Stan nauki w Polsce - opinia p. prof. dr hab. Adama Chmielewskiego
Poniżej prezentujemy osobistą ocenę stanu nauki w Polsce przedstawioną przez p. prof. dr hab. Adama Chmielewskiego. Jest ona fragmentem książki: Adam Chmielewski, Psychopatologia życia politycznego. Podręcznik ilustrowany, Oficyna Wydawnicza Atut, Wrocław 2009.
„Przyznaję, że jestem bardzo przywiązany do tradycyjnej idei universitas, do tradycyjnej idei uniwersytetu jako miejsca, gdzie nie zawodowe umiejętności czy sprawności są przekazywane, ale gdzie przekazywane są fundamenty naszej kultury, bez których byśmy się cywilizacyjnie i kulturalni zniszczyli. (…) Jest taki sposób myślenia, który daje się wyrazić mniej więcej tak: ‘każdemu wolno, jeśli chce studiować język Hetytów, japońskie ogrody Zen, albo różnice między św. Augustynem i św. Cyprianem w interpretacji sakramentu chrztu. Wolno ludziom się tego uczyć, ale dlaczegóż podatnik miałby płacić za kultywowanie tych egzotycznych zainteresowań?’ To jest zły argument. Bo oczywiście niepodobna podać wymiernych korzyści, jakie każdy poszczególny podatnik miałby otrzymywać z tego tytułu, że ktoś inny studiuje język Hetytów albo japońskie ogrody Zen. Kultura nasza zawiera olbrzymie połacie, które wydawałoby się, że nie są potrzebne. (…) Są jednak rzeczy, których nie można do garnka włożyć, w które nie można się ubrać, ale jednak kultura z nich właśnie żyje i są one konieczne po to, żeby kultura istniała. Jeżeli tak zwana kultura ‘bezinteresowna’ jest uważana za luksus, to tylko dlatego, że sama ludzkość w pewnym znaczeniu jest luksusem natury. Bezużyteczność taka jest właśnie bezużytecznością pozorną, bo praktyczne wysilenia ludzi, również te pomysły, które służą praktycznemu życiu, w znacznej większości nigdy nie powstałyby, gdyby nie miały fundamentów w ogólnych podstawach życia kulturalnego”[1].
U progu II wojny światowej, która zakończyła krótki żywot II Rzeczypospolitej, Florian Znaniecki, jeden z nielicznych polskich humanistów, którzy zyskali międzynarodowe uznanie, zanotował następujące słowa: „Zaiste, w dzisiejszym czasie wiele zaryzykuje społeczeństwo, które śmiało poprze swobodą, wielką twórczość naukową, a przez to otworzy u siebie nieograniczone pole rozwoju dla wielkiej wynalazczości. Bo może ono się stać ośrodkiem rozpętanych potęg duchowych, które w ciągu kilku pokoleń zmiotą bez śladu to życie, jakie dziś znamy, i na jego miejsce wytworzą jakieś życie nowe, olbrzymie, lecz niedostępne nawet najbujniejszej naszej wyobraźni i zapewne niewspółmierne z żadnymi naszymi sprawdzianami wartości. Czy chcemy, aby społeczeństwo polskie stało się jednym takich ognisk? Jeżeli nie, tego postępujmy nadal, jak dotąd, w sprawach twórczości naukowej – tylko konsekwentniej. Nie tylko nie dawajmy uczonym-twórcom poparcia, ale nie tolerujmy twórczości – niszczmy ją w zarodku”[2].
Mimo znacznego, chociaż jak się miało rychło okazać, dalece niewystarczającego wysiłku modernizacyjnego, Znaniecki krytycznie oceniał zaangażowanie ówczesnych władz polskich na rzecz wspierania rodzimej myśli naukowej i technicznej. Tezą niniejszego rozdziału jest twierdzenie tyleż banalne, co gorzko prawdziwe, a mianowicie, że od tamtego czasu pod względem wspierania rodzimej, autonomicznej i samodzielnej twórczości naukowej niewiele się zmieniło zarówno w okresie realnego socjalizmu, jak i w epoce III Rzeczypospolitej.
Okręty flagowe do stoczni remontowej
„Jesteśmy jak żeglarze, którzy na pełnym morzu muszą przebudować swój statek, lecz nie mogą tego dokonać całkowicie na nowo, od postaw. Gdy zostanie usunięta stępka, należy ją natychmiast zastąpić nową, a w tym celu reszta statku musi posłużyć jako wsparcie. W ten sposób za pomocą starych belek i pływającego drewna da się przebudować cały statek, ale można to uczynić tylko stopniowo”[3].
Ta metafora Otto Neuratha, jednego z czołowych przedstawicieli filozoficznej szkoły logicznego pozytywizmu, została zamierzona przezeń jako opis teoretycznego rozwoju nauk. Zawiera ona jednak prawdę, z której lekcję czerpać powinny władze edukacyjne w projekcie przebudowy polskiego szkolnictwa wyższego, znanego pod hasłem „okrętów flagowych”. Z tego „stoczniowego” punktu widzenia wszystkie polskie uczelnie należałoby wysłać do stoczni remontowej. Także w dosłownym rozumienia słowa „remont”. Ta wtórna sprawa ma jednak głęboki związek ze stanem polskiej nauki i wyższej edukacji, jest bowiem świadectwem sposobu ich traktowania zarówno przez minione, jak i obecne władze edukacyjne.
Rejestr pustych obietnic
W okresie transformacji kraju, wśród grup i instytucji społecznych, które miały trudności w dostosowaniu się do nowych warunków ekonomicznych i politycznych, były także polskie uczelnie państwowe. Od początków transformacji do 2005 roku lawinowo zwiększała się liczba studentów na polskich uczelniach; ich liczba, wynosząca około 380 tysięcy w początkach lat 90-tych, wzrosła nawet do 1 600 000 w okresie szczytu wyżu demograficznego. Wynik ten, co należy mocno podkreślić, osiągnięto bez wielkich nakładów, czy wręcz „bezinwestycyjnie”. W tym samym czasie bowiem liczba nauczycieli akademickich zwiększyła się o jedyne 8%, zaś materialna baza dydaktyczna nie uległa znaczącemu rozbudowaniu. Przez długi czas nie zmieniała się również sytuacja prawna polskich uczelni. Zarazem w okresie tym z roku na rok zmniejszały się nakłady państwa na badania naukowe. Prowadziło to do obniżenia prestiżu uczonego i coraz gorszych nastrojów wśród badaczy, co stanowiło silny negatywny bodziec dla ich kreatywności. Uczeni polscy robili, co mogli, aby to zmienić, lecz mimo to narastała frustracja środowisk nauczycielskich i badawczych, których wysiłek nie był doceniany i które z dużą dozą bezradności obserwowały własną degradację.
Poniższy rejestr pustych obietnic składanych wobec polskich środowisk akademickich przez władze polityczne kraju, ograniczam zasadniczo do relacji z osobistych spotkań i rozmów z najwyższymi przedstawicielami Sojuszu Lewicy Demokratycznej, w których miałem sposobność uczestniczyć. Czynię tak dlatego z kilku powodów.
Po pierwsze, było i pozostaje rzeczą oczywistą, że od skrajnie prawicowych ugrupowań, szczycących się swoją tradycjonalistyczną religijnością i antyintelektualnym konserwatyzmem, nie można było oczekiwać zrozumienia dla roli twórczej myśli naukowej jako bodźca modernizacyjnego kraju, albowiem na modernizacji kraju im nie zależało. Przykładem tej postawy jest chociażby słynne stwierdzenie jednego z przedstawicieli tego nurtu politycznego, który z trybuny sejmowej ośmielił się powiedzieć, że nie jest rzeczą istotną, czy Polska będzie biedna czy bogata, lecz czy będzie katolicka, czy też przypadek rządu premiera Jerzego Buzka, który wśród wielu chybionych reform, kosztownych błędów ekonomicznych i innych zaniedbań, dopuścił się także nieopłacenia składki umożliwiającej polskim studentom uczestnictwo w programach wymiany akademickiej w okresie przedakcesyjnym, argumentując to brakiem funduszy.
Po drugie, poniżej przytoczone puste deklaracje dobitnie ilustrują postawę ugrupowania, które chciało uchodzić za najbardziej modernizacyjną formację funkcjonującą na polskiej scenie politycznej. Ugrupowanie to bowiem, jako pierwsze po 1989 roku, w okresie sprawowania władzy w latach 1993-1997 podjęło działania w celu zmiany dramatycznej sytuacji całego sektora publicznego, w tym edukacyjnego. Należy bowiem pamiętać, że w pierwszych latach transformacji w sektorze tym przeciętne płace spadły do zaledwie 75% średniej krajowej; stan ten doprowadził wywołał protest społeczny, który doprowadził do upadku liberalnego rządu kierowanego przez Hannę Suchocką i otworzył Sojuszowi Lewicy Demokratycznej drogę do władzy w 1993 roku. Tym samym partia ta dawała nadzieję, że tego rodzaju prorozwojowa i prospołeczna polityka będzie kontynuowana w przyszłości. Co więcej, jej przywódcy wiele czynili, aby tę nadzieję podtrzymać, albowiem program Sojuszu Lewicy Demokratycznej, sformułowany na okoliczność kampanii wyborczej w 2001 roku, głosił, że z budżetu państwa należy finansować przede wszystkim wydatki na infrastrukturę, ochronę środowiska, oraz na naukę i edukację. Było to trzy podstawowe dziedziny, w których partia ta deklaratywnie dostrzegała bodziec rozwojowy kraju. Twierdzono, słusznie, że jeżeli tego się nie dokona, to trwały wzrost gospodarczy będzie niemożliwy. W ten sposób partia ta starała się zbudować własny wizerunek jako ugrupowania, które stawia sobie za cel wiodący modernizację zapóźnionego kraju i odrabianie cywilizacyjnych zaniedbań. Wizerunek ten okazał się jednak nieszczerą, medialną fasadą, skrywającą głęboki antyintelektualizm tego ugrupowania. Oto kilka przykładów.
W odpowiedzi na pytanie, czy i jak można zaradzić trudnej sytuacji środowiska akademickiego w Polsce, prezydent Aleksander Kwaśniewski odparł: „Dobrze zdaję sobie sprawę z niekorzystnej sytuacji, w jakiej są uczelnie, doceniam też fakt imponującego wzrostu liczby studentów w ostatnim dziesięcioleciu. Sądzę, że nakłady państwa na edukację powinny zostać wydatnie zwiększone. Niezależnie od tego trzeba uruchomić mechanizmy stymulujące przedsiębiorstwa i poszczególnych obywateli – zwłaszcza ze sfer lepiej sytuowanych materialnie – do większej ofiarności na cele edukacyjne. Na przykład umożliwiając znaczne odpisy od podatków na cele edukacyjne. Z drugiej strony mam jednak wrażenie, że w uczelniach przy rozważeniu kosztów kształcenia dominuje myślenie tradycyjne tj. tendencja do gromadzenia znacznej liczby studentów w salach dla wysłuchania wykładów, a zbyt mało myśli się o szansach, jakie stworzył rozwój nowoczesnych technik informatycznych i niekonwencjonalny styl kształcenia, którego przykładem są inicjatywy takie jak brytyjski Open University. Te nowe formy już są tańsze, a w przyszłości będą stawały się coraz bardziej dostępne”[4].
Przed transformacją blisko 20% młodzieży na wyższych uczelniach pochodziło ze środowisk wiejskich. W okresie bezpośrednio poprzedzającym szczytowy rozwój edukacji wyższej, tj. w latach 2000-2005 roku było jej zaledwie ok. 2%. Można było odnieść wrażenie, że polityka odnowionego państwa polskiego wobec szkolnictwa wyższego mnożyła bariery przed pragnącymi się uczyć młodymi ludźmi, zamiast im to ułatwiać i zarazem zniechęcała ich nauczycieli do wysiłku, nie wynagradzając ich właściwie. Na pytanie, czy nie stwarza to zagrożenia, że Polska wejdzie do Europy jako naród nieuków, zdolnych wykonywać co najwyżej podrzędne prace, czy nie grozi to tym, że w ten sposób Polacy zatracą własną tożsamość, prezydent Kwaśniewski odpowiedział: „Każdy kraj, który ma politykę edukacyjną na miarę naszych czasów, stara się wyrównywać szanse oświatowe i dba o to, by dzieci należące do grup społecznych znajdujących się w gorszej sytuacji otrzymywały wsparcie i pomoc ułatwiającą uzyskanie możliwie wysokiego wykształcenia. Nie sądzę by ‘polityka odnowionego państwa polskiego’ z lat ostatnich ‘mnożyła bariery przed pragnącymi się uczyć młodymi ludźmi’, natomiast uważam, że mimo kilku deklaracji nie uczyniono niemal nic, by już istniejące bariery likwidować. Zauważam jednak, że w większości nasi politycy nie interesują się tym, czym powinna się charakteryzować dojrzała, długofalowa polityka edukacyjna kraju takiego jak nasz. Decydenci różnych szczebli i osoby kształtujący opinię publiczną jakby nie zauważyli, że na Zachodzie ranga edukacji w ostatnim dziesięcioleciu znacznie wzrosła i żaden polityk nie może tam pozwolić sobie na lekceważenie tych zagadnień”[5].
Podobne opinie formułował ówczesny marszałek Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej, ekonomista Marek Borowski. Priorytety reprezentowanej przez niego partii brzmiały w jego opinii następująco: „[N]asz program sprowadza się najogólniej do bardziej aktywnej roli państwa, która musi wspierać rodzimą przedsiębiorczość, i do bardziej elastycznej polityki podatkowej. Budżet musi inwestować w infrastrukturę, w drogi, w ochronę środowiska, musi inwestować w naukę i edukację. Są to trzy podstawowe dziedziny, w które musimy inwestować. Jeżeli tego nie zrobimy, to na dłuższą metę nie będzie żadnego trwałego wzrostu gospodarczego”[6]. Z wypowiedzi Marka Borowskiego wynikało, że edukacja ma również strategiczne znaczenie dla całej polskiej gospodarki. Ówczesna sytuacja dawała się jednak określić jako dramatyczna. Państwo łożyło tak niewielkie pieniądze na kształcenie wyższe i rozwój nauki, że uczelnie po prostu nie dawały sobie rady. Na pytanie o to, czy konstytucyjna zasada nieodpłatności kształcenia na poziomie wyższym da się utrzymać, marszałek Borowski jednoznacznie odpowiedział: „Da się utrzymać. Oczywiście trzeba sobie zdawać sprawę, że w Polsce nie da dzisiaj wprowadzić bezpłatnej edukacji powszechnej – mówię oczywiście o szkołach publicznych, ponieważ szkoły prywatne to inne zagadnienie. Mamy obecnie studia wieczorowe i zaoczne, i gdybyśmy powiedzieli, że nie wolno za te usługi edukacyjne brać pieniędzy, to by się one skończyły, a więc tego nie można zrobić”[7].
Nie dało się tego zrobić, mimo że pobieranie opłat za „niektóre usługi edukacyjne” oznaczało gwałt na zasadzie egalitaryzmu, która powinna była być bliska partii pragnącej uchodzić za lewicową. Nie dawało się także tego zrobić, ponieważ w wielu państwowych szkołach wyższych ponad jedna trzecia ich budżetu pochodziła z wpływów z czesnego.
Potem było już tylko gorzej. Okazało się, że priorytet edukacyjny został zastąpiony militarystycznym: ówczesny rząd SLD postanowił o zakupie 48 kosztownych samolotów F-16. Zwróciłem się wówczas do ówczesnej minister edukacji narodowej, Krystyny Łybackiej z zapytaniem, czy zechce przekonać swoich partyjnych kolegów, by zrezygnowali z zakupu dwóch lub choćby jednego z tych samolotów, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczyli na inwestycje w naukę. W odpowiedzi otrzymałem jedynie uśmiech wyrażający politowanie dla mojej naiwności i zażenowanie z powodu niedotrzymania słowa przez reprezentowaną przez nią partię.
Przy innej okazji, na pytanie o stanowisko wobec Strategii Lizbońskiej, narzucającej wymóg finansowania badań naukowych na poziomie 3%, przy zestawieniu tej projekcji z wydatkami polskiego budżetu na poziomie 0,3%, prezydent Aleksander Kwaśniewski odpowiedział: „Strategia Lizbońska… to jest słuszny postulat. Europa nie będzie się liczyła, jeżeli nie postawi na naukę, na technikę, na badania naukowe. Te 3% to wygórowana kwota. Dla tych państw, które od dawna postawiły na rozwój to nie jest nic specjalnego, one się już zbliżają. Dla Polski na pewno jest to problem programu wieloletniego. Jedno mogę obiecać, w budżecie na rok 2005 te środki będą co najmniej utrzymane, a nawet nieco zwiększone. (…) to, o działo się w ostatnich latach było niewątpliwie nie do wytłumaczenia, procentowy udział środków [na badania naukowe] – choć produkt oczywiście rósł – zmniejszał się. Jestem zdecydowanym zwolennikiem tezy – mam nadzieję, że parlament przyjmie takie decyzje – żeby wyraźnie postawić na naukę. Premier również podjął to w swoim wystąpieniu 15 października [2004 roku], że jest to jeden z tych ewidentnych projektów rządowych, które on chce zacząć, a które powinny być realizowane przez kolejne rządy”[8]. Obietnica ta, jak inne, pozostała gołosłowna.
Należałoby do tego dodać jeszcze jeden przejaw faktycznego antyintelektualizmu tej fasadowo modernizacyjnej partii. Od początku transformacji kraju Uniwersytet Wrocławski zawsze miał swoją reprezentację w parlamencie. Wśród parlamentarzystów „uniwersyteckich” byli m. in. profesorowie Franciszek Połomski (senator Unii Demokratycznej), posłowie Marek Mazurkiewicz i Kazimierz Działocha (obaj z SLD), poseł Ludwik Turko (UW). W wyborach, w których Sojusz Lewicy demokratycznej odniósł swe największe zwycięstwo, w ławach parlamentarnych również znalazł się poseł „uniwersytecki”. Został nim Antoni Stryjewski, pracownik Muzeum Geologicznego na Wydziale Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Wrocławskiego, który nie był profesorem, lecz magistrem, i nie reprezentował SLD, lecz Ligę Polskich Rodzin. Fakt, że Uniwersytet Wrocławski, postrzegany przez pewne środowiska jako uczelnia o skłonnościach lewicowych, w wyborach, w których Sojusz Lewicy Demokratycznej uzyskał najwyższe poparcie, był reprezentowany w Sejmie przez jedną tylko osobę, i to na dodatek członka Ligi Polskich Rodzin, stanowił wielce znaczący paradoks. Anonimowy profesor tej uczelni komentował, że „podstawowy mechanizm demokratyczny wyłaniania reprezentacji narodu do najwyższego organu ustawodawczego, jakim jest partia polityczna, znajduje się we władaniu egoistycznych miernot. Jeżeli SLD nie wyciągnie wniosków z tej sytuacji, to dzisiejsza jego wygrana przeobrazi się już niebawem w zapowiedź jego klęski”[9].
Wyuczony ascetyzm
Okazało się jednak, że postawa zademonstrowana przez polityczną formację liberalną wobec tej kwestii różniła się od stanowisk rywali w bardzo niewielkim stopniu, mimo tego, że cieszyła się ona największym poparciem środowiska akademickiego. Dobitnie świadczy o tym odpowiedź na pytanie, jakiej udzielił minister nauki w rządzie liberalnej Platformy Obywatelskiej. Pytanie dotyczyło tego, czy przez zgiełk dotyczący Traktatu Lizbońskiego ma szanse przedrzeć się do świadomości Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego przykurzony już dezyderat Strategii Lizbońskiej, zgodnie z którym rządy Unii Europejskiej winny wydawać minimum 3% PKB na badania naukowe. Kilkudziesięciu uczonych Uniwersytetu Wrocławskiego usłyszało bowiem od profesora-ministra Jerzego Duszyńskiego jednoznaczne „nie”. Minister powiedział, że „gdybyśmy nagle otrzymali taką górę pieniędzy, to byśmy nie wiedzieli, na co je wydać i się pod nią udusili”.
Odpowiedź ministra Duszyńskiego chyba już ostatecznie rozwiewa wszelką nadzieję na jakąkolwiek poprawę sytuacji szkolnictwa wyższego w Polsce. Mimo to w pełni zgadzam się z ministrem: w ciągu minionych kilkudziesięciu lat uczeni polscy w znacznej większości przyjęli postawę, którą nazwać można syndromem wyuczonego ascetyzmu. Syndrom ten w naszym wypadku polega na tym, że polskich uczonych doprowadzono to do takiego stanu, iż w sytuacji, gdy otrzymują jakieś dodatkowe pieniądze, czy to w postaci nieoczekiwanego dodatku do pensji, czy nieoczekiwanie zwiększonego funduszu na badania naukowe, faktycznie nie wiedzą, co z nimi zrobić. Wielokrotnie byłem świadkiem, gdy takie dodatkowe pieniądze, nie wydatkowane w jednym roku, przepadały całkowicie lub częściowo przy przejściu na rok następny.
Jako ofiary wyuczonego ascetyzmu nie śmiemy więc nawet oczekiwać natychmiastowego dziesięciokrotnego zwiększenia nakładów na naukę; na początek wystarczyłoby zwiększenie tych nakładów choćby do wysokości 1% PKB. Odpowiedź profesora-ministra Duszyńskiego była jednak bardzo niepokojąca dlatego, że nawet słowem nie zasugerował, iż jego Ministerstwo kontempluje podjęcie jakichkolwiek kroków w celu zwiększenia nakładów na badania naukowe w budżecie na rok nadchodzący i kolejne lata, choćby w minimalnym stopniu, wręcz przeciwnie. Wydaje się, że na wyuczony ascetyzm cierpi także samo Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
Przypuszczenie to znajduje dodatkowe uzasadnienie w naciskach na rektorów publicznych uczelni wyższych, by wdrażali różne cząstkowe reformy w sposób, który nie będzie generował dodatkowych kosztów, tj. bez zwiększania dotacji ministerialnych dla uczelni. Celem tych reform jest to, abyśmy my, profesorowie, zamiast pracować naukowo, zostali zapędzeni do wyścigu szczurów o pieniądze „w trybie grantowym”, choć wysiłek i czas, jakich wymaga sukces w tym wyścigu, nie pozostawia czasu na autentyczną pracę naukową.
Patologie
Nic dziwnego, że sytuacja wymuszonego ascetyzmu, kultywowana przez wszystkie władze potransformacyjnej Polski przez dwa dziesięciolecia, stała się źródłem licznych patologii w środowisku akademickim. Niektóre z nich wskazał Jacenty Wertyczko, autor prowokacyjnego tekstu Zuzanna i starcy[10]. Posłużył się on inwokacją wziętą z biblijnego tekstu o nagiej Zuzannie w kąpieli (symbolizującej Naukę Polską), próbie wymuszenia na niej seksu przez lubieżnych starców (profesorów, którzy nie chcą odejść na emeryturę i ustąpić miejsca młodym) oraz o tajemniczym młodym Danielu, który ze strachu o własną karierę boi się wystąpić w imię ocalenia polskiej nauki przed starczą zachłannością.
Ukrywający się pod pseudonimem autor pisał: „Pewnego biblijnego poranka piękna Zuzanna zażywała kąpieli. W swej nagości została podejrzana przez dwóch starych i lubieżnych sędziów, którzy chcąc wymusić na niej stosunek seksualny, zaszantażowali ją oskarżeniem o cudzołóstwo ze zmyślonym młodzieńcem. Odmówiwszy, Zuzanna, osoba cnotliwa, została skazana na śmierć. Wszelako młody Daniel kazał katom czekać i wznowił proces, w którym udowodnił winę starcom, za co zostali słusznie ukarani śmiercią.
Apokryf o Zuzannie i lubieżnych starcach pozwala wskazać kilka chorób niszczących instytucjonalną naukę i humanistykę w Polsce. Choroba pierwsza to recenzje grzecznościowe. Czyli: ja dam tobie, a ty mnie. Powagę tego schorzenia zrozumiemy, wskazując na jego związek z problemem piractwa naukowego, który poruszył niedawno wielu autorów, a wstrząsnął całym środowiskiem polskiej humanistyki.
Szczególnie drastycznym rodzimym przypadkiem plagiatorstwa jest sprawa pewnego filozofa, któremu obecnie grozi odebranie tytułu naukowego, wręczonego mu swego czasu przez oszukanego Prezydenta RP. Postępowanie tej osoby nie ma naturalnie usprawiedliwienia, jednakże trzeba się zastanowić, jak mogło dojść do tego, że uczony nagminnie plagiatujący cudze teksty awansował tak szybko, tak daleko i tak wysoko.
Wiadomo, że w nauce awans możliwy jest dzięki opinii recenzentów, którzy wypowiedzieli się – a zazwyczaj wypowiadają się bardzo pozytywnie – na temat osiągnięć kandydata. Stąd naturalny wydaje się postulat, by tytuł profesora odebrać nie tylko złoczyńcy, ale także jego wspólnikom w przestępstwie, czyli przesadnie uprzejmym lub niekompetentnym recenzentom. Ich własnoręcznie podpisane recenzje można bowiem traktować jako poświadczenie nieprawdy, które wprowadziło w błąd władze łódzkiego uniwersytetu, Polskiej Akademii Nauk, ale także najwyższy urząd w państwie, urząd Prezydenta, wystawiając go przy okazji na śmieszność.
Centralna Komisja ds. Tytułu Naukowego powinna zainteresować się zwłaszcza tymi recenzentami, którzy opiniowali dzieła tego złoczyńcy kilkakrotnie (bo tak dzieje się zazwyczaj), i postawić im zarzut uporczywego wprowadzania w błąd instytucji publicznych w celu osiągnięcia korzyści.
Na usprawiedliwienie takich recenzentów można powiedzieć, że nie mogli znać wszystkich prac publikowanych w danej dziedzinie. Przecież tyle się teraz pisze... To prawda; tym bardziej, że są nimi prawdopodobnie profesorowie mający około 70 lat, są emerytami pobierającymi pełne uposażenie emerytalne, a ponadto pracującymi na kilku etatach profesorskich i kierujący kilkoma instytutami filozofii na różnych, ale za to publicznych uniwersytetach. Wymóg znajomości publikacji w swojej dziedzinie wydaje się faktycznie trudny do spełnienia dla kogoś tak zapracowanego...
To prowadzi nas do kolejnego schorzenia polskiej nauki, którym powinna się zająć gerontologia, albowiem ma związek z geriatrią. W sytuacji nadprodukcji absolwentów studiów dziennych, zaocznych i doktoranckich, często najzdolniejsi ludzie muszą się poniewierać na zasiłkach, ponieważ nie mają szansy na etaty, zajęte od dziesięcioleci przez licznych starców-emerytów. Trzeba przy tym pamiętać, że każdy z nich zajmuje nie jeden, lecz co najmniej kilka etatów. Tylko w polskiej nauce możliwe jest pobieranie emerytury i jednoczesne wieloletnie zasiadanie – bo przecież nie praca! – na kilku etatach. Pamiętajmy również o tym, że taki ‘aktywny’ zawodowo profesor-emeryt nie zadowala się najniższą pensją [wówczas ok. 2500 zł] i zazwyczaj otrzymuje stawkę maksymalną [w okresie tym wynosiło to ok. 4500 zł], plus tzw. ‘aneksy’, czyli pieniądze wyżyłowane z czesnego studentów zaocznych, których wcześniej „nie udało” się przyjąć na studia dzienne z powodu braku miejsc. W niektórych wypadkach daje to łącznie pensje grubo przekraczające… 40 tysięcy złotych, czyli więcej niż pensja prezesa NBP. Każdy taki emeritus więc nie tylko odbiera pracę i możliwość rozwoju naukowego co najmniej kilku młodym uczonym, ale także bezwzględnie wyzyskuje setki innych. Geriatria naukowa stanowi więc problem poważny ekonomiczny i społeczny, a także cywilizacyjny.
Geriatria wiąże się naturalnie z gerontokracją. Starcy nie tylko zostają ‘w nauce’ o wiele za długo, często do samej śmierci, ale także do końca swych dni zachowują w jednostkach badawczo-dydaktycznych stanowiska kierownicze, prowadząc w nich swoją sklerotyczną, archaiczną, gerontokratyczną politykę, zazdrośnie nie dopuszczając ludzi młodych do nabywania doświadczeń w zarządzaniu nauką. W rezultacie człowiek nauki w Polsce zasiada na stołku kierownika zakładu czy instytutu dopiero dobrze po czterdziestce i jeszcze mu wypominają, że taki młody, a tak mocno awansował... Ponadto ci ‘aktywni’ emeryci, jak w Księdze Daniela, są niekwestionowanymi sędziami samych siebie i do samej śmierci wybierają siebie nawzajem do centralnych gremiów zarządzających nauką: CK, KBN, PAN, PAU, itp., itd., po to, aby zagarniać lwią część funduszy przyznawanych uczelniom i jednostkom pozaakademickim przez oba polskie ministerstwa ‘naukowe’ [ówczesne MENiS i KBN], hamując młode talenty i stawiając barierę na drodze unowocześnienia polskiej nauki.
Geriatria i gerontokracja są blisko spokrewnione z nepotyzmem i kumoterstwem. To prawidłowość historyczna: tak było zawsze i wszędzie. W nauce polskiej skumanie się tych zjawisk stało się możliwe dopiero od półwiecza, tj. od czasów powojennego ‘odnowienia’ nauki polskiej. Pół wieku względnego spokoju i bezpieczeństwa, osiąganego zazwyczaj za cenę mimikry i intelektualnej potulności, pozwoliło na ukształtowanie się jej zrębu personalnego i związanej z nim tradycji, która broni swego istnienia i zabiega o własną kontynuację. W nauce polskiej, jak w polskim showbiznesie, szerzy się więc zjawisko zatrudniania na stanowiskach dzieci i wnuków profesorskich, bo przecież komu jak komu, ale ‘swoim’ trzeba pomóc, zwłaszcza teraz, w obliczu trudnego rynku pracy... Towarzyszy temu kumoterskie załatwianie miejsc na studiach dzieciom przyjaciół (którzy też są często profesorami), miejsc na studiach doktoranckich, etatów, stypendiów zagranicznych itd. Zjawiska te osiągają znamiona mafijności i powinny być odpowiednio traktowane przez prawo.
Gerontokracja skumana z kumoterstwem i nepotyzmem przeobraża się w dynastyczność i klanowość. Stają się one trwałym elementem nauki polskiej (i polskiego showbiznesu), ponieważ już niebawem, poza samymi wszechwładnymi dynastiami i klanami, które się nawzajem opiniują i popierają, nie będzie żadnych innych czynników selekcji gromad polskich uczonych.
Na to wszystko pozwala obecne prawo o szkolnictwie, którego nowelizacja odsuwa się w nieskończoność, oraz prawo kaduka. Nic albo niewiele robią również ministrowie, aby tę kompletnie chorą sytuację uzdrowić. Naukę polską do Europy wprowadzą więc trzęsący się starcy, u kresu władz fizycznych i umysłowych, którym na starość pozostał tylko jeden popęd – lubieżna zachłanność.
Nieprzyzwoitość tej sytuacji przypomina przytoczoną na wstępie anegdotę o Zuzannie i lubieżnych starcach. Nauce polskiej brakuje tylko młodego Daniela, który by swoją odwagą i rozumem ocalił piękną pannę Zuzannę (Naukę), jak to się udało bohaterowi z apokryfu. Brakuje go, ponieważ każdy mniej lub bardziej rozumny młody uczony doskonale wie, że gerontokracja jest wszędzie i jest wszechmocna, i bez wahania takiego naiwnego idealistę prędzej czy później (raczej prędzej niż później) wykończy, przepędzając go z nauki. Za brak respektu dla tradycji i autorytetu...”.
Nie solidaryzując się w pełni z radykalizmem i tonem wypowiedzi tego anonimowego profesora, należy jednak przyznać, że w jego gorzkich, podyktowanych zapewne osobistą sytuacją słowach, kryje się sporo nie mniej gorzkiej prawdy.
Przed kilku laty na łamach „Polityki” toczył się spór o to, którzy z polskich uczonych uzyskali autentyczną rangę światową dzięki wynikom swych badań naukowych. Propozycja Jana Woleńskiego, aby listę polskich naukowych bohaterów narodowych ograniczyć do czterech (Mikołaj Kopernik, Maria Curie-Skłodowska, Stefan Banach i Alfred Tarski; Florian Znaniecki nie znalazł się na tej liście) wzbudziła głosy protestu, wielu bowiem sądziło, że nasz kraj zasługuje na liczebniejszą reprezentację. Wszelako niemal każde nazwisko, jakie chciano do tej listy dodać, budziło mniejsze lub większe wątpliwości, co z natury rzeczy rzucało cień znaku zapytania nad każdą, jakkolwiek wydłużoną listą polskich osiągnięć naukowych. Polska aleja zasłużonych dla nauki światowej jest niepokojąco krótka.
Co to oznacza? Bardzo przykrą prawdę, a mianowicie, że polskie tradycje naukowe nie są imponujące. A w istocie żałosne. Wyjaśnienia tej znikomej roli polskich umysłów w tworzeniu światowych dzieł naukowych można szukać w licznych przyczynach historycznych. Wśród nich warto pamiętać przede wszystkim o odpowiedzi, udzielonej na ten temat przez Irenę Krzywicką w dojmującym wspomnieniu o teściu, Ludwiku Krzywickim. „Talent naukowy Krzywickiego był bardzo wysokiej miary. Gdyby był uczonym w jakimś szczęśliwszym niż Polska kraju, imię jego z pewnością zyskałoby rozgłos światowy, a dorobek czysto naukowy byłby rewelacyjny. Tymczasem on z jednej strony oddał się na służbę ojczyźnie, z drugiej zaś musiał gonić za zarobkiem. Rozmienił w znacznej mierze swój talent na drobne, drukując mnóstwo artykułów, wykładając nie tylko na wyższych uczelniach, ale i w szkole średniej i na kompletach dla burżuazyjnych panienek”.
Choć wielu polskich uczonych ma powody do autentycznej i słusznej dumy, to należy przyznać, że pod wieloma względami sytuacja polskiego uczonego nie uległa radykalnej zmianie ani w czasach PRL, ani w czasach wyśnionej i wywalczonej, niejednokrotnie przez samych naukowców zresztą, wolnej Rzeczypospolitej. System polskiej nauki, umocowany w archaicznych ustawach i równie archaicznym myśleniu politycznym, jest zorganizowanym marnotrawstwem talentów naukowych i humanistycznych. Instytucjonalne rozmienianie na drobne talentów ma zaś swoją przyczynę w haniebnej nędzy polskiej nauki.
Nędzę ilustruje to, że państwo łoży z budżetu na naukę około 0.3 % PKB, co sytuuje nas w niepokojącym sąsiedztwie Uzbekistanu, Kazachstanu i chyba już poniżej Albanii, znanych potęg naukowych. Czesi wydają na naukę 2% PKB. Inna liczba jest równie porażająca: Finlandia, kraj o powierzchni zbliżonej do powierzchni Polski, ale za to znacznie bardziej mroźny, a na dodatek zamieszkały głównie przez karłowate sosny, karłowate brzozy, łosie, 5,2 mln Finów oraz przez św. Mikołaja, wydaje na każdego studenta rocznie równowartość ok. 9000 USD; Polska natomiast ok. 900 USD, tj. dziesięć razy mniej. Nie lepiej sprawa wygląda, gdy idzie o talenty absolwentów, którym udaje się studia skończyć (ci lądują na pustyni bezrobocia), jak i z talentami młodych uczonych, którym udała się sztuka pozostania w instytucjach naukowych.
Tygodnik „Polityka” określił tych ostatnich słusznym mianem „desperados” i niektórych wspiera w ich materialnej nędzy całkiem szczodrymi stypendiami. Ta godna pochwały inicjatywa jest chwalebna dla „Polityki”, ale zarazem niekiedy wstydliwa dla wielu potencjalnych laureatów tych stypendiów; jest tak zapewne dlatego, że młodzi uczeni wstydzą się swojej nędzy, a i chyba własnej głupoty, że dali się nabrać na tę idealistyczną ścieżkę kariery życiowej.
W odpowiedzi na krytykę niskiego poziomu finansowania badań naukowych przez państwo, jego najwyżsi urzędnicy argumentują, że tak jak w innych krajach, ciężar współfinansowania nauki winien ponosić także polski przemysł. Argument ten jest szczególnie perfidny, ponieważ ci, którzy się nim posługują, doskonale wiedzą, iż naukę i uczonych, których w Polsce na adekwatnym poziomie państwo nie wspiera, nie będzie także wspierał rodzimy przemysł z tej prostej przyczyny, że on nie istnieje. Najnowocześniejsze gałęzie przemysłu funkcjonującego na obszarze Polski są niemal w całości oparte o technologie wymyślone gdzie indziej. Ani w epoce przedtransformacyjnej, ani po przełomie politycznym nie pojawiły się w naszym kraju żadne wynalazki pozwalające odnieść sukces gospodarczy na miarę nowoczesnej cywilizacji i technologii, takie jak np. telefon komórkowy, na którym fortunę zbija fińska Nokia, a jeżeli się pojawiły, zostały skutecznie zabite przez instytucje, które służyć mają ich budowaniu i ich ochronie, w tym same instytucje naukowe. Jak do tej pory, jedynym autentycznie polskim wynalazkiem cywilizacyjnym o tym charakterze pozostaje lampa naftowa Ignacego Łukasiewicza.
Z czym więc nauka polska wejdzie do Europy? Maria Janion stwierdziła niedawno, że do Europy, tak, winniśmy wejść, ale ze wszystkimi naszymi umarłymi. Powinniśmy się jednak zastanowić, zanim wejdziemy do Europy w towarzystwie gromady duchów naszych zmarłych, czy nie byłoby znacznie lepiej dla nas wszystkich, gdybyśmy „z żywymi naprzód szli, po życie sięgali nowe, a nie w uwiędłych laurów liść z uporem stroili głowę”. Myśląc o przyszłości żywych, nie zaś o przeszłości martwych, skuteczniej wygospodarujemy w „nowej Europie” nie tylko godne miejsce dla nas samych, ale i respekt dla naszych przodków, którym zawdzięczamy nasze istnienie i nasze tradycje. Samymi umarłymi ani starej, ani nowej Europie nie uda się nam zaimponować, skoro, jeżeli wierzyć Janowi Woleńskiemu, tak niewielkie ich grono budzi jednoznaczny szacunek.
Obok wspomnianego bagażu nasza nauka wejdzie do Europy wraz z plagami, które ją prześladują. Na ich czele znajduje się wtórność polskiego piśmiennictwa naukowego, zwłaszcza w humanistyce. Wtórność polega na tym, że ze zrozumiałych, choć trudno wybaczalnych przyczyn historyczno-psychologicznych, nie tylko nie ufamy we własne zdolności stworzenia czy powiedzenia czegokolwiek interesującego w naszym zupełnie egzotycznym języku. Jest tak zapewne po części dlatego, że – wbrew Kantowi, który wzywał: sapere aude! – nie mamy śmiałości myśleć. Jest jednak także jeszcze inna przyczyna: wskutek powszechnego wśród Polaków przekonania, utrwalonego w epoce PRL, iż to, co „zachodnie”, zawsze jest lepsze od „krajowego”, jesteśmy w pozytywny sposób zniechęcani do oryginalności. Nic dziwnego więc, że pod takim społecznym naciskiem oduczani oryginalności, nie potrafimy, nie jesteśmy w stanie lub nie chcemy, jako intelektualiści, ekonomiści, artyści, filozofowie, powiedzieć czegoś własnego i oryginalnego, albowiem nawet jeżeli potrafimy stworzyć coś oryginalnego, to oryginalność ta zostanie chętniej uznana i zaakceptowana w kraju, gdy takie uznanie uzyska ona uprzednio w obcej, zagranicznej opinii. Dla humanisty tworzącego w języku polskim jest to pułapka bez wyjścia. Dlatego właśnie chętnie chowamy się za plecami uznanych na świecie autorytetów i czekamy, aż ktoś powie coś, z czym moglibyśmy się czym prędzej zgodzić. Nie wierzymy, iż inne nacje będą chciały nas czytać i tłumaczyć na swoje języki. Ten fundamentalny brak wiary we własne siły, połączony z wzajemnym brakiem szacunku dla pracy kolegów, jest paraliżujący i on właśnie skazuje nas na intelektualną drugorzędność.
Postawa taka jest silnie wzmacniana za pomocą następującego zjawiska: kiedy wydawnictwo zwraca się do humanisty z prośbą, aby zechciał przełożyć jakąś książkę z języka obcego, oferuje mu pewne honorarium, choć jest ono niewspółmierne wobec rozmiaru zadania, benedyktyńskiej cierpliwości i staranności, jakiej wymaga taka praca. Kiedy zaś ten sam humanista zwraca się do wydawnictwa z prośbą o wydanie napisanej przezeń książki, to pierwsze pytanie, jakie zazwyczaj słyszy, dotyczy tego, czy wraz z manuskryptem swojego dzieła dostarczy także pieniądze na jego wydanie, przy czym o honorarium dla autora nie ma zazwyczaj mowy. Taka sytuacja trwa od dziesięcioleci, wskutek czego, co zrozumiałe, choć przykre, chętniej poświęcamy się upowszechnianiu i interpretowaniu cudzych idei, aniżeli tworzeniu własnych.
Wtórność przeplata się z kombatanctwem. Jedyne dzieła ocierające się o oryginalność to te nawracające do przeszłości i w tym sensie „kombatanckie”. Są one niekiedy wielce znaczące, jednakże mają one swoje znaczenie i zasięg tylko lokalny, czyli obchodzą tylko samych Polaków, lecz oczywiście tylko bardzo nielicznych, ponieważ większość nic nie czyta, ale i to tylko na chwilę, ponieważ zaraz pojawia się nowy pomnik, któremu trzeba oddać cześć, odwracając się plecami do poprzedniego. Jednakże nawet w dziedzinie kombatanctwa trzeba zauważyć, że nasze rodzime dzieła historyczne nie mogą się równać np. z dziełem François Guizota o cywilizacji europejskiej, Leopolda Rankego o dziejach papiestwa, Edwarda Gibbona o upadku Rzymu, czy Arnolda Toynbee’ego o cyklach historycznych i prawach rozwoju cywilizacji. W ostatnich latach najgłośniejsze na świecie z polskich dzieł historycznych okazały się dwie książki Tomasza Grossa Sąsiedzi[11], oraz Strach[12], które wszelako traktują o rodzimych, haniebnych zbrodniach, nie stanowią więc specjalnych powodów do dumy narodowej, zaś sam Gross jest polskim Żydem pracującym na uczelni amerykańskiej.
Plaga druga to wtórność złośliwa, znana jako plagiatorstwo. Niektórym autorom nie chce się już nawet wyrażać cudzych myśli swoimi słowami ( np. „jak napisał wielki amerykański, francuski, angielski, uczony...”), więc spisują je dosłownie z cudzych tekstów. Wertyczko wzmiankuje przypadek, który niedawno wstrząsnął humanistyką polską profesora pracującego w kilku instytutach w kraju, a zarazem gościnnego profesora uczelni niemieckich; opublikował on szereg prac w kilkudziesięciu procentach spisanych żywcem z tekstów żywych jeszcze niemieckich filozofów. Grozi mu teraz odebranie tytułu naukowego.
Każdy plagiat zasługuje na potępienie. Zasługuje na nie jednak tym bardziej, że każdy plagiat zawsze jest dziełem zbiorowym. I to nie w tym trywialnym sensie, że praca jednej osoby jest nieuczciwie zawłaszczana przez inną. W przypadku pracy naukowej chodzi również o to, że ktoś profesora-plagiatora recenzował, opiniował i popierał do awansów. Dlatego Wertyczko sądzi, że oskarżając go o popełnienie występku przeciwko uczciwości intelektualnej, nie należy zapominać o sumieniach tych, którzy przyczynili się do promocji nieuczciwej osoby do godności profesora, nadawanej przez najwyższy urząd w kraju. Urząd ten według niego został wprowadzony w błąd zarówno przez głównego winowajcę, jak i jego nieświadomych lub niekompetentnych promotorów. Jeżeli tak jest w istocie, to w obu wypadkach nie najlepiej świadczy o wszystkich zaangażowanych w ten przypadek osobach.
Ale wtórność polskiej nauki jest tylko odzwierciedleniem typowego dla społeczeństwa polskiego przyzwolenia na wtórność i nieuczciwość intelektualną, z którym każdy Polak styka się już we wczesnym dzieciństwie szkolnym. Jeżeli polski uczeń wie, że „wolno mu” ściągać na klasówkach, na egzaminach, na maturze, na studiach, to dlaczego miałoby być inaczej później, podczas pisania prac magisterskich, które stanowią nowy, intensywnie rozwijający się rynek handlu „gotowcami”, a także w trakcie ubiegania się o wyższe stopnie i godności naukowe?
Problem ten przybiera obecnie rozmiary absolutnie przytłaczające i wcześniej niesłychane. Choroba ta narasta w postępie geometrycznym dzięki powszechnej dostępności komputerów, Internetu i... wyższej edukacji. Obecnie przeciętny wykładowca przedmiotów humanistycznych jest zmuszony zaliczać swój przedmiot już nie kilku, kilkunastu, lecz kilkudziesięciu, a nawet kilkuset studentom. Aby zachować przynajmniej pozory sprawiedliwości wystawianej przez siebie oceny, czyni to na podstawie albo schematycznych i odmóżdżajacych testów, albo prac pisemnych. Prace te zaś w ok. 75% okazują się zakupione na rynku takich surowców wtórnych lub są wzięte z Internetu. Skutek jest taki, że w jednej kilkusetosobowej grupie studentów profesor natyka się na partie identycznych prac, pod nie zawsze zmienionym tytułem. Zdarza się, że jedynym wkładem studenta do jego „własnej” pracy zaliczeniowej jest odręczne nagryzmolenie swojego nazwiska na ściągniętym z Internetu pliku, z którego nie pofatygował się nawet usunąć atrybutów typowych dla strony internetowej[13].
Sens tego procederu jest taki, że przyszłość i nadzieja narodu polskiego, polska młodzież, w zastraszającym tempie zapomina o sztuce pisania, ponieważ jej wiedzę sprawdza się zazwyczaj za pomocą testów wymagających zasadniczo biernej, nie czynnej znajomości ojczystej mowy. Jeżeli zaś już musi cokolwiek napisać, to zamiast komunikować swe twórcze idee oraz zapełniać Internet swymi opiniami, zaśmieca swe głowy zerżniętymi z Internetu cudzymi myślami, sztampą, stereotypem i bredniami. Tym sposobem zatraca bezpowrotnie jedyną szansę, jaką daje młodość, na kultywowanie swej kreatywności.
Skutki są już widoczne po poziomie polskiej literatury, polskiego filmu, a także – dlaczego i w tym wypadku miałoby być inaczej? – polskiej humanistyki. Skutki tego sięgają jednak o wiele dalej. Jak bowiem student przedsiębiorczy w sposób, który polega na chadzaniu po linii najmniejszego oporu, ma być potem kreatywnym i uczciwym politykiem, przedsiębiorcą tworzącym nowe miejsca pracy dla siebie i innych, czy twórcą dzieła, które stanie się światowym bestsellerem, lub pomysłu, który mógłby ożywić rozwój polskiej gospodarki?
Polskiego przemysłu nie ma nie tylko dlatego, że dawny został zniszczony, ponieważ był przestarzały i nieadekwatny. Nie ma go również dlatego, że przez ostatnie kilkanaście lat nikt nie miał nawet czasu ani ochoty pomyśleć o stworzeniu nowego. Takiego, który opierałby się w drobnej choćby części na nowej, rodzimej myśli technicznej. A przecież, jeżeli ufać Josephowi Schumpeterowi, ekonomiście bardziej wiarygodnemu niż inni, kapitalizm nie rozwija się wyłącznie dzięki masie kapitałowej pomnażanej za pomocą spekulacji na akcjach i obligacjach, lecz dzięki masie kapitałowej, która umie generować nowe idee i przekształcać je w postać nowych przedmiotów masowej konsumpcji. Kiedyś takimi nowalijkami, które przyniosły ich twórcom wielkie uznanie i/lub wielkie fortuny, były samochód, lodówka, pralka, pończochy nylonowe, Alicja w krainie czarów oraz Władca pierścieni. Teraz są nimi telefon komórkowy, komputer, majtki-stringi oraz Harry Potter, które wszystkie słusznie zrobiły światową karierę i wielką kasę. Lampa naftowa już do nich nie należy. Nic dziwnego, że niebieski laser, sukces polskich uczonych, stał się przedmiotem masowej produkcji i sprzedaży raczej dzięki Japończykom niż Polakom. Aby to bowiem zrobić, potrzebna jest twórcza myśl, respekt dla niej, cierpliwość, czas, a także, wbrew stanowisku polskich ministrów nauki, cztery rzeczy: pieniądze, dużo pieniędzy, bardzo dużo pieniędzy oraz rozumna kontrola nad ich wydatkowaniem.
Kolejna rodzima plaga naukowa to wieloetatowość, widoczna chociażby we wspomnianym wyżej przypadku plagiatu. Jak uczony zatrudniony na kilku etatach ma znaleźć czas na twórcze, czy choćby odtwórcze myślenie? W pogoni za groszem niektórzy profesorowie zatrudniają siebie nawzajem na wielu etatach w wielu instytucjach, co łącznie daje całkiem niezłe kwoty. W takich warunkach jednak nie ma możliwości prowadzenia przyzwoitych zajęć dydaktycznych, jakichkolwiek badań naukowych, nie mówiąc o badaniach oryginalnych czy przełomowych. Temu usiłowała zapobiec – niezbyt udolnie zresztą – uchwała Senatu Uniwersytetu Jagiellońskiego, inspirowana przez byłego rektora tej uczelni, Franciszka Ziejkę.
Ale z tych powodów właśnie to filozof amerykański Richard Rorty czy niemiecki Jürgen Habermas byli i są nadal – mimo mocno zaawansowanego wieku – wielkimi uczonymi, na których książki cały świat czeka z niecierpliwością i zaciekawieniem. Natomiast polscy sędziwi uczeni w większości – nie wszyscy! – cierpią na syndrom Krzywickiego albo żyją z odcinania kuponów, jakie daje im pożądany na rynku status profesora.
W okresie boomu edukacyjnego na wyższych uczelniach polskich na elitarnym kierunku dziennikarstwa jednego z uniwersytetów o jedno miejsce zabiegało prawie dwudziestu kandydatów. Okazało się jednak, że żaden z wyłonionych w tak morderczym konkursie studentów nie przyszedł na studia z biegłą znajomością języka obcego, czy choćby angielskiego. Z wyjątkiem jednej Nigeryjki, która się wśród nich zaplątała. Polska młodzież wie, kim jest Potter, ale nie wie, kto to Popper, zna Wiśniewskiego, ale nie Wiśniowieckiego, Ciechowskiego, lecz nie Cieszkowskiego, itd. Polskie szkoły i uczelnie, nie z własnej winy, lecz z niezaprzeczalnej winy opieszałego i niewrażliwego na problemy nauki ustawodawcy, nie są przygotowane do tego, by uczynić z nich przyszłych noblistów, Billów Gatesów, ani nawet Kulczyków.
Wbrew przekonaniu więc, że będzie pięknie i mądrze, zrobiło się brudno i durno. Wolnościowa transformacja w szybkim tempie doprowadziła w praktyce polską naukę na krawędź edukacyjnego i naukowego spustoszenia. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że kolejny krok naprzód już dawno wykonaliśmy, nawet tego nie zauważając. Zamiast więc wejść do Europy tanecznym krokiem i stanąć w dobrej kondycji do naukowego wyścigu – pierś w pierś – z koleżanką Susanne, polska Zuzia spędzi co najmniej pokolenie, zanim wygrzebie się z dna tej przepaści. A może dłużej.
Degeneracyjny budżet uczelni
Jakkolwiek w różnych uczelniach sprawy budżetowe kształtują się w sposób dość odmienny, to ogólny obraz jest mniej więcej taki, że dotacja otrzymywana przez uczelnie publiczne z Ministerstwa, która teoretycznie ma pokrywać całość kosztów funkcjonowania uczelni, tj. kosztów płac, remontów bazy dydaktycznej oraz zakupu mediów i usług zewnętrznych, pokrywa zaledwie połowę tych kosztów (a i to, wskutek przyjętej dawno temu reguły, owo „pokrycie” faktycznie wynosi ok. 95% tej połowy). Od kilku lat większość uczelni przeznacza całość otrzymywanej dotacji wyłącznie na płace kadry naukowej i administracyjnej oraz technicznej. Wszystkie pozostałe koszta są pokrywane z drugiej połowy budżetu, którą uczelnia zarabia własnymi – tj. naszymi – siłami, dzięki temu, iż prowadzi studia zaoczne. Ekstraordynaryjne zakupy sprzętu oraz inwestycje są pokrywane z funduszy, o które każdorazowo władze uczelni muszą ubiegać się w długotrwałym procesie bezpośrednio w Ministerstwie; sukces w tych staraniach często zależy od wsparcia lokalnych polityków reprezentujących dany region w Parlamencie, pod warunkiem, że mają dostatecznie duże przełożenie na właściwe osoby, przy czym tymi właściwymi osobami wcale nie są ministrowie właściwego ministerstwa.
Sytuacja ta ma nie tylko ten skutek, że każdego miesiąca kadra naukowa i administracyjno-techniczna polskich uczelni jest upokarzana wysokością comiesięcznych pensji. To dlatego większość profesorów i adiunktów permanentnie tkwi w nastroju Adasia Miauczyńskiego, który doprawdy nie służy kreatywności, także naukowej. Jej skutkiem jest także i to, że stopniowej degeneracji ulega materialna baza dydaktyczna większości uczelni. Sytuację tę pogarsza dodatkowo fakt, iż obecne obyczaje finansowe, panujące w szkolnictwie wyższym, aktywnie zachęcają rektorów uczelni publicznych do inwestowania w nowe budynki, a zarazem aktywnie ich zniechęcają do remontowania istniejących: jeżeli uczelnia chce wyremontować jakiś budynek, musi na to faktycznie sama zarobić, albowiem dotacja ministerialna, jako się rzekło, wystarcza tylko na płace…
Sytuacja polskich uczelni jest dramatyczna, zaś z perspektywy oczekiwań i postulatów modernizacyjnych kraju jest katastrofalna. Do tej katastrofy przyłożyły ręce wszystkie rządy poczynając od 1989 roku; wzmiankowana wyżej wypowiedź obecnego wiceministra-uczonego nie wskazuje na to, by obecny rząd miał zmienić politykę wobec nauki. Zarazem nie widać jakiejkolwiek strategii ratunku.
Permanentna niemożność zmiany sytuacji polskiej nauki nie zwalnia nas jednak od obowiązku ratowania naszych miejsc pracy. Nie mam recepty całościowej, ale mam cząstkową propozycję, która mogłaby tę sytuację odrobinę zmienić. Moja propozycja zmierza do tego, aby obecny Minister Nauki, w trybie rozporządzenia, dał rektorom prawo do pobierania semestralnej opłaty administracyjnej od studentów studiów stacjonarnych. Wysokość tej opłaty winna być wyliczona na podstawie realnych kosztów obsługi jednego studenta trybu stacjonarnego, i może być różny w przypadku studentów różnych kierunków.
Komentarze
Kliknij jeśli spodobał Ci się komentarz.
Kliknij jeśli uważasz, że jest miernej jakości.
2
oceń komentarz masz 1 głos
Żeby się ustosunkować do tez tu zawartych, w części słusznych w mojej opinii, w części wątpliwych czy unikających sedna sprawy, trzeba by napisać szereg tekstów, a najlepiej książkę np. 'Psychopatologia życia akademickiego; co być może nastąpi. Nie znam jeszcze książki 'Psychopatologia życia politycznego.' ale z tekstu widać, ze warto ja przeczytać. Żeby podnieść temperaturę dyskusji, która winna się rozwinąć, na początek dam swoją opinię -napisaną z innej pozycji - o stanie dzisiejszym uwarunkowanym przeszłością.
"Co słychać starego ? czyli o nauce polskiej 20 lat później"
4 czerwca 1989 r. to dla wielu Polaków jedna z dat przełomowych, data wychodzenia z komunizmu. Ale czy naprawdę wyszliśmy z komunizmu ?
Chyba nie do końca. Co więcej nie za bardzo chcemy się z komunizmem rozliczyć. Ustawy dokomunizacyjnej mimo upływu lat nie ma do tej pory i chyba chodzi o to aby już nigdy jej nie było.
W sprawie lustracji środowisko akademickie, zwykle konformistyczne, wykazało się iście heroiczną postawą organizując bunt antylustracyjny.
W walce o niepoznanie własnej historii wreszcie ujawnił się nonkonformizm, tak na codzień deficytowy. Widać przeszłość środowiska akademickiego to sprawa poważna, skoro na jej poznanie uczelnie same sobie nakładają kaganiec, ograniczają wolność swoich badań.
Władza POPów
Na froncie walki o pokój, o wprowadzenie nowego, jedynie słusznego systemu, szczególną rolę mieli odgrywać ludzie nauki – tzn. nowi ludzie nauki, postępowi i ideowi. Ci mieli wychować nową młodzież budującą nowy ustrój.
Wielu ’starych’ profesorów uformowanych w Polsce ‘burżuazyjnej’ nie za bardzo chciało tworzyć Polskę ‘demokratyczną’ więc zastępowano ich nowymi, uformowanymi często na froncie wschodnim.
Nie wszyscy mieli pojęcie o nauce, ale z braku odpowiednich kadr wielu z nich wyznaczano na Pełniących Obowiązki Profesorów, którzy mieli wspierać Pełniących Obowiązki Polaków wprowadzających nowy ład i porządek, i zakładających Podstawowe Organizacje Partyjne.
Władza POPów, w różnych wcieleniach, odcisnęła się na obliczu Polski Ludowej tak silnie, że skutki są do dziś widoczne, ale ślady ich działalności są skrupulatnie zacierane.
Dyskusje na temat poznawania niechlubnej przeszłości, także autorytetów naukowych, koncentrują się głównie wokół IPN i materiałów wytworzonych przez SB. Ale co z badaniem materiałów PZPR czy archiwów akademickich ?
Z tym jest znacznie gorzej. Proszę spróbować odtworzyć składy POP PZPR na uczelniach, czy w instytutach naukowych. Nader rzadko to się udaje.
Bez zgody POP PZPR nie było można nikogo awansować, usunąć, wysłać za granicę. POP rozdawały karty na uczelniach, decydowały o polityce kadrowej, a badań na ten temat nadal nie ma. Nie bez przyczyny.
Wielu członków POP nadal ma się dobrze w systemie szkolnictwa wyższego, które niestety tak dobrze się nie ma, a władze uczelni dzielnie walczą, aby to co zostało ukryte pod dywanem w czasie transformacji nadal nie ujrzało światła dziennego.
Metodologia badań naukowych
Po 20 latach od ‘upadku’ komunizmu na uczelniach dominują beneficjenci systemu PRL i dbają o ‘właściwą’ metodologię prowadzonych badań, piętnując każde odchylenia.
Ostatnio było sporo szumu w sprawie – podobno niewłaściwej – metodologii badań historycznych na poziomie magisterskim. Nikt nie jest natomiast zainteresowany metodologią badań historycznych na poziomie profesorskim.
Metody badań profesorów z uczelnianych komisji senackich, ‘historycznych’, dla ustalenia pokrzywdzonych w PRL, czy nad opracowaniem dziejów uczelni w ostatnich kilkudziesięciu latach – budzą konsternacje, a ich metodologia winna być bez zarzutu, wzorcowa.
Historycy komisji najstarszej polskiej uczelni badają krzywdy, ale głównie wśród beneficjentów systemu, pomijając ofiary systemu, także tych, którzy mają status pokrzywdzonego ! Oryginalna metodyka – nieprawdaż ? I nikogo to nie razi.
W dziele historyków przygotowanym przez samych profesorów historii na 600- lecie UJ – „ Dzieje Uniwersytetu Jagiellońskiego” nie zauważono nawet, że w Polsce, nie tak jeszcze dawno, był stan wojenny. Nie jest to wyjątek, bo stosowana metodologia badań historycznych prowadzi do tego, że historie uczelni polskich zwykle doprowadzane są do roku 1968 r. a potem – przeskok do roku 1989, może z kilkoma ogólnikowymi zdaniami o tym co było w międzyczasie.
Podobnie historycy polemizując z kolejnymi projektami reform w nauce, przypominają jakie szkody w nauce wyrządziły ‘reformy’ roku 1968, całkiem zapominając o ‘reformach’ lat 80-tych.
Taka jest metodologia badań i taki poziom niezawisłości od faktów wśród nadal Pełniących Obowiązki Profesorów.
Wielka czystka w nauce
‘Reformy’ lat 80-tych poskutkowały wielką czystką kadrową w nauce, ale także, jak obecnie widzimy, wielką czystką pamięci środowiska akademickiego. Wyrejestrowano wówczas z systemu nauki tysiące młodych, nonkonformistycznych pracowników akademickich, o zbyt dobrej pamięci i zbytnio aktywnych. Na nich skupiała uwagę i PZPR, i SB, jako na głównych ich wrogach i przeciwnikach systemu, negatywnie wpływających na młodzież akademicką.
O tym można bez trudu można przeczytać w archiwach pozauczelnianych (materiały PZPR w Archiwach Akt Nowych, czy materiały SB w archiwach IPN), ale na uczelniach informacje dotyczące tego okresu są na ogół niedostępne. Nieco można znaleźć w internecie.
Uczelnie autonomicznie bronią natomiast dostępu do informacji publicznej, zamienianej w informację sekretną, lub jej brak, powołując się dla jej utajniania np. na ustawodawstwo stanu wojennego, którego istnienia nie zawsze potrafili uchwycić w historiach uczelnianych !
W ciągu ostatnich 20 lat, w mediach słyszymy często o luce pokoleniowej w nauce, ale nie ma odpowiedzi jak to się stało, że taka luka powstała.
Wielka czystka dokonana wśród nieposłusznej kadry akademickiej w latach 80-tych stanowi główny powód tej luki. Beneficjenci tej czystki nie byli w stanie z przyczyn intelektualnych, ani nawet nie mieli zamiaru z przyczyn ekonomicznych, luki ograniczyć.
Z powodu braków kadrowych akademiccy beneficjenci PRL, byli i nadal są produktem poszukiwanym na kwitnącym rynku edukacyjnym i mają zapewnione i po kilka etatów. Po co zatem mają likwidować to co im przynosi profity ?
Wielu historyków zastanawia się nad przyczynami okresowej klęski ZSRR po napaści Hitlera 22 czerwca 1941 r. Różne są interpretacje, ale jedną z przyczyn jest luka kadrowa wojskowych po przeprowadzeniu przez Stalina wielkiej czystki w końcu lat 30-tych. Czystka miała miejsce głównie wśród kadry dowódczej i lukę można było szybko uzupełnić i wzmocnić potencjał wojenny.
Czystka w nauce lat 80-tych przeprowadzona na ogromną skalę dotyczyła głównie młodszych, więc spowodowała lukę pokoleniową, trudniejszą do szybkiego wypełnienia i do wzmocnienia potencjału intelektualnego.
Nowe kadry, stare problemy
Po 20 latach mamy już nowe pokolenie w nauce, uformowane przynajmniej na szczeblu szkolnictwa wyższego, już po tzw. transformacji. Winno być inaczej niż w PRL, bo jak zwykle słyszymy – potrzebna jest zmiana pokoleniowa aby coś się mogło zmienić. Pokolenie już nowe – problemy nadal stare.
Otwarto szeroko granice, ale naukę polską poza granicami jakoś słabo widać, oczywiście z wyjątkami, ale te zawsze były, także w czasach PRL. Wiele tych wyjątków, jak nieraz słyszymy, zawdzięczało swą wyjątkowość PZPR, czy SB – ale nie wszyscy.
Blokada rozwoju młodych, strach przed konkurencją, powoduje, że starsze kadry jakby przejęły rolę dawniej pełnioną przez stróży porządku socjalistycznego.
W 1946 r. politruk Włodzimierz Sokorski, który z braku nowej kadry naukowej, po przełamaniu frontu wojennego, rzucony został na front nauki, jasno mówił o zarządzaniu nauką przez scentralizowaną habilitację. Trzeba było znaleźć sposób na uformowanie posłusznych.
I tak zarządzano, nawet dość skutecznie, a nowe środowisko tak się przyzwyczaiło do takiego zarządzania, że o zmianach na wzór zachodni nawet nie chce słyszeć do dnia dzisiejszego.
Rzec by można : Jak nas partyjniacy ustawili, tak chcemy stać i innych ustawiać !
I tak ustawiają, może z pewnymi modyfikacjami – ale jednak skutecznie, o czym mogliśmy się przekonać i w ciągu ostatnich miesiącach.
Jak dr Jarosław Pająk podniósł publicznie dokonanie plagiatu przez rektora Akademii Medycznej, zaraz przy próbie habilitacji został osadzony na miejscu. Dzięki roztargnieniu prof. Krzysztofa Drewsa, który napisał mu dwie przeciwstawne recenzje – jedną chwalebną, drugą dyskwalifikującą, przynajmniej wiadomo jak w praktyce wygląda ‘ocena’ prac naukowych. A to tylko wierzchołek góry lodowej, który dotąd był znany tylko w kuluarach.
Dr Marka Migalskiego, niewłaściwie dla środowiska akademickiego ukierunkowanego politycznie, nie dopuszczono nawet do otwarcia przewodu habilitacyjnego. Nieco szczęścia ma prof. Andrzej Nowak, że jego ‘odchylenia’ wykryto dopiero po habilitacji, więc tylko spotyka się z ostracyzmem.
Nie ma już wiodącej PZPR, ani SB, ale niemerytoryczne – uwarunkowane politycznie, (nie)etycznie – oceny, awanse, degradacje, nominacje – pozostały.
A co na to środowisko ? Rzadko reaguje. Nie na darmo wyselekcjonowano je spośród posłusznych, aby się teraz buntowało ! Jak się głowę schowa do piasku, to z ‘podręczną strusiówką’ można do emerytury przetrwać.
Mamy wolność, ale przed wypowiedzią, po wypowiedzi – nie do końca. Nikt nie wierzy w merytoryczną ocenę jego dokonań naukowych, więc lepiej siedzieć cicho. Wiadomo, że wartość dorobku z dnia na dzień może się drastycznie zmienić. To co było znakomite, może się okazać niedorzeczne, jeśli naukowiec okaże się niepoprawny w swych dociekaniach, w promocjach, petycjach.
Urzędu cenzury co prawda już nie ma, ale cenzura, w tym autocenzura, ma się zupełnie dobrze. Szczególnie wysoko są cenieni ci, którzy potrafią sami z niej korzystać.
Uczelnie mają zagwarantowaną autonomię do zakładania sobie kagańców i z tej autonomii nieraz korzystają. Jak sobie same kaganiec założą, nie muszą się obawiać o finanse, dotacje, nominacje, akceptacje.
Jak widać w nauce polskiej w 20 lat po transformacji – bez zmian. Może mówienie o transformacji nie do końca jest zasadne, skoro wiele zmieniono tak, aby pozostało po staremu ?.
-4
oceń komentarz masz 1 głos
Szanowny Panie Profesorze.
Zasadniczo zgadzam sie z panska diagnoza obecnego stanu polskiej nauki. Moze mi tylko jeszcze Pan Profesor moze wytlumaczy, czemu nie moge pracowac w Polsce? Czemu moj doktorat z nauk politycznych z Monash University nie zostal nostryfikowany w Polsce na UW? Przeciez Monash jest w scislej czolowce swiatowej, szczegolnie jesli chodzi o naki spoleczne, a UW na szarym koncu swiatowych i europejskich rankingow. Czemu tez moj doktorat z Monash jest uznawany wszedzie w Europie na zachod od Odry i Nysy Luzyckiej, a nie jest uznawany w Polsce? Czemu jako Polak jestem dyskryminowany w Polsce, a nie jestem dyskryminowany w tzw. starej Unii, gdzie bez wiekszego trudu znalazlem stanowsiko naukowe na uniwersytecie, stanowisko, ktorego mi odmowiono w Polsce z tego wzgledu, ze moj doktorat i wiekszosc mych publikacji zostala napisana po angielsku.
Linki:
http://forum.gazeta.pl/forum/w,904,102555785,,Szkoly_wyzsze_w_oparach_kampanii.html?v=2
http://forum.gazeta.pl/forum/f,93974,Doktoraty_naukowcy_i_uczeni.html
lech.keller@gmail.com
Wierlce Szanowny Panie Doktorze Wieczorek. Dzis w polskiej nauce rzadza solidaruchy, a nie komuchy, i to oni, czyli solidaruchy sa odpowiedzialni za te obecne mafijne ulkady w polskiej nauce i za jej tragiczny stan. Tzw. "komuna" skonczyla sie w Polsce 20 lat temu! Powinien Pan o tym wiedziec, jako, badz co badz, doktor, i to geologii.
PS: czemu Pan nie wyjedzie z Polski? Przeciez na swiecie jest spore zapotrzebowanie na geologow! Czemu tak uparcie chce Pan wrocic na UJ, gdzie wyraznie Pana przeciez nie chca?
0
oceń komentarz masz 1 głos
Widze, ze beton akademicki sie dobrze trzyma w Polsce.
Stad pracuje poza jej granicami...
http://cetrad.info/?action=pessoas/viewPerson&id=90
Stan nauki w Polsce - opinia p. prof. dr hab. Adama Chmielewskiego
Poniżej prezentujemy osobistą ocenę stanu nauki w Polsce przedstawioną przez p. prof. dr hab. Adama Chmielewskiego. Jest ona fragmentem książki: Adam Chmielewski, Psychopatologia życia politycznego. Podręcznik ilustrowany, Oficyna Wydawnicza Atut, Wrocław 2009.
Adres strony www prof. Chmielewskiego to: www.chmielewski.uni.wroc.pl.
Ocena stosunku władz państwowych
do badań naukowych w Polsce w latach 1989-2009
„Przyznaję, że jestem bardzo przywiązany do tradycyjnej idei universitas, do tradycyjnej idei uniwersytetu jako miejsca, gdzie nie zawodowe umiejętności czy sprawności są przekazywane, ale gdzie przekazywane są fundamenty naszej kultury, bez których byśmy się cywilizacyjnie i kulturalni zniszczyli. (…) Jest taki sposób myślenia, który daje się wyrazić mniej więcej tak: ‘każdemu wolno, jeśli chce studiować język Hetytów, japońskie ogrody Zen, albo różnice między św. Augustynem i św. Cyprianem w interpretacji sakramentu chrztu. Wolno ludziom się tego uczyć, ale dlaczegóż podatnik miałby płacić za kultywowanie tych egzotycznych zainteresowań?’ To jest zły argument. Bo oczywiście niepodobna podać wymiernych korzyści, jakie każdy poszczególny podatnik miałby otrzymywać z tego tytułu, że ktoś inny studiuje język Hetytów albo japońskie ogrody Zen. Kultura nasza zawiera olbrzymie połacie, które wydawałoby się, że nie są potrzebne. (…) Są jednak rzeczy, których nie można do garnka włożyć, w które nie można się ubrać, ale jednak kultura z nich właśnie żyje i są one konieczne po to, żeby kultura istniała. Jeżeli tak zwana kultura ‘bezinteresowna’ jest uważana za luksus, to tylko dlatego, że sama ludzkość w pewnym znaczeniu jest luksusem natury. Bezużyteczność taka jest właśnie bezużytecznością pozorną, bo praktyczne wysilenia ludzi, również te pomysły, które służą praktycznemu życiu, w znacznej większości nigdy nie powstałyby, gdyby nie miały fundamentów w ogólnych podstawach życia kulturalnego”[1].
U progu II wojny światowej, która zakończyła krótki żywot II Rzeczypospolitej, Florian Znaniecki, jeden z nielicznych polskich humanistów, którzy zyskali międzynarodowe uznanie, zanotował następujące słowa: „Zaiste, w dzisiejszym czasie wiele zaryzykuje społeczeństwo, które śmiało poprze swobodą, wielką twórczość naukową, a przez to otworzy u siebie nieograniczone pole rozwoju dla wielkiej wynalazczości. Bo może ono się stać ośrodkiem rozpętanych potęg duchowych, które w ciągu kilku pokoleń zmiotą bez śladu to życie, jakie dziś znamy, i na jego miejsce wytworzą jakieś życie nowe, olbrzymie, lecz niedostępne nawet najbujniejszej naszej wyobraźni i zapewne niewspółmierne z żadnymi naszymi sprawdzianami wartości. Czy chcemy, aby społeczeństwo polskie stało się jednym takich ognisk? Jeżeli nie, tego postępujmy nadal, jak dotąd, w sprawach twórczości naukowej – tylko konsekwentniej. Nie tylko nie dawajmy uczonym-twórcom poparcia, ale nie tolerujmy twórczości – niszczmy ją w zarodku”[2].
Mimo znacznego, chociaż jak się miało rychło okazać, dalece niewystarczającego wysiłku modernizacyjnego, Znaniecki krytycznie oceniał zaangażowanie ówczesnych władz polskich na rzecz wspierania rodzimej myśli naukowej i technicznej. Tezą niniejszego rozdziału jest twierdzenie tyleż banalne, co gorzko prawdziwe, a mianowicie, że od tamtego czasu pod względem wspierania rodzimej, autonomicznej i samodzielnej twórczości naukowej niewiele się zmieniło zarówno w okresie realnego socjalizmu, jak i w epoce III Rzeczypospolitej.
Okręty flagowe do stoczni remontowej
„Jesteśmy jak żeglarze, którzy na pełnym morzu muszą przebudować swój statek, lecz nie mogą tego dokonać całkowicie na nowo, od postaw. Gdy zostanie usunięta stępka, należy ją natychmiast zastąpić nową, a w tym celu reszta statku musi posłużyć jako wsparcie. W ten sposób za pomocą starych belek i pływającego drewna da się przebudować cały statek, ale można to uczynić tylko stopniowo”[3].
Ta metafora Otto Neuratha, jednego z czołowych przedstawicieli filozoficznej szkoły logicznego pozytywizmu, została zamierzona przezeń jako opis teoretycznego rozwoju nauk. Zawiera ona jednak prawdę, z której lekcję czerpać powinny władze edukacyjne w projekcie przebudowy polskiego szkolnictwa wyższego, znanego pod hasłem „okrętów flagowych”. Z tego „stoczniowego” punktu widzenia wszystkie polskie uczelnie należałoby wysłać do stoczni remontowej. Także w dosłownym rozumienia słowa „remont”. Ta wtórna sprawa ma jednak głęboki związek ze stanem polskiej nauki i wyższej edukacji, jest bowiem świadectwem sposobu ich traktowania zarówno przez minione, jak i obecne władze edukacyjne.
Rejestr pustych obietnic
W okresie transformacji kraju, wśród grup i instytucji społecznych, które miały trudności w dostosowaniu się do nowych warunków ekonomicznych i politycznych, były także polskie uczelnie państwowe. Od początków transformacji do 2005 roku lawinowo zwiększała się liczba studentów na polskich uczelniach; ich liczba, wynosząca około 380 tysięcy w początkach lat 90-tych, wzrosła nawet do 1 600 000 w okresie szczytu wyżu demograficznego. Wynik ten, co należy mocno podkreślić, osiągnięto bez wielkich nakładów, czy wręcz „bezinwestycyjnie”. W tym samym czasie bowiem liczba nauczycieli akademickich zwiększyła się o jedyne 8%, zaś materialna baza dydaktyczna nie uległa znaczącemu rozbudowaniu. Przez długi czas nie zmieniała się również sytuacja prawna polskich uczelni. Zarazem w okresie tym z roku na rok zmniejszały się nakłady państwa na badania naukowe. Prowadziło to do obniżenia prestiżu uczonego i coraz gorszych nastrojów wśród badaczy, co stanowiło silny negatywny bodziec dla ich kreatywności. Uczeni polscy robili, co mogli, aby to zmienić, lecz mimo to narastała frustracja środowisk nauczycielskich i badawczych, których wysiłek nie był doceniany i które z dużą dozą bezradności obserwowały własną degradację.
Poniższy rejestr pustych obietnic składanych wobec polskich środowisk akademickich przez władze polityczne kraju, ograniczam zasadniczo do relacji z osobistych spotkań i rozmów z najwyższymi przedstawicielami Sojuszu Lewicy Demokratycznej, w których miałem sposobność uczestniczyć. Czynię tak dlatego z kilku powodów.
Po pierwsze, było i pozostaje rzeczą oczywistą, że od skrajnie prawicowych ugrupowań, szczycących się swoją tradycjonalistyczną religijnością i antyintelektualnym konserwatyzmem, nie można było oczekiwać zrozumienia dla roli twórczej myśli naukowej jako bodźca modernizacyjnego kraju, albowiem na modernizacji kraju im nie zależało. Przykładem tej postawy jest chociażby słynne stwierdzenie jednego z przedstawicieli tego nurtu politycznego, który z trybuny sejmowej ośmielił się powiedzieć, że nie jest rzeczą istotną, czy Polska będzie biedna czy bogata, lecz czy będzie katolicka, czy też przypadek rządu premiera Jerzego Buzka, który wśród wielu chybionych reform, kosztownych błędów ekonomicznych i innych zaniedbań, dopuścił się także nieopłacenia składki umożliwiającej polskim studentom uczestnictwo w programach wymiany akademickiej w okresie przedakcesyjnym, argumentując to brakiem funduszy.
Po drugie, poniżej przytoczone puste deklaracje dobitnie ilustrują postawę ugrupowania, które chciało uchodzić za najbardziej modernizacyjną formację funkcjonującą na polskiej scenie politycznej. Ugrupowanie to bowiem, jako pierwsze po 1989 roku, w okresie sprawowania władzy w latach 1993-1997 podjęło działania w celu zmiany dramatycznej sytuacji całego sektora publicznego, w tym edukacyjnego. Należy bowiem pamiętać, że w pierwszych latach transformacji w sektorze tym przeciętne płace spadły do zaledwie 75% średniej krajowej; stan ten doprowadził wywołał protest społeczny, który doprowadził do upadku liberalnego rządu kierowanego przez Hannę Suchocką i otworzył Sojuszowi Lewicy Demokratycznej drogę do władzy w 1993 roku. Tym samym partia ta dawała nadzieję, że tego rodzaju prorozwojowa i prospołeczna polityka będzie kontynuowana w przyszłości. Co więcej, jej przywódcy wiele czynili, aby tę nadzieję podtrzymać, albowiem program Sojuszu Lewicy Demokratycznej, sformułowany na okoliczność kampanii wyborczej w 2001 roku, głosił, że z budżetu państwa należy finansować przede wszystkim wydatki na infrastrukturę, ochronę środowiska, oraz na naukę i edukację. Było to trzy podstawowe dziedziny, w których partia ta deklaratywnie dostrzegała bodziec rozwojowy kraju. Twierdzono, słusznie, że jeżeli tego się nie dokona, to trwały wzrost gospodarczy będzie niemożliwy. W ten sposób partia ta starała się zbudować własny wizerunek jako ugrupowania, które stawia sobie za cel wiodący modernizację zapóźnionego kraju i odrabianie cywilizacyjnych zaniedbań. Wizerunek ten okazał się jednak nieszczerą, medialną fasadą, skrywającą głęboki antyintelektualizm tego ugrupowania. Oto kilka przykładów.
W odpowiedzi na pytanie, czy i jak można zaradzić trudnej sytuacji środowiska akademickiego w Polsce, prezydent Aleksander Kwaśniewski odparł: „Dobrze zdaję sobie sprawę z niekorzystnej sytuacji, w jakiej są uczelnie, doceniam też fakt imponującego wzrostu liczby studentów w ostatnim dziesięcioleciu. Sądzę, że nakłady państwa na edukację powinny zostać wydatnie zwiększone. Niezależnie od tego trzeba uruchomić mechanizmy stymulujące przedsiębiorstwa i poszczególnych obywateli – zwłaszcza ze sfer lepiej sytuowanych materialnie – do większej ofiarności na cele edukacyjne. Na przykład umożliwiając znaczne odpisy od podatków na cele edukacyjne. Z drugiej strony mam jednak wrażenie, że w uczelniach przy rozważeniu kosztów kształcenia dominuje myślenie tradycyjne tj. tendencja do gromadzenia znacznej liczby studentów w salach dla wysłuchania wykładów, a zbyt mało myśli się o szansach, jakie stworzył rozwój nowoczesnych technik informatycznych i niekonwencjonalny styl kształcenia, którego przykładem są inicjatywy takie jak brytyjski Open University. Te nowe formy już są tańsze, a w przyszłości będą stawały się coraz bardziej dostępne”[4].
Przed transformacją blisko 20% młodzieży na wyższych uczelniach pochodziło ze środowisk wiejskich. W okresie bezpośrednio poprzedzającym szczytowy rozwój edukacji wyższej, tj. w latach 2000-2005 roku było jej zaledwie ok. 2%. Można było odnieść wrażenie, że polityka odnowionego państwa polskiego wobec szkolnictwa wyższego mnożyła bariery przed pragnącymi się uczyć młodymi ludźmi, zamiast im to ułatwiać i zarazem zniechęcała ich nauczycieli do wysiłku, nie wynagradzając ich właściwie. Na pytanie, czy nie stwarza to zagrożenia, że Polska wejdzie do Europy jako naród nieuków, zdolnych wykonywać co najwyżej podrzędne prace, czy nie grozi to tym, że w ten sposób Polacy zatracą własną tożsamość, prezydent Kwaśniewski odpowiedział: „Każdy kraj, który ma politykę edukacyjną na miarę naszych czasów, stara się wyrównywać szanse oświatowe i dba o to, by dzieci należące do grup społecznych znajdujących się w gorszej sytuacji otrzymywały wsparcie i pomoc ułatwiającą uzyskanie możliwie wysokiego wykształcenia. Nie sądzę by ‘polityka odnowionego państwa polskiego’ z lat ostatnich ‘mnożyła bariery przed pragnącymi się uczyć młodymi ludźmi’, natomiast uważam, że mimo kilku deklaracji nie uczyniono niemal nic, by już istniejące bariery likwidować. Zauważam jednak, że w większości nasi politycy nie interesują się tym, czym powinna się charakteryzować dojrzała, długofalowa polityka edukacyjna kraju takiego jak nasz. Decydenci różnych szczebli i osoby kształtujący opinię publiczną jakby nie zauważyli, że na Zachodzie ranga edukacji w ostatnim dziesięcioleciu znacznie wzrosła i żaden polityk nie może tam pozwolić sobie na lekceważenie tych zagadnień”[5].
Podobne opinie formułował ówczesny marszałek Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej, ekonomista Marek Borowski. Priorytety reprezentowanej przez niego partii brzmiały w jego opinii następująco: „[N]asz program sprowadza się najogólniej do bardziej aktywnej roli państwa, która musi wspierać rodzimą przedsiębiorczość, i do bardziej elastycznej polityki podatkowej. Budżet musi inwestować w infrastrukturę, w drogi, w ochronę środowiska, musi inwestować w naukę i edukację. Są to trzy podstawowe dziedziny, w które musimy inwestować. Jeżeli tego nie zrobimy, to na dłuższą metę nie będzie żadnego trwałego wzrostu gospodarczego”[6]. Z wypowiedzi Marka Borowskiego wynikało, że edukacja ma również strategiczne znaczenie dla całej polskiej gospodarki. Ówczesna sytuacja dawała się jednak określić jako dramatyczna. Państwo łożyło tak niewielkie pieniądze na kształcenie wyższe i rozwój nauki, że uczelnie po prostu nie dawały sobie rady. Na pytanie o to, czy konstytucyjna zasada nieodpłatności kształcenia na poziomie wyższym da się utrzymać, marszałek Borowski jednoznacznie odpowiedział: „Da się utrzymać. Oczywiście trzeba sobie zdawać sprawę, że w Polsce nie da dzisiaj wprowadzić bezpłatnej edukacji powszechnej – mówię oczywiście o szkołach publicznych, ponieważ szkoły prywatne to inne zagadnienie. Mamy obecnie studia wieczorowe i zaoczne, i gdybyśmy powiedzieli, że nie wolno za te usługi edukacyjne brać pieniędzy, to by się one skończyły, a więc tego nie można zrobić”[7].
Nie dało się tego zrobić, mimo że pobieranie opłat za „niektóre usługi edukacyjne” oznaczało gwałt na zasadzie egalitaryzmu, która powinna była być bliska partii pragnącej uchodzić za lewicową. Nie dawało się także tego zrobić, ponieważ w wielu państwowych szkołach wyższych ponad jedna trzecia ich budżetu pochodziła z wpływów z czesnego.
Potem było już tylko gorzej. Okazało się, że priorytet edukacyjny został zastąpiony militarystycznym: ówczesny rząd SLD postanowił o zakupie 48 kosztownych samolotów F-16. Zwróciłem się wówczas do ówczesnej minister edukacji narodowej, Krystyny Łybackiej z zapytaniem, czy zechce przekonać swoich partyjnych kolegów, by zrezygnowali z zakupu dwóch lub choćby jednego z tych samolotów, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczyli na inwestycje w naukę. W odpowiedzi otrzymałem jedynie uśmiech wyrażający politowanie dla mojej naiwności i zażenowanie z powodu niedotrzymania słowa przez reprezentowaną przez nią partię.
Przy innej okazji, na pytanie o stanowisko wobec Strategii Lizbońskiej, narzucającej wymóg finansowania badań naukowych na poziomie 3%, przy zestawieniu tej projekcji z wydatkami polskiego budżetu na poziomie 0,3%, prezydent Aleksander Kwaśniewski odpowiedział: „Strategia Lizbońska… to jest słuszny postulat. Europa nie będzie się liczyła, jeżeli nie postawi na naukę, na technikę, na badania naukowe. Te 3% to wygórowana kwota. Dla tych państw, które od dawna postawiły na rozwój to nie jest nic specjalnego, one się już zbliżają. Dla Polski na pewno jest to problem programu wieloletniego. Jedno mogę obiecać, w budżecie na rok 2005 te środki będą co najmniej utrzymane, a nawet nieco zwiększone. (…) to, o działo się w ostatnich latach było niewątpliwie nie do wytłumaczenia, procentowy udział środków [na badania naukowe] – choć produkt oczywiście rósł – zmniejszał się. Jestem zdecydowanym zwolennikiem tezy – mam nadzieję, że parlament przyjmie takie decyzje – żeby wyraźnie postawić na naukę. Premier również podjął to w swoim wystąpieniu 15 października [2004 roku], że jest to jeden z tych ewidentnych projektów rządowych, które on chce zacząć, a które powinny być realizowane przez kolejne rządy”[8]. Obietnica ta, jak inne, pozostała gołosłowna.
Należałoby do tego dodać jeszcze jeden przejaw faktycznego antyintelektualizmu tej fasadowo modernizacyjnej partii. Od początku transformacji kraju Uniwersytet Wrocławski zawsze miał swoją reprezentację w parlamencie. Wśród parlamentarzystów „uniwersyteckich” byli m. in. profesorowie Franciszek Połomski (senator Unii Demokratycznej), posłowie Marek Mazurkiewicz i Kazimierz Działocha (obaj z SLD), poseł Ludwik Turko (UW). W wyborach, w których Sojusz Lewicy demokratycznej odniósł swe największe zwycięstwo, w ławach parlamentarnych również znalazł się poseł „uniwersytecki”. Został nim Antoni Stryjewski, pracownik Muzeum Geologicznego na Wydziale Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Wrocławskiego, który nie był profesorem, lecz magistrem, i nie reprezentował SLD, lecz Ligę Polskich Rodzin. Fakt, że Uniwersytet Wrocławski, postrzegany przez pewne środowiska jako uczelnia o skłonnościach lewicowych, w wyborach, w których Sojusz Lewicy Demokratycznej uzyskał najwyższe poparcie, był reprezentowany w Sejmie przez jedną tylko osobę, i to na dodatek członka Ligi Polskich Rodzin, stanowił wielce znaczący paradoks. Anonimowy profesor tej uczelni komentował, że „podstawowy mechanizm demokratyczny wyłaniania reprezentacji narodu do najwyższego organu ustawodawczego, jakim jest partia polityczna, znajduje się we władaniu egoistycznych miernot. Jeżeli SLD nie wyciągnie wniosków z tej sytuacji, to dzisiejsza jego wygrana przeobrazi się już niebawem w zapowiedź jego klęski”[9].
Wyuczony ascetyzm
Okazało się jednak, że postawa zademonstrowana przez polityczną formację liberalną wobec tej kwestii różniła się od stanowisk rywali w bardzo niewielkim stopniu, mimo tego, że cieszyła się ona największym poparciem środowiska akademickiego. Dobitnie świadczy o tym odpowiedź na pytanie, jakiej udzielił minister nauki w rządzie liberalnej Platformy Obywatelskiej. Pytanie dotyczyło tego, czy przez zgiełk dotyczący Traktatu Lizbońskiego ma szanse przedrzeć się do świadomości Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego przykurzony już dezyderat Strategii Lizbońskiej, zgodnie z którym rządy Unii Europejskiej winny wydawać minimum 3% PKB na badania naukowe. Kilkudziesięciu uczonych Uniwersytetu Wrocławskiego usłyszało bowiem od profesora-ministra Jerzego Duszyńskiego jednoznaczne „nie”. Minister powiedział, że „gdybyśmy nagle otrzymali taką górę pieniędzy, to byśmy nie wiedzieli, na co je wydać i się pod nią udusili”.
Odpowiedź ministra Duszyńskiego chyba już ostatecznie rozwiewa wszelką nadzieję na jakąkolwiek poprawę sytuacji szkolnictwa wyższego w Polsce. Mimo to w pełni zgadzam się z ministrem: w ciągu minionych kilkudziesięciu lat uczeni polscy w znacznej większości przyjęli postawę, którą nazwać można syndromem wyuczonego ascetyzmu. Syndrom ten w naszym wypadku polega na tym, że polskich uczonych doprowadzono to do takiego stanu, iż w sytuacji, gdy otrzymują jakieś dodatkowe pieniądze, czy to w postaci nieoczekiwanego dodatku do pensji, czy nieoczekiwanie zwiększonego funduszu na badania naukowe, faktycznie nie wiedzą, co z nimi zrobić. Wielokrotnie byłem świadkiem, gdy takie dodatkowe pieniądze, nie wydatkowane w jednym roku, przepadały całkowicie lub częściowo przy przejściu na rok następny.
Jako ofiary wyuczonego ascetyzmu nie śmiemy więc nawet oczekiwać natychmiastowego dziesięciokrotnego zwiększenia nakładów na naukę; na początek wystarczyłoby zwiększenie tych nakładów choćby do wysokości 1% PKB. Odpowiedź profesora-ministra Duszyńskiego była jednak bardzo niepokojąca dlatego, że nawet słowem nie zasugerował, iż jego Ministerstwo kontempluje podjęcie jakichkolwiek kroków w celu zwiększenia nakładów na badania naukowe w budżecie na rok nadchodzący i kolejne lata, choćby w minimalnym stopniu, wręcz przeciwnie. Wydaje się, że na wyuczony ascetyzm cierpi także samo Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
Przypuszczenie to znajduje dodatkowe uzasadnienie w naciskach na rektorów publicznych uczelni wyższych, by wdrażali różne cząstkowe reformy w sposób, który nie będzie generował dodatkowych kosztów, tj. bez zwiększania dotacji ministerialnych dla uczelni. Celem tych reform jest to, abyśmy my, profesorowie, zamiast pracować naukowo, zostali zapędzeni do wyścigu szczurów o pieniądze „w trybie grantowym”, choć wysiłek i czas, jakich wymaga sukces w tym wyścigu, nie pozostawia czasu na autentyczną pracę naukową.
Patologie
Nic dziwnego, że sytuacja wymuszonego ascetyzmu, kultywowana przez wszystkie władze potransformacyjnej Polski przez dwa dziesięciolecia, stała się źródłem licznych patologii w środowisku akademickim. Niektóre z nich wskazał Jacenty Wertyczko, autor prowokacyjnego tekstu Zuzanna i starcy[10]. Posłużył się on inwokacją wziętą z biblijnego tekstu o nagiej Zuzannie w kąpieli (symbolizującej Naukę Polską), próbie wymuszenia na niej seksu przez lubieżnych starców (profesorów, którzy nie chcą odejść na emeryturę i ustąpić miejsca młodym) oraz o tajemniczym młodym Danielu, który ze strachu o własną karierę boi się wystąpić w imię ocalenia polskiej nauki przed starczą zachłannością.
Ukrywający się pod pseudonimem autor pisał: „Pewnego biblijnego poranka piękna Zuzanna zażywała kąpieli. W swej nagości została podejrzana przez dwóch starych i lubieżnych sędziów, którzy chcąc wymusić na niej stosunek seksualny, zaszantażowali ją oskarżeniem o cudzołóstwo ze zmyślonym młodzieńcem. Odmówiwszy, Zuzanna, osoba cnotliwa, została skazana na śmierć. Wszelako młody Daniel kazał katom czekać i wznowił proces, w którym udowodnił winę starcom, za co zostali słusznie ukarani śmiercią.
Apokryf o Zuzannie i lubieżnych starcach pozwala wskazać kilka chorób niszczących instytucjonalną naukę i humanistykę w Polsce. Choroba pierwsza to recenzje grzecznościowe. Czyli: ja dam tobie, a ty mnie. Powagę tego schorzenia zrozumiemy, wskazując na jego związek z problemem piractwa naukowego, który poruszył niedawno wielu autorów, a wstrząsnął całym środowiskiem polskiej humanistyki.
Szczególnie drastycznym rodzimym przypadkiem plagiatorstwa jest sprawa pewnego filozofa, któremu obecnie grozi odebranie tytułu naukowego, wręczonego mu swego czasu przez oszukanego Prezydenta RP. Postępowanie tej osoby nie ma naturalnie usprawiedliwienia, jednakże trzeba się zastanowić, jak mogło dojść do tego, że uczony nagminnie plagiatujący cudze teksty awansował tak szybko, tak daleko i tak wysoko.
Wiadomo, że w nauce awans możliwy jest dzięki opinii recenzentów, którzy wypowiedzieli się – a zazwyczaj wypowiadają się bardzo pozytywnie – na temat osiągnięć kandydata. Stąd naturalny wydaje się postulat, by tytuł profesora odebrać nie tylko złoczyńcy, ale także jego wspólnikom w przestępstwie, czyli przesadnie uprzejmym lub niekompetentnym recenzentom. Ich własnoręcznie podpisane recenzje można bowiem traktować jako poświadczenie nieprawdy, które wprowadziło w błąd władze łódzkiego uniwersytetu, Polskiej Akademii Nauk, ale także najwyższy urząd w państwie, urząd Prezydenta, wystawiając go przy okazji na śmieszność.
Centralna Komisja ds. Tytułu Naukowego powinna zainteresować się zwłaszcza tymi recenzentami, którzy opiniowali dzieła tego złoczyńcy kilkakrotnie (bo tak dzieje się zazwyczaj), i postawić im zarzut uporczywego wprowadzania w błąd instytucji publicznych w celu osiągnięcia korzyści.
Na usprawiedliwienie takich recenzentów można powiedzieć, że nie mogli znać wszystkich prac publikowanych w danej dziedzinie. Przecież tyle się teraz pisze... To prawda; tym bardziej, że są nimi prawdopodobnie profesorowie mający około 70 lat, są emerytami pobierającymi pełne uposażenie emerytalne, a ponadto pracującymi na kilku etatach profesorskich i kierujący kilkoma instytutami filozofii na różnych, ale za to publicznych uniwersytetach. Wymóg znajomości publikacji w swojej dziedzinie wydaje się faktycznie trudny do spełnienia dla kogoś tak zapracowanego...
To prowadzi nas do kolejnego schorzenia polskiej nauki, którym powinna się zająć gerontologia, albowiem ma związek z geriatrią. W sytuacji nadprodukcji absolwentów studiów dziennych, zaocznych i doktoranckich, często najzdolniejsi ludzie muszą się poniewierać na zasiłkach, ponieważ nie mają szansy na etaty, zajęte od dziesięcioleci przez licznych starców-emerytów. Trzeba przy tym pamiętać, że każdy z nich zajmuje nie jeden, lecz co najmniej kilka etatów. Tylko w polskiej nauce możliwe jest pobieranie emerytury i jednoczesne wieloletnie zasiadanie – bo przecież nie praca! – na kilku etatach. Pamiętajmy również o tym, że taki ‘aktywny’ zawodowo profesor-emeryt nie zadowala się najniższą pensją [wówczas ok. 2500 zł] i zazwyczaj otrzymuje stawkę maksymalną [w okresie tym wynosiło to ok. 4500 zł], plus tzw. ‘aneksy’, czyli pieniądze wyżyłowane z czesnego studentów zaocznych, których wcześniej „nie udało” się przyjąć na studia dzienne z powodu braku miejsc. W niektórych wypadkach daje to łącznie pensje grubo przekraczające… 40 tysięcy złotych, czyli więcej niż pensja prezesa NBP. Każdy taki emeritus więc nie tylko odbiera pracę i możliwość rozwoju naukowego co najmniej kilku młodym uczonym, ale także bezwzględnie wyzyskuje setki innych. Geriatria naukowa stanowi więc problem poważny ekonomiczny i społeczny, a także cywilizacyjny.
Geriatria wiąże się naturalnie z gerontokracją. Starcy nie tylko zostają ‘w nauce’ o wiele za długo, często do samej śmierci, ale także do końca swych dni zachowują w jednostkach badawczo-dydaktycznych stanowiska kierownicze, prowadząc w nich swoją sklerotyczną, archaiczną, gerontokratyczną politykę, zazdrośnie nie dopuszczając ludzi młodych do nabywania doświadczeń w zarządzaniu nauką. W rezultacie człowiek nauki w Polsce zasiada na stołku kierownika zakładu czy instytutu dopiero dobrze po czterdziestce i jeszcze mu wypominają, że taki młody, a tak mocno awansował... Ponadto ci ‘aktywni’ emeryci, jak w Księdze Daniela, są niekwestionowanymi sędziami samych siebie i do samej śmierci wybierają siebie nawzajem do centralnych gremiów zarządzających nauką: CK, KBN, PAN, PAU, itp., itd., po to, aby zagarniać lwią część funduszy przyznawanych uczelniom i jednostkom pozaakademickim przez oba polskie ministerstwa ‘naukowe’ [ówczesne MENiS i KBN], hamując młode talenty i stawiając barierę na drodze unowocześnienia polskiej nauki.
Geriatria i gerontokracja są blisko spokrewnione z nepotyzmem i kumoterstwem. To prawidłowość historyczna: tak było zawsze i wszędzie. W nauce polskiej skumanie się tych zjawisk stało się możliwe dopiero od półwiecza, tj. od czasów powojennego ‘odnowienia’ nauki polskiej. Pół wieku względnego spokoju i bezpieczeństwa, osiąganego zazwyczaj za cenę mimikry i intelektualnej potulności, pozwoliło na ukształtowanie się jej zrębu personalnego i związanej z nim tradycji, która broni swego istnienia i zabiega o własną kontynuację. W nauce polskiej, jak w polskim showbiznesie, szerzy się więc zjawisko zatrudniania na stanowiskach dzieci i wnuków profesorskich, bo przecież komu jak komu, ale ‘swoim’ trzeba pomóc, zwłaszcza teraz, w obliczu trudnego rynku pracy... Towarzyszy temu kumoterskie załatwianie miejsc na studiach dzieciom przyjaciół (którzy też są często profesorami), miejsc na studiach doktoranckich, etatów, stypendiów zagranicznych itd. Zjawiska te osiągają znamiona mafijności i powinny być odpowiednio traktowane przez prawo.
Gerontokracja skumana z kumoterstwem i nepotyzmem przeobraża się w dynastyczność i klanowość. Stają się one trwałym elementem nauki polskiej (i polskiego showbiznesu), ponieważ już niebawem, poza samymi wszechwładnymi dynastiami i klanami, które się nawzajem opiniują i popierają, nie będzie żadnych innych czynników selekcji gromad polskich uczonych.
Na to wszystko pozwala obecne prawo o szkolnictwie, którego nowelizacja odsuwa się w nieskończoność, oraz prawo kaduka. Nic albo niewiele robią również ministrowie, aby tę kompletnie chorą sytuację uzdrowić. Naukę polską do Europy wprowadzą więc trzęsący się starcy, u kresu władz fizycznych i umysłowych, którym na starość pozostał tylko jeden popęd – lubieżna zachłanność.
Nieprzyzwoitość tej sytuacji przypomina przytoczoną na wstępie anegdotę o Zuzannie i lubieżnych starcach. Nauce polskiej brakuje tylko młodego Daniela, który by swoją odwagą i rozumem ocalił piękną pannę Zuzannę (Naukę), jak to się udało bohaterowi z apokryfu. Brakuje go, ponieważ każdy mniej lub bardziej rozumny młody uczony doskonale wie, że gerontokracja jest wszędzie i jest wszechmocna, i bez wahania takiego naiwnego idealistę prędzej czy później (raczej prędzej niż później) wykończy, przepędzając go z nauki. Za brak respektu dla tradycji i autorytetu...”.
Nie solidaryzując się w pełni z radykalizmem i tonem wypowiedzi tego anonimowego profesora, należy jednak przyznać, że w jego gorzkich, podyktowanych zapewne osobistą sytuacją słowach, kryje się sporo nie mniej gorzkiej prawdy.
Przed kilku laty na łamach „Polityki” toczył się spór o to, którzy z polskich uczonych uzyskali autentyczną rangę światową dzięki wynikom swych badań naukowych. Propozycja Jana Woleńskiego, aby listę polskich naukowych bohaterów narodowych ograniczyć do czterech (Mikołaj Kopernik, Maria Curie-Skłodowska, Stefan Banach i Alfred Tarski; Florian Znaniecki nie znalazł się na tej liście) wzbudziła głosy protestu, wielu bowiem sądziło, że nasz kraj zasługuje na liczebniejszą reprezentację. Wszelako niemal każde nazwisko, jakie chciano do tej listy dodać, budziło mniejsze lub większe wątpliwości, co z natury rzeczy rzucało cień znaku zapytania nad każdą, jakkolwiek wydłużoną listą polskich osiągnięć naukowych. Polska aleja zasłużonych dla nauki światowej jest niepokojąco krótka.
Co to oznacza? Bardzo przykrą prawdę, a mianowicie, że polskie tradycje naukowe nie są imponujące. A w istocie żałosne. Wyjaśnienia tej znikomej roli polskich umysłów w tworzeniu światowych dzieł naukowych można szukać w licznych przyczynach historycznych. Wśród nich warto pamiętać przede wszystkim o odpowiedzi, udzielonej na ten temat przez Irenę Krzywicką w dojmującym wspomnieniu o teściu, Ludwiku Krzywickim. „Talent naukowy Krzywickiego był bardzo wysokiej miary. Gdyby był uczonym w jakimś szczęśliwszym niż Polska kraju, imię jego z pewnością zyskałoby rozgłos światowy, a dorobek czysto naukowy byłby rewelacyjny. Tymczasem on z jednej strony oddał się na służbę ojczyźnie, z drugiej zaś musiał gonić za zarobkiem. Rozmienił w znacznej mierze swój talent na drobne, drukując mnóstwo artykułów, wykładając nie tylko na wyższych uczelniach, ale i w szkole średniej i na kompletach dla burżuazyjnych panienek”.
Choć wielu polskich uczonych ma powody do autentycznej i słusznej dumy, to należy przyznać, że pod wieloma względami sytuacja polskiego uczonego nie uległa radykalnej zmianie ani w czasach PRL, ani w czasach wyśnionej i wywalczonej, niejednokrotnie przez samych naukowców zresztą, wolnej Rzeczypospolitej. System polskiej nauki, umocowany w archaicznych ustawach i równie archaicznym myśleniu politycznym, jest zorganizowanym marnotrawstwem talentów naukowych i humanistycznych. Instytucjonalne rozmienianie na drobne talentów ma zaś swoją przyczynę w haniebnej nędzy polskiej nauki.
Nędzę ilustruje to, że państwo łoży z budżetu na naukę około 0.3 % PKB, co sytuuje nas w niepokojącym sąsiedztwie Uzbekistanu, Kazachstanu i chyba już poniżej Albanii, znanych potęg naukowych. Czesi wydają na naukę 2% PKB. Inna liczba jest równie porażająca: Finlandia, kraj o powierzchni zbliżonej do powierzchni Polski, ale za to znacznie bardziej mroźny, a na dodatek zamieszkały głównie przez karłowate sosny, karłowate brzozy, łosie, 5,2 mln Finów oraz przez św. Mikołaja, wydaje na każdego studenta rocznie równowartość ok. 9000 USD; Polska natomiast ok. 900 USD, tj. dziesięć razy mniej. Nie lepiej sprawa wygląda, gdy idzie o talenty absolwentów, którym udaje się studia skończyć (ci lądują na pustyni bezrobocia), jak i z talentami młodych uczonych, którym udała się sztuka pozostania w instytucjach naukowych.
Tygodnik „Polityka” określił tych ostatnich słusznym mianem „desperados” i niektórych wspiera w ich materialnej nędzy całkiem szczodrymi stypendiami. Ta godna pochwały inicjatywa jest chwalebna dla „Polityki”, ale zarazem niekiedy wstydliwa dla wielu potencjalnych laureatów tych stypendiów; jest tak zapewne dlatego, że młodzi uczeni wstydzą się swojej nędzy, a i chyba własnej głupoty, że dali się nabrać na tę idealistyczną ścieżkę kariery życiowej.
W odpowiedzi na krytykę niskiego poziomu finansowania badań naukowych przez państwo, jego najwyżsi urzędnicy argumentują, że tak jak w innych krajach, ciężar współfinansowania nauki winien ponosić także polski przemysł. Argument ten jest szczególnie perfidny, ponieważ ci, którzy się nim posługują, doskonale wiedzą, iż naukę i uczonych, których w Polsce na adekwatnym poziomie państwo nie wspiera, nie będzie także wspierał rodzimy przemysł z tej prostej przyczyny, że on nie istnieje. Najnowocześniejsze gałęzie przemysłu funkcjonującego na obszarze Polski są niemal w całości oparte o technologie wymyślone gdzie indziej. Ani w epoce przedtransformacyjnej, ani po przełomie politycznym nie pojawiły się w naszym kraju żadne wynalazki pozwalające odnieść sukces gospodarczy na miarę nowoczesnej cywilizacji i technologii, takie jak np. telefon komórkowy, na którym fortunę zbija fińska Nokia, a jeżeli się pojawiły, zostały skutecznie zabite przez instytucje, które służyć mają ich budowaniu i ich ochronie, w tym same instytucje naukowe. Jak do tej pory, jedynym autentycznie polskim wynalazkiem cywilizacyjnym o tym charakterze pozostaje lampa naftowa Ignacego Łukasiewicza.
Z czym więc nauka polska wejdzie do Europy? Maria Janion stwierdziła niedawno, że do Europy, tak, winniśmy wejść, ale ze wszystkimi naszymi umarłymi. Powinniśmy się jednak zastanowić, zanim wejdziemy do Europy w towarzystwie gromady duchów naszych zmarłych, czy nie byłoby znacznie lepiej dla nas wszystkich, gdybyśmy „z żywymi naprzód szli, po życie sięgali nowe, a nie w uwiędłych laurów liść z uporem stroili głowę”. Myśląc o przyszłości żywych, nie zaś o przeszłości martwych, skuteczniej wygospodarujemy w „nowej Europie” nie tylko godne miejsce dla nas samych, ale i respekt dla naszych przodków, którym zawdzięczamy nasze istnienie i nasze tradycje. Samymi umarłymi ani starej, ani nowej Europie nie uda się nam zaimponować, skoro, jeżeli wierzyć Janowi Woleńskiemu, tak niewielkie ich grono budzi jednoznaczny szacunek.
Obok wspomnianego bagażu nasza nauka wejdzie do Europy wraz z plagami, które ją prześladują. Na ich czele znajduje się wtórność polskiego piśmiennictwa naukowego, zwłaszcza w humanistyce. Wtórność polega na tym, że ze zrozumiałych, choć trudno wybaczalnych przyczyn historyczno-psychologicznych, nie tylko nie ufamy we własne zdolności stworzenia czy powiedzenia czegokolwiek interesującego w naszym zupełnie egzotycznym języku. Jest tak zapewne po części dlatego, że – wbrew Kantowi, który wzywał: sapere aude! – nie mamy śmiałości myśleć. Jest jednak także jeszcze inna przyczyna: wskutek powszechnego wśród Polaków przekonania, utrwalonego w epoce PRL, iż to, co „zachodnie”, zawsze jest lepsze od „krajowego”, jesteśmy w pozytywny sposób zniechęcani do oryginalności. Nic dziwnego więc, że pod takim społecznym naciskiem oduczani oryginalności, nie potrafimy, nie jesteśmy w stanie lub nie chcemy, jako intelektualiści, ekonomiści, artyści, filozofowie, powiedzieć czegoś własnego i oryginalnego, albowiem nawet jeżeli potrafimy stworzyć coś oryginalnego, to oryginalność ta zostanie chętniej uznana i zaakceptowana w kraju, gdy takie uznanie uzyska ona uprzednio w obcej, zagranicznej opinii. Dla humanisty tworzącego w języku polskim jest to pułapka bez wyjścia. Dlatego właśnie chętnie chowamy się za plecami uznanych na świecie autorytetów i czekamy, aż ktoś powie coś, z czym moglibyśmy się czym prędzej zgodzić. Nie wierzymy, iż inne nacje będą chciały nas czytać i tłumaczyć na swoje języki. Ten fundamentalny brak wiary we własne siły, połączony z wzajemnym brakiem szacunku dla pracy kolegów, jest paraliżujący i on właśnie skazuje nas na intelektualną drugorzędność.
Postawa taka jest silnie wzmacniana za pomocą następującego zjawiska: kiedy wydawnictwo zwraca się do humanisty z prośbą, aby zechciał przełożyć jakąś książkę z języka obcego, oferuje mu pewne honorarium, choć jest ono niewspółmierne wobec rozmiaru zadania, benedyktyńskiej cierpliwości i staranności, jakiej wymaga taka praca. Kiedy zaś ten sam humanista zwraca się do wydawnictwa z prośbą o wydanie napisanej przezeń książki, to pierwsze pytanie, jakie zazwyczaj słyszy, dotyczy tego, czy wraz z manuskryptem swojego dzieła dostarczy także pieniądze na jego wydanie, przy czym o honorarium dla autora nie ma zazwyczaj mowy. Taka sytuacja trwa od dziesięcioleci, wskutek czego, co zrozumiałe, choć przykre, chętniej poświęcamy się upowszechnianiu i interpretowaniu cudzych idei, aniżeli tworzeniu własnych.
Wtórność przeplata się z kombatanctwem. Jedyne dzieła ocierające się o oryginalność to te nawracające do przeszłości i w tym sensie „kombatanckie”. Są one niekiedy wielce znaczące, jednakże mają one swoje znaczenie i zasięg tylko lokalny, czyli obchodzą tylko samych Polaków, lecz oczywiście tylko bardzo nielicznych, ponieważ większość nic nie czyta, ale i to tylko na chwilę, ponieważ zaraz pojawia się nowy pomnik, któremu trzeba oddać cześć, odwracając się plecami do poprzedniego. Jednakże nawet w dziedzinie kombatanctwa trzeba zauważyć, że nasze rodzime dzieła historyczne nie mogą się równać np. z dziełem François Guizota o cywilizacji europejskiej, Leopolda Rankego o dziejach papiestwa, Edwarda Gibbona o upadku Rzymu, czy Arnolda Toynbee’ego o cyklach historycznych i prawach rozwoju cywilizacji. W ostatnich latach najgłośniejsze na świecie z polskich dzieł historycznych okazały się dwie książki Tomasza Grossa Sąsiedzi[11], oraz Strach[12], które wszelako traktują o rodzimych, haniebnych zbrodniach, nie stanowią więc specjalnych powodów do dumy narodowej, zaś sam Gross jest polskim Żydem pracującym na uczelni amerykańskiej.
Plaga druga to wtórność złośliwa, znana jako plagiatorstwo. Niektórym autorom nie chce się już nawet wyrażać cudzych myśli swoimi słowami ( np. „jak napisał wielki amerykański, francuski, angielski, uczony...”), więc spisują je dosłownie z cudzych tekstów. Wertyczko wzmiankuje przypadek, który niedawno wstrząsnął humanistyką polską profesora pracującego w kilku instytutach w kraju, a zarazem gościnnego profesora uczelni niemieckich; opublikował on szereg prac w kilkudziesięciu procentach spisanych żywcem z tekstów żywych jeszcze niemieckich filozofów. Grozi mu teraz odebranie tytułu naukowego.
Każdy plagiat zasługuje na potępienie. Zasługuje na nie jednak tym bardziej, że każdy plagiat zawsze jest dziełem zbiorowym. I to nie w tym trywialnym sensie, że praca jednej osoby jest nieuczciwie zawłaszczana przez inną. W przypadku pracy naukowej chodzi również o to, że ktoś profesora-plagiatora recenzował, opiniował i popierał do awansów. Dlatego Wertyczko sądzi, że oskarżając go o popełnienie występku przeciwko uczciwości intelektualnej, nie należy zapominać o sumieniach tych, którzy przyczynili się do promocji nieuczciwej osoby do godności profesora, nadawanej przez najwyższy urząd w kraju. Urząd ten według niego został wprowadzony w błąd zarówno przez głównego winowajcę, jak i jego nieświadomych lub niekompetentnych promotorów. Jeżeli tak jest w istocie, to w obu wypadkach nie najlepiej świadczy o wszystkich zaangażowanych w ten przypadek osobach.
Ale wtórność polskiej nauki jest tylko odzwierciedleniem typowego dla społeczeństwa polskiego przyzwolenia na wtórność i nieuczciwość intelektualną, z którym każdy Polak styka się już we wczesnym dzieciństwie szkolnym. Jeżeli polski uczeń wie, że „wolno mu” ściągać na klasówkach, na egzaminach, na maturze, na studiach, to dlaczego miałoby być inaczej później, podczas pisania prac magisterskich, które stanowią nowy, intensywnie rozwijający się rynek handlu „gotowcami”, a także w trakcie ubiegania się o wyższe stopnie i godności naukowe?
Problem ten przybiera obecnie rozmiary absolutnie przytłaczające i wcześniej niesłychane. Choroba ta narasta w postępie geometrycznym dzięki powszechnej dostępności komputerów, Internetu i... wyższej edukacji. Obecnie przeciętny wykładowca przedmiotów humanistycznych jest zmuszony zaliczać swój przedmiot już nie kilku, kilkunastu, lecz kilkudziesięciu, a nawet kilkuset studentom. Aby zachować przynajmniej pozory sprawiedliwości wystawianej przez siebie oceny, czyni to na podstawie albo schematycznych i odmóżdżajacych testów, albo prac pisemnych. Prace te zaś w ok. 75% okazują się zakupione na rynku takich surowców wtórnych lub są wzięte z Internetu. Skutek jest taki, że w jednej kilkusetosobowej grupie studentów profesor natyka się na partie identycznych prac, pod nie zawsze zmienionym tytułem. Zdarza się, że jedynym wkładem studenta do jego „własnej” pracy zaliczeniowej jest odręczne nagryzmolenie swojego nazwiska na ściągniętym z Internetu pliku, z którego nie pofatygował się nawet usunąć atrybutów typowych dla strony internetowej[13].
Sens tego procederu jest taki, że przyszłość i nadzieja narodu polskiego, polska młodzież, w zastraszającym tempie zapomina o sztuce pisania, ponieważ jej wiedzę sprawdza się zazwyczaj za pomocą testów wymagających zasadniczo biernej, nie czynnej znajomości ojczystej mowy. Jeżeli zaś już musi cokolwiek napisać, to zamiast komunikować swe twórcze idee oraz zapełniać Internet swymi opiniami, zaśmieca swe głowy zerżniętymi z Internetu cudzymi myślami, sztampą, stereotypem i bredniami. Tym sposobem zatraca bezpowrotnie jedyną szansę, jaką daje młodość, na kultywowanie swej kreatywności.
Skutki są już widoczne po poziomie polskiej literatury, polskiego filmu, a także – dlaczego i w tym wypadku miałoby być inaczej? – polskiej humanistyki. Skutki tego sięgają jednak o wiele dalej. Jak bowiem student przedsiębiorczy w sposób, który polega na chadzaniu po linii najmniejszego oporu, ma być potem kreatywnym i uczciwym politykiem, przedsiębiorcą tworzącym nowe miejsca pracy dla siebie i innych, czy twórcą dzieła, które stanie się światowym bestsellerem, lub pomysłu, który mógłby ożywić rozwój polskiej gospodarki?
Polskiego przemysłu nie ma nie tylko dlatego, że dawny został zniszczony, ponieważ był przestarzały i nieadekwatny. Nie ma go również dlatego, że przez ostatnie kilkanaście lat nikt nie miał nawet czasu ani ochoty pomyśleć o stworzeniu nowego. Takiego, który opierałby się w drobnej choćby części na nowej, rodzimej myśli technicznej. A przecież, jeżeli ufać Josephowi Schumpeterowi, ekonomiście bardziej wiarygodnemu niż inni, kapitalizm nie rozwija się wyłącznie dzięki masie kapitałowej pomnażanej za pomocą spekulacji na akcjach i obligacjach, lecz dzięki masie kapitałowej, która umie generować nowe idee i przekształcać je w postać nowych przedmiotów masowej konsumpcji. Kiedyś takimi nowalijkami, które przyniosły ich twórcom wielkie uznanie i/lub wielkie fortuny, były samochód, lodówka, pralka, pończochy nylonowe, Alicja w krainie czarów oraz Władca pierścieni. Teraz są nimi telefon komórkowy, komputer, majtki-stringi oraz Harry Potter, które wszystkie słusznie zrobiły światową karierę i wielką kasę. Lampa naftowa już do nich nie należy. Nic dziwnego, że niebieski laser, sukces polskich uczonych, stał się przedmiotem masowej produkcji i sprzedaży raczej dzięki Japończykom niż Polakom. Aby to bowiem zrobić, potrzebna jest twórcza myśl, respekt dla niej, cierpliwość, czas, a także, wbrew stanowisku polskich ministrów nauki, cztery rzeczy: pieniądze, dużo pieniędzy, bardzo dużo pieniędzy oraz rozumna kontrola nad ich wydatkowaniem.
Kolejna rodzima plaga naukowa to wieloetatowość, widoczna chociażby we wspomnianym wyżej przypadku plagiatu. Jak uczony zatrudniony na kilku etatach ma znaleźć czas na twórcze, czy choćby odtwórcze myślenie? W pogoni za groszem niektórzy profesorowie zatrudniają siebie nawzajem na wielu etatach w wielu instytucjach, co łącznie daje całkiem niezłe kwoty. W takich warunkach jednak nie ma możliwości prowadzenia przyzwoitych zajęć dydaktycznych, jakichkolwiek badań naukowych, nie mówiąc o badaniach oryginalnych czy przełomowych. Temu usiłowała zapobiec – niezbyt udolnie zresztą – uchwała Senatu Uniwersytetu Jagiellońskiego, inspirowana przez byłego rektora tej uczelni, Franciszka Ziejkę.
Ale z tych powodów właśnie to filozof amerykański Richard Rorty czy niemiecki Jürgen Habermas byli i są nadal – mimo mocno zaawansowanego wieku – wielkimi uczonymi, na których książki cały świat czeka z niecierpliwością i zaciekawieniem. Natomiast polscy sędziwi uczeni w większości – nie wszyscy! – cierpią na syndrom Krzywickiego albo żyją z odcinania kuponów, jakie daje im pożądany na rynku status profesora.
W okresie boomu edukacyjnego na wyższych uczelniach polskich na elitarnym kierunku dziennikarstwa jednego z uniwersytetów o jedno miejsce zabiegało prawie dwudziestu kandydatów. Okazało się jednak, że żaden z wyłonionych w tak morderczym konkursie studentów nie przyszedł na studia z biegłą znajomością języka obcego, czy choćby angielskiego. Z wyjątkiem jednej Nigeryjki, która się wśród nich zaplątała. Polska młodzież wie, kim jest Potter, ale nie wie, kto to Popper, zna Wiśniewskiego, ale nie Wiśniowieckiego, Ciechowskiego, lecz nie Cieszkowskiego, itd. Polskie szkoły i uczelnie, nie z własnej winy, lecz z niezaprzeczalnej winy opieszałego i niewrażliwego na problemy nauki ustawodawcy, nie są przygotowane do tego, by uczynić z nich przyszłych noblistów, Billów Gatesów, ani nawet Kulczyków.
Wbrew przekonaniu więc, że będzie pięknie i mądrze, zrobiło się brudno i durno. Wolnościowa transformacja w szybkim tempie doprowadziła w praktyce polską naukę na krawędź edukacyjnego i naukowego spustoszenia. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że kolejny krok naprzód już dawno wykonaliśmy, nawet tego nie zauważając. Zamiast więc wejść do Europy tanecznym krokiem i stanąć w dobrej kondycji do naukowego wyścigu – pierś w pierś – z koleżanką Susanne, polska Zuzia spędzi co najmniej pokolenie, zanim wygrzebie się z dna tej przepaści. A może dłużej.
Degeneracyjny budżet uczelni
Jakkolwiek w różnych uczelniach sprawy budżetowe kształtują się w sposób dość odmienny, to ogólny obraz jest mniej więcej taki, że dotacja otrzymywana przez uczelnie publiczne z Ministerstwa, która teoretycznie ma pokrywać całość kosztów funkcjonowania uczelni, tj. kosztów płac, remontów bazy dydaktycznej oraz zakupu mediów i usług zewnętrznych, pokrywa zaledwie połowę tych kosztów (a i to, wskutek przyjętej dawno temu reguły, owo „pokrycie” faktycznie wynosi ok. 95% tej połowy). Od kilku lat większość uczelni przeznacza całość otrzymywanej dotacji wyłącznie na płace kadry naukowej i administracyjnej oraz technicznej. Wszystkie pozostałe koszta są pokrywane z drugiej połowy budżetu, którą uczelnia zarabia własnymi – tj. naszymi – siłami, dzięki temu, iż prowadzi studia zaoczne. Ekstraordynaryjne zakupy sprzętu oraz inwestycje są pokrywane z funduszy, o które każdorazowo władze uczelni muszą ubiegać się w długotrwałym procesie bezpośrednio w Ministerstwie; sukces w tych staraniach często zależy od wsparcia lokalnych polityków reprezentujących dany region w Parlamencie, pod warunkiem, że mają dostatecznie duże przełożenie na właściwe osoby, przy czym tymi właściwymi osobami wcale nie są ministrowie właściwego ministerstwa.
Sytuacja ta ma nie tylko ten skutek, że każdego miesiąca kadra naukowa i administracyjno-techniczna polskich uczelni jest upokarzana wysokością comiesięcznych pensji. To dlatego większość profesorów i adiunktów permanentnie tkwi w nastroju Adasia Miauczyńskiego, który doprawdy nie służy kreatywności, także naukowej. Jej skutkiem jest także i to, że stopniowej degeneracji ulega materialna baza dydaktyczna większości uczelni. Sytuację tę pogarsza dodatkowo fakt, iż obecne obyczaje finansowe, panujące w szkolnictwie wyższym, aktywnie zachęcają rektorów uczelni publicznych do inwestowania w nowe budynki, a zarazem aktywnie ich zniechęcają do remontowania istniejących: jeżeli uczelnia chce wyremontować jakiś budynek, musi na to faktycznie sama zarobić, albowiem dotacja ministerialna, jako się rzekło, wystarcza tylko na płace…
Sytuacja polskich uczelni jest dramatyczna, zaś z perspektywy oczekiwań i postulatów modernizacyjnych kraju jest katastrofalna. Do tej katastrofy przyłożyły ręce wszystkie rządy poczynając od 1989 roku; wzmiankowana wyżej wypowiedź obecnego wiceministra-uczonego nie wskazuje na to, by obecny rząd miał zmienić politykę wobec nauki. Zarazem nie widać jakiejkolwiek strategii ratunku.
Permanentna niemożność zmiany sytuacji polskiej nauki nie zwalnia nas jednak od obowiązku ratowania naszych miejsc pracy. Nie mam recepty całościowej, ale mam cząstkową propozycję, która mogłaby tę sytuację odrobinę zmienić. Moja propozycja zmierza do tego, aby obecny Minister Nauki, w trybie rozporządzenia, dał rektorom prawo do pobierania semestralnej opłaty administracyjnej od studentów studiów stacjonarnych. Wysokość tej opłaty winna być wyliczona na podstawie realnych kosztów obsługi jednego studenta trybu stacjonarnego, i może być różny w przypadku studentów różnych kierunków.
Komentarze
Kliknij
jeśli spodobał Ci się komentarz.
Kliknij
jeśli uważasz, że jest miernej jakości.
2
masz 1 głos
Żeby się ustosunkować do tez tu zawartych, w części słusznych w mojej opinii, w części wątpliwych czy unikających sedna sprawy, trzeba by napisać szereg tekstów, a najlepiej książkę np. 'Psychopatologia życia akademickiego; co być może nastąpi. Nie znam jeszcze książki 'Psychopatologia życia politycznego.' ale z tekstu widać, ze warto ja przeczytać. Żeby podnieść temperaturę dyskusji, która winna się rozwinąć, na początek dam swoją opinię -napisaną z innej pozycji - o stanie dzisiejszym uwarunkowanym przeszłością.
"Co słychać starego ? czyli o nauce polskiej 20 lat później"
4 czerwca 1989 r. to dla wielu Polaków jedna z dat przełomowych, data wychodzenia z komunizmu. Ale czy naprawdę wyszliśmy z komunizmu ?
Chyba nie do końca. Co więcej nie za bardzo chcemy się z komunizmem rozliczyć. Ustawy dokomunizacyjnej mimo upływu lat nie ma do tej pory i chyba chodzi o to aby już nigdy jej nie było.
W sprawie lustracji środowisko akademickie, zwykle konformistyczne, wykazało się iście heroiczną postawą organizując bunt antylustracyjny.
W walce o niepoznanie własnej historii wreszcie ujawnił się nonkonformizm, tak na codzień deficytowy. Widać przeszłość środowiska akademickiego to sprawa poważna, skoro na jej poznanie uczelnie same sobie nakładają kaganiec, ograniczają wolność swoich badań.
Władza POPów
Na froncie walki o pokój, o wprowadzenie nowego, jedynie słusznego systemu, szczególną rolę mieli odgrywać ludzie nauki – tzn. nowi ludzie nauki, postępowi i ideowi. Ci mieli wychować nową młodzież budującą nowy ustrój.
Wielu ’starych’ profesorów uformowanych w Polsce ‘burżuazyjnej’ nie za bardzo chciało tworzyć Polskę ‘demokratyczną’ więc zastępowano ich nowymi, uformowanymi często na froncie wschodnim.
Nie wszyscy mieli pojęcie o nauce, ale z braku odpowiednich kadr wielu z nich wyznaczano na Pełniących Obowiązki Profesorów, którzy mieli wspierać Pełniących Obowiązki Polaków wprowadzających nowy ład i porządek, i zakładających Podstawowe Organizacje Partyjne.
Władza POPów, w różnych wcieleniach, odcisnęła się na obliczu Polski Ludowej tak silnie, że skutki są do dziś widoczne, ale ślady ich działalności są skrupulatnie zacierane.
Dyskusje na temat poznawania niechlubnej przeszłości, także autorytetów naukowych, koncentrują się głównie wokół IPN i materiałów wytworzonych przez SB. Ale co z badaniem materiałów PZPR czy archiwów akademickich ?
Z tym jest znacznie gorzej. Proszę spróbować odtworzyć składy POP PZPR na uczelniach, czy w instytutach naukowych. Nader rzadko to się udaje.
Bez zgody POP PZPR nie było można nikogo awansować, usunąć, wysłać za granicę. POP rozdawały karty na uczelniach, decydowały o polityce kadrowej, a badań na ten temat nadal nie ma. Nie bez przyczyny.
Wielu członków POP nadal ma się dobrze w systemie szkolnictwa wyższego, które niestety tak dobrze się nie ma, a władze uczelni dzielnie walczą, aby to co zostało ukryte pod dywanem w czasie transformacji nadal nie ujrzało światła dziennego.
Metodologia badań naukowych
Po 20 latach od ‘upadku’ komunizmu na uczelniach dominują beneficjenci systemu PRL i dbają o ‘właściwą’ metodologię prowadzonych badań, piętnując każde odchylenia.
Ostatnio było sporo szumu w sprawie – podobno niewłaściwej – metodologii badań historycznych na poziomie magisterskim. Nikt nie jest natomiast zainteresowany metodologią badań historycznych na poziomie profesorskim.
Metody badań profesorów z uczelnianych komisji senackich, ‘historycznych’, dla ustalenia pokrzywdzonych w PRL, czy nad opracowaniem dziejów uczelni w ostatnich kilkudziesięciu latach – budzą konsternacje, a ich metodologia winna być bez zarzutu, wzorcowa.
Historycy komisji najstarszej polskiej uczelni badają krzywdy, ale głównie wśród beneficjentów systemu, pomijając ofiary systemu, także tych, którzy mają status pokrzywdzonego ! Oryginalna metodyka – nieprawdaż ? I nikogo to nie razi.
W dziele historyków przygotowanym przez samych profesorów historii na 600- lecie UJ – „ Dzieje Uniwersytetu Jagiellońskiego” nie zauważono nawet, że w Polsce, nie tak jeszcze dawno, był stan wojenny. Nie jest to wyjątek, bo stosowana metodologia badań historycznych prowadzi do tego, że historie uczelni polskich zwykle doprowadzane są do roku 1968 r. a potem – przeskok do roku 1989, może z kilkoma ogólnikowymi zdaniami o tym co było w międzyczasie.
Podobnie historycy polemizując z kolejnymi projektami reform w nauce, przypominają jakie szkody w nauce wyrządziły ‘reformy’ roku 1968, całkiem zapominając o ‘reformach’ lat 80-tych.
Taka jest metodologia badań i taki poziom niezawisłości od faktów wśród nadal Pełniących Obowiązki Profesorów.
Wielka czystka w nauce
‘Reformy’ lat 80-tych poskutkowały wielką czystką kadrową w nauce, ale także, jak obecnie widzimy, wielką czystką pamięci środowiska akademickiego. Wyrejestrowano wówczas z systemu nauki tysiące młodych, nonkonformistycznych pracowników akademickich, o zbyt dobrej pamięci i zbytnio aktywnych. Na nich skupiała uwagę i PZPR, i SB, jako na głównych ich wrogach i przeciwnikach systemu, negatywnie wpływających na młodzież akademicką.
O tym można bez trudu można przeczytać w archiwach pozauczelnianych (materiały PZPR w Archiwach Akt Nowych, czy materiały SB w archiwach IPN), ale na uczelniach informacje dotyczące tego okresu są na ogół niedostępne. Nieco można znaleźć w internecie.
Uczelnie autonomicznie bronią natomiast dostępu do informacji publicznej, zamienianej w informację sekretną, lub jej brak, powołując się dla jej utajniania np. na ustawodawstwo stanu wojennego, którego istnienia nie zawsze potrafili uchwycić w historiach uczelnianych !
W ciągu ostatnich 20 lat, w mediach słyszymy często o luce pokoleniowej w nauce, ale nie ma odpowiedzi jak to się stało, że taka luka powstała.
Wielka czystka dokonana wśród nieposłusznej kadry akademickiej w latach 80-tych stanowi główny powód tej luki. Beneficjenci tej czystki nie byli w stanie z przyczyn intelektualnych, ani nawet nie mieli zamiaru z przyczyn ekonomicznych, luki ograniczyć.
Z powodu braków kadrowych akademiccy beneficjenci PRL, byli i nadal są produktem poszukiwanym na kwitnącym rynku edukacyjnym i mają zapewnione i po kilka etatów. Po co zatem mają likwidować to co im przynosi profity ?
Wielu historyków zastanawia się nad przyczynami okresowej klęski ZSRR po napaści Hitlera 22 czerwca 1941 r. Różne są interpretacje, ale jedną z przyczyn jest luka kadrowa wojskowych po przeprowadzeniu przez Stalina wielkiej czystki w końcu lat 30-tych. Czystka miała miejsce głównie wśród kadry dowódczej i lukę można było szybko uzupełnić i wzmocnić potencjał wojenny.
Czystka w nauce lat 80-tych przeprowadzona na ogromną skalę dotyczyła głównie młodszych, więc spowodowała lukę pokoleniową, trudniejszą do szybkiego wypełnienia i do wzmocnienia potencjału intelektualnego.
Nowe kadry, stare problemy
Po 20 latach mamy już nowe pokolenie w nauce, uformowane przynajmniej na szczeblu szkolnictwa wyższego, już po tzw. transformacji. Winno być inaczej niż w PRL, bo jak zwykle słyszymy – potrzebna jest zmiana pokoleniowa aby coś się mogło zmienić. Pokolenie już nowe – problemy nadal stare.
Otwarto szeroko granice, ale naukę polską poza granicami jakoś słabo widać, oczywiście z wyjątkami, ale te zawsze były, także w czasach PRL. Wiele tych wyjątków, jak nieraz słyszymy, zawdzięczało swą wyjątkowość PZPR, czy SB – ale nie wszyscy.
Blokada rozwoju młodych, strach przed konkurencją, powoduje, że starsze kadry jakby przejęły rolę dawniej pełnioną przez stróży porządku socjalistycznego.
W 1946 r. politruk Włodzimierz Sokorski, który z braku nowej kadry naukowej, po przełamaniu frontu wojennego, rzucony został na front nauki, jasno mówił o zarządzaniu nauką przez scentralizowaną habilitację. Trzeba było znaleźć sposób na uformowanie posłusznych.
I tak zarządzano, nawet dość skutecznie, a nowe środowisko tak się przyzwyczaiło do takiego zarządzania, że o zmianach na wzór zachodni nawet nie chce słyszeć do dnia dzisiejszego.
Rzec by można : Jak nas partyjniacy ustawili, tak chcemy stać i innych ustawiać !
I tak ustawiają, może z pewnymi modyfikacjami – ale jednak skutecznie, o czym mogliśmy się przekonać i w ciągu ostatnich miesiącach.
Jak dr Jarosław Pająk podniósł publicznie dokonanie plagiatu przez rektora Akademii Medycznej, zaraz przy próbie habilitacji został osadzony na miejscu. Dzięki roztargnieniu prof. Krzysztofa Drewsa, który napisał mu dwie przeciwstawne recenzje – jedną chwalebną, drugą dyskwalifikującą, przynajmniej wiadomo jak w praktyce wygląda ‘ocena’ prac naukowych. A to tylko wierzchołek góry lodowej, który dotąd był znany tylko w kuluarach.
Dr Marka Migalskiego, niewłaściwie dla środowiska akademickiego ukierunkowanego politycznie, nie dopuszczono nawet do otwarcia przewodu habilitacyjnego. Nieco szczęścia ma prof. Andrzej Nowak, że jego ‘odchylenia’ wykryto dopiero po habilitacji, więc tylko spotyka się z ostracyzmem.
Nie ma już wiodącej PZPR, ani SB, ale niemerytoryczne – uwarunkowane politycznie, (nie)etycznie – oceny, awanse, degradacje, nominacje – pozostały.
A co na to środowisko ? Rzadko reaguje. Nie na darmo wyselekcjonowano je spośród posłusznych, aby się teraz buntowało ! Jak się głowę schowa do piasku, to z ‘podręczną strusiówką’ można do emerytury przetrwać.
Mamy wolność, ale przed wypowiedzią, po wypowiedzi – nie do końca. Nikt nie wierzy w merytoryczną ocenę jego dokonań naukowych, więc lepiej siedzieć cicho. Wiadomo, że wartość dorobku z dnia na dzień może się drastycznie zmienić. To co było znakomite, może się okazać niedorzeczne, jeśli naukowiec okaże się niepoprawny w swych dociekaniach, w promocjach, petycjach.
Urzędu cenzury co prawda już nie ma, ale cenzura, w tym autocenzura, ma się zupełnie dobrze. Szczególnie wysoko są cenieni ci, którzy potrafią sami z niej korzystać.
Uczelnie mają zagwarantowaną autonomię do zakładania sobie kagańców i z tej autonomii nieraz korzystają. Jak sobie same kaganiec założą, nie muszą się obawiać o finanse, dotacje, nominacje, akceptacje.
Jak widać w nauce polskiej w 20 lat po transformacji – bez zmian. Może mówienie o transformacji nie do końca jest zasadne, skoro wiele zmieniono tak, aby pozostało po staremu ?.
-4
masz 1 głos
Szanowny Panie Profesorze.
Zasadniczo zgadzam sie z panska diagnoza obecnego stanu polskiej nauki. Moze mi tylko jeszcze Pan Profesor moze wytlumaczy, czemu nie moge pracowac w Polsce? Czemu moj doktorat z nauk politycznych z Monash University nie zostal nostryfikowany w Polsce na UW? Przeciez Monash jest w scislej czolowce swiatowej, szczegolnie jesli chodzi o naki spoleczne, a UW na szarym koncu swiatowych i europejskich rankingow. Czemu tez moj doktorat z Monash jest uznawany wszedzie w Europie na zachod od Odry i Nysy Luzyckiej, a nie jest uznawany w Polsce? Czemu jako Polak jestem dyskryminowany w Polsce, a nie jestem dyskryminowany w tzw. starej Unii, gdzie bez wiekszego trudu znalazlem stanowsiko naukowe na uniwersytecie, stanowisko, ktorego mi odmowiono w Polsce z tego wzgledu, ze moj doktorat i wiekszosc mych publikacji zostala napisana po angielsku.
Linki:
http://forum.gazeta.pl/forum/w,904,102555785,,Szkoly_wyzsze_w_oparach_kampanii.html?v=2
http://forum.gazeta.pl/forum/f,93974,Doktoraty_naukowcy_i_uczeni.html
lech.keller@gmail.com
-13
masz 1 głos
pokaż treść komentarza
0
masz 1 głos
Widze, ze beton akademicki sie dobrze trzyma w Polsce.
Stad pracuje poza jej granicami...
http://cetrad.info/?action=pessoas/viewPerson&id=90
Dodaj komentarz: