tej pory obilo mi sie o uszy ma temat poziomu i kryteriow jakimi kierowali sie "specjal;isci od zarzadzania i rozliczania funduszy unijnych" brzmialo wysoce negatywnie. Byc moze dlatego, ze pochodzilo z ust "akademikow", ale sam tez takim jestem i trafia mi to do przekonania...
3
oceń komentarz masz 1 głos
Linkowany artykuł to propaganda rządowa. Robiąc przegląd dokumentów źródłowych nie zauważyłem, tam żadnych "rewolucyjnych zmian". Chyba nie jest rewolucją skrócenie postępowania habilitacyjnego o 3 miesiące. Jak mają się projekty ustaw rządowych do strategii E&Y? Mam wrażenie, że idą w przeciwnym kierunku.
4
oceń komentarz masz 1 głos
Może i ten artykuł to rzeczywiście propaganda, jak pisze Andrzej. Ale ważniejsze jest to, że wspomniane w nim ustawy zostaną uchwalone lada chwila, oczywiście w wersji ministerialnej. I w związku z tym podniecanie się strategią E&Y to zajęcie, jakby to powiedzieć, czysto akademickie, znaczy się, niepraktyczne :-) Można zaryzykować tezę, że jedynym efektem tej publikacji będzie zmiękczenie oporu części środowiska przed dużo łagodniejszymi reformami minister Kudryckiej.
Podobnie jak Jana, mnie bardzo niepokoi uznaniowość konkursów, które nas czekają. Każdy, kto choć raz startował w konkursach o granty badawcze lub np. studia zamawiane wie, co mam na myśli. Konkursy, jakie znam, to jedna wielka porażka. W konkursach na granty badawcze ze świecą można szukać kompetentnych, rzetelnych recenzji. Czy ci sami recenzenci zdecydują, gdzie powstaną KNOW? Z kolei konkursy na studia zamawiane wygrywają ci, którzy potrafią napisać wniosek językiem urzędników unijnych i w 1800 znakach naobiecują cuda na kiju - przecież za 3 lata ministerstwo i tak odtrąbi sukces!
Do Andrzeja: najbardziej rewolucyjną zmianą w propozycjach ministerialnych jest zdefiniowanie osoby aktywnej naukowo i dzięki temu godnej wybrania do CK jako osoby, która "w ocenianym okresie [...] opublikowała co najmniej 1 publikację w czasopiśmie wyróżnionym w wykazie Ministra, któremu przypisano co najmniej 10 punktów".
Temat
14
komentarzy
Rewolucja na uczelniach wyższych
MNiSW planuje rewolucyjne zmiany w ustawie o szkolnictwie wyższym. Ich syntetyczny opis można znaleźć w artykule Rewolucyjne zmiany na uczelniach wyższych - tradycyjnie zachęcamy do lektury i komentarzy. Który z projektów jest Państwa zdaniem najbardziej atrakcyjny, a który może okazać się chybiony?
Komentarze
Kliknij
jeśli spodobał Ci się komentarz.
Kliknij
jeśli uważasz, że jest miernej jakości.
4
masz 1 głos
No cóż, albo przestanę pisać na tym forum, albo wyjdę na geriatryczny beton, któremu nic się nie podoba. Ale ewentualnych krytyków proszę o wyrozumiałość. Nie jestem przeciwnikiem reform, ale... jak czytam pewne teksty, to...
Przejdźmy do cytatów -
"Rząd w budżecie zapisał 17 mld zł, o prawie miliard więcej niż rok temu. Ale nic za darmo. Szkoły wyższe będą musiały połączyć świat badań i edukacji: naukowcy będą uczyć studentów, a wykładowcy prowadzić badania." - a jak jest obecnie????? Czy właśnie nie tak??? Czy ja mam przewidzenia jak widzę kolegę, który parę książek naukowych napisał, prowadzącego zajęcia ze studentami?
"Po drugie, odmłodzenie uczelni." - czyli im młodszy, tym mądrzejszy?? To ja zgłaszam projekt - przedszkolaki na wykładowców.
"Szkoły wyższe będą musiały uelastycznić programy nauczania, postawić na interdyscyplinarność. " - a po co ministerstwo nie tak dawno wprowadziło standardy, które w praktyce uniemożliwiają realizację tego postulatu, zresztą słusznego.
"Po czwarte, bliższa współpraca nauki i przemysłu. Badacze, którzy będą opracowywali patenty wykorzystywane przez polskie przedsiębiorstwa, dostaną dodatkowe pieniądze." - a co z humanistami - do likwidacji??? Czy może mamy wymyślać humanistyczne patenty??
"Trudno podejrzewać, by Rada Młodych Naukowców zrewolucjonizowała polską naukę czy szkolnictwo wyższe. Ale jej powołanie można potraktować jako symbol przemian, jakie mają zajść w tym roku w sektorze podległym minister nauki. Wreszcie, 20 lat po upadku komunizmu, zacznie on funkcjonować zgodnie z kapitalistycznymi zasadami, w których najwięcej mają najlepsi. " - a ja się z tym nie zgadzam, własnie młodzi dokonają rewolucji. Tak wiec powtarzam - przedszkolaki na wykładowców. Przecież im młodszy, tym lepszy. Mam jeszcze pytanie - a w którym to kapitalizmie najlepsi maja najwięcej? Czy my przypadkiem nie popadamy w paranoję porównywalną z twierdzeniem, że PRL był dziesiątym mocarstwem na świecie?
"Przy każdym projekcie będzie rozpisywany konkurs, a dotacje będą przyznawane najlepszym pomysłom. " - a czy będę mógł podpisać się czarnym długopisem?? Bo znam takie przypadki, gdy taka "zbrodnia" była podstawą odrzucenia wniosku.
Mam nadzieje, że te cytaty to "kaczka" dziennikarska, a ministerstwo tak naprawdę ma jakieś bardziej normalne i logiczne pomysły.
-1
masz 1 głos
Do p.Zbigniewa Osinskiego. Pana obecnosc tutaj jest bardzo wskazana, gdyz podobnie jak Pan mysli co najmniej paru moich znajomych, a zle sie dzieje, jesli glos jakiejs grupy jest sztucznie wyciszany, gdyz to generuje niechcec ukryta i potem rodza sie takie pomysly, jak np. aby urzadzic marsz na Ministerstwo. Akurat co do tego, co Pan napisal powyzej, to z tym sie nie zgadzam. Ale Pana pomysl wprowadzenia oceny wartosci dodanej, zastosowany do szkol na poziomie licencjackim, uwazam za dosc interesujacy. Kilka lat temu mowiac o reformie, dyskutowano glownie o sciezce kariery, teraz mowi sie glownie o zlej pozycji uczelni polskich w rankingach. A gdzie w tym wszystkim sa studenci? Tacy zwykli, przecietni, co chca "cos solidnego" skonczyc w trzy lata i uczciwie pojsc do pracy.
7
masz 1 głos
Panie Osiński. Dwa pierwsze punkty Pana wypowiedzi.
1. Znam wydziały państwowych uczelni, na których liczba godzin dydaktycznych 3-krotnie przekracza pensum. Jaką pracą naukową mogą wykazać się pracownicy takich wydziałów?
Słyszał Pan o pracy naukowej wykonywanej na uczelniach prywatnych? W jak dużej skali?
Jaką pracę naukową wykonują n-etatowcy, n 10? Albo 2-etatowcy, jeden etat w Lublinie, drugi w Legnicy? Jak wyglądają prace magisterskie na wydziałach, na których na pracownika przypada rocznie 30 magistrantów?
2. Odmłodzenie uczelni. Jeśli typowy wiek "zrobienia habilitacji" to ok. 45 lat (dane, przyznaję, z sufitu), to pierwszy wypromowany doktor pojawia się w dorobku w wieku ok. 50 lat i to jest podstawa do przyznania uczelnianej profesury. Grupa badawcza - przy wielkim szczęściu w uzyskaniu środków finansowych - w wieku 55-60 lat. Po 5-10 (!) latach wytężonej pracy czas na emeryturę w wieku 65 lat... To jest normalne?
Ale dla osłody w wieku 64 lat może kopnie tego badacza zaszczyt w postaci profesury tytularnej...
Słyszał Pan o wielu przypadkach prawdziwie innowacyjnego, rewolucyjnego pomysłu zaproponowanego przez 60-latka? A wie Pan, że połowa profesorów PAN i 1/3 uczelnianych przekroczyła 70 lat życia?
Jednocześnie ci 60- i 70-latkowie, mając dorobek i nazwisko, zapewne zdobywają zdecydowaną większość grantów. Ile z nich jest prawdziwie innowacyjnych?
W informatyce istnieją technologie przyszłości mające 1 do 4 lat. Kogo Pan zatrudni jako wykładowcę tej technologii: 70-letniego profesora PAN czy 30-letniego młodzika, ledwo po doktoracie? Który z nich szybciej opanuje nowy materiał i efektywnie przekaże go studentom?
Ja nie piszę, by wyrzucać emerytów na siłę (u mnie najwydajniejsi naukowcy mają powyżej 70 lat). Tylko by zaczęła liczyć się jakość... Ta nie zawsze idzie w parze z wiekiem.
6
masz 1 głos
Problem wieku wygląda inaczej w przypadku sprawności fizycznej - tu młodzi mają przewagę (chociaż spotkałem już niejednokrotnie 60-70-latków, którzy serfowali na falach, jeździli na nartach czy po górach na rowerach lepiej niż niejeden 30-40-latek), a zupełnie inaczej w przypadku sprawności intelektualnej. ta rośnie z wiekiem, a granica tego wzrostu zależy od wielu czynników (treningu intelektualnego, ogólnego stanu zdrowia). Stwierdzenie, że 30 latek opanuje coś szybciej niż 70 latek może być prawdziwe lub nie, w zależności od doboru próby badawczej. Polityka preferowania młodych wiekiem jest dyskryminująca. Wyjaśnię to na moim przykładzie. Do pracy na uczelni trafiłem nie po studiach lecz po 12 latach pracy w oświacie, czyli w wieku 36 lat (niedawno słyszałem, że zatrudnianie praktyków na etatach wykładowców to jedna z recept na uzdrowienie szkolnictwa wyższego, a więc mój przypadek może powtarzać się częściej). Skutkiem określonej polityki wiekowej pracując nad doktoratem nie mogłem korzystać ze stypendiów, bo te zarezerwowane były dla magistrów do 35 roku życia. Doktorat zrobiłem w wieku 38 lat , czyli jako dosyć stary przez to i pogardzany asystent (tego, że zrobiłem go w trzecim roku pracy, nie widać). Zanim zabrałem się za habilitację skończyłem 40 i znowu ominęły mnie stypendia dla post docow (tylko do 40). Habilitację zrobiłem w wieku pogardzanego przerośniętego adiunkta - 48 lat (tego, że w 12 roku pracy, to nie widać). Na koniec ominęła mnie spora nagroda przyznawana przez rektora za habilitację przed 40 - kto by się zastanawiał nad tym, że gdybym przyszedł do pracy zaraz po studiach to zmieściłbym się w tych kryteriach, a tak to niestety - za stary na nagrody (i kogo obchodzi fakt, że w ciągu 12 lat pracy niewielu robi habilitacje). Podsumowując - dogmatyczne twierdzenia o wieku (w kontekście szkolnictwa wyższego i nauki) są co najwyżej formą dyskryminacji. Sprawność intelektualną człowieka należy oceniać indywidualnie. Każdy szef może spowodować odejście na emeryturę osoby, która takie uprawnienia ma i przestała być wydolna.
2
masz 1 głos
Cytat - "teraz mowi sie glownie o zlej pozycji uczelni polskich w rankingach. A gdzie w tym wszystkim sa studenci? Tacy zwykli, przecietni, co chca "cos solidnego" skonczyc w trzy lata i uczciwie pojsc do pracy". O to mi właśnie chodzi - przestańmy kombinować, co by tu zrobić , by zabłyszczeć w rankingach, a pomyślmy o usprawnieniu codziennej pracy ze studentami.
2
masz 1 głos
Przypomnę, że w USA, które jest wzorem współpracy nauki i biznesu, nie ma w ogóle pojęcia "habilitacja".
10
masz 1 głos
Niepokoi mnie "konkursowość" (czytaj: uznaniowość) przyznawania środków uczelniom. To co do tej pory zrobił w tym zakresie rząd jest fatalne (chaotyczne i zupełnie niezrozumiałe rozdzielanie stypendiów "1000 zł", oraz dziwne rozstrzyganie konkursów na duże projekty unijne, gdzie tak naprawdę liczy się zatrudnienie firmy piszącej wodolejskie wnioski itd.).
Znów ocena WNIOSKU, obiecanek, wodolejstwa, a nie EFEKTÓW. Gdyby choć za zmarnotrwienie dotacji coś groziło komukolwiek, ale znając życie - grunt to "załapać się na plan", rozliczenia nie ma.
Szczególnie boli mnie zmarnowanie szansy tych stypendiów "1000 zł" dla kierunków ścisłych. przecież gdyby zamiast dętych konkursów powiedzieć po prostu: tysiąc czy 10 tysięcy (czy ile tam jest pieniędzy) najlepszych maturzystów wybierających kierunki ścisłe i inżynierskie (wg listy KIERUNKÓW, a nie uczelni) dostanie stypendium 1000 zł w 1-szym semestrze (a potem to stypendim 3-lata idzie za uczelnią którą ów maturzysta WYBRAŁ). Wtedy jest prosto, sprawiedliwie, przejrzyście i gratis mamy mechanizm qusi-rynkowy: studenci głosują nogami którą uczelnię cenią, gdzie chcą pójść. A uczelnie DO NICH adesują swe "umizgi", a nie do ministerialnych "ekspertów".
6
masz 1 głos
do Pana Osinskiego - komentarz do cytuje:
"a po co ministerstwo nie tak dawno wprowadziło standardy, które w praktyce uniemożliwiają realizację tego postulatu, zresztą słusznego."
Standardy ksztalcenia PRZYPIECZETOWALA ustawa PSW z 2005 r., autorstwa prof. Woznickiego, nazywana "ustawa rektorska". profesor Woznickie wszedzie i na kazdym kroku podkresla, ze JEDYNYMI przedstawicielami srodowiska sa rektorzy - strategie "rektorska" dla szkolnictwa wyzszego nazywa tez wszedzie SRODOWISKOWA. Trzymajac sie tej nomenklatury, logicznie dochodzimy do wniosku, ze obecnie obowiazujaca ustawa z 2005 r. jest ustawa zaproponowana przez srodowisko.
Konkluzja: wprowadzono standardy ksztalcenia zgodnie z wola i zyczeniem SRODOWISKA akademickiego.
Juz slysze kontrargument, ze to ministerstwo USTALILO obowiazujace standardy. Kolejna demagogia. Stabndardy ksztalcenia zostaly opracowane przez RGSW i podobno skonsultowane z calym srodowiskiem. Minister Sewerynski po prostu zaakceptowal propozycje RGSW i wydal stosowne rozporzadzenie. RGSW jest wybierana "POWSZECHNIE" i "DEMOKRATYCZNIE" przez cale srodowisko.
Przestanmy wiec zwlac odpowiedzialnosc za sytuacje na uczelniach na politykow i jakichs urzednikow. Bylo wrecz odwrotnie. Przez ostatnich DWADZIESCIA lat srodowisko mialo niewyobrazalna autonomie w ksztaltowaniu zarowno wewnetrznego jak i zewnetrznego ladu akademickiego. Z jakim skutkiem? Wykazuja to zarowno rankingi jak i oceniaja na codzien studenci.
1
masz 1 głos
Pan Jan poruszył kwestię studiów zamawianych.
Moim zdaniem o chaotyczności zamawiania studiów zdecydowało zderzenie dwóch światów: akademickiego i "biznesowego". Kadra zarządzająca uczelniami (poza dziekanami wydziałów zarządzania :-) ) nie ma żadnego wykształcenia menedżerskiego. W praktyce rektorzy mają za sobą praktykę funkcjonowania na stanowisku dziekana; dziekani wcześniej zwykle są dyrektorami instytutów, dyrektorami instytutów zostają naukowcy - filolodzy, chemicy, chirurdzy, sportowcy etc.. To ta kadra przygotowała i zatwierdziła wnioski, które po raz pierwszy były oceniane nie przez innych akademików, lecz specjalistów od zarządzania i rozliczania funduszy unijnych.
Ograniczenie programu studiów zamawianych do stypendiów dla najlepszych też byłoby wyrzucaniem (pożyczonych) pieniędzy w błoto. Bo co by było za 5 lat, gdy skończą się fundusze?
Jedynym efektem byłoby więcej absolwentów kierunków ścisłych?
Jak zagwarantować, że beneficjenci po odbyciu studiów po prostu nie wyjadą do pracy za granicę? Te pieniądze trzeba przeznaczyć głównie na zmianę struktury organizacyjnej uczelni, zmianę sposobu kształcenia studentów. Z tego punktu widzenia stypendia 1000 zł, porównywalne z doktoranckimi, niezależne od socjalnych i naukowych, wydają się zbyt hojne.
A przecież - o ile mi wiadomo - nawet tak duże pieniądze nie wygenerowały boomu na objętych programem kierunkach ścisłych i technicznych?
My się na załapaliśmy, ale widać ciekawy trend, mający chyba związek z tym programem. Uczelnie nim objęte zaczęły szukać współpracy z przemysłem (co jest warunkiem udziału w programie). Raz podpisane umowy łatwo rozszerzyć na inne uczelnie. I tak w ciągu ostatniego roku na moim wydziale pojawili się reprezentanci dwóch dużych firm zainteresowani wspólnymi programami edukacyjnymi. Jeśli coś z tego wyniknie w szerszej skali, te miliardy nie będą (całkiem) wyrzucone w błoto.
9
masz 1 głos
1. Popieram zasadę mobilności! I należy ją wprowadzić już dziś!
2. Ponadto dodałbym jeszcze zagranicznych recenzentów przy ocenie projektów badawczych. Bo to co jest teraz to patologia.
-7
masz 1 głos
pokaż treść komentarza
2
masz 1 głos
Pieniedzy stypendialnych nie uwazam za "wyrzucone w bloto", byle sensownie nimi dysponowac. Zgoda, Panie Zbyszku, ze 1000 zl to za duzo i zwlaszcza sytuacja zero-jedynkowa jest malo sensowna (jedni dostaja az 1000, czasem prawie za nic, drudzy nic). Ciekawi mnie Pana uwaga o pozytywnym zwiazku studiow zamawianych ze wspolpraca z przemyslem. Nic o tym dotad nie slyszalem.
A wszystko to co do tej pory obilo mi sie o uszy ma temat poziomu i kryteriow jakimi kierowali sie "specjal;isci od zarzadzania i rozliczania funduszy unijnych" brzmialo wysoce negatywnie. Byc moze dlatego, ze pochodzilo z ust "akademikow", ale sam tez takim jestem i trafia mi to do przekonania...
3
masz 1 głos
Linkowany artykuł to propaganda rządowa. Robiąc przegląd dokumentów źródłowych nie zauważyłem, tam żadnych "rewolucyjnych zmian". Chyba nie jest rewolucją skrócenie postępowania habilitacyjnego o 3 miesiące. Jak mają się projekty ustaw rządowych do strategii E&Y? Mam wrażenie, że idą w przeciwnym kierunku.
4
masz 1 głos
Może i ten artykuł to rzeczywiście propaganda, jak pisze Andrzej. Ale ważniejsze jest to, że wspomniane w nim ustawy zostaną uchwalone lada chwila, oczywiście w wersji ministerialnej. I w związku z tym podniecanie się strategią E&Y to zajęcie, jakby to powiedzieć, czysto akademickie, znaczy się, niepraktyczne :-) Można zaryzykować tezę, że jedynym efektem tej publikacji będzie zmiękczenie oporu części środowiska przed dużo łagodniejszymi reformami minister Kudryckiej.
Podobnie jak Jana, mnie bardzo niepokoi uznaniowość konkursów, które nas czekają. Każdy, kto choć raz startował w konkursach o granty badawcze lub np. studia zamawiane wie, co mam na myśli. Konkursy, jakie znam, to jedna wielka porażka. W konkursach na granty badawcze ze świecą można szukać kompetentnych, rzetelnych recenzji. Czy ci sami recenzenci zdecydują, gdzie powstaną KNOW? Z kolei konkursy na studia zamawiane wygrywają ci, którzy potrafią napisać wniosek językiem urzędników unijnych i w 1800 znakach naobiecują cuda na kiju - przecież za 3 lata ministerstwo i tak odtrąbi sukces!
Do Andrzeja: najbardziej rewolucyjną zmianą w propozycjach ministerialnych jest zdefiniowanie osoby aktywnej naukowo i dzięki temu godnej wybrania do CK jako osoby, która "w ocenianym okresie [...] opublikowała co najmniej 1 publikację w czasopiśmie wyróżnionym w wykazie Ministra, któremu przypisano co najmniej 10 punktów".
Dodaj komentarz: