Debata dotyczy projektu strategii szkolnictwa wyższego przygotowanej przez zespół EY i IBnGR.
Komentarze
Kliknij jeśli spodobał Ci się komentarz.
Kliknij jeśli uważasz, że jest miernej jakości.
5
oceń komentarz masz 1 głos
1. Raport nie spełnia zasad równościowych. Przykładowo statystyki nie uwzględniają podziału K/M, co zastanawia biorąc pod uwagę finansowanie raportu ze środków UE.
2. Zastanawia brak uwzględnienia specyfiki różnych kierunków. Np. wrzucenie politologów, handlowców i prawników do jednego koszyka mnie śmieszy.
3. Cytat: "Na wykresie 5.20 uderza różnica między liczbą uczestników studiów doktoranckich, a liczbą otwartych przewodów doktorskich (co należy zrobić po pierwszym roku studiów doktoranckich)."
Mnie uderza brak kompetencji i wiedzy autorów raportu o studiach doktoranckich. Studia doktoranckie trawają 4 lata, a 1/4 doktorantów ma otwarte przewody. No, naprawdę trwoga ogarnia.
"co należy zrobić po pierwszym roku studiów doktoranckich" - wymysł autorów. Przewód należy otworzyć, kiedy doktorant jest na to gotowy. Ustawa nic nie mówi o konieczności otwarcia po pierwszym roku.
4. Raport ma marny poziom merytoryczny i wygląda na napisany za ciężkie pieniądze zlepek ogólnie dostępnych statystyk, oczywistej wiedzy wydobytej z ustaw i powszechnej wiedzy książkowej. Temat bardzo ciekawy i szkoda, że tak płytko potraktowany. Widocznie autorzy mieli ciekawsze zajęcia niż pracę nad raportem...
9
oceń komentarz masz 1 głos
Pierwsze uwagi - do prezentacji.
1. Do jednego worka wrzucono wszystkie dziedziny nauki i typy uczelni - to błąd. Ich specyfika jest bardzo różna. Innych rozwiązań wymaga humanistyka, a innych studia inżynierskie, czy nauki ścisłe.
2. Diagnoza o niskiej jakości studiów nie jest poparta rzetelnymi badaniami - pomiarem edukacyjnej wartości dodanej. Brak realnych pomysłów na unowocześnienie przebiegu ćwiczeń, laboratoriów i wykładów.
3. Likwidacja stypendiów za wyniki to duży błąd, ten rodzaj stypendiów bardzo motywuje do porządnej nauki. W realiach polskich motywacji nigdy za dużo. Samo życie dostarcza jej młodym ludziom za mało.
4. Wymaganie mobilności profesorów - w realiach polskich ten wymóg zderzy się z prozą życia. W Polsce rodziny nie lubią przemieszczania się , nie chcą odrywać się od swoich korzeni i środowiska (i trzeba to uszanować). Nie mamy wystarczającego zaplecza w postaci domów na wynajem, bo o poborach pozwalających na szybkie budowanie domu w nowym miejscu nie wspomnę.
5. Upadłość uczelni publicznej - to absurd. Uczelnia publiczna nie jest i nie powinna być przedsiębiorstwem, które albo przynosi dochód, albo pada. Uczelnia to także misja społeczna i kulturowa.
6. Zakaz pracy na drugim etacie lub dodatkowego prowadzenia działalności gospodarczej - przy obecnym i dającym się przewidzieć poziomie płac to nie jest realne. Ludzie i tak będą kombinowali, by dorobić. Poza tym, to naruszenie praw człowieka - jeżeli ktoś wywiązuje się ze swoich obowiązków, to nikomu nic do tego co robi w swoim czasie wolnym. Ten zakaz pachnie mi totalitaryzmem.
7. Rada powiernicza powołana przez ministra zawsze będzie partyjna (minister nie jest w stanie odmówić kolegom ze swojej partii). Taki organ powoła partyjnego rektora, a ten partyjnych dziekanów. Uczelnie staną się synekurami dla partyjnych kadr. Co kilka lat będą dezorganizowane kolejnymi kampaniami wyborczymi i gruntownymi zmianami ekip rządzących.
8. Likwidacja jednolitych studiów pięcioletnich - to ostateczne pogrzebanie sensownego modelu kształcenia lekarzy, inżynierów, nauczycieli i prawników.
8. Wymogi kadrowe formułowane w oparciu o osiągnięcia, a nie stopnie i tytuły - a te stopnie i tytuły to wynikają z czegoś innego niż osiągnięcia? Nie przypominam sobie bym doktorat i habilitację kupił lub dostał w spadku.
Podsumowując - nie było rzetelnej diagnozy stanu polskiej nauki i szkolnictwa wyższego i nie ma pomysłu na sensowny ich model. Jest za to pomysł na mieszanie dla samego mieszania - na zasadzie: jak wprowadzimy zachodnie rozwiązania to może coś z tego wyjdzie. Figa z makiem.
-5
oceń komentarz masz 1 głos
@ Zbigniew Osinski. Czy nie zastanowil sie Pan nad tym dlaczego ten "mak", ktory sie wysypal Panu w powyzszych 8 pkt.oraz pewne inne dodatkowe skladniki, uzywane do "pieczenia" na uczelni , za granica cos tam w rezultacie im daja ,a nam z tego pieca wychodzi wciaz... makowiec z zakalcem?
10
oceń komentarz masz 1 głos
W Strategii znalazło się kilka kuriozalnych założeń, np.:
- że przewód doktorski trzeba koniecznie otwierać po pierwszym roku studiów doktoranckich - to już zostało wypunktowane wyżej,
- że uniwersytety badawcze to takie, które nie prowadzą studiów pierwszego stopnia - proponuję wpisać 'research university' do angielskiej wikipedii,
- że na profesora nadaje się ten, kto przepracował co najmniej 3 lata w innej instytucji - to jest absolutne kuriozum, zapewniające profesurę wszystkim, którzy chałturzyli na tylu etatach, ile wlezie. Jakość profesora mierzy się liczbą wykładów gościnnych, a nie liczbą lat przepracowanych w cudzym labie.
-1
oceń komentarz masz 1 głos
Ależ oczywiście - nam to zawsze wychodzi zakalec, a na Zachodzie to sam miód. Polacy to taki dziwny naród - najpierw przez 45 lat spora część elit padała na kolana przed modelem wschodnim, a teraz kolejna część ma tendencje do padania na kolana przed Zachodem. Szanowni Państwo, którym nie podoba się to co polskie, jak kiedyś jakiś menel wyzwie was od łże elit, to miejcie świadomość, że sami na to pracujecie.
2
oceń komentarz masz 1 głos
@Zbigniew Osinski. Generalizacja nie poplaca i kladzie kazda dyskusje. Jak widac "zachodnie" sygnalizatory swietlne sie przyjely na ulicach polskich miast i sluza dobrej sprawie od lat! Podobnie jest z latwoscia przeprowadzania operacji finansowych majac w kraju wymienialna walute i Internet w domu. Nic juz nie mowiac , o satysfakcji i przyjemnosci przeczytania od reki komunikatu w zachodnim Nature o tym, ze jaszczurki w Gorach Swietokrzyskich byly tam znacznie wczesniej, niz ktokolwiek mogl przypuszczac? Jak widac bastiony obskurantyzmu i uprzedzen...przegrywaja! Tu juz nie ma Wschodu i Zachodu. Jest mozliwosc spelnienia potrzeb i sprawdzenia faktycznych szans na ich realizacje od reki. Tam gdzie sa mozliwosci, pojawiaja sie tworcy! Niestety, w przeszlosci, nasi rodzimi wynalazy przegrywali z tymi bastionami, a niektorzy swoje racje i szanse widzieli, z braku jakichkolwiek perspektyw, w... hodowli swin! Ale powoli sie w Kraju zmienia na lepsze... To co bylo wyjatkowe-staje sie juz normalne. Tu batalia idzie o normalne ...szkolnictwo wyzsze! Ta normalnosc nalezy wlasciwie wybrac, do niej sie w pelni dostosowac i rozwijac swoje talenty!
0
oceń komentarz masz 1 głos
W odpowiedzi Panu Bandorskiemu 3.02.2010 21:55
Problem ze srodowiskiem polskim polega zbyt czesto na tym, ze nie potrafi spojrzec na cokolwiek z innej perspektywy niz doswiadczen zdobytych w ramach "chowu wsobnego".
Przykladowo w EPFL nie ma zadnego "otwarcia przewodu" z prezentacja wynikow. By zostac zarejestrowanym przez Serwis Akademicki nalezalo zlozyc plan pracy (w porozumieniu z promotorem), a nastepnie co roku informowac o postepie pracy i ewentualnych zmianach.
Plan pracy nie oznaczal, ze trzeba bylo podac tytul, jakies konkretne wyniki, etc... tylko opisac to co sie planuje zrobic i w jakim terminie.
Sluzylo to glownie KONTROLI ze strony uczelni czy praca z promotorem przebiega wlasciwie i czy nie ma jakichs konfiktow :-)
Chyba rok na na wspolne ustalenie przez promotora i doktoranta PLANU PRACY i badan powinien wystarczyc?
Na koniec podsumowuje jeszcze raz:
Sa kraje gdzie wymog przedstawienia planu pracu jest zwiazany glownie z OCHRONA DOKTORANTOW i mozliwoscia kontroli przez odpowiednie agencje uczelniane przebiegu wspolpracy z promotorem. Ostatecznie liczy sie tylko sama praca, ale tam pojecie recenzji "grzecznosciowych" nie istnieje i przynajmniej jeden recenzent musi byc recenzentem zagranicznym (w moim przypadku bylo dwoch).
W Polsce mozna stwarza sie "pompatyczne" wymogi na "otwarcie przewodu" a na koncu i tak... recenzuje gotowa prace kolega ze znanym powszechnie statystycznym skutkiem (wg prof Tazbira - 2005) :-(
Dla polskiego srodowiska rowniez jest rzecza niewyobrazalna, ze recenzenci maja DWA TYGODNIE na napisanie recenzji, a miedzy zlozeniem pracy a obrona przed komisja skladajaca sie z promotora, recenzentow (wszyscy sa obecni) i przedstawiciela wydzialu jest tylko DWADZIESCIA DNI ROBOCZYCH. Tylko, ze recenzentow i termin obrony ustala sie z polrocznym wyprzedzeniem gdy praca nad doktoratem jeszcze trwa w najlepsze!!!
1
oceń komentarz masz 1 głos
W odpowiedzi Panu Bandorskiemu 3.02.2010 21:55 cd
"na profesora nadaje się ten, kto przepracował co najmniej 3 lata w innej instytucji - to jest absolutne kuriozum, zapewniające profesurę wszystkim, którzy chałturzyli na tylu etatach, ile wlezie."
Znowu perspektywa "lokalna" nie pozwala na wlasciwa interpretacje propozycji w strategii. Oto przyklad "lokalnej perspektywy"
Kilka miesiecy temu otrzymalam zaproszenie z OPI
-------------
Serdecznie zapraszamy do udziału w badaniu „Kariery zawodowe osób posiadających stopień naukowy doktora (CDH)”
Prosimy o wypełnienie ankiety znajdującej się na stronie internetowej
https://cdh.opi.org.pl
nie później niż do 6 listopada 2009 r.
-------------------
Niestety nie moglam wypelnic tej ankiety z jednego prozaicznego powodu:
jej autorzy w ogole NIE PRZEWIDZIELI sytuacji, ze mozna miec kilka KOLEJNYCH miejsc pracy, tzn KONCZYC w jednym miejscu i zaczynac w drugim.
Ankieta uwzgledniala tylko sytuacje WIELOETATOWCOW mozna bylo wpisac kolejne/inne miejsca pracy, ale ciagle majac jedno PODSTAWOWE. Pana komentarz swietnie wpisuje sie w ta mentalnosc - niestety... Autorzy w ogole nie dopuszczali mozliwosci ZAISTNIENIA takiej sytuacji (roznej od kariery od studenta po rektora w jednym miejscu) - swoja droga ciekawe dlaczego "nie miescilo im sie to w glowach" :-)
Zreszta pomysl, ze mobilnosc=wieletatowosc nie jest niestety nowy. Byly juz takie proby interpretacji w Sejmie w 2005 r. - szczesliwie "wysmiane" na komisji sejmowej. Jak widac jednak padly na podatny grunt... :-(
Kolejna bariera mentalna do pokonania - tutaj przypinam latke FNP. Mobilnosc to nie to samo co stypendium czy sabbatical "on leave"
2
oceń komentarz masz 1 głos
Pani Małgorzato, w Diagnozie jest błąd, wynikający z braku znajomości polskich realiów, natomiast Strategia zaleca, by na stanowiskach profesorskich zatrudniać laborantki z zagranicznym stażem i trzema cytowaniami. Powtórzę jeszcze raz, w przypadku kandydatów na profesorów liczy się międzynarodowy dorobek, a nie liczba pracodawców wpisana w cv.
6
oceń komentarz masz 1 głos
Pani Małgorzato, w Diagnozie jest błąd, wynikający z braku znajomości polskich realiów, natomiast Strategia zaleca, by na stanowiskach profesorskich zatrudniać laborantki z zagranicznym stażem i trzema cytowaniami. Powtórzę jeszcze raz, w przypadku kandydatów na profesorów liczy się międzynarodowy dorobek, a nie liczba pracodawców wpisana w cv.
1
oceń komentarz masz 1 głos
"- że na profesora nadaje się ten, kto przepracował co najmniej 3 lata w innej instytucji - to jest absolutne kuriozum, zapewniające profesurę wszystkim, którzy chałturzyli na tylu etatach, ile wlezie. Jakość profesora mierzy się liczbą wykładów gościnnych, a nie liczbą lat przepracowanych w cudzym labie." Zenobiusz Bandórski
"...Strategia zaleca, by na stanowiskach profesorskich zatrudniać laborantki z zagranicznym stażem i trzema cytowaniami..." Zenobiusz Bandórski
Może się czepiam, ale:
- stategia zaleca wpowadzenie NOWEGO MINIMUM pracy co najmniej 3-ech lat pracy w innym ośrodku akademickim w kraju lub za granicą dla kandydatów na stanowiska profesorskie
- NIC NIE MA O ZNIESIENIU wcześniejszych wymagań np. dotyczących dorobku, publikacji czy badań
Zagadka:
Konstytucja RP z dnia 2 kwietnia 1997 r.
Art. 99. ust. 1. Wybrany do Sejmu może być obywatel polski mający prawo wybierania, który najpóźniej w dniu wyborów kończy 21 lat.
Czy to oznacza, że Konstytucja RP zaleca, żeby wybieranym na posła była osoba, która ma niewiele ponad 21 lat? ;P
0
oceń komentarz masz 1 głos
"8. Likwidacja jednolitych studiów pięcioletnich - to ostateczne pogrzebanie sensownego modelu kształcenia lekarzy, inżynierów, nauczycieli i prawników."
Materiał studiów prawniczych można przerobić spokojnie w 4 lata. Podział na 3 + 2 może już być trudny, jednak pozwoli to na podstawowe studia licencjackie i specjalizacyjne studia magisterskie. Jest renomowana uczelnia w Polsce, na której na kierunku prawo nie ma obowiązkowych ćwiczeń. Spokojnie funkcjonuje studiowanie równolegle na niej prawa i w innym mieście drugiego kierunku. Wystarczy pojawiać się co jakiś czas na kolokwiach i egzaminach i to wszystko.
12
oceń komentarz masz 1 głos
Generalnie wiele pomysłów zaprezentowanych w strategii mi się podoba - myślę, że jej wprowadzenie przyczyni się do polepszenia sytuacji nauki i szkolnictwa wyższego. Trzymam kciuki za determinację pani minister.
Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na tabelę 17.7 i pozycję Realny wzrost wynagrodzeń pracowników naukowo-dydaktycznych. Jeśli sytuacja wzrostu płac miałaby rzeczywiście przedstawiać się tak jak w tej tabeli, to nie wróżę powodzenia... Realny wzrost wynagrodzeń o ok. 30% w ciągu 10 lat przy wielokrotnym zwiększeniu wymagań i ograniczeniu możliwości uzyskiwania dochodów z innych źródeł może moim zdaniem spowodować, że pracownicy (zwłaszcza najmłodsi i najlepsi) zagłosują nogami i przejdą do innych sektorów gospodarki albo wyjadą za granicę. Zostaną ci, którym będzie wszystko jedno i tym samym przeprowadzimy sobie skuteczną negatywną selekcję.
Chyba, że autorzy mieli tu na myśli jedynie "gołą" pensję (coś w rodzaju czy się stoi czy się leży ;)) a np. prowadzenie badań czy dydaktyki będzie finansowane dodatkowo w ramach wymienionych w strategii dotacji? Jeśli czegoś nie zrozumiałem, to proszę mnie wyprowadzić z błędu.
Wprowadzanie jakichkolwiek zmian, a zwłaszcza tak rewolucyjnych - bez zwiększenia finansowania "podstawy" czyli kadry jest z góry skazane na porażkę (zwraca na to uwagę również strategia rektorska).
6
oceń komentarz masz 1 głos
"7. Rada powiernicza powołana przez ministra zawsze będzie partyjna (minister nie jest w stanie odmówić kolegom ze swojej partii). Taki organ powoła partyjnego rektora, a ten partyjnych dziekanów. Uczelnie staną się synekurami dla partyjnych kadr. Co kilka lat będą dezorganizowane kolejnymi kampaniami wyborczymi i gruntownymi zmianami ekip rządzących." Zbigniew Osiński
Niestety tu muszę się z Panem zgodzić. Rady Powiernicze mianowane przez polityków, przy braku społeczeństwa obywatelskiego i małej sile organizacji strażniczych (watchdogów), może doprowadzić do jeszcze gorszego stanu szkolnictwa wyższego (obecne problemy + upolitycznienie uczelni, czyli partyjne etaty od rektora, aż do sprzątaczki). Najciekawsze byłoby dzielenie się uczelniami podczas zawierania koalicji (np. "my bierzemy UW, UJ i UAM, wy UWr, UG i Politechniki").
Potrzebne jest ponowne zastanowienie się nad tym elementem systemu. Być może konieczne jest np. silne wsparcie organizacji strażniczych, obserwujących powoływanie członków Rad Powierniczych, silne postawienie na przejrzystość całego procesu, być może także część członków powinna pochodzić z zagranicy.
13
oceń komentarz masz 1 głos
Raport jest obszernym dokumentem. Pierwsze moje wrazenie jest takie, ze jest bardzo sensowny i porzadkuje wiele spraw.
Pewne moje watpliwosci budzi zakres obowiazkow "uczelni akademickich" i "uczelni badawczych".
(1) Wg Raportu uczelnie akademickie powinny z zalozenia ksztalcic na poziomie I i II i miec mozliwosc ksztalcenia na poziomie III. Z tym sie zgadzam.
(2) Uczelnie badawcze powinny zas ksztalcic na poziomie II i III i miec mozliwosc ksztalcenia na poziomie I. Z tym sie nie do konca zgadzam. Uwazam, ze szkoly badawcze z zalozenia powinny ksztalcic na poziomie I, II i III. Natomiast w niektorych sytuacjac mozna dopuscic do ksztalcenia tylko na poziomie II i III, ale powinno to byc traktowane jako sytuacja absolutnie wyjatkowa (np. z konsekwencja przyznawania prawa na tego typu dzialnosci tylko na ograniczony okres czasu np. 5 lat ).
Moje zastrzezenia biora sie stad, ze w Polsce oprocz szkol wyzszych, dzialaja instytuty naukowe majace takze wyrazne klopoty z okresleniem swojej misji. Od czasu do czasu, te instytuty obiecuja "odbicie" z Brukseli pieniedzy przeznaczonych na nauke w UE, co jednak w praktyce nie ma miejsca (Polska efektywnie doklada do kasy unijnej w sektorze nauki). Od czasu do czasu, instytuty te obiecuja wdrozenie nowych wlasnych technologii, ale przyklad "niebieskiego lasera", pokazuje, ze niestety od checi do realizacji droga bywa trudna. Wracajac do strategii, uczelnie badawcze moglyby byc szansa powrotu instututow naukowych typu PAN do normalnosci. Ale aby to sie stalo konieczne jest jednak wprowadzenie pelnego zakresu ksztalcenia (tj. trzystopniowego), tak jak to jest na swiecie (Harvard, Oxford...itd.). Jesli wymagany bedzie tylko stopien II i III, to jak znam dotychczasowe proby reform, skonczy sie na zmianie nazwy "instytutow naukowych" na "uczelnie badawcze" i wszystko bedzie po staremu. Nie zapominamy, ze Polacy w grze slow radza sobie naprawde znakomicie, a i tworzenie "polskich" uczelni badawczych, (tj., ktore beda specyficzne tylko dla naszego kraju) nie jest chyba nikomu potrzebne.
Ale ogolnie Strategia E&Y robi na mnie, po pierwszym czytaniu, bardzo pozytywne wrazenie.
Postsowiecka Polska post-RWPG o dochodzie per capita 50% RFN i zdewastowana przez ZSRR do braku mikrotechnologii krzemu narazona na wyzysk taniej, wyksztalconej sily roboczej, kolonializm wizowy USA. Polskie uczelnie duzo ponizej poziomu USA i starej Unii Europejskiej.
Wiele osob nie zdaje sobie sprawy ze same w sobie studia w Polsce wykluczaja w zasadzie w ogole szanse na znalezienie pracy w zawodzie w krajach starej Unii Europejskiej i w USA. Chca skonczyc studia na jakiejkolwiek uczelni i za kazda cena chcac opoznic czas niemoznosci znalezienia pracy najczesciej zmuszani przez bezdomnosc i rodzicow. Tylko dwie niekiedy 3 Polskie uczelnie wchodza do 1 szej 500-setki w rankingach swiatowych i zaczynaja te rankingi od pierwszej 400-setki. Akredytowany ranking wyzszych uczelni z Chin: http://www.arwu.org/. Tylko uniwersytet jagielonski i warszawski znajduje sie w pierszej 500-tce a uniwersytet Warszawski rownal sie w 2007 Uniwersytetowi Stanowemu Utah, rolniczo-przemyslowego rzadko zaludnionego stanu w zachodnio-centralnych stanach z okolo 2 mln mieszkancow i o jednym z najwyzszych komforcie zycia w USA. Glowna przyczyna jest zapasc Polski w tzw. dziedzinach high-tech tzn. wyzszych techologii jak np. brak powszechnego bezprzewodowego internetu w miejscach publicznych, brak najnowszych komputerow domowych na biurku kazdego, brak superszybkich kolei a przede wszystkim brak samowystarczalnosci w elektronice a wielkiej skali integracji a wiec brak umiejetnosci produkcji wlasnych mikroprocesow jak np. Pentium IV ktory wyklucza konkurencyjnosc uczelni technicznych. Kiedy na poczatku lat 80-tych na witrynach szweckich sklepow pojawila sie Amiga ze screen-saverem zanglujacym trojwymiarowymi w czerwono-bialo szachownice pileczkami, a internet przez telefon Micronet800 byl juz dostepny w wielkiej brytanii dla komputerow domowych jak Atari czy ZX Spektrum przez modem VTX5000, komputer osobisty byl marzeniem szkol w Polsce i byl dostepny tylko w kilku i to tylko w wojewodzctwie warszawskiem. Jedyna szansa na znalezienie pracy zwiazanej ze studiami po Polskiej uczelni technicznej lub po naukach scislych jest zauwazenie w USA tzw. zjawiska kolonializmu wizowego tzn. wykorzystywania przez USA taniej sily roboczej (podobnie jak w azbescie na budowach lub w kesonach wodnych) z krajow w ktorych najlepsze uczelnie sa w resonansie poziomu naukowego z niedoplacanymi i z niskim czesnym amerykanskimi uczelniami stanowymi rekrutowanej z absolwentow i nizszej kadry naukowej pragnacej wyemigrowac za wszelka cene z powodu nedzy. Sa to atomowo-rakietowe kraje z nedza i glodem, tzn. kraje o umiejetnosci budowy rakiet balistycznych dalekigo zasiegu przenoszacych glowice atomowe w ktorych naukowcy pracuja za od kilku do kilkudziesieciu dolarow miesiecznie a Ministerstwa Nauki sa scisle podlegle atomowych ministerstwom obrony. Sa to glownie Rosja Chiy i Indie. Polska PRL bedaca czescia kompatybilnego z ZSSR ukladu RWPG i Ukladu Warszawskiego byla takim krajem narazonym na kolonializm wizowy USA mimo zimnej wojny. Kolonializm wizowy jest jak sama nazwa wskazuje zjawiskiem chorym. Ludzie pracujacy w USA z tych krajow sa czesto chorzy, wyglodzeni i wyniszczeni. Pracuja oni pod grozba natychmiastowej deportacji w razie zwolnienia z pracy. USA uzywa ich jako asystentow uczacych (tzw. teaching assistants) lub wykonujacych proste badania naukowe na rozkaz Profesorow (tzw. research assistants) poniewaz pracuja na stanowisku akademickim za 10 ta czesc pensji w amerykanskiej szkole podstawowej dla Amerykaninina a nawet za setna Profesora z uczelni prywatnej. Praca po studiach w Polsce w USA podobnie jak obywatela Chin, nie rozni sie w zasadzie jednak od pracy w azbescie, na budowie lub w kesonach tzn. prac wykonywanych przez niewykwalifikowanych nielegalnych imigrantow mimo ze jest legalna i sprawia normalne wrazenie. Glowna przyczyna sa niskie z pogranicza stanowego minimum socjalnego pensje ktore naprawde sa niebezpieczne dla zycia np. wobec mozliwosci znalezienia sie w zawsze platnym szpitalu bez ubezpieczenia zdrowotnego lub w areszcie z niebezpiecznymi przestepcami wobec niemoznosci zaplacenie przekraczajacej roczna pensje kaucji. Stawia to wiec Polskie uczelnie wyrosle z PRL w globalnych systemie kapitalizmu USA na rowni z fabrykami azbestu lub nielegalnymi pakowniami miesa lub rezniami i stad trudnosc znalezienia prawdziwej pracy z Polskim dyplomem w USA lub starej EU.
Geneza zapasci obecnej Polski post RWPG : III Rzesza w porownaniu z Polska 50 lat naprzod w 1939 w dziedzinach high-tech
Zdobycze technologiczne III Rzeszy robiace z Polski skansen technologii pomijajac rozbiory, wojny i okupacje gospodarki przez ZSSR w porownaniu w USA ktore na nich ze strefy okupowanej zbudowaly swoje: Prekursor ICE i latajacego hamburgera Schienenzeppelin ht tp://en.wikipedia.org/wiki/Schienenzeppelin 230 km/h na niemieckich torach w 1931 SVT 877, latajacy Hamburger. Prekurson pociagow ICE Dielsa umozliwiajacy podrozowanie 160 km/h (obecnie limit CMK) w 1933: h ttp://en.wikipedia.org/wiki/DRG_Class_SVT_877 DRG Class 05, Niemicki superparowoz osiagajacy w 1936 200.4 km/h: h ttp://en.wikipedia.org/wiki/DRG_Class_05 Rakiety V-2 Wernera Brauna (1942) pozniej amerykanskiego eksperta od balistycznej broni rakietowej w czasei zimnej wojny z ZSSR: h ttp://en.wikipedia.org/wiki/V-2 Z3 pierwszy programowalny komputer Konrada Zuse pracujacy z czestoscia 5-10Hz w porownaniu z obecnym Pentium rzedu 1GHz: h ttp://en.wikipedia.org/wiki/Z3_(computer) Messerschmitt Me 163, pierwszy i jedyny samolot z napedem rakietowym z 1941 osiagajacy 1100 km/h h ttp://en.wikipedia.org/wiki/Messerschmitt_Me_163 LZ 126, gigantyczny sterowiec umozliwiajacy juz w 1923 podroze transatlantyckie z predkoscia malego fiata 126p 120 km/h ht tp://en.wikipedia.org/wiki/LZ_126, prekursor slawnego Hindenburga LZ-129 zniszczonego przez sabotaz lub burze podczas ladowania w USA w 1937. Do dnia dzisiejszego zadnej firmie nie udalo sie odbudowac komeryjnych linii sterowcowych ze sterowcami o podobnej wielkosci a tylko z malymi skalowanymi wersjami. Horten Ho 229. Pierszy niewidzialny dla radaru samolot wojskowy w ukladzie latajacego skrzydla wykorzystywanego obecnie przez USA (1930-1944) uzywajacy stalej dielektrycznej wegla drzewnego do uzyskania niewidzialnosci dla radaru: h ttp://en.wikipedia.org/wiki/Horten_Ho_229 Elektryfikacja koleji slaskich w latach 1914-1939: h ttp://www.zackenbahn.de/ Pierszy na siwecie reaktor atomowy w Haigerloch h ttp://www.haigerloch.de/stadt/atomkeller.html sabotazowany przez tworce mechaniki kwantowej Heisenberga w Ministrstwie Amunicji III Rzeszy aby opoznic uzycie bomby atomowej przez Hitlera: Polska post RWPG bez elektrowni atomowej jest technologicznie za Meksykiem z elektrownia Laguna verde i uniwersytetem UNAM w pierszych stu w porownaniu z Jagielonskim w pierszych czterystu w rankingach swiatowych co robi zniej tylko zrodlu fizycznej sily roboczej na rynku USA.
Polska wyrosla z RWPG i Ukladu Warszawskiego niska technologicznie nie ma nic USA do zaoferowania
Wiele osob nie zdaje sobie sprawy ze Polska z powodu poprzedniego opoznienia do III Rzeszy w 1939 i calkowitej sepracji gospodarczej RWPG od USA i EU jest tylko w USA zrodlem taniej sily roboczej a Polskie uczelnie i absolwenci celem tzw. diamenciarzy wiedzy tzn. ludzi podobnych do nielegalnie zatrudniajacych Meksykanow w pracy fizycznej ktorzy wykorzystuja olowkowa nauke w Chinach, Indiach i Rosji aby rekrutowac nauczycieli akademickich niskiego szczebla pracujacych za 10ta czesc pensji ktora chcialby amerykanin. Dzieje sie to jednak tylko glownie w naukach scislych i technicznych niewymagajych wielkiego zaplecza laboratoriow np. informatyce teoretycznej (Indie). Pozostali absolwenci z Polski powdu braku sektora hight tech sa na rynku USA tylko tania sila fizyczna. Znany z masowej nielegalnej emigracji Meksyk jest efektywnie technologicznie powyzej Polski poniewaz ma elektrownie atomowa laguna verde a uniwersytet UNAM jest w rankingach swiatowych duzo powyzej najlepszego Polskiego Uniwersytetu Jagielonskiego. Geneza zapsci high-tech Ukladu Warszawskiegoi RP: Montaz szczytow h-t Rosji o bezposrednim pochodzeniu z Ukladu Warszawskiego Mig-29: Samlot golym okiem nie ma dostepu do technologii elektronicznych o wielkiej skali integracji jak wojskowe wersje Pentium iV etc.powyzej 8-smiu bitow jak Polskie procesory Unitry MCY: h ttp://englishrussia.com/?p=2370 Pokazuje to jednoczesnie latwosc rownowazenie sily wojsk bez cywilnego zaplecza przemyslu h-t. Intel 4004 jeden z pierwszych zdeklasyfikowanych 4-bitowych mikroprocesorow cywilnych o wojskowym pochodzeniu do kontroli automatyki mysliwcow. Uklad Warszawski oparty na odwrotnej inzynierii i warunkach gospodarki komnistycznej nigdy nie odbil sie od pierwszych technologii USA w kontroli automatyki broni: h ttp://en.wikipedia.org/wiki/Intel_4004 co mialo konsekwencje np. w moliwosci otwierania ognia do wielu celow na raz. F-14 pierwszy amerykanski zdeklasyfikowany mysliwec w ktorym uzyto mikroprocesora MP944. prekursora cywilnego Intel 4001. h ttp://en.wikipedia.org/wiki/F-14_Tomcat Elektronika broni ukladu warszawskiego tzw. CADC tzn. Central Air Data Computernigdy nie przekroczyla tych technologii. Seria artykulow “Architektura Mikroprocesorow” Raya Holta z 1971, blokowanych od publikacji przez NAVY do 1998. Polski i Sowiecki poziom mozliwosci elektroniki odtwarzanej glownie z odwrotnej inzynierii pzez NRD nigdy nie przkroczyl tych publikacji: h ttp://firstmicroprocessor.com/?page_id=17
7
oceń komentarz masz 1 głos
Pan Zbigniew Mitura uprzedził mnie: też zwróciłem uwagę na to, że definicję uczelni badawczych najłatwiej byłoby spełnić instytutom PAN połączonym w ramach dużych miast, przemianowanych na "uniwersytety badawcze". Już teraz prowadzą studia III stopnia, w większości mają osiągnięcia naukowe i bardzo małe obciążenia dydaktyczne. Dość chętnie poprowadziłyby też studia II stopnia (by zwiększyć nabór na studia III stopnia; promocja doktorów jest niezbędnym składnikiem kariery akademickiej), ale nie mają ochoty, ani sił (ani kompetencji?) na studia I stopnia.
Proszę zwrócić uwagę na str. 56: tam warunkiem uzyskania statusu uczelni badawczej jest prowadzenie tylko studiów III stopnia! Studia I i II stopnia są ledwo opcjonalne!
ŻADNA z istniejących uczelni, nawet UW i UJ, nie spełnia przedstawionych w strategii kryteriów uczelni badawczej. I do roku 2020 żadna ich nie spełni, bo rdzeniem wszystkich uczelni są i pozostaną komercyjne wydziały "masowe" - deszczu dutków niezbędnych do samodzielnego funkcjonowania uczelni wyłącznie badawczej nikt się przecież nie spodziewa.
Lepszym pomysłem wydają się wydziały badawcze, z których w przyszłości mogłyby wyłonić się
uczelnie badawcze.
Uczelnie badawcze mają sens TYLKO w wypadku zapewnienia dużej mobilności kadry (zakładam, że to one byłyby kuźnią kadr dla pozostałych typów uczelni; inaczej nie miałyby racji bytu).
Uczelnie badawcze maja też sens TYLKO w wypadku zapewnienia wysokiej jakości prowadzonych w nich badań naukowych ORAZ powiązania tematyki tych badań z potrzebami szeroko rozumianego (polskiego? europejskiego?) przemysłu i administracji.
Uważam, że obowiązek prowadzenia działalności naukowej powinien być uzależniony nie tylko od typu uczelni, ale i stopnia studiów. Uczelnie akademickie i badawcze powinny mieć prawo (i obowiązek ekonomiczny) zatrudniać do prowadzenia zajęć na studiach I stopnia nauczycieli na stanowiskach WYŁĄCZNIE dydaktycznych.
W strategii brakuje jasnego stanowiska w sprawie prowadzenia studiów III stopnia w placówkach PAN.
6
oceń komentarz masz 1 głos
Pan Koza napisał:
"Uczelnie badawcze maja też sens TYLKO w wypadku zapewnienia wysokiej jakości prowadzonych w nich badań naukowych ORAZ powiązania tematyki tych badań z potrzebami szeroko rozumianego (polskiego? europejskiego?) przemysłu i administracji". Zgoda, ale, ale.
A jak te uczelnie badawcze uzyskają środki na badania? W konkursach "Ci" z uczelni niebadawczych będą recenzentami "Tych" z uczelni badawczych.
Póki recenzje nie będą miały charakteru WYŁĄCZNIE merytorycznego, póty żadne reformy nie zostana wdrożone!!!!!
10
oceń komentarz masz 1 głos
W dyskusji nad reformą SW zwolennicy utrzymania tytułu naukowego często wskazują na polskie tradycje w tej materii. Ostatnio można było usłyszeć tego typu argument nawet z ust Prezydenta RP. Rozumiem, że 'historia magistra vitae est'. Historia i tradycja pokazuje, że tacy Profesorowie, jak Ulam, Banach etc. do stworzenia fundamentów analizy funkcjonalnej nie potrzebowali grantów ERC, 7. PR, ich prace nie powstawały wskutek realizacji projektów celowych, rozwojowych i innych. Byli idealistami, bo jak inaczej określić dyskusje w kawiarni, dowcipne zakłady o żywą gęś? Polskie uniwersytety działają w oparciu o model stworzony już bardzo dawno temu. Wiara w to, że z chwilą otrzymania tytułu naukowego wzrasta w przeciętnym naukowcu poczucie misji i odpowiedzialności za naukę, jej zrównoważony rozwój, kształcenie elit społecznych, promocję najzdolniejszej młodzieży, jest wielce naiwna. Osoby, które bronią status quo, dumnie wymachują sztandarami Tradycji, a z drugiej strony są jedynymi realnymi beneficjentami obecnego systemu, co jest sprzeczne z Tradycją, tą ukształtowaną np. przez lwowskich przedwojennych akademików. Co gorsza, dyskusyjna jest ciągłość idei obecnego i tamtego środowiska - przykładem prawnicy z UJ, deklaratywnie stwierdzający, że nie są uczniami przedwojennych profesorów.
Nasze społeczeństwo 2 dekady temu musiało stawić czoła zmianie reguł rynkowych - czas, w którym to osoba po ukończeniu szkoły zasadniczej przez ponad 30 lat do emerytury pracowała przy frezarce albo w hucie, odszedł w zapomnienie. Mobilność i gotowość do przekwalifikowania się jest normą, wymogiem rzeczywistości. Zmiany ominęły jednak SW. Przeciętnego belfra - akademika o odpowiednim wianku tytułów trudno odczepić od stołu prezydialnego w auli wykładowej. Na uniwersytecie w Cambridge odsunięto od wykładów noblistę, gdyż został negatywnie oceniony przez studentów. Ciekawe, czy doczekam czegoś podobnego w moim kraju.
Żywię nadzieję, że przyszłe pokolenie będzie mogło czerpać z pozytywnych wyników obecnej debaty.
-1
oceń komentarz masz 1 głos
Raporty, którym poświęcono ten serwis można krytykować właściwie z każdej perspektywy. Pod względem znajomości specyfiki zarządzania instytucjami edukacyjnymi w szerokokontekstowym rozumieniu tej kategorii, autorzy wykazali się ignorancją lub lenistwem w zakresie projektowania badania. Ów dokument wpisuje się proces trwający od dawna, ujawniający się nie tylko w instytucjonalnej sferze edukacji - jest to chroniczna i coraz bardziej agresywna reifikacja podstawowych pojęć, jak choćby: kultura, nauka, wiedza, innowacyjność. Dziś jawią się one jako swoiste pakiety użytecznych ekonomicznie znaczeń i stanowią jeden z niezbędnych składników paliwa napędzającego to, co apologeci „wolnej konkurencji” (wyświechtany oksymoron, a jednak wciąż tak ubóstwiany…), ciągłego „rozwoju” i pościgu za „najlepszymi rozwiązaniami” nazywają gospodarką opartą na wiedzy. Zresztą, „kapitał ludzki”, nazwa programu finansującego „badanie” zamówione przez szanowne ministerstwo również należy do kategorii przedefiniowanych przez rynek.
Jestem doktorantem (zapewniam, że przewodu nie trzeba otwierać po pierwszym roku…), skończyłem prywatną uczelnię. Drogą i kochającą pieniądze, pod względem przystępności i „życzliwości” administracji nawiązującej do wzorców od lat prezentowanych przez uczelnie państwowe. Przez cztery z pięciu lat studiów pobierałem stypendium naukowe. Zdobyłem je wyłącznie swoją pracą. Oczywiście, beneficjentami programu stypendialnego było też wiele po prostu sprytnych osób, niespecjalnie zainteresowanych studiowaniem. Większość studentów mojej cieszącej się, pomimo komercyjnego charakteru, pewną estymą w akademickich koteriach alma mater, wie, że studia są po to, żeby potem móc możliwie szybko (25 zamiast 35 lat – prawdziwa wolność) spłacić kredyt mieszkaniowy i jeździć automobilem typu SUV. Jak mniemam, wśród autorów omawianego raportu również znajdzie się kilkoro entuzjastów stylu życia, z którym wspomniane wyżej artefakty (i cała masa podobnych) mogą się kojarzyć.
Ernst&Young i ministerstwo, które zapłaciło tej instytucji niebagatelną kwotę za kolejny dokument legitymizujący aneksję całej nauki przez rynek mnie i wiele moich koleżanek oraz kolegów utwierdzają w przekonaniu, że doktorat wcale nie jest pewnym etycznym wyborem, decyzją o zaangażowaniu się w naukę, by potem móc uczyć innych. To przecież inwestycja! Jeden z etapów „budowania kariery”!
Obiecuję, że od dziś wszystkim moim znajomym doktorantom, studentom, których będę uczył i profesorom, których podziwiam lub nie, będę mówił, że wszyscy musimy z impetem ruszyć do wyścigu o granty, być „mobilni”, walczyć o miejsce w rankingach (w Oxfordzie i MIT przecież wszyscy są szczęśliwi, a sukces wylewa się z każdego konta) i pokazywać ludziom, jak zarabiać. Nie ma przecież miejsca na ten beton, tych zgrzybiałych humanistów o sowieckiej mentalności! Przysięgam też, że każdego będę nakłaniał, by został karierowiczem w międzynarodowej firmie doradczej. Co tam, że najprawdopodobniej ma ona na koncie wiele co najmniej kontrowersyjnych posunięć wobec pracowników, instytucji publicznych, że połączyła się z inną znaną i skompromitowaną totalnie firmą. Ja też chcę zyskać aparycję kalifornijskiego surfera mogącego pochwalić się prestiżowym dyplomem i licznymi certyfikatami. No, a przynajmniej chciałbym być kimś takim, jak absolwent SGH odnoszący „sukces” – słowiański ekwiwalent osobnika wyżej opisanego. Ale kilka nieszczęsnych lat temu źle wybrałem, związałem się z nierynkową dziedziną i tymi nieżyciowymi dinozaurami akademickiego świata. I teraz to bym tylko chciał, żeby mi płacili nie wiadomo za co, za gadanie archaicznych bzdur. Co z tego, że od lat zajmuję się m.in. ściąganiem z europejskich instytucji rozmaitych dofinansowań, że pracowałem trochę w „perspektywicznej branży”. Naiwny, wolałem jakąś „ideę” pretensjonalną. A przecież te wszystkie firmy są społecznie wrażliwe, zakładają fundacje pomagające ludziom i kodyfikują etyczne rozwiązania prominentów kierujących nimi. Dziękuję za Wasze głębokie analizy, gdzie człowiek zajmuje należne mu miejsce. Tchnęliście tyle nadziei w tych, którzy wierzą, że praca dla nauki nie oznacza jedynie bycia „specjalistą” wypowiadającym się w mediach. Wszyscy chcemy być tacy, jak Wy. Übermensch z Ernst&Young to przyszłość, doktorant-idealista to wstyd!
2
oceń komentarz masz 1 głos
do Jacka D.
Tak na moj gust, to Pan w zasadzie nic nie napisal o Strategii, tylko tak sobie Pan ponarzekal na cale zlo tego swiata. Ale taki styl wypowiedzi to w zasadzie standard dla Polakow, wiec chyba sie czepiam niepotrzebnie. Wiec moze w podobnym stylu dodam, ze u mnie dzisiaj za oknem snieg zaczal sie topic i zrobil sie troche szary, i jak tu w takich warunkach pracowac? Nie daje sie.
-2
oceń komentarz masz 1 głos
Szanowny Panie Zbigniewie,
Tak na mój gust, to Pan w zasadzie nijak się odniósł do mojego komentarza, tylko tak sobie Pan ponarzekał, powodowany oburzeniem na fakt, że zaśmiecam tę wymianę komentarzy ogólnymi frustracjami, zamiast zaangażować się w merytoryczną debatę nad dokumentami zaprezentowanymi w niniejszym serwisie. Mam nadzieję, że spróbuje Pan, Zbigniewie, na chwilę zniżyć się do mojego poziomu i zapoznać się z eksplikacją mojej postawy, którą, jak przypuszczam, może Pan uznawać za wynikającą z ignorancji lub nieznajomości treści szacownej strategii. Najpierw jednak zaznaczę, iż „standard dla Polaków” nie jest mi dobrze znany. Mniemam, że chodzi Panu o polską skłonność do narzekania generującą przygnębiający marazm, tę narodową chorobę, która nie pozwala nam dogonić cywilizowanego świata. Jeśli mam rację, to pozwolę sobie zaznaczyć tylko jedną kwestię: kultura narodowa, mówiąc oględnie, nie jest mi szczególnie droga, a i przywary ją współtworzące, nawet jeśli sam jestem nimi splamiony, nie są czymś, co wywodziłbym z „polskości”. Pan z pewnością jest już znacznie dalej, widzi Pan więcej niż starsi „profesorowie nauk humanistycznych” i ich nieudaczni protegowani, którzy wolą trwać na zajętych pozycjach i tak dogorywać, nie wytwarzając żadnej ekonomicznej wartości, będąc obciążeniem dla przedsiębiorczych, aktywnych i nowoczesnych. W Panu, Zbigniewie, i Jemu podobnych, nadzieja na stworzenie Nowego Polaka Akademickiego!
Nie musi mi Pan wierzyć, ale znam się nieco na rozmaitych „strategiach rozwoju”. Mimo, że jestem humanistą, a nie praktykiem takiej nauki, która daje ludziom „postęp” (a przecież wszyscy, wszyscy dosłownie, korzystają z jego dobrodziejstw). Wiem też, że każdy pogląd przeradzający się w spójną strategię konstytuuje się na konkretnym podłożu. W przypadku urynkowienia nauki i sfery akademickiej jest nim przeświadczenie o konieczności zmobilizowania uczelnianych kręgów, rozpieszczonych stałymi i nieustannie marnotrawionymi subwencjami. Zbawieniem ma tu być podejście, które z jednej strony opiera się na wierze w instytucjonalnie uprawomocnioną subsydiarność, z drugiej na rozległym dyskursie modernizacji, którego ofiarami są paradoksalnie zarówno przebojowi badacze różnych specjalności podejmujący pracę w wielkim biznesie, jak i emigranci zarobkowi. Pierwsi bezużyteczni dla rynku, który prawdopodobnie jest obiektem Pańskiej bezwzględnej afirmacji, staną się dużo później niż drudzy. Mam nadzieję, że jest Pan w stanie uznać, że jest to punkt wyjścia dla wielu zupełnie racjonalnych, a nie jedynie histerycznych analiz ekonomicznych. Ale zawsze możemy porozmawiać o konkretnych założeniach raportów autorstwa Ernst&Young. Tyle, że problem tkwi na poziomie absolutnie prymarnym, a nie w wizjach wyrastających na jego gruncie. O tym jednak nie mówimy, zamykając temat w medialnie napiętnowanych kategoriach, jak „populizm”, „demagogia” albo „obrona etatyzmu”.
0
oceń komentarz masz 1 głos
"Ale zawsze możemy porozmawiać o konkretnych założeniach raportów autorstwa Ernst&Young." Jacek_D
To w takim razie, czy mógłby Pan przedstawić jakieś konkretne argumenty przeciwko zaleceniom raportu? Bo w ewentualnej ustawie trudno zapisać jakiekolwiek rozwiązania "na poziomie absolutnie prymarnym". W niej potrzebne są konkretne rozwiązania. Czy mógłby Pan przedstawić jakiś zarys rozwiązań, które by Pana satysfakcjonowały?
0
oceń komentarz masz 1 głos
Mam już za sobą lekturę pełnych wersji zarówno "Diagnozy" jak i "Strategii". Spisałem kilka stron uwag krytycznych. Ze względu na objętość nie wklejam tego na forum. Zainteresowanych zapraszam na mój blog http://edukacja21wieku.blogspot.com/ .
2
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Wojtku K.,
Moja gotowość do analizowania konkretnych propozycji E&Y była wyrazem ironii. Konkretne rozwiązania to, w mojej opinii, takie, które dają podstawę do umocowania ich w prawie, projektowanym lub obowiązującym. Raport, który jest kpiną z jakiejkolwiek metodologii nie prezentuje takiego materiału. Propozycje zmian polityki stypendialnej, owszem, są konkretne. Tyle, że szacowna firma nie zainteresowała się kwestią konieczności przeprowadzenia gruntownego studium sposobów, w jaki stypendia są wydatkowane przez odbiorców, a ważny jest tu np. procent stypendiów, który w rozmaity sposób wraca na uczelnie. Zniesienie studiów zaocznych i tym samym, jasne zakomunikowanie większości studentów w Polsce (bo zaoczni to większość, jeśli dobrze pamiętam), że ich wykształcenie, nawet jeśli nie dotknie go projektowana reforma, jest mniej wartościowe i wymaga dłuższego procesu kształcenia. System tzw. „dotacji” (zresztą, uzależnienie wysokości wsparcia budżetowego od rynkowej skuteczności – bo tak to będzie faktycznie wyglądać - jest pomysłem abstrakcyjnym, potencjalnie łamiącym prawo na poziomie unijnym) jest tak nierealny jak to, że w 2020 roku jakakolwiek polska uczelnia znajdzie się na czele jakiegoś rankingu uczelni na świecie, tak fetyszyzowanego przez autorów raportu.
Błędy formalne, czyli np. słynny przewód po pierwszym roku studiów doktoranckich, kompromitują autorów i zleceniodawcę. Podobnie jak wprowadzenie zabawnej dychotomii: uczelnie akademickie i badawcze. Czy posłałby pan dziecko raczej do szkoły edukacyjnej, czy szkoły wychowawczej? Ja wolałbym rozwiązanie kompromisowe, czyli standardowe, choć dzieci nie mam.
Proces boloński ma swoich paranoicznych obrońców, większość jego entuzjastów stanowią jednak realiści postulujący gruntowne zmiany. Mobilność definiowana zgodnie z pryncypiami tego programu jest czymś niesamowitym. Pobudzanie refleksyjności i dynamiki polskiej nauki za pomocą przymusowych trzyletnich zsyłek dla młodych naukowców? I opór przed tym rozwiązaniem z powodu przymusowego porzucenia dotychczasowego życia jako ewentualna przeszkoda? A starszych, nienowoczesnych i niemobilnych naukowców zamykamy w obozach, czy wysyłamy na emerytury i zakazujemy kontaktów ze światem akademickim w ogóle?
Brak konsekwencji w odniesieniu do prestiżu poziomów edukacji jest porażający. Zaoczne – źle, licencjackie – dobrze. Nie wiem, czy w E&Y słyszeli kiedyś o prawidłowo przeprowadzanych konsultacjach środowiskowych? Nie chodzi tu o ściąganie statystyk z Eurostatu wyłącznie i pisanie o uczestnikach sfery akademickiej jako o molochu, w którym wyróżniamy tylko podstawowe podziały. Szkoda, że nikt nie poprosił reprezentatywnej grupy pracowników naukowych o ocenę jakości działań i skuteczność uczenia się studentów zaocznych, wieczorowych i dziennych. Można było też pokusić się o kilka innych badań, zamiast roztaczać wizję społeczności akademickiej o mentalności spekulantów giełdowych. Ten projekt nie dotyczy edukacji wyższej ani konieczności reformy polskiej nauki w ogóle.
W E&Y prawdopodobnie inspirowano się amerykańskim systemem administracji uczelni. Tyle, że tam funkcjonuje system uczelni-klastrów (nie ma żadnego podziału na „badawcze” i akademickie”, funkcjonuje za to konglomerat kompetentnych instytutów) oraz kompletnie inna polityka dotacyjna. W USA uznano, że „publiczne” winno bazować na mentalności filantropijnej, zatem w rzeczywistości wszystko zostaje przefiltrowane przez sektor prywatny.
Inaczej jest w Wielkiej Brytanii, Francji lub Danii. A przykłady tamtejszych instytucji podaje się w raporcie jako „dobrą praktykę” legitymizującą pomysł powołania kuriozalnej instytucji KAWA. Szkoda, że nikt nie zorientował się, że nie ma tu mowy o żadnej analogii do rodzimej rzeczywistości. Każdy z tych krajów posiada inny system przepływu środków publicznych (np. Rady Sztuki i inne quangos w Brytanii, finansowanie przez kompletnie inne poziomy administracji, nieporównywalne strukturalnie do polskich we Francji oraz specyficzny rodzaj hybrydowych, wielozadaniowych instytutów w Danii). Zresztą, KAWA krzyżowałaby się kompetencjami z delegaturami unijnych agend odpowiedzialnych za programy związane z mobilnością i stypendiami. Uniknięcie tego problemu wymagałoby reformy zasad funkcjonowania struktur w kilku ministerstwach i deklaracji, że od tej pory Polska chce mniej żywiołowo uczestniczyć w programach w rodzaju: Leonardo, Erasmus, Grundtvig i wszystkich promujących długofalową edukację. A to przeczy jednej z głównych idei „przyświecających” autorom raportu.
Ten raport przeraża już wielu ludzi. Nie dlatego, że są przywiązani do stołków i niechętni zmianom. Raczej dlatego, że dobitnie podkreśla on istnienie ogromnej przepaści między środowiskiem humanistycznym, środowiskiem naukowców dyscyplin ścisłych i przyrodniczych a wpływowymi, perwersyjnie liberalnymi analitykami sfery, która miałaby się stać „rynkiem” szkół wyższych. To ogromny krok wstecz i cios w porozumienia między instytucjami i specjalistami na poziomie współpracy merytorycznej. Ważnej, łamiącej konwencje i tradycyjne bariery. Ale ponieważ nie zawsze są dochodowe (gdyż z założenia stanowią inwestycję w sferę symboliczną o długofalowych skutkach, których nie przelicza się za złotówki lub euro), zostaną zastąpione „międzysektorowymi” projektami, które są potencjalnie wybitnie konfliktogenne. Ta urocza wizja „przyszłości”, paradoksalnie odgrzewa „branżowe” niesnaski pretensjonalnych intelektualistów z XIX wieku. Polaryzowanie ludzi, wartościowanie ich pasji i dokonań za pomocą nieprecyzyjnych kryteriów jest przygnębiającym i obrażającym całe rzesze ludzi skandalem.
1
oceń komentarz masz 1 głos
Do p. Jacka D.
Proponuje aby Pan na chwile zapomnial o Strategii E&Y , ale pomyslal np. o ostatnim spacerze po miescie. Polskie miasta nie sa szczegolnie malownicze. Ale jesli ktos nas zapyta co nam sie podoba w okolicy a co nie, to zawsze da sie znalezc pare rzeczy pozytywnych i pare negatywnych (lub odwrotnie tj. pare rzeczy negatywnych i pare pozytywnych). Sytuacja, w ktorej wszystko nam sie nie podoba swiadczy o stresie, zniecheceniu itp., natomiast nie moze byc podstawa do wyrazania obiektywnej oceny.
Humanisci sa bardzo potrzebni w dyskusji nad reforma. Ale trudno jednak powaznie traktowac osobe, ktora wszystko widzi w czarnych kolorach. Niestety jest to szczegolnie niepokojace, gdy okazuje sie, ze chodzi o osobe z kregow akademickich.W moim odczuciu, naukowiec (nawet humanista) powinien umiec przeprowadzac wnikliwe analizy, a nie kierowac sie (wylacznie) emocjami.
P.S. Powyzsze moje uwagi czesciowo odnosza sie takze do opinii p. Z.Osinskiego, ktory tez dostrzega w Strategii glownie wady, w zasadzie nie znajdujac zadnych pozytywow (a Strategia liczy dobrze ponad 100 stron). Troche to wszystko jeszcze niedojrzale, takie pozbawione poczucia, ze w tym Kraju tez mozna o czyms wspoldecydowac .
2
oceń komentarz masz 1 głos
"Zaczepiony" przez Pana Miturę odpowiadam - nie jest prawdą, że dostrzegam w Strategii głównie wady. Ja tylko piszę o tym co uznaję za wady. Przecież nie miałoby sensu wypisywanie w kilkudziesięciu punktach tego co uznaję za pozytywne w tym dokumencie. Logicznie należy przyjąć - nie zgadzam się z tym co krytykuję, a zgadzam się (w zasadzie) z całą resztą.
Pański fragment o niedojrzałości należy skierować do tych, którzy na skutek braku umiejętności analitycznych całe polskie szkolnictwo wyższe widzą w czarnych barwach.
A jeżeli chodzi o poczucie współdecydowania - to o czym świadczy fakt, że wypowiadam się na tym forum?
0
oceń komentarz masz 1 głos
do Z.Osinski
Jesli Pan widzi jakies pozytywy, to zmienia to sytuacje. Ale na Pana stronie webowej, w podsumowaniu sa tylko wady. Jak na ocene Strategii, to jest to dosc nietypowa "formatka" (przynajmniej jak dla mnie).
P.S. Ale Pana strony web-owe wygladaja ogolnie naprawde profesjonalnie :-).
2
oceń komentarz masz 1 głos
Do Jacka D.
Gratuluję świetnego, wyważonego komentarza. Na tej stronie robi się strategii typowy product placement, więc wszystkie uwagi krytyczne są natychmiast wyklikiwane na czerwono. TYm niemniej, bardzo się cieszę, że ktoś potrafił tak rzetelnie i rzeczowo wyartykułować główne zarzuty pod adresem raportu.
3
oceń komentarz masz 1 głos
Jacek D I p. Osiński przytaczają argumenty, nad którymi warto się pochylić. Ale prezentując wyłącznie krytykę (w tym pełną ironii krytykę "w czambuł", jak p. Jacek), pośrednio wspieracie Panowie i *utrwalacie* obecny system.
O co chodzi? Chodzi o to, że rozwój Polski w ostatnim 20-leciu wynikał ze słynnej balcerowiczowskiej renty zacofania. Siłą napędową tego rozwoju była przepaść cywilizacyjna Polski i krajów tzw. I świata skontrastowana z nieproporcjonalnie (do zamożności obywateli) wysokim poziomem cywilizacyjnym Polski. Ta "renta" powoli traci swoją wartość. Jeżeli mamy ambicję wejść do grona krajów wysoko rozwiniętych, musimy jako naród dojrzeć i znaleźć inne mechanizmy rozwoju niż tania jak na swoje kwalifikacje siła robocza. Proces Boloński wynika z tej samej obserwacji w stosunku do Europy, której pozycja w świecie co najmniej od II wojny światowej systematycznie maleje.
Z tej perspektywy pytanie brzmi: czy reformy, proponowane przez E&Y mogą doprowadzić do poprawy pozycji Polski w Europie i świecie? Czy wszystkie? Czy są wykonalne w naszych realiach społeczno-kulturowo-gospodarczych? Czy reformatorzy przewidzieli wszystkie konsekwencje swoich planów? Czy nie przeoczyli jakiegoś naprawdę ważnego elementu systemu? A może istnieją jeszcze lepsze pomysły?
W latach 1980-81 dyskusja w Polsce dotyczyła nie tego, jak obalić, lecz jak *zreformować* realny socjalizm. Nawet gdyby jakimś cudem zniknęły bariery polityczne, nikt wówczas nie odważyłby się wprowadzić gospodarki rynkowej; nikt też nie był do niej przygotowany. Potrzeba było niemal 10 lat przemyśleń i w końcu totalnej zapaści systemu, by elity po obu stronach uświadomiły sobie, że radykalne zmiany nie tylko są możliwe, ale i konieczne. W tej chwili próbuje się wprowadzać zmiany w systemie nauki i szkolnictwa wyższego metodą "tu trochę pudru, tam trochę kremu". Nikt, z Panią Minister włącznie, nie wierzy, że prawdziwie głębokie zmiany są możliwe (choćby ze względu na układ sil w parlamencie). Więc będziemy się tak bujać kolejne 5-10-100 lat, wiecznie ścigając się z Albanią.
Strategia E&Y jest jedynym znanym mi opracowaniem dotyczącym wizji polskiej nauki i szkolnictwa wyższego w perspektywie 10 lat. Jeśli spojrzy się na nią w ten właśnie sposób, jako cel, który ma być osiągnięty nie za pół roku, a za 10-15 lat, to ona jest do zaakceptowania, mimo że tu i ówdzie narusza moje interesy i interesiki, mimo że moim zdaniem tu i ówdzie kładzie nacisk nie na to, co trzeba. Na pewno nie do zaakceptowania byłoby trwanie w bezruchu obecnego systemu.
3
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Zbigniewie,
Według mnie jest Pan wyznawcą przerażajaco błędnego kontekstu i prawdopodobnie pozostanie nim Pan bez względu na opinie innych osób uczestniczącej w niniejszej wymianie komentarzy. Myślę, że skorzystałby Pan na przyjęciu nieco bardziej wnikliwego stanowiska wobec raportu E&Y.
Doceniam Pańską troskę o moje zrujnowane chronicznym pesymizmem samopoczucie. Zapewniam jednak, iż nie poświęcałbym ani minuty na pisanie, jak Pan twierdzi, powodowany wyłącznie stresem i zniechęceniem, przydługich komentarzy, gdybym nie był absolutnie przekonany o konieczności jawnego i zdecydowanego krytykowania "strategii", której jest Pan wielbicielem.
Mój ostatni komentarz, jeśli tak powinno się nazywać taką wypowiedź, zawierał w miarę konkretne zarzuty pos adresem wybranych zapisów raportu. Wcześniej twierdził Pan, że uprawiam wyłącznie "polskie" malkontenctwo. Wnioskuję więc, że nie przeczytał Pan dokładnie lub nie zrozumiał mojego poprzedniego wpisu. Zastosował Pan za to niebywale inteligentny zabieg: zamknę histerykowi usta swoim świętym spokojem i optymizmem. Postawa zdecydowanie dziecinna, choć dla mnie udowadnia raczej to, że w rzeczywistości nie ma Pan pojęcia o tym, jak prawo sformułowane na podstawie rekomendacji autorów raportu może działać. Przypuszczam, że po prostu nie potrafi Pan zachować dystansu wobec pewnego szczególnego języka. Jeżeli tak jest, to z pewnością każdy termin mający "nowoczesne" konotacje i odnoszący się do rozwoju, konkurencji, modernizacji i dofinansowania nauki wywołuje Pana zachwyt, wobec którego każda inna reakcja jest "polskim narzekaniem". Pan w ramach swej "nie-polskości" w tej sferze zachowuje jowialny optymizm i cieszy się na myśl o nadchodzącym dostatku, którego beneficjentami będą wszyscy „postępowi” naukowcy.
Teraz już bez sarkazmu: moje reakcje na Pana wypowiedzi nie wynikają z chęci dokuczenia Panu – zwolennikowi innego niż mój poglądu na finansowanie edukacji wyższej i badań. Może Pan nawet być libertarianinem nienawidzącym subwencjonowania przez państwo jakichkolwiek instytucji. Tyle, że nawet tak radykalna wizja, jeśli wynika ze świadomego wyboru dokonanego na podstawie wiedzy i w miarę analitycznego podejścia, nie uwzględniałaby pokaźnej części rozwiązań proponowanych przez E&Y. Ponieważ są nielogiczne i wyprowadza się je z gdybania i skrajnie partykularnego podejścia do nauki. Zachęcam do zainteresowania się tym aspektem tego raportu.
Nie bardzo rozumiem, co ma Pan na myśli mówiąc, że osoby widzącej „wszystko w czarnych kolorach” nie można brać poważnie. Czym jest dla Pana owo „wszystko”? Ja chyba od początku deklarowałem, że odrzucam ten raport w całości. Faktycznie nie znajduję w nim żadnego rozwiązania rozważnie podchodzącego do specyfiki instytucji naukowych. Polecam trochę refleksyjności (takiej humanistycznej nieco…).
„Obiektywna ocena” to chyba jednak oksymoron, a konstatacja, że humaniści są potrzebni w „dyskusji o reformie” niestety potwierdza Pański protekcjonalny stosunek do humanistów w ogóle. Ciekawe, że postrzega Pan tę grupę jako monolit ufundowany na jakiejś roszczeniowej postawie. Słyszał Pan o interdyscyplinarności rodzącej się dzięki współpracy np. teoretyków informatyki, ekonomistów i socjologów? Albo politologów z biologami? Wiele z nich to kuriozalne utopie, lecz zdecydowana większość dowodzi istnienia elementów, które mogą utworzyć interesujący naukowy dyskurs. I do tego generować praktyczną „wartość”! Niesamowite, nieprawdaż? Ale humanista zawsze będzie uwstecznionym nieudacznikiem, czy tak? Cóż, jako, że zaliczam się do tego pasożytniczego kręgu, to przynajmniej mogę pocieszać się faktem, że nawet zajadłych, ironicznych uwag nie muszę wygłaszać w oparciu o „spacerowe” metafory i infantylne tłumaczenia…
Zabawne, że z tego, co autorzy tej strony nazywają „konsultacjami społecznymi” wyszło coś pomiędzy taką tradycyjnie kojarzoną z akademickością wymianą złośliwości. Oczywiście, stało się tak przede wszystkim z powodu mojej krytyki Pańskiego rażącego konformizmu i ignorancji wobec błędów formalnych, merytorycznych i pseudo-badawczej postawy dyskryminującej tysiące ludzi.
Przede wszystkim jednak załamuje mnie jednak Pańskie aroganckie lub wynikające z braku wiedzy przekonanie, że afirmacja wszystkiego, co się Panu wydaje dobre oznacza „współdecydowanie”. O czym i z kim? Proszę wybaczyć, ale sądzę, że nie ma Pan pojęcia o tym, jak mogą działać oddolne społeczne inicjatywy. Niech Pan mi wierzy, „humaniści” coś tam o tym wiedzą.
Choć moje elaboraty są raczej wyrazem niepokoju i rozgoryczenia Pańską manifestacją uwielbienia dla skrajnie liberalnej, programowo odgrzewającej konflikty środowiskowe polityki w zakresie finansowania instytucji publicznych, to jestem wdzięczny Panu za konsekwentne trwanie przy swojej opinii. Ponieważ dostarcza Pan wprost idealnego przykładu uwikłania ludzi związanych z nauką w mechanikę ideologii rynku.
Fakt, że wciąż odnoszę się do pana nie wynika z jakiejś fiksacji zgnębionego emocjami humanisty, naprawdę. Jest tak, gdyż pańskie słowa są kompletną, doskonałą ilustracją upolitycznionej miłości do konstrukcji gospodarczej, która uznaje jeden rodzaj relacji między ludźmi. Nie forsuję tu banału o kulcie zysku, komercjalizacji wszystkiego, co się da itp. Wbrew opinii, którą wcześniej Pan przedstawił, wysuwając moje ordynarnie „humanistyczne” sądy nie polegam na emocjach, dlatego nie uznaję Pana argumentów za wyraz niegodziwości. Nie wątpię, że ma Pan na względzie swoiście pojmowane dobro nauki. Straszne jest tylko to, że tak wielu ludzi mniej lub bardziej oddanych nauce i edukacji aprobuje agresję rynku w sposób tak zdecydowany, że kolejnym krokiem może być już tylko serwilizm i ślepota. Nawet, gdy ludzie nie będą już w stanie napędzać molocha„naturalną” skłonnością do konkurencji.
Pozdrawiam,
J.
1
oceń komentarz masz 1 głos
do Jacka D.
Nie bede sie odnosil do konkretnych uwag wzgledem mojej osoby, gdyz to sa uwagi nieco drugorzedne dla tego forum. Dla mnie istotne jest aby sprobowac teraz wypracowac "pewna" strategie dla polskiego srodowiska akademickiego. Strategia E&Y jest jakas propozycja, Strategia Rektorow jest druga propozycja. Obie zdecydowanie nie sa idealne. Ale tworza nowe podejscie do problemow srodowiska. Do tej pory zawsze bylo tak, ze zmieniano ustawy, czyli faktycznie dopasowywano prawo do najpilniejszych potrzeb, nie naruszajac "mentalnosci" srodowiska. Juz samo wprowadzenie pojecia strategii jest zmiana jakosciowa, gdyz przesuwa dyskusje do "dlugoterminowych celow", a nie doraznych potrzeb.
W takiej dyskusji powinni wziac udzial przedstawiciele roznych nauk. Do tej pory sugestie zmian wychodzily glownie od osob zwiazanych z naukami scislymi. Gdyz tutaj tak naprawde sprawy sa oczywiste, nawet bez publikacji z tzw. listy filadelfijskiej. Wystarczy zadac pytanie, ile produktow high-tech, ktore uzywamy zostalo stworzonych (lub wspolstworzonych) przez Polakow. Kazdy moze sam sobie latwo odpowiedziec. Dalej, zdaje sie, ze obecny Prezydent proponowal kiedys, aby odejsc od schematu fotografowania sie na tle Krakowianek w strojach ludowych, lecz aby fotografowac sie na tle notebookow, japonskich (sic). W dyskusje nad reforma czesto wlaczali sie ekonomisci. Ale z tego co ja sobie przypominam (moge sie mylic), to humanisci raczej nie zabierali do tej pory glosu.
Trudno mi uznac ten argument humanistow o niecheci do jezyka angielskiego. Od 20 lat jestesmy w systemie zachodnim, w ktorym kroluje jezyk angielski i nic na to nie poradzimy. Moge sie tylko zgodzic z tym, aby nie oceniac ludzi wstecz na podstawie kryterium ustanawianych teraz. Bazy danych czasopism filadelfijskich zostaly wlasnie dopiero co zakupione, do powszechnego uzytku. Oczekiwanie, ze ludzie beda mieli publikacje w czasopismach, ktorych nie znali jest nieco niepowazne.
A co samej Strategii E&Y, to mam wiele zastrzezen. Ale poczatki zawsze sa trudne, wazne ze uczyniono te pierwsze kroki. Natomiast istotne jest, aby jak najwiecej osob wlaczylo sie do tej dyskusji, aby zaproponowalo rozwiazania naskuteczniejsze dla ich dziedzin.
Wydaje mi sie, ze bardzo wazne jest, aby zmienic zakorzenione u nas podejscie "zlotej rybki" do rozwiazywania problemow. Tj. aby nie oczekiwac, ze my sobie bedziemy siedziec w fotelach, a rozni urzednicy, grupy eksperckie itp. na pstrykniecie beda realizowac nasze marzenia. Problem w tym, ze oni tez maja swoje marzenia i to najczesciej nieco inne.
Pozdrawiam Pana
ZM
1
oceń komentarz masz 1 głos
Czesto, gdy zadanie jest nowe i ambitne, a konieczna naprawe wypada zaczac niekiedy i od zera oraz poddac jej strategie dzialnia pod otwarta dyskusje w srodowisku, pojawiaja sie opinie nadzwyczaj krytyczne i przesadzone. A niekiedy, jak ostanio widac, bardzo rozwodnione, majace na uwadze wylacznie wyzsze dobro nas wszystkich bo przeciez " to oni wszystko spartolili, a ja wiem najlepiej, co tu potrzeba oraz ludzie uwazajcie: kleska tu zapewniona! (patrz: Jacek D). Cale szczescie , ze o tym co z tego wyniknie i sie wprowadzi w zycie, nie bede musial decydowc ja lub tez Pan Jacek D!?
Dla mnie tez nie wszytko jest tu zupelnie jeszcze jasne oraz w 100% mi sie to podoba-lecz jako pierwsze konkretne podejscie do tego trudnego zadania uwazam, ze jest z czego wybrac, mozna to latwo porownac do opracowania i propozycji KRASPu/FRP/srodowiska- i stworzyc optymalna strategie rozwoju do wprowadzenia koniecznych oraz sensownych zmian w zycie.
Popatrzmy z dystansu...Bo przeciez u nas jest inaczej niz gdzie indziej: najlepsze to panstwowe, a najgorsze jeszcze jest to...prywatne? Czyli, jak wprowadzic jakosc i postep bez zysku od reki? Poszukajmy odpowiedzi. A nuz ,cos sie wyjasni...
Ktos, kto chce sobie wyrobic wlasne zadanie o kondycji szkolnictwa wyzszego w Polsce nie musi korzystac z materialow diagnostycznych E & Y oraz tych opracowanych przez KRASP/FRP/srodowisko badz tez MNiSzW : moze sam ocenic najlepszych w swoje dyscyplinie tu i tam -jak oni ksztalca i badaja! Chcemy to miec i stac nas na to, to wprowadzmy ten wysrobowany poziom i u siebie!? Zauwazmy, ze nie musi on byc taki wszedzie, pod kazdym wzgledem i od razu. Tu sie zaczyna i konczy dyskusja/spor.
Po pierwsze, o czym niektorzy powyzej szeroko pisza, tj o rozmaitych rozwiazaniach stosowanych na markowych uczelniach swiata i EU- to nie zauwazaja oni jednak, ze te rozwiazania tam sie sprawdzaja na tyle co wiemy-a my jednak wciaz nie mozemy ich liderow przegonic lub dogonic, z tym wszystkim, co swietnie hula , na widoku i w ukryciu przed spoleczenstwem, w Polsce od 20 lat? A jak tam juz popracujemy lub z nimi mamy wspolprace-to wychodzi nam to tip-top i publikacje sa w Science i Nature oraz indeksy h, dwucyfrowe,a jakze, u 100 naukowcow sie znajdzie od reki! Ale nie u wszystkich w CK, od stopni i tytulow!? Kraj paradoksow..?
Przeciez nie jest tajemnica, ze w USA, UK, Niemczech lub w Australii jest tez wiele szkol stojacych gorzej w rankingach niz nasi krajowi liderzy !?? Sadze, ze ich lament nie dotyczy tam losu outsaiderow i tych u ktorych nie widac wybitnych osiagniec , z takich czy innych powodow? Lament dotyczy: jak lepiej ksztalcic i badac w danych warunkach oraz ...za co i po co ?
Po drugie, dlaczego jest mozliwym powstanie i sprawna dzialalnosc takich osrodkow jak Qresund University, konsorcjum 11 szkol Szwecji i Danii albo Aalto University, nowego interdyscyplinarnego uniwersytetu w Finlandii? Czy ich tworcy czytali Ksiege Wyjscia i wsluchiwali sie w podszepty lokalnych niedowiarkow i ksenofobow tylko? Czy tez przeciwnie, zanalizowali swoje potrzeby, mozliwosci oraz podejscie konkurencji w tych sprawach, ktore nalezy u siebie uzdrowic , dokonali wyboru optymalnej dla nich strategi rozwoju (kolejnej) i wprowadzili to w zycie-ponoszac znaczne ryzyko!? A wiec powtorzyli lub zaadoptowali to, co z sensem i pozytkiem, zrobili tez inni: rownanie do najlepszych w dyscyplinie w sposob jak najbrdziej odpowiedni i mozliwy dla nich! Dochodzi tu jeszcze "bezczelnosc" Skandynawow, bo oferuja edukacje dla Europejczykow u siebie w gruncie...za darmo! Spora czesc nowych propozycji E&Y wpisuje sie w skandynawskie rozwiazania.
Wybiorcze wskazywanie na bezsens propozycji przedstawionych tu tylko do rozwazenia i wyboru, na ich wylaczne kanoniczne wady, kompletne ich niedopasowanie do istniejacej rzeczywistosci na rynku uslug w Kraju (a musi tak przeciez byc), a takze na mozliwe wrecz negatywne skutki ich wprowadzenia, zaczynajac od "plag egipskich" , a konczac na mozliwej rewolcie wciaz wplywowego ksonofobicznego srodowiska, badz tez na potencjalne niepowodzenie jakichkolwiek reform, bo z definicji nie zaakcepuje ono rozwiazan mogacych sugerowac rozwiazania stosowane juz za granica-jest podejsciem opartym na kunktatorstwie i sluzyc moze wylacznie jako slup ostrzegawczo-informacyjny "co sie komu gra". A gdy w zamian nic konkretnego sie nie oferuje, chocby nawet zarysu alternatywnej strategii rozwoju dla rodzimego sektora-to widac, ze chodzi o
utrzymanie status quo! Ufam, ze niewielu tego chce!
I sadze, ze zdecydowanie wiecej osob zadecyduje o koncowym ksztalcie i wyborze optymalnej strategii rozwoju szkolnictwa wyzszego.
-1
oceń komentarz masz 1 głos
Komentarz do komentarza Zbigniewa Osińskiego (http://edukacja21wieku.blogspot.com/):
Myślę, że jest to świetny komentarz, który powinien się pojawić w jakiś sposób na stronie uczelnie2020.pl – może być świetnym wyjściem do dalszej dyskusji nad wadami i zaletami projektu. Zawiera wiele trafnych uwag (jedyny mankament to brak ponumerowania uwag – ułatwiło by to komentowanie). Oto parę moich uwag do Pańskich uwag.
Pierwsza, faktycznie raport powinien być połączony z szerszą analizą umasowania studiów wyższych - odwołanie do braku szkolnictwa zawodowego.
Druga, hmmm... jedyne co mogę napisać, to to, że zajęcia aktywne często bywają mniejszą wersją wykładu (prowadzone są bez nawet oczekiwania na aktywność studentów). Być może Pana uwagi, co do zawartych w diagnozie argumentów na poparcie tezy o słabym stanie szkolnictwa wyższego, są słuszne, tylko że w Polsce są studia na różnych uczelniach, które są niemalże fikcją.
Czwarta, część problemów z trójstopniową strukturą studiów wynika z bezsensownego implementowania jej na polskie warunki. Wydaję mi się, że nikt nie zastanawiał się jak to zrobić sensownie.
Tu pojawia się inne zagadnienie – istnienie masy bezsensowych, obowiązkowych przedmiotów np. podstawy prawa, techniki informacyjne. Może u podstaw leżały piękne idee (żeby każdy student znał podstawy prawa i potrafił odsługiwać komputer), ale wychodzi czasem komicznie. Co wydział to całkowicie inny sposób prowadzenia tych zajęć. Często istnieją jako totalna fikcja (test internetowy, gdzie pytania, jakie padną na nim, są znane studentom przed egzaminem). Tutaj może leżeć sporo czasu, jaki można zaoszczędzić i wydać na bardziej sensowne zajęcia.
Piąta i szósta, ma Pan rację.
Czy mógłbym Pana się spytać, jak Pan ocenia zarzuty, że prace często są recenzowane po „koleżeńsku”?
Siódma, tylko, że o ile wolność badań naukowych jest straszliwie ważna, to jednak jest mała możliwość dyscyplinowania naukowców za brak tych badań. Można trwać na etacie przez wiele lat, bez prowadzenia jakiejkolwiek działalności naukowej.
Ósma, nie zgodzę się z Panem. Oni nie tylko wybierają kraje anglojęzyczne, ale także kierunki po angielsku w krajach nie-anglojęzycznych. I tu nie trzeba zmieniać języka wykładowego w całości na angielski, a jedynie zaproponować odpowiednią ofertę studiów po angielsku. Poznałem studentki z Polski i Rosji studiujące w Amsterdamie po angielsku. Również CEU w Budapeszcie, który ma język wykładowy angielski, ale to mała uczelnia postgraduate, uczy się wielu obcokrajowców z różnych krajów (studiują m.in. historię).
Dziewiąta, problem, że miejsce uczelni danego kraju w rankingach światowych wpływa np. na spostrzeganie danego kraju przez inwestorów zagranicznych czy przyciąganie zagranicznych studentów (a to jest ważne z powodu naszych problemów demograficznych).
Dziesiąta, akurat tutaj to nie zgodzę się z Panem w pełni. Obecne studia jak najbardziej uciekają od interdyscyplinarności (oczywiście to nie jest pewnie całościowa diagnoza systemu, ale wynika z obserwacji podobno z jednej z najlepszych uczelni w Polsce). O tym, że kolegia będą popularne i są potrzebne, świadczy prestiż międzywydziałowych studiów humanistycznych. Do tego powinny być te studia rozszerzone także na kierunki techniczne, jak to ma miejsce na Amsterdam University College.
Jedenasta, tu Pan dotknął wielkiego problemu (chodzi mi o nieuczciwość). System jest dziurawy. Swego czasu widziałem studentkę pobierających stypendium socjalne, której same okulary przeciwsłoneczne były parokrotnie więcej warte niż stypendium. Była od góry do dołu ubrana w drogie ubrania i dodatki, ale oczywiście jej rodzice nie wykazywali dochodu, więc stypendium socjalne stało otworem.
Trzynasta, popieram utworzenie oddzielnego funduszu na humanistykę. Co nie powinno zwalniać ze zdobywania w inny sposób pieniędzy. Czy u Pana na uczelni istnieje fundraising?
Czternasta, tu się zgadzam, tak ja pisałem już na stronie projektu. Ale nadal uważam, że obecny system wymaga zmian. Czy uważa Pan, że obecny system – zarządzania i nadzorowania uczelni – jest w porządku?
PS: Niestey, na Pana blogu nie można komentować, bez posiadania konta. Pozwoliłem sobie zamieścić tutaj mój komentarz.
0
oceń komentarz masz 1 głos
Sądzę, że nie ma sporu co do tego, że polskie szkolnictwo i nauka wymagają głębokich, modernizacyjnych reform (chociaż nie wszystko, co dzisiaj funkcjonuje należy potępiać) . Z tym, że uzdrawiających reform, a nie rewolucji, z której nie wiadomo co może wyjść. Proponuję rozważyć pomysły PAU na reformę humanistyki - http://pau.krakow.pl/index.php/20090703108/Nauki-humanistyczne-w-Polsce.html.
Takie odrębne pomysły należy opracować dla każdej dziedziny nauki.
A teraz odpowiedzi dla przedmówców.
1. Pan Wojtek K - "Czy mógłbym Pana się spytać, jak Pan ocenia zarzuty, że prace często są recenzowane po „koleżeńsku”?" - jest na to sposób. Wystarczy wprowadzić obowiązek prowadzanie przez uczelnie bibliotek cyfrowych (UMCS w Lublinie ma coś takiego) oraz obowiązek umieszczania w tych bibliotekach wszystkich publikacji naukowych pracowników danej uczelni wraz z abstraktami po angielsku i recenzjami. Publikacje powinny być dostępne bezpłatnie dla wszystkich, a konstrukcja biblioteki powinna pozwolić na indeksowanie tych publikacji (wraz z recenzjami) przez wszystkie wyszukiwarki internetowe. Jawność publikacji i jawność recenzji to sposób na walkę z patologiami w nauce.
- "zajęcia aktywne często bywają mniejszą wersją wykładu (prowadzone są bez nawet oczekiwania na aktywność studentów)" - i to trzeba zmienić, ale Strategia nie zawiera rozwiązań, które wprost wymuszałyby taką zmianę (losy reformy oświatowej dowodzą, że to błąd).
- "Można trwać na etacie przez wiele lat, bez prowadzenia jakiejkolwiek działalności naukowej." - to zależy od przełożonych. Receptą byłoby rozdzielenie etatów naukowych i dydaktycznych oraz pięcioletnie (na przykład) kontrakty, których przedłużenie uwarunkowane byłoby określonymi efektami pracy.
- "O tym, że kolegia będą popularne i są potrzebne, świadczy prestiż międzywydziałowych studiów humanistycznych." - ale te studia są na uniwersytetach, a nie w kolegiach, to zupełnie inna ranga.
- "Czy u Pana na uczelni istnieje fundraising?" - osobiście nie zetknąłem się z taką działalnością (chociaż po wizycie na stronie http://fundraising.org.pl oceniam, że powinna u nas też pojawić się). Ale czy w ten sposób można zdobywać fundusz na badania humanistyczne? - przecież to zupełnie coś innego niz na działania charytatywne.
- "Czy uważa Pan, że obecny system – zarządzania i nadzorowania uczelni – jest w porządku?" - raczej nie, ale w żadnym wypadku nie oddałbym uczelni w ręce polityków. Ostatni trochę myszkowałem po archiwaliach Wydziału Nauki i Oświaty KW PZPR i wiem czym to pachnie (niech ktoś nie sadzie, że partyjność w PRL a teraz, to zupełnie inne zjawiska).
2. Pan Zbigniew Koza - "Jacek D I p. Osiński przytaczają argumenty, nad którymi warto się pochylić. Ale prezentując wyłącznie krytykę (w tym pełną ironii krytykę "w czambuł", jak p. Jacek), pośrednio wspieracie Panowie i *utrwalacie* obecny system." - ok. jak będę miał czas to wypiszę te wszystkie rozwiązania ze strategii, które mi się podobają. Pan wybaczy, ale fragment o wspieraniu i utrwalaniu zabrzmiał mi jak z przemówienia towarzysza Gomółki.
1
oceń komentarz masz 1 głos
@Zbigniew Osinski. Komentuje/uzupelniam Pana sluszna uwage odnosnie wczesniejszej obserwacji podanej przez Pana Wojtka K; "- "Można trwać na etacie przez wiele lat, bez prowadzenia jakiejkolwiek działalności naukowej." - to zależy od przełożonych. Receptą byłoby rozdzielenie etatów naukowych i dydaktycznych oraz pięcioletnie (na przykład) kontrakty, których przedłużenie uwarunkowane byłoby określonymi efektami pracy."
W proponowanej tu do wgladu startegii ten punkt jest do zrealizowania/rozwiazania od reki w kazdym, w miare autonomicznym, uniwersytecie badawczym, majacym w uzyciu elastyczne zasady zatrudniania i obsady stanowisk (patrz pkt 12D / zasady polityki kadrowej). Nawiasem mowiac...tak tez wyglada moja sytuacja na uczelni...
1
oceń komentarz masz 1 głos
Jak zaznaczają sami autorzy tego serwisu, na tym etapie są zainteresowani ogólnymi komentarzami dotyczacymi strategii. NIe znaczy to, że nie warto zamieszczać uwag pod adresem konkretnych zapisów. Sądzę, że to właśnie uczyniłem w kilku poprzednich postach. Może były zbyt długie i Panowie mnie krytykujący je przeoczyli/zapomnieli? Piszę to, ponieważ nie rozumiem, co w tym kontekscie znaczyć ma potępianie strategii "w czambuł", które rzekomo stosuję.
Rzeczywiście, nie zgadzam się z postulatem, by podejść do propozycji E&Y ze swoistą wyrozumiałością i wyciągnąć z nich potencjalnie pożyteczne rozwiązania. Zdumiewa mnie fakt, że to właśnie reprezentanci dyscyplin ścisłych wykazują taką nonszalancję, właściwą podobno niezorganizowanym humanistom... Jak widać, stereotyp pada. Strategia została sformułowana na podstawie "badań" obfitujących w błędy różnego typu i ma skrajnie ideologiczne przesłanie. Dlatego nie widzę powodu, by głębiej interesować się poszczególnymi jej elementami.
Zgadzam się z propozycją kontraktowania pracowników naukowych. Na jasnych zasadach i bez wymogów nieracjonalnych wobec ich możliwości. Etatyzacja nie oznacza wcale bezwarunkowej, pełnej opieki bez monitorowania działań naukowych i dydaktycznych. Przeciwnie - racjonalna etatyzacja może opierać się właśnie o kontrakty gwarantujące ten sam pakiet świadczeń. Tyle, że dziś "kontrakt" większości ludzi wciąż będzie się kojarzył z krótką umową i obawą co później. Presja częsciej wpędza w marazm niż motywuje do działania, choć tego z pewnością wielu gości tego serwisu nie akceptuje. Dlatego między innymi w wielu krajach odchodzi się od logiki premii, dzielenia wynagrodzeń i uzależniania wysokości poszczególnych komponentów od "zaangażowania" pracownika.
Motywem przewijającym się w komentarzach wielu piszących tu osób jest, tak lub inaczej, intuicyjnie wyczuwana potrzeba "sieciowania" instytucji naukowych. Zgoda. Modeli jest wiele, tylko proszę przeanalizować polska sytuację pod względem finansowego protektoratu nad ważnymi jednostkami. Uniwersytety i Politechniki niby są państwowe, ale subwencjonowane nieracjonalnie; wiele instytutów badawczych przechodzi pod zarząd władz lokalnych różnego poziomu; zdarzaja sie też prywatyzacje lub fuzje podmiotów publicznych z prywatnymi. w tej sytuacji niejasna robi się np. sytuacja częsci wspomnianych instytucji wobec regulaminów funduszy unijnych wymagających złożonego partnerstwa międzynarodowego/ponadregionalnego. Profil naukowy może łączyć te instytucje, lecz kuriozalny system administracji może czynić ich wnioski niekwalifikowalnymi. Sieciować trzeba - ten model pobudzi zdrową mobilnosć i wymianę doświadczeń bez pomocy rynkowego bata. Zacząć trzeba chyba od uregulowania skali odpowiedzialności i sysemu delegowania jej do konkretnych urzędów publicznych. Inaczej wyjddzie na to, że po jakiejkolwiek reformie np. uczelnie artystyczne przestaną faktycznie być "uczelniami", ponieważ są pod kuratelą MKiDN. Od dawna, ale zmiana realiów a la E&Y zrobi z nich administracyjne dziwadła.
-1
oceń komentarz masz 1 głos
do Jacka D.
To jest ciekawe co Pan napisal. Przede wszystkim pokazuje, ze ludzi interesuja nie tyle szczegoly, co kierunek zmian, ktory przede wszystkim wynika z ich ogolnych pogladow na zycie i prawdopodobnie z pogladow politycznych. To widac z nastepujacego Panskiego fragmentu:
"Rzeczywiście, nie zgadzam się z postulatem, by podejść do propozycji E&Y ze swoistą wyrozumiałością i wyciągnąć z nich potencjalnie pożyteczne rozwiązania. Zdumiewa mnie fakt, że to właśnie reprezentanci dyscyplin ścisłych wykazują taką nonszalancję, właściwą podobno niezorganizowanym humanistom... Jak widać, stereotyp pada. Strategia została sformułowana na podstawie "badań" obfitujących w błędy różnego typu i ma skrajnie ideologiczne przesłanie. Dlatego nie widzę powodu, by głębiej interesować się poszczególnymi jej elementami."
Niewatpliwie sam fakt, ze w pisaniu Strategii E&Y braly udzial dwie grupy "prorynkowe" (tj. E&Y i Instytut Badan nad Gospodarka Rynkowa) powoduje, ze koncowy dokument ma pewne zabarwienie "ideologiczne" (jak Pan to ujal). Mnie osobiscie to nie przeszkadza (a wrecz przeciwnie), gdyz mam poglady liberalno-konserwatywne. Ale faktycznie osoby o pogladach anty-rynkowych (czyli np. socjalistycznych, ale chyba nie tylko) moga miec inne odczucia. Takich osob jest w Polsce jednak sporo i np. ja juz mialem okazje spotkac osoby, ktore uwazaja, ze z samego faktu, ze pisza wartosciowe naukowo publikacje (z listy filadelfijskiej) nalezy in sie zatrudnienie na uczelni, bez wzgledu na liczbe chetnych studentow. W tym kontekscie byloby chyba wartosciowe, gdyby ustosunkowal sie Pan "ogolnie" takze do Strategii Srodowiskowe (opracowanej przez rektorow), czy byc moze ma Pan jeszcze zupelnie inna (tj. " trzecia") koncepcje na punkt startowy.
Jest to chyba o tyle wazne, ze osobiscie nie sadze, aby zwyciezyla jedna waska koncepcja zmian.
7
oceń komentarz masz 1 głos
Pragnę zwrócić uwagę na pewne bardzo ciekawe zestawienie, które umknęło chyba uwadze PT Dyskutantów. Autorzy Strategii dopatrzyli się luki pokoleniowej w nauce wśród roczników, które kończyły studia w latach 80. Tych ludzi dzisiaj po prostu w nauce nie ma. Autorzy raportu dopatrują się źródła tej luki pokoloeniowej w transformacji balczerowiczowskiej. Młodszym uczestnikom dyskusji pragnę przypomnieć, że początek lat 90. był to okres, kiedy drastycznie spadły nakłady na naukę a pensje pracowników naukowych nie były przez kilka lat rewaloryzowane. Ta analiza pokazuje, jak bardzo rozwój nauki w Polsce uzależniony jest od czynników ekonomicznych. Proszę pamiętać o tym, że pogorszenie warunków zatrudnienia może przynieść obecnie podobny skutek - młodzi ludzie będą z nauki uciekać.
-1
oceń komentarz masz 1 głos
@Zenek - luka pokoleniowa
W sprawie luki pokoleniowej pisałem tu w jednym z komentarzy. Geneza tej oczywistej luki, na która ciągle się ktoś powołuje, nie była przedmiotem żadnych badań. Interpretacja Zenka nie jest satysfakcjonująca jest nawet błędna. Nie bierze uwagę faktu wyrejestrowania z systemu nauki i edukacji tysięcy najbardziej dynamicznych osób w latach 80-tych (zgodnie z polityką władz PRL i w skutek symbiozy PZPR-SB-władze uczelni). Po r. 89 w nauce nie było 'odwilży' i ci najbardziej niewygodni dla Trzymających (nadal( Władzę w Nauce i Edukacji do systemu nie wrócili.
Aby luki nie było trzeba formować nowych naukowców a to trzeba umieć. Taki przykład - wyrejestrowano nauczyciela akademickiego z systemu w ramach czystek akademickich pod koniec PRL który w najtrudniejszych dla nauki latach 80-tych uformował kilku naukowców klasy międzynarodowej. Zapewne w lepszych czasach i przy większym doświadczeniu mógłby ich uformować dziesiątki. Ci którzy go wyrejestrowali nie byli w stanie w ciągu wielu tych lepszych czasów uformować nawet kilku naukowców (czyli byli wielokrotnie gorsi od tego wyrejestrowanego - nieprawdaż ?).
Proszę dać takie zadanie np. dzieciakowi ze szkoły elementarnej aby wyliczył jak powstaje luka pokoleniowa po wyrejestrowaniu z systemu najbardziej 'produktywnych '. Odnosi się wrażenie , że ci ze szkół tzw. wyższych takich obliczeń już nie potrafią przeprowadzić bo tak nisko upadł nasz system edukacji
1
oceń komentarz masz 1 głos
Zenek napisal:
"Proszę pamiętać o tym, że pogorszenie warunków zatrudnienia może przynieść obecnie podobny skutek - młodzi ludzie będą z nauki uciekać."
Otoz aktualna sytuacja "zatrudnieniowa" (zwlaszcza doktorantow) powoduje, ze mlodzi ambitni naukowcy nie maja szans na rozwoj, a zbyt czesto swietnie odnajduja sie w systemie konformisci, bez wiekszych ambicji, ktorych zadowala zabezpieczenie socjalne, kariera opisana przez Klausa w artykule "Szkoły wyższe w oparach absurdu".
W proponowanej strategii sa dwie kluczowe dla sukcesu prawdziwych reform propozycje:
1. zmiana sposobu zarzadzania uczelniami;
2. wymuszona mobilnosc
3. konkurencyjnosc jako zasada w zdobywaniu fianansowania na dydaktyke i nauke
Niestety w tym drugim przypadku brakuje mi wyraznego zdefiniowania tzw. MARCHEWKI dla mlodych ludzi i braku okreslenia wyraznych perspektyw i korzysci, ktore osiagna po przejsciu przez trudny i pelen samoograniczen okres "nauk i terminowania". Podobnie jest z kwestiami statusu i wynagrodzenia w okresie doktorant-postdoc.
Przede wszystkim moj sprzeciw budzi powszechne wprowadzenie studiow doktoranckich. Uwazam to za olbrzymi blad i podkreslam, ze jest to nieprawdziwy mit, jakoby bylo to obligatoryjne wymaganie zwiazane z procesem bolonskim. Polecam tutaj lekture pierwszej strony uwag opracowanych w ramach Forum Integracyjnego Academicus Polonaie (http://www.scribd.com/doc/17254352/UwagidoZalozen10072009FIAP) i zamieszczona tam argumentacje z odpowiednimi cytatami z ustalen w ramach procesu bolonskiego.
Sprobuje przesledzic "czasowo-fianansowe" perspektywy zawodowe studentow i naukowcow "to be" - proponowane i jak powinny wygladac by byla "marchewka"
Zgadzam sie calkowicie ze strategicznym celem nadania odpowiedniej rangi studiom pierwszego cyklu (licencjat i inzynierskie) - w koncu celem powszechnego strudiowania nie jest przygotowanie do pracy naukowo-badawczej, o czym sie ostatnio czesto zapomina (dryf akademicki) . Mowiac "A" nalezy jednak powiedziec "B". Stad nalezy PRZYWROCIC odpowiednia range studiom MAGISTERSKIM, a tego juz w strategii wyraznie nie okreslono - ma byc tylko spadek ich absolwentow. Nalezy doprowadzic do sytuacji gdy zgodnie z deskryptorami dublinskimi mamy dla drugiego cyklu - Knowledge and understanding: "provides a basis or opportunity for originality in developing or applying ideas often in a research context .. "
Nie jest rzadkoscia gdy na uznanych konferencjach key note lecturer wyraznie podkresla, ze prezentowane wyniki powstaly przy duzym udziale jego MAGISTRANTA. To rowniez powinno byc strtegicznym celem w Polsce - zwlaszcza w kontekscie propozycji powstania uprzywilejowanej grupy uniwersytetow badawczych. Dla mnie na miano uniwersytetu badawczego moze zasluzyc uczelnia, w ktorej powstaja prace magisterskie, ktorych wyniki zasluguja na publikacje w najlepszych czasopismach naukowych. W kazdej innej wersji bedzie to instytucja czysto fasadowa, w ktorej nawet wysoko oceniona dzialalnosc publikacyjna pracownikow nie bedzie miala nic wspolnego z "raison d'etre' istnienia uczelni czyli misja edukacyjna.
Podsumowujac: celem strategicznym winno byc przywrocenie odpowiedniej rangi rowniez studiom magisterskim, ktore na najlepszych uczelniach akademickich (podniesionymi do rangi badawczych) winny owocowac konkretnymi wynikami badan naukowych magistrantow. W takim systemie nastapi szybsze wylowienie najzdolniejszej mlodziezy i wczesniejsze ukierunkowanie ich na prace badawczo-naukowa.
W powyzszym kontekscie pomysl powstania uczelni badawczych, ktore mogly by tylko kotraktowac studia III stopnia uwazam nie tylko za bledny, ale i wysoce szkodliwy. Juz obecnie z istnienia kilku instytutow PAN o przywoitym poziomie, prowadzacych studia doktoranckie, dla sytuacji nauki polskiej, poziomu uczelnianej dydaktyki i polskiej gospodarki statystycznie wlasciwie nic nie wynika po stronie liczcaych sie i zauwazalnych korzysci!!
Zanim przystapie do omowienia kwestii statusu doktorantow (brak wystarczajacych odniesien w strategii E&Y) przypomne istnienie Europejskiej Karty Naukowcow, zalecenia Komisji Eropejskiej z marca 2005r. (http://ec.europa.eu/eracareers/pdf/am509774CEE_EN_E4.pdf)
kontynuacja w kolejnym poscie...
0
oceń komentarz masz 1 głos
Prawidlowe wykorzystanie potencjalu "doctoral candidate" - notabene polskie tlumaczenie w EKN jako "kandydat na studia doktoranckie" jest zwyczajnie BLEDNE!!! - nastapi gdy uczelnia zapewni mu odpowiednie warunki zarowno do prowadzenia badan jaki i EGZYSTENCJALNE.
W tej sytuacji "konkursowa" alokacje srodkow na programy dyplomowe III stopnia uwazam za... wybitnie ANTYKONKURENCYJNA. Przy czym zastrzegam, ze moje uwagi dotycza badan naukowych w dziedzinach gdzie podstawa sukcesu jest PRACA ZESPOLOWA!!!
Alokacja konkurencyjna nie moze byc na "jakies" programy lecz na KONKRETNE projekty badawcze. W ramach tych projektow winny byc OBLIGATORYJNIE przewidziane srodki na etaty dla "doctoral candidate" i postdokow, ktorzy winni byc zatrudnieni na etatach w ramach grantow badawczych i adekwatnie oplacani (uznanie profesjonalizmu zgodnie z EKN). Przypominam, ze jest to kontynuacja koncepcji, w ktorej zdolnosc do wykonywania ukierunkowanej pracy badawczej zdobywa sie juz na poziomie magisterskim!!! Informacje o "openingach" winny byc zamieszczane obligatoryjnie na "wirtualnym ministerialnym slupie ogloszeniowym".
Nie wyklucza to uczestniczenia w wykladach na "studiach doktoranckich" - jednak ich dobor winien byc zasugerowany przez opiekuna naukowego (promotora) a nie przez akredytowane progamy dyplomowe. Koszt takich wykladow jest dla uczelni marginalny i winien byc pokryty z odpisow uczelnianych na projekty badawcze lub z oplat ( w przypadku osob niezatrudnionych w ramach projektow badawczych).
Druga forma finansowania doktorantow winna byc pula stypendiow (do wykorzystania w kraju i za granica) przyznawana w procedurach konkursowych magistrantom. "Stypendiobiorca" byl by odpowiedzialny za znalezienie sobie sam promotora i przekonanie go do "wspolpracy" w ramach danej tematyki.
Zwlaszcza finansowanie w ramach wiekszych grantow badawczych zapewnia duzo szybszy rozwoj naukowy doktoranta, nabywanie umiejtnosci pracy w zespole, a przede wszystkim mozliwosc poswiecenia sie pracy nad doktoratem przy pewnej stabilizacji finansowej - owszem na malo wygorowanym poziomie, ale za to z konkretnymi perspektywami na przyszlosc.
Jakimi?
Mozliwosc pracy jako postdoc - pensja na poziomie adiunkta w Polsce (problemy mieszkaniowe rozwiazuje mieszkanie na campusie uczelnianym) lub atrakcyjne mozliwosci dalszego rozwoju na uczelniach swiata (szanse zaleza od pozioomu doktoratu - stad presja doktoranta na jakosc i promotora ).
Tutaj znowu postdoci winny byc finansowane w ramach grantow badawczych (obligatoryjnie) a nie specjalnych funduszy mobilnosciowych. Druga forma - indywidualnie przyznawane stypendia, ale tylko na staze zagraniczne w dobrych osrodkach - odpowiednik programow FNP, ale BEZ GWARANCJI zatrudnienia w kraju.
I na koniec PRAWDZIWA MARCHEWKA. Uczelnie (np w ramach propozycji funduszy mobilnosciowych) uzyskuja pieniadze (odpowiednik obecnych grantow FNP - Welcome, TEAM) na oplacenie start-up money na niezalezne stanowiska - pozwalajace na zorganizowanie sobie warsztatu pracy i dobranie zespolu (doktorantow i postdokow). Taki system zatrudniania na uczelniach akademickich winien byc POWSZECHNY i jedyny jako prowadzacy do wymiany kadry nieefektywnej lub w wieku emerytalnym. Powszechny oznacza, ze DUZA grupa najlepszych mlodych naukowcow bedzie miala na polskich uczelniach sanse na realizacje swoich ambicji i potencjalu naukowego. Mobilnosc tez nie bedzie dla nich czyms przerazajacym tylko perspektywa (w miare bliska) na usamodzielnienie sie.
Sadze, ze powyzsze opinie (poza koncepcja powszechnego istnienia studiow III stopnia i ich finansowania) nie sa sprzeczne z glownymi propozycjami strategii (slusznymi) - przesuwaja tylko punkty ciezkosci.
0
oceń komentarz masz 1 głos
@Zbigniew Osiński:
- Faktycznie, jawność mogłaby zmusić nierzetelnych do rzetelności – choćby w strachu przed konsekwencjami wykryciem słabej jakości recenzji
- Myślę, że Strategia zakłada, że polepszenie jakości studiów będzie konsekwencją zmian systemowych. Lepiej zarządzane uczelnie, działające w konkurencyjnym środowisku, będą musiały postawić na polepszenie jakości zajęć (najlepsze uczelnie niepubliczne dużo energii w to wkładają i podejrzewam, że niektóre dawno już wyprzedziły uczelnie państwowe w paru dziedzinach pod względem jakości nauczania)
- Mała możliwość dyscyplinowania podwładnych wynika także z systemu, w którym w instytutach, wydziałach, uniwersytetach rządzą i nadzorują władzę „rady pracownicze” (czyt. rady instytutu, wydziału, senat). Ewentualne ocenienie efektywności pracy przy przedłużaniu kontrakty, bez zmiany systemu zarządczo-nadzorczego, mogło by być kolejną fikcją.
- Podejrzewam, że twórcom raportu chodziło o kolegia tworzone we współpracy z uniwersytetami. Tutaj najlepszym przykładem jest Amsterdam University College, stworzony przez VU University and University of Amsterdam. Kolegia prowadzące interdyscyplinarne studia przy pomocy zasobów kadrowych uniwersytetów. Koncepcje podobną do http://www.projektcollege.pl/, którego jednym z pomysłodawczyń jest członkini zespołu Strategii (dokładniej spisaną koncepcję można znaleźć na http://www.projektcollege.pl/pl/kronenberg/)
Choć także sami autorzy wskazują zagrożenie niskiego prestiżu studiów I-stopnia i Kolegiów.
Hmm… coś mi nie gra w koncepcji studiów I-stopnia i Kolegiów. Myślałem, że studia I-stopnia powinny być pewną bazą pod przyszłą specjalizację (studia II-stopnia). I Kolegia, jako miejsca interdyscyplinarnego rozwoju umysłowego. A jednak chyba autorom koncepcji chodzi o co innego… dlatego moje uwagi co do krytyki Kolegiów ze Strategii chyba kompletnie mijają się z rzeczywistością :(
- Ależ się da, tylko nikt nie próbuje.
Rodzice jako sponsorzy: Bliska mi osoba studiuje na jednym z najlepszych uniwersytetów brytyjskich (Szkocja - czesnego nie płaci). Moi rodzice regularnie dostają listy z uniwersytetu z gazetką „co nowego na uczelni/ostatnie sukcesy studentów i naukowców”. Jest oferta różnych dotacji, programów ‘rodzicielskich’ itp. Wiem, że polskie społeczeństwo jest generalnie uboższe niż brytyjskie, ale średnio 5 złoty od rodziny studenta daje nam na 30-sto tysięczny uniwersytet 150 tys. Złoty. Niby mało, a już coś.
Bogaci sponsorzy: Na pewno każdy uniwersytet ma paru bogatych absolwentów-przedsiębiorców. Duża część z nich zbliża się do wieku, w którym myśli się o pewnego rodzaju emerytury. Może trzeba po prostu ich spytać, czy nie chcieli by sponsorować jakiś fajnych badań? (i to jest naprawdę realne)
Różne Fundacje: Chodźmy http://pl.wikipedia.org/wiki/Fundacja_Templetona (http://www.templeton.org/what_we_fund/2010_funding_priorities/moral_formation/), czy coś w tym stylu.
- Upartyjnienie uczelni wyższych… myślę, że nie ma potrzeby sięgać do archiwów PZPR (choć muszą być ciekawe), wystarczy jeśli przypomnimy sobie różne propozycje z ostatnich lat. Oto moja ulubiona (trochę mi zajęło szukanie) :)
http://wiadomosci.gazeta.pl/kraj/1,34308,4325586.html
5
oceń komentarz masz 1 głos
Pani Małgorzato, to jest dobry model dla nauk technicznych i przyrodniczych, ale nie dla społecznych i humanistyki. Już Pan Osiński napisał, że historykowi nic z takiego postdokowania nie przyjdzie. W naukach społecznych postdoki są rzadkością, globalnie. Jak ktoś ma dobry dorobek i dobre referencje, to może zostać profesorem od razu po doktoracie, przynajmniej w Ameryce. Zakazu zatrudniania własnych doktorów w Ameryce też się nie praktykuje. Nie zatrudnia się ich z reguły z różnych powodów, ale wyjątki od tej reguły też się zdarzają. Postdok powinien być atutem, a nie obowiązkiem, podobnie jak mobilność. Narzucenie wszystkim jednego schematu, na podstawie własnych doświadczeń, a bez zrozumienia różnorodności nauki, do niczego dobrego nie doprowadzi.
1
oceń komentarz masz 1 głos
Zainteresował mnie wątek późnego otwierania przewodów doktorskich. Sam mojemu doktorantowi "otworzyłem" przewód dopiero na 3. roku. Skutek: tylko raz (i w dodatku nieskutecznie) zdążyliśmy wystąpić o grant promotorski, przy czym wniosek przewidywał dofinansowanie tylko jednego, ostatniego semestru nauki.
Wygooglowałem "otwarcie przewodu doktorskiego" i stwierdziłem, że w Polsce kryteria otwarcia przewodów doktorskich są uznaniowe i mocno zależne od dziedziny i trybu studiów. Niektóre wydziały wymagają oświadczenia, że praca jest zaawansowana w 50 procentach. Inne co najmniej jednej publikacji (cokolwiek to słowo znaczy). Znam wydziały, gdzie zwyczajowo wymaga się dwóch publikacji w dobrych czasopismach zagranicznych.
Ale wszystko przebiły wymagania INP PAN (regulamin dostępny w internecie). Cytat:
"Przewód otwiera się po ukończeniu studiów doktoranckich. W wyjątkowo uzasadnionych przypadkach, po pozytywnej ocenie kwalifikacyjnej przewód może być otwarty na wcześniejszym etapie, po upływie trzeciego roku studiów."
Czy kogoś dziwi jeszcze niski odsetek otwartych przewodów wśród ogólnej liczby doktorantów?
Być może kwestia warunków otwarcia przewodu wymaga doprecyzowania ustawowego? Cóż by szkodziło, gdyby przewody otwierano po ostatecznym ustaleniu promotora i tematu rozprawy, a więc NAJPÓŹNIEJ w 3. semestrze nauki? Czyż nie poprawiłoby to efektywności studiów?
I kolejne pytanie: czy akredytacje PKA dotyczą też studiów III stopnia? Czy wysoki poziom naukowy automatycznie daje gwarancję wysokiego poziomu dydaktycznego? Tak? To skąd ten cytat:
"8. Warunkiem zaliczenia roku jest:
a. przedstawienie co najmniej 1 referatu na seminarium doktorskim,
b. uczestniczenie w seminariach doktorskich. Dopuszcza się trzy usprawiedliwione pisemnie nieobecności.
c. wysłuchanie co najmniej 10 godzin wykładu w ramach wykładów dla doktorantów. "
I tu uwaga do autorów strategii: czy instytuty PAN są częścią polskiego Szkolnictwa Wyższego? Domyślam się, że nie, bo nie ma o nich w strategii ani słowa (choć zostawiono dla nich furtki). To znaczy, że można kształcić na najwyższym poziomie nauczania poza systemem? Znaczy się system, a więc i strategia, są dziurawe? Czy instytuty PAN byłyby tak bardzo zainteresowane studiami doktoranckimi, gdyby nie obowiązujący model kariery akademickiej, wymagający od kandydata na profesora wypromowania choć jednego doktora?
-3
oceń komentarz masz 1 głos
do Zenka
Jestem przedstawicielem nauk scislych i nie czuje sie kompetny aby dyskutowac z historykami, filozofami itd. w jaki sposob powinno byc zorganizowane szkolnictwo wyzsze w tych sektorch. Ale jesli ktos krytykuje jakis model, to dobrze byloby wskazac jakis inny ewentualny wzor (tak zrobil to np. p. Z.Osinski wskazujac rozwazania PAU). Sama negacja jest malo informatywna dla otoczenia (np. nie wiadomo czy dostrzega Pan jakies pozytywy w Strategii srodowiskowej itd, ogolnie samo "tak" lub "nie" sprawdza sie tylko w ostaecznych glosowaniach ).
Prosze jeszcze wziac pod uwage obecny stan mentalnosci srodowiska. Zanim dojdziemy do sytuacji gdy dorobimy sie wlasciwych merytorycznych mechanizmow oceny i podejmowania decyzji na poziomie uczelni konieczny jest OKRESOWY PRZYMUS. Inaczej nigdy sie nie przetnie raz a dobrze samopowielajacych sie juz wielopokoleniowych ukladow i powiazan!!!
Co do uwagi, ze zaproponowany przeze mnie model "nie przystaje" do nauk humanistycznych.
Zwracam uwage, ze w moim wpisie uzylam sfromulowania - dziedziny gdzie do osiagniecia wynikow konieczna jest PRACA ZESPOLOWA
Nie mam zwyczaju wypowiadac sie na tematy, na ktorych sie nie znam, ale system stypendialny powinien tutaj byc wlasciwa altermatywa.
A co historii - no coz jest zapewne na calym swiecie UPOLITYCZNIONA - tutaj zbieznosc pogladow politycznych jest pewnie czesto decydujaca przy wyborze wspolpracownikow. Od razu zastrzegam sie, ze mam na mysli podany mi konkretny przyklad ze znanej europejskiej uczelni i byl to takze przyklad chowu wsobnego... :-)
Nie mam zwyczaju wypowiadac sie
-2
oceń komentarz masz 1 głos
@Jacek D. Czy moglby Pan podac nam rekomendowany przez siebie wzorcowy przyklad dokumentu strategii rozwoju szkolnictwa wyzszego dla danego kraju do wgladu i wykazac roznice z tym co proponuje E & Y ? Na razie to Pan zaleca aby wstrzymac sie z dalsza pielegnacja i modernizacja ogrodu i zaczekac na deszcz oraz na jedynego i znanego od lat w okolicy ogrodnika?
-1
oceń komentarz masz 1 głos
„Strategia rozwoju szkolnictwa wyższego” jest materiałem na wskroś nowatorskim. To świeże spojrzenie na SW.
Dobre są, formułowane na końcu każdego rozdziału 151 stronicowego raportu, podsumowania pn.„uzasadnienia i zagrożenia”. Najprecyzyjniejsze jest spostrzeżenie podane na zakończeniu rozdz. 12.A o treści: „Trudności ... ze względu na niski poziom rozwoju społeczeństwa obywatelskiego w Polsce”.
Zdanie to odczytuję jako „.. ze względu na niski poziom postaw obywatelskich większości kadry publicznego szkolnictwa wyższego”. Pod koniec PRL-u polskie społeczeństwo było bardziej obywatelskie niż jest obecnie. Regres jest efektem destrukcyjnych działań m.in. kadr publicznego SW, poprzez zaniechanie po 1989 roku „publicznej” misji na korzyść konkurencji tj. szkolnictwa prywatnego. Nie można dwom panom służyć. Przyzwolenie władz państwowych (publicznych) na tą negatywną praktykę zaświadcza o stanie chorobowym elit polskiego społeczeństwa.
1. Popieram powoływanie rad powierniczych, jako organu właścicielskiego (państwa) nadzorującego na bieżąco działalność wewnątrz publicznej uczelni. Minister Skarbu winien też w tym uczestniczyć.
2. Popieram ograniczenie do ½ etatu możliwości podejmowania pracy przez pracowników merytorycznych uczelni publicznych u innego pracodawcy. Jest to rozwiązanie połowiczne. Uważam, że mechanizm podatkowy RP winien skutecznie, a więc od górnie, ograniczać szukanie pracy u konkurencji przez pracowników instytucji publicznych. Podobno Niemcy mają dobre rozwiązanie w tym zakresie.
3. Popieram likwidację stypendiów za wyniki w nauce. Nie powinno się 2 razy nagradzać (za publiczne pieniądze).
Tak na marginesie: uczelnia jest przedsiębiorstwem realizującym usługi kształcenia studentów podobnie jak farmer produkujący np. kapustę. I uczelnia i farmer mają swoją „misję” czy standardy (kształcenia itp. – HAACP). Szkoła publiczna ma tą cechę, że bez wsparcia budżetowego (tj. podatników) zawsze przegrywa ze szkołą prywatną.
-2
oceń komentarz masz 1 głos
Czytając takie wpisy jak ten - prac-nik nie będący NA - przypomina mi się pewna myśl przeczytana w jednej z analiz społeczeństwa polskiego. Polak zna się (a przynajmniej tak mu się wydaje) na polityce, medycynie, sporcie, oświacie, a ostatnio także na nauce i szkolnictwie wyższym. Czuje się upoważniony do zabierania głosu bez konieczności wcześniejszego poczytania książek na dany temat. Z jego wypowiedzi przebija chęć przyłożenia komu się tylko da. No własnie - co wnosi wypowiedź "prac-nik nie będący NA" ? Na pewno nic w sprawie diagnozy szkolnictwa wyższego i nauki. Jest to kolejny przykład wylewania swoich frustracji i obrzucania wszystkich błotem. Panie "prac-nik nie będący NA" - skoro tak gardzisz pracownikami publicznych uczelni i nie wahasz się publicznie tego okazywać, to dlaczego zabrakło Ci odwagi, by podpisać się prawdziwym imieniem i nazwiskiem?
-2
oceń komentarz masz 1 głos
Wpis osoby "prac-nik nie bedacy NA" jest dosc trafny. Swiadomosc obywatelska w Polsce, prawdopodobnie z powodow historycznych, jest naprawde bardzo nikla i stanowi istotna przeszkode przy dokonywaniu jakichikolwiek zmian.
Tak wiec tym razem nie moge zgodzic sie z komentarzem (dosc emocjonalnym?!) p. Z. Osinskiego. No moze z jednym wyjatkiem. Literature fachowa na temat sposobu organizacji srodowiska akademickiego warto jest czytac. Szczegolnie zas anglojezyczna, gdyz nie ma powodu aby odkrywac na nowo rzeczy odkryte, jak rowniez aby wdrazac w Polsce rozwiazania bardzo specyficzne, gdyz skoro jestesmy w UE to musimy byc zdolni do wspoldzialania z innymi panstwami czlonkowskimi. W tym kontekscie polecam wszystkim od czasu do czasu wizyte na stronie "www.fiappl.info" i towarzyszacych, tj. na stronach Centrum Informacji FIAP-u, prowadzonego przez malgorzata.academicus.
5
oceń komentarz masz 1 głos
Pytanie do Pana Mitury - Czy naprawdę zgadza się Pan ze stwierdzeniem -" Zdanie to odczytuję jako „.. ze względu na niski poziom postaw obywatelskich większości kadry publicznego szkolnictwa wyższego”. Pod koniec PRL-u polskie społeczeństwo było bardziej obywatelskie niż jest obecnie. Regres jest efektem destrukcyjnych działań m.in. kadr publicznego SW, poprzez zaniechanie po 1989 roku „publicznej” misji na korzyść konkurencji tj. szkolnictwa prywatnego" - dla mnie to jakiś absurd. Z takimi argumentami spotykam się głównie u przysłowiowe cioci na imieninach, gdy biesiadnicy są w stanie pól litra na twarz.
-3
oceń komentarz masz 1 głos
Tak, z grubsza rzecz biorac, zgadzam sie z tym stwierdzeniem.
4
oceń komentarz masz 1 głos
No to już rozumiem, dlaczego w trakcie dyskusji na tym forum niejednokrotnie odniosłem wrażenie, że żyjemy w innych światach. Gdyby student na egzaminie powiedział, że w PRL (nawet pod koniec) było społeczeństwo obywatelskie, to poleciłbym mu rozpoczęcie ponownych przygotowań do egzaminu, z tym, że powinien zacząć od elementarza dla przedszkolaków.
Twierdzenie, że regres w postawach obywatelskich Polaków jest spowodowany działaniami kadry wyższych uczelni, przy jednoczesnym sugerowaniu, że ta kadra niewiele potrafi, także w sferze oddziaływań na studentów, zakrawa na kpinę z logiki.
Szanowni Państwo, głosząc takie poglądy (i inne pełne pogardy dla kadry wyższych uczelni) osiągniecie jedno - powszechną niezgodę na jakiekolwiek reformy przez was zaproponowane. Jeżeli czytacie angielskie książki, to zażyjcie do tych o marketingu i o zarządzaniu. Dowiecie się, że jak się chce zdziałać coś pozytywnego, to nie takimi metodami (przyłożyć za wszelką cenę, zgnoić przeciwnika), jakie prezentuje część wypowiadających się na tym forum.
-4
oceń komentarz masz 1 głos
do p.Z.Osinskiego
Nie przypominam sobie, aby ktos chcial tutaj komus "przylozyc". A dokladniej, to owszem, byla taka propozycja, aby pojsc z "kilofami" na Ministerstwo, ale ona zdaje, ze wyszla akurat od Pana, byla w inym watku, no i przede wszystkim pozostale osoby nie podchwycily takiego sposobu rozwiazywania sporow. A duze roznice zdan oczywiscie moga i chyba nawet powinny sie zdarzac podczas dyskusji.
Pozdrawiam Pana
ZM
-2
oceń komentarz masz 1 głos
P.S. Na wszelki wypadek cytuje ponizej odnosny fragment
"Z faktu, że my jako środowisko coś wiemy, coś proponujemy niewiele wynika. Po prostu politycy mają nas głęboko w ... poważaniu. Obawiam się, że dopóki nie pójdziemy z kilofami na Warszawę, nie możemy liczyć na poważne potraktowanie."
Zbigniew Osiński, 27.01.2010 12:45
-5
oceń komentarz masz 1 głos
Re. Zbigniew Osiński, 14.02.2010
najwiekszym mankamentem prowadzonej dyskusji jest fakt, ze niewiele osob w sposob konstruktywny odnosi sie do konkretnych sformulowan w dokumencie, ktory liczy okolo 150 stron.
W przypadku braku zgody na podany cel strategiczny lub ktorys ze sposobow jego realizacji, zbyt czesto brak jest kontrpropozycji lub sugestii innych rozwiazan.
W ten sposob dyskutanci sami pozbawiaja sie potencjalnego wplywu na ksztalt ostatecznej wersji strategii, ktora jest pierwszym draftem. Doprawdy szkoda...
Ma Pan racje, ze szacunek dla strony przeciwnej jest polowa sukcesu i miejmy nadzieje, ze wspolnie go osiagniemy
Przy okazji pozwole sobie zacytowac fragment moich uwag do uzasadnienia dla celu strategicznego 9B - prosze tego nie traktowac jako obraze dla polskich naukowcow - raczej probe uswiadomienia im "mentalnej" przepasci w podejsciu do kszatlcenai doktorow w Polsce i na czolowych uczelniach swiata.
-----------
Obok 9.12 jeszcze ważniejsza jest zmiana mentalności polskiej profesury, która uważa, że doktoranta kształci się „dla siebie” jako przyszłego podległego pracownika wykonującego przydzielone mu obowiązki. Tymczasem w świecie, wykształcenie doktoranta na osobę w pełni samodzielną, zdolną podjąć najtrudniejsze wyzwania jest olbrzymim wyzwaniem – wizytówką promotora i uczelni w świecie. W tym kontekście doktor nauk danej uczelni niczym nie różni się od absolwenta studiów I i II stopnia – w momencie uzyskania odpowiedniego dyplomu ustają wszelkie zobowiązania „absolwenta” wobec uczelni i ma on prawo kształtować dowolnie swoją dalszą karierę zawodową a nie coś „odpracować”.
Obowiązkiem byłego promotora/uczelni jest podjęcie dalszego kształcenia kolejnych roczników – w tym doktorów, z czego powinni być systematycznie rozliczani. Niestety ten elementarny fakt jest na polskich uczelniach zupełnie niezrozumiały, czego dowodem jest utyskiwania władz uczelni państwowych, że uczelnie prywatne „podbierają” im kadrę nie ponosząc kosztów jej kształcenia.
0
oceń komentarz masz 1 głos
Do Pana Mitury - myślałem, że ironia w mojej "propozycji" ruszenia na Warszawę jest czytelna. Naukowcy z kilofami na Warszawę - czy to brzmi poważnie?? Chociaż muszę powiedzieć, że taki pomysł podsuwają mi znajomi parający się polityką. Twierdzą, że dopóki jako środowisko nie zmobilizujemy się na tyle, by władza zaczęła się nas bać, dopóty nie możemy liczyć na satysfakcjonujące załatwienie naszych postulatów - także i tych związanych z radykalnymi reformami.
Do Pani Małgorzaty - osobiście staram się odnosić konstruktywnie do Diagnozy i Strategii, ale jak czytam takie teksty jak wypowiedź prac-nik nie będący NA , to tracę ochotę na jakąkolwiek dyskusję.
Przy okazji - zgadzam się z Pani wypowiedzią w sprawie kształcenia doktorantów. Z tym, że od kilku lat problem, przynajmniej w humanistyce, nie istnieje. Blokada etatów (nie przez starych profesorów, tylko przez brak pieniędzy) nie pozwala bowiem zatrudniać nowych pracowników. Tak więc kształci się doktorantów z myślą, że pójdą nie tyle do prywatnej konkurencji, ile do szkół podstawowych i średnich (znam parę takich przypadków).
1
oceń komentarz masz 1 głos
Do Z. Osińskiego: Proszę mi wierzyć, że jak na standardy dyskusji internetowych, to tutejsza dyskusja jest super grzeczna. A co do Pana osoby, to ja uważam, że wnosi Pan naprawdę tutaj bardzo dużo świeżych, pozytywnych koncepcji, z wieloma się zgadzam, ale proszę nie oczekiwać 100 procentowej zgody :-)) Pozdrawiam serdecznie
2
oceń komentarz masz 1 głos
To ja spróbuję konstruktywnie.
Punkt 3.25 strategii (s. 33): "Obecnie prawie dwie trzecie profesorów w Polsce zatrudnionych jest w więcej niż jednym miejscu pracy. Najprawdopodobniej główną przyczyną tak częstego poszukiwania dodatkowego zatrudnienia jest niski, niekonkurencyjny poziom wynagrodzeń w uczelniach publicznych".
Wydaję mi się, że akurat ten punkt diagnozy autorzy projektu pisali w stanie pomroczności jasnej :-).
O ile zgodzę się, że większość adiunktów, szczególnie młodszych stażem, gdzieś dorabia z powodu niemożności domknięcia budżetów domowych (często są to prace nigdzie nieewidencjonowane, np. korepetycje, własne firmy, dorywcze prace na umowy zlecenia), to czy profesura też dorabia sobie z powodu niskich zarobków? Jak wytłumaczyć fakt, że zdecydowana większość kadry profesorskiej na uczelniach niepaństwowych ma drugi (fuj, pierwszy!) etat na uczelniach publicznych, natomiast wśród adiunktów bez habilitacji sytuacja ta jest rzadka? Czyż przyczyną tego stanu rzeczy nie są MINIMA KADROWE? Śmiem twierdzić, że wieloetatowość profesury (rozumianej jako grupa tzw. samodzielnych pracowników nauki) wynika z podstawowego prawa podaży i popytu: ich po prostu nie ma kto zastąpić z przyczyn czysto formalnych. Gdyby zniesiono minima kadrowe (co jest obecne w strategii w sposób zawoalowany, a powinno być wyartykułowane explicite), uczelnie niepubliczne w miejsce większości drogich profesorów, nierzadko dojeżdżających (lub nie) z drugiego krańca Polski, zatrudniłaby *na stałe* jednoetatowych adiunktów. Dlatego wydaje mi się, że publiczna debata o habilitacji, w której używa się jako argumentu troski o poziom naukowy, to zwyczajna ściema lub wyraz naiwności dyskutanta (sam jeszcze rok temu byłem za utrzymaniem habilitacji, już mi przeszło). W większości przypadków indywidualnych chodzi o to, o czym dżentelmeni nie dyskutują.
Jakże wytłumaczyć to, że część dziekanów i prorektorów uczelni publicznych ma drugie etaty w uczelniach niepublicznych? Jak wytłumaczyć to, że zdecydowana większość pracowników "funkcyjnych" - rektorów prorektorów, dziekanów uczelni niepublicznych ma też etaty w uczelniach publicznych? Niskimi zarobkami? A może tu jest gdzieś drugie dno, o którym aż strach myśleć, co dopiero pisać?
Ale też co ma robić dziekan wydziału, którego większość pracowników ma drugie etaty. Jeżeli sam sobie takiego etatu nie załatwi, wobec sztywnej i zunifikowanej (na poziomie wydziału) siatki płac będzie najgorzej wynagradzanym pracownikiem wydziału!
Pozwolę sobie jeszcze zaryzykować polemikę z p. Osińskim. Czy blokada nowych etatów na masowych wydziałach humanistycznych naprawdę wynika z braku funduszy, czy też może z obawy przed zmniejszeniem liczby nadgodzin, których liczba i tak maleje w związku z niżem demograficznym? A czyż samo zjawisko nadgodzin nie wynika z prostego rachunku ekonomicznego: zatrudnienie kogoś w nadgodzinach jest dużo tańsze od zatrudnienia kogoś na etat?
3
oceń komentarz masz 1 głos
Przede wszystkim dziękuje Panu Miturze za miłe słowa.
Przechodząc do konkretów, czyli do pieniędzy, o których wspomniał Pan Koza - akurat w tym punkcie popieram autorów Diagnozy. Nawet profesorowie dorabiają z powodu niekonkurencyjnych zarobków na uczelniach publicznych. Można powiedzieć, że jeżeli ktoś zarabia 4-5 tys. netto (stanowiska profesorskie na znanych mi wydziałach humanistycznych|) to nie ma powodu do narzekań. To zależy z kim się porówna. Jeżeli z innymi zawodami wymagającymi wyższego wykształcenia i opłacanymi z budżetu (lekarz w szpitalu powiatowym 8-10 tys., powiatowy prokurator 6 tys., pułkownik w wojsku lub odpowiednik w policji 6-7 ty. - kwoty netto) to powodów do zadowolenia raczej nie ma. W przypadku młodych adiunktów to zupełna tragedia. Znam młodych chłopaków pracujących w składach budowlanych, którzy po zawodówce mają lepsze pensje. Chciałbym wyraźnie podkreślić - uważam, że wszelkie próby reformowania szkolnictwa wyższego i nauki rozbiją się o pieniądze. Przykładem może być oświata - masa reform a efekt mizerny. Prowadząc zajęcia z kandydatami do zawodu nauczyciela zauważam znaczącą zmianę w motywacji, dla której studenci wybierają specjalizację nauczycielską - teraz robią to głównie na wszelki wypadek, dla papierka, który da jakąś pracę, gdy inne plany nie wypalą. Ci ludzie, mówiąc wprost , "olewają" zdobywanie kompetencji potrzebnych w pracy nauczyciela, bo nie chcą pracować w tym zawodzie. Potem część trafia do szkół i zaczyna się horror - nie potrafią kierować grupą, zapewnić sobie autorytetu ani stosować metod aktywizujących. Wszystkie reformy "wzięły w łeb", bo zapomniano o solidnej podwyżce płac. Szkolnictwo wyższe czeka to samo zjawisko. Autorzy Strategii postulują konkurencyjność i mobilność przy zatrudnianiu - ale co to za konkurencyjność, gdy z powodów finansowych coraz mniej ludzi myśli o pracy na uczelni. Coraz częściej jest to praca ostatniej szansy - nic mi nie wyszło, to chociaż pouczę studentów. Co za różnica, czy nowego adiunkta wskaże indywidualnie profesor, czy wyłoni go komisja konkursowa - obie strony i tak nie będą miały wyboru, gdy kandydat będzie tylko jeden. Zaznaczam, że piszę o sytuacji w humanistyce.
Przechodząc do polemiki w sprawie blokady w tworzeniu nowych etatów - nie chodzi w tym przypadku o nadgodziny, zjawisko na moim wydziale ginące. Po prostu - względy finansowe zmuszają do posunięć typu zamiana kilku grup ćwiczeniowych na jedną wykładową, zwiększanie minimalnej liczebności grup. Studentów nam nie brakuje, tyle, że państwowa dotacja nie pokrywa w pełni kosztów ich kształcenia. Od studentów stacjonarnych pieniędzy brać nie możemy, a na zaoczne jest sztywny limit (może niedługo zostaną nawet zlikwidowane - jak postulują autorzy Strategii, wtedy pozostanie tylko "wbić zęby w tynk"). W prasie i w internecie możemy przeczytać, że powinniśmy starać się o środki zewnętrzne. Ale główny kandydat na dawce, czyli biznes ma gdzieś humanistykę. Przez prawie rok na rożnych forach internetowych dla biznesu próbowałem znaleźć odpowiedź na pytanie - za jakie badania z dziedziny humanistyki byliby gotowi zapłacić?, za jakie kompetencje studentów byliby w stanie zapłacić? - zero realnych pomysłów, zero deklaracji. Nawet na specjalnym kursie pozyskiwania środków finansowych dla nauki i szkolnictwa wyższego oraz zakładania firm spi-off i spin-out fachowcy od tych spraw nie byli mi w stanie niczego podpowiedzieć. Jeżeli humanistyka nie dostanie pieniędzy z budżetu (w tym na godziwe płace) - to żadne reformy jej nie uzdrowią. Co więcej ma szanse "paść na pysk" i stać się zjawiskiem z dawnej historii.
-3
oceń komentarz masz 1 głos
Panie dr hab. Z.O.,
1o. Na Pana sugestię zmieniam nick na lepszy: podatnik7.
2o. Nie akceptuję pewnej Pana nagannej propozycji. Otóż ta strona ma autorów (właścicieli), z prawami autorskimi do swojego dzieła. Jeśli proszą forumowiczów o komentarze, to prawdopodobnie ostatnią rzeczą jest potrzeba znajomości ich personaliów. Jeśli nie na temat to komentarz wrzucą tam gdzie jest jego miejsce tj. do kosza.
3o. W związku z pkt. 2o, jako podatnik RP, stwierdzam wyjątkową nieskuteczność organów skarbowych państwa w egzekwowaniu podatku od osób fizycznych (NA) w przypadku tych dzieł, które pod prawo autorskie nie podlegają. Jeśli dzieło autorskie - to konkretnie jakie, np. tytuł wykładu itp. Zakładam, że mamy niską jakość SW.
4o. Czasami autorom raportu zarzuca się nieznajomość polskich realiów. Nie wiem, ale prawdopodobnie omijali pewne rzeczy, chyba trudne.
a) Np. wydaje mi się, że autorzy sugerują wyeksmitowanie z uczelni związków zawodowych. Moim zdaniem słusznie.
b) Przekoloryzowana jest również mocna strona SW o treści „wysoki prestiż zawodu profesora”. Choć tak powinno być. No bo jeśli społeczeństwo jest mało obywatelskie, jego elita została w większości wyedukowana na polskich uczelniach, to ankiety wśród niego są obarczone b. dużym błędem. To tak jakby daltonistów zapytać, który kolor (za wyjątkiem białego, szarego i czarnego) jest najładniejszy. Purpura! Podpowiada otoczenie.
c) Nie rozumiem skłonności autorów do fetyszyzowania wielkości uczelni – słabą stroną systemu SW jest „duża liczba b. małych uczelni”. Ja lubię market. Jednak likwidację lub odgórne ograniczanie funkcjonowania sklepiku 100 m naprzeciwko uważam za nienormalne. I nie tylko dlatego, że jego klientem jego jest moja żona.
d) Autorzy Strategii nie uniknęli również błędu, np. na str.111: wiersz 8 od góry: we wzorze użyta jest nazwa dotacja stacjonarna, którą autorzy raportu wnioskują zlikwidować (str.8). W samym zaś wzorze, suma 3 składników, użyte są dwie litery n i h, które nie objaśnione zaciemniają sam wzór; jeśli kn = kh to nie prościej napisać samo k, jako koszt jednostkowy.
5o. To, że beneficjentem dotacji dydaktycznej winien być student to jest oczywiste i chyba w tym kierunku reforma SW winna zmierzać, zważywszy dodatkowo niską zamożność społeczeństwa.
Chciałbym zaakcentować, jako podatnik, pewne porównanie. Otóż w Niemczech (vide Diagnoza z 2009 r.) relacje liczby studentów w poszczególnych typach uczelni są następujące: uczelnie publiczne (UPub) 91 %, instytucje prywatne zależne od państwa (IPzP) 9 %, a niezależne instytucje prywatne (NIP) 0 %. Zaś w III RP jest odpowiednio: UPub 66 %, IPzP 0 % i NIP 34 %. Jeśli wykluczymy przypadek, że Niemcy działają na swoją szkodę (konstytucja niemiecka mówi o państwie socjalnym) to chyba coś w III RP nie jest w porządku.
Jeśli poprzednie zdanie jest prawdziwe to, Panie dr hab. Z.O., czy to może być frustracja czy tylko poprawne wnioskowanie.
5
oceń komentarz masz 1 głos
Nie obserwowałem tej dyskusji przez kilka dni, lecz odrabiając teraz zaległości dochodzę do wniosku, że kreci się ona wokół tych samych motywów. Najbardziej bawi mnie mesjanistyczno-ekspercki ton osób, które podchodzą do sprawy "konstruktywnie" i próbują analizować poszczególne zapisy strategii w ramach bycia "kompetentnymi". Zarazem większość tych osób podkreśla znaczenie koniecznosci podniesienia poziomu umiejetności dydaktycznych kadry akademickiej. Proponuję zaczać od siebie i uważnie czytać sugestie autorów niniejszego serwisu: w tym wątku proszą o ogólne komentarze dotyczące dokumentu E&Y, nie o wynurzenia domorosłych speców od wszystkiego-co-dotyczy-finansowania-nauki.
Ktoś mnie prosil o podanie przykłądu "wzorcowego dokumentu", na który mógłby posłużyć za bazę dla raportu lepszego od omawianej tu farsy. Odpowiadam: nie znam wszystkich regulacji prawnych, a tym bardziej ekspertyz dotyczących sfery szkolnictwa wyższego i nauki na świecie. Jednak nie znam żadnego dokumentu, który holistycznie podchodziłby do zarządzania tym obszarem, jednocześnie gwarantując autonomię uczelniom i wysławiany tu "prestiż" wykładowcom (takie prawo może istnieć chyba tylko w radykalnym korporacjonizmie/stalinowskim państwie-panoptykonie). Szanuję duński pomysł na system administracji szkolnictwem wyższym, z którego UE czerpie od lat. Uprzedzając potencjalne "eksperckie" krytyki zaznaczę - wiem, że w Danii wydatki socjalne są coraz większym problemem dla budżetu. Ale to nie one stanowią źródło problemu, o czym można przeczytać... gdziekolwiek właściwie. Duński system jako pewien projekt jest racjonalny, bo: nie wprowadza konkurencji, z którą polskie dzieci maja do czynienia już po szóstej klasie podstawówki; szanowane, potrzebne i otwarte szkolnictwo zawodowe nie jest synonimem miernoty i dołu społecznego, jak u nas; nadzór nad jakością kształcenia nie jest prowadzony tylko przez instytucje centralne lub, jak w Polsce chcieliby tego autorzy raportu, rynkowe, lecz przez racjonalnie i sumiennie działające społeczne ciała doradcze. Z wykonaniem bywa różnie, więc jeśli ktoś zechce strzelać tu przykładami, powtarzam: nie wierzę w naśladownictwo.
Dla mnie dokument E&Y nie jest wart uwagi ze względu na jego szowinistyczny charakter, ideologiczną ortodoksję i kompromitujące błędy formalne, jakich dopuszczono się w procesie jego tworzenia. Wymiana komentarzy tu prowadzona wydaje mi się mimo wszystko istotna, gdyż ukazuje rozmaite postawy uczestników akademickiej rzeczywistości. Szkoda tylko, że większość widzi przyszłość w bezwzględnym urynkowieniu całej nauki. Oburzamy się na zawierające błędy ustawy, przekraczanie uprawnień przez rozmiate służby, ale akceptujemy chybione, tonące w pomyłkach propozycje "nowoczesnych reformatorów". Tylko dlatego, że składają oni enigmatyczną propozycję finansowego progresu...
0
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Jacku_D, a czy moglby Pan powiedziec kilka zdan na temat Strategii Srodowiskowej (opracowanej przez Rektorow)? Linki do dokumentu podane sa takze na tych stronach w innym watku. Wprawdzie wypowiadanie sie tutaj o Strategii Srodowiskowe to byloby troche odejscie od glownego tematu, tym niemniej chyba jednak przydatne. A to dlatego, ze Strategia E&Y nie jest jedynym obowizujacym urzedowym dokumentem, jest to na razie raczej propozycja dla Ministerstwa i byloby dobrze wiedziec jakie sa ogolne oczekiwania spoleczne i jakie dokumenty trafiaja "w gusta" odbiorcow , poza wspomnianym przez Pana modelem dunskim.
3
oceń komentarz masz 1 głos
Pelna analiza poddanej tu pod dyskusje Strategii wykazala , ze ten dokument nie zawiera i nie odnosi sie wogole, w swojej tresci i prezentowanych propozycjach rozwiazan na przyszlosc, do istotnej sprawy zwiazanej z zyciem akademickim, a mianowicie, do integralnosci akademickiej !
Nie bylo dotychczas, nie ma, i nikt nie proponowal w zadnym dokumencie dotyczacym szkolnictwa wyzszego i reformy uniwersytetow w Polsce, wprowadzenia do praktyki pelnych rozwiazan (organizacyjnych, instytucjonalnych, statutowych i opiniotworczych, itp) zwiazanych z istnieniem, rola i funkcja integralnosci akademickej, na samym uniwersytecie i poza nim.To jest podejscie podmiotowe i sankcjonuje ono tozasamosc srodowiska akademickiego (kadra i studenici).
Przespano ponad 20 lat!
Zauwazmy, ze calosc przedstawionego Nam tu do wgladu dokumentu , a takze czesc Strategii Srodowiskowej ( KRASP/FRP) odnosi sie i wskazuje na wprowadzenie do uzytku rozwiazan i metod dzialania opartych na pro-jakosciowych standardach!
Wprowzdzenie kultury jakosciowej wymaga rownoczesnie istnienia na uczelni i poza nia wlasciwego podejscia do przestrzegania zasad postepowania i posiadania struktur w pelni integrujacych srodowisko akademicke wokol jego podstawowych pryncypiow i praw dzialania wchodzacych w sklad autonomii, wolnosci i samorzadnosci akademickiej.
O dziwo, tyle sie mowi tu i w mediach, o markowym uniwersytecie badawczym i jego sprawczej roli, lecz nie nadmienia sie, ze sprawa integralnosci akademickiej jest tam zarowno czescia zycia , struktury i zasad funkcjonowani tych jednostek na codzien.
A oto przyklady w tym zakresie /na roznym stopniu sprzezenie tej sprawy w system szkolnictw wyzszego w roznych krajach ( z ang academic integrity, research integrity, ): na poziomie miedzynarodowym/swiatowym to :
http://www.academicintegrity.org/, na poziomie krajowym/rzadowym:http://www.ori.hhs.gov/international/
krajowym:http://www.ukrio.org/sites/ukrio2/uk_research_integrity_office__ukrio_/index.cfm
uniwersyteckim:http://www.oria.cornell.edu/ lubhttp://www.rcr.ku.edu/
Wprowadzenie integralnosci akademickiej do tego dokumentu w panelu dotyczacym przejrzystosci dzialania (patrz cz12) uwazam za niezbedne, a wrecz vitalne dla powodzenia calosci procesu zmian, odnowy i realizacji pelnej misji edukacyjnej i wychowawczej szkoly wyzszej w Polsce!
Proponuje dodanie w tym tez miejscu punktu12E:
Wprowadzenie integralnosci akademickiej do praktyki zycia akademickiego szkoly wyzszej (na poziomie instytucji, procedury, kodu &zasad postepowania organizacji akademickich).
Prosze zauwazyc, ze nie jest problemem na dzis sam fakt, ze nie potrafimy rozwiazac wspolnie danego problemu badwczego, ale to, ze nasz student moze nie miec sam odwagi, checi i umiejetnosci spojrzenia na otoczenie krytycznie i zaprezentowania swiatu swoich spostrzezen i przyszlych odkryc..?!
Tego jest wciaz...brak! To widac-wystarczy ...wlaczyc TV (afery i przekrety) lub otworzyc gazete (ignorancja, niegospodarnosc, tajnosc dzialania, korupcja, nepotyzm, plagiaryzm,itp)...Brak integralnosci w dzialaniu...prawie wszedzie?
-1
oceń komentarz masz 1 głos
@ Zdzisław Szulc
Panie Profesorze,
Po pierwsze, mam nadzieję, że jest Pan tym Z. Szulcem, o bycie którym Pana posądzam :)Chciałbym Pański ostatni komentarz, choć nie powinienem rościć sobie do tego prawa, zadedykować Panu Zbigniewowi Miturze. A to dlatego, że wybitny przedstawiciel nauk ścisłych/przyrodniczych/technicznych - wedle woli interpretacyjnej, zwrócił uwagę na najważniejszą kwestię, czyli zdolność studiujących do racjonalnej, strukturalnej krytyki rzeczywistości świata nauki. A raczej braku tej zdolności lub niemożliwości zdobycia się na odwagę, by wypowiedzieć się w tej sprawie. Integralność akademicka, choć nie musimy tej właściwości nazywać akurat w ten sposób, dobry byłby każdy inny, jest tym, czego raport E&Y chyba umyślnie nie uwzględnia. Dlatego mam nadzieję, że jest Pan tym Z. Szulcem, którego mam na myśli – biochemikiem pracującym w Stanach, gdzie ekonomiczny grunt dla działalności akademicko-naukowej rządzi się zupełnie odmiennymi prawami. Nie musiałem wpisywać pańskiego nazwiska w Google, bo z pewnych powodów znam drobny wycinek pańskiego dorobku. Jeśli z amerykańskiej perspektywy można pokusić się o tak istotną, generalną refleksję zamiast sugerować: „róbcie tak, jak tu robią”, to można mieć nadzieję. Jestem niezmiernie wdzięczny za ten komentarz, choć Pan jest jednym z tych, którzy postulują szczegółowe odnoszenie się do poglądów na rozwój strategicznego myślenia o nauce w wątku, który nie tego ma dotyczyć… Pański postulat, który właściwie sprowadza się do sugestii uznania integralności akademickiej za niezbędną wartość życia uczelni jest niezwykle ważny. Ja nie widzę takiego rozumienia tej kategorii w ogólnej wymowie raportu E&Y, niestety. Tylko, jeśli Pan uprzejmy, proszę zastanowić się nad sformułowaniem „kultura jakościowa”….
A propos rozwiązań przedstawianych przez rektorów:
Ja jestem świeżym doktorantem, ale od lat interesuję się i pracuję w sferze związanej z zasadami organizacji kulejącej nauki polskiej. Strategia rektorska jest kompatybilna z wieloma elementami krytyki, jaką przedstawiłem w moich komentarzach, lecz wymowa tych ostatnich w żadnym stopniu nie jest determinowana propozycjami, pod którymi podpisują się władcy niektórych polskich uczelni. Jest ona w znacznej mierze próbą dostosowania zachowawczych poglądów do współczesnych tendencji w zakresie analizy strategicznych sfer instytucjonalnego zaangażowania państwa. Autorzy posługują się, z wielkim namaszczeniem, tymi samymi kategoriami, co „ekspercki” zespół E&Y (kreatywność, innowacyjność itp.). Wychodzę z założenia, do którego przychylają się m.in. liczni doktoranci i doktorzy ścisłych i humanistycznych specjalności, że nauka i propagowanie wiedzy to wartość niepodlegająca uwarunkowaniom rynkowym. W naszej opinii jest to jeden z najistotniejszych argumentów za utrzymywaniem państwa jako integratora instytucji (podobnie jak służba zdrowia, system emerytalny i kilka innych obszarów). Nie tu jest chyba miejsce na dyskusję o „utopijnych” alternatywach, które automatycznie zrobiłyby z nas bandę gówniarskich dziwolągów.
Bazowanie na wnioskach badawczych i statystykach OECD jest równie poprawne, co zamieszczanie w raporcie za 1,7 mln złotych niemal wyłącznie danych z Eurostatu. Uznanie niekwestionowalnego prymatu Procesu Bolońskiego jest tyleż przygnębiające, co zrozumiałe – państwo w gronostajach są funkcjonariuszami państwowymi lub zależnymi od uwarunkowań kształtowanych przez państwo. Konformizm wobec europejskich standardów ustanawianych na podstawie wyczucia biurokratów z KE i podległych jej agencji jest w rektorskich postanowieniach, jak dla mnie, potwornie smutny. Nie dlatego, że nie podejmuje się krytyki uśrednionych wskaźników, lecz z powodu posługiwania się przez autorów rektorskiej strategii zbanalizowaną interpretacją pojęć-wartości, jak choćby Life-Long-Learning (brak odniesienia do powiązań tej kategorii z pewną ogólną ideą kształcenia determinującą, siłą rzeczy, hierarchię instytucjonalną i delegowanie kompetencji – na marginesie: Grundtvig był DUŃCZYKIEM…). Dokument firmowany rektorską dumą jest próbą dopasowania ogólników do europejskiej retoryki mieszającej poziom ideowy z postanowieniami z zakresu polityki finansowej i systematyki podmiotów decyzyjnych. Tyle, że ostatecznie, mimo całej swej bezproduktywności, jest on bardziej ludzki od jadowitego manifestu zakochanych w pieniądzach, rynkowych fetyszystów. Nie wiem, Panie Profesorze, co chciałby Pan usłyszeć od osoby takiej jak ja. Gruntowną analizę rektorskiej strategii? A co miałbym analizować?
Chyba skończę udzielać się w tym serwisie, więc w związku z tą pompatyczną deklaracja, pozwolę sobie na pompatyczny apel: nie pozwólcie na przejecie kontroli nad nauką przez instrumenty uwielbiane przez wyznawców rynkowych aberracji. Inaczej za kilkanaście lat będziecie zastanawiać się, dlaczego tak niewielu jest ludzi zainteresowanych karierą naukową i dlaczego nie czują oni żadnej więzi z „branżą” akademicką. Obudzicie się zdziwieni brakiem chętnych do zaangażowania się w Wasz perfekcyjnie zorganizowany system urynkowienia nauki. Będziecie też narzekać na rodzimą humanistykę, która tak długo, jak będzie obowiązywał Wasz cudowny system, nie wyda żadnego naukowca godnego kochanej przez Was medialnej chwały. A cała reszta, wbrew Waszym intencjom, ucieknie tam, gdzie obowiązywać będzie polityka finansowania nauki mocniej skupiona na właściwym przedmiocie swoich zainteresowań, niż na kulcie konkurencji i promowaniu perwersyjnego pożądania tryumfu w wyścigu, którego zwycięzca otrzyma miano „użytecznego”. Przestańcie wielbić tylko pieniądze.
-1
oceń komentarz masz 1 głos
do Jacka_D: Bardzo dziekuje za przedstawienie wnikliwej analizy Strategii Rektorskiej w odpowiedzi na moja prosbe. Pozwole sobie takze na komentarz bardziej generalny odnosnie Panskich pogladow. Otoz sa one dla mnie nieprzekonywujace, gdyz jak pisalem wczesniej mam poglady liberalno-konserwatywne i wszelkie pomysly zwiekszania roli panstwa w czymkolwiek uwazam za dzialania destrukcyjne w tym sensie, ze oduczaja ludzi kreatywnosci, oszczedzania itp. Tu nawet nie chodzi o to czy dane panstwo ma wolne srodki na "rozdawnictwo" (np. panstwa arabskie maja), ale o bardzo negatywne oddzialywanie takich praktyk na mentalnosc ludzka. Ale pragne jednak zauwazyc, ze to zdecydowanie nie ja bede decydowal o ostatecznym ksztalcie strategii, ustaw itp. Zyjemy w panstwie demokratycznym, a osob myslacych podobnie jak Pan jest jednak duzo, wiec Pana uwagi sa jednak wartosciowe.
9
oceń komentarz masz 1 głos
Szanowni Uczestnicy Wymiany Zdań,
proszę pozwolić, że i ja zabiorę głos - jako pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego, średniego szczebla akademickiego (tuż przed habilitacją), w przeszłości student na Uniwersytetach w Bristolu i Oxfordzie oraz stazysta na Uniwersytetach w Aberdeen, Oxfordzie i City University of New York. Z góry przepraszam za poniższą wyliczankę, ale chciałbym, by Państwo mieli jasność, co do tego, z jakiej perspektywy wypowiadam swoje zdanie w pierwszej kolejności w odniesieniu do raportu E&Y, w dalszej natomiast do niektórych zamieszczonych komentarzy.
1. Rewizja systemu jest niezbędna - to zasadnicze przekonanie, które towarzyszy kadrze akademickiej, decydentom politycznym i finansowym oraz bardziej wyrobionym przedstwicielom społeczeństwa. Pytanie zatem, jakie należy zadać, brzmi: w jaki sposób dokonać rewizji?
2. Raport E&Y uważam za bardzo sensowny i wyważony, mimo że niekiedy Autorów ponosi tzw. fantazja ułańska, która skutkuje oderwaniem się od realiów, przede wszystkim języka i kultury, w ramach której funkcjonuje system akadamicki. Za chwilę wrócę do tego kontekstu, ale najpierw odniosę się do kilku innych diagnoz i propozycji, przede wszystkim powiązanych z koncepcją ustroju i finansowania Akademii.
3. Zasadniczo zgadzam się co do tego, że Akademia funkcjonuje źle, tak gdy chodzi o tzw. ład wewnętrzny, jak i uwarunkowania zewnętrzne. To złe funkcjonowanie ma jednak swoje powody: w ustroju uczelni i finansowaniu tychże (na co zwracają uwagę Autorzy E&Y). Kłopot polega na tym, że istotą ewentualnej zmiany musi być dokonanie reformy właśnie tych dwóch elementów: ustroju i finansowania.
4. Ustrój jest kwestią korporacyjną i zależną od tego, w jaki sposób postrzegamy swoją włąsną funkcję i rolę w ramach środowiska, jak i poza nim. Wyróżniamy Profesorów, gdyż są oni nie tylko świadectwem wiedzy, doświadczenia, mądrości, etc., ale także ucieleśnieniem tego, czym Akademia jest: miejscem spotkania uczonych i uczących - miejscem, do którego przychodzi się poznać prawdę.
5. Ustrój zasadniczo zasadza się na trzech elementach: prerogatywach ustawodawczych - rady instytutu, wydziału, senaty, prerogatywach wykonawczych - dyrektorzy, dziekani, rektorzy oraz prerogatywach sądowniczych - komisje ewaluacyjne, etyczne, etc. By zmienić ustrój, dobrze byłoby zatem przyjrzeć się, w jakim zakresie trzy wymienione elementy struktury realizują przydaną im funkcję. Tego w raporcie E&Y wyraźnie brakuje, a jeśli pojawiają się jakieś odniesienia to zaledwie na zasadzie wzmiankowania.
6. Z ustrojem powiązany jest problem finansowania. Jak się wydaje, raport E&Y sugeruje taką oto ścieżkę reformy: powściągnijmy cugle budżetowe, wymusimy w ten sposób konieczność zmian, a w rezultacie dojdzie do właściwej reformy i, daj boże, odrodzenia Akademii.
7. Ten pomysł uważam za tylko częściowo chybiony. Częściowo, gdyż musimy zdać sobie z tego jasno sprawę, że reforma, o której traktuje raport tak E&Y, jak i Rektorów, dotyczy GŁÓWNIE i prawie WYŁĄCZNIE uczelni publicznych. Retorycznym byłoby pytanie, dlaczego. Chodzi właśnie o to, że Płatnik chce jakoś zracjonalizować wydatki, a do tego potrzebuje uzasadnienia, którego zresztą daleko szukać nie trzeba, bo wystarczy udać się na dowolną uczelnię publiczną w Polsce i sprawdzić, jak wygląda dydaktyka, np. na kierunku Prawo oraz, oczywiście, badania.
8. Musimy mieć jasność co do tego, że organem założycielskim i prowadzącym, a więc de facto właścicielem jest państwo, które może za pomocą swoich organów chcieć kontrolować, nadzorować i wymuszać w podległych sobie agendach zmiany czy reformy. Kłopot w tym, a rzekłbym, że jest to kłopot natury fundamentalnej, że raport E&Y nie daje jasnej wizji uwolnienia się od funduszy budżetowych, a wprost jeszcze silniej wiąże Akademię z państwem, choćby wprowadzając rady powiernicze, które - jak ktoś słusznie zauważył w dyskusji - mogą (a znając polską rzeczywistość po prostu staną się) stać się agendami politycznymi.
9. Reforma Akademii musi zatem zacząć się od pytania, kto i w jakim zakresie ma finansować studia. Odpowiedź na to pytanie jest znów banalnie prosta: mają je finansować ci, którzy korzystają z systemu, czyli studenci. Dodatkowo, uczelnie muszą zbudować swoje zaplecze kapitałowe, fundusze finansowe i wprowadzić realne zasady zarządzania nimi. Dotacje budżetowe oraz unijne to ważne wspracie, ale dodatkowe, np. w zakresie finansowania badań podstawowych.
10. Raport E&Y wskazuje ścieżkę, która wiedzie do ubezwłasnowolnienia Akademii, podczas gdy potrzeba jej większej autonomii, np. w zakresie powoływania nowych kierunków studiów, brania za nie odpowiedzialności, rewidowania tego, co już znajduje się w ofercie. Autonomia Akademii możliwa jest tylko wtedy, gdy struktura finansowania ulegnie całkowitej zmianie, a uczelnie staną się instytucjami pożytku publicznego z silnymi fundamentami ekonomicznymi.
11. I trzy ostatnie punkty dotyczące uwarunkowań językowych i kulturowych. NIe jestem entuzjastą, jako filozof, podziału na nauki humanistyczne i ścisłe. Przeciwnie, uważam, że podział ten jest figurą dawno pozbawioną uzasadnienia. W tym kontekście nie przekonują mnie argumenty, wedle których winno się zwracać baczną uwagę na to, że na uczelniach są tzw. kierunki humanistyczne i ścisłe, i że mają one odmienną charakterystykę i funkcję. Nie przekonuje mnie to, bo jest to banał. Ale banałem nie jest to, że raport E&Y nie zawiera odniesienia do środowiska językowego, w jakim istnieją polskie uczelnie wyższe. Jest to tym bardziej zastanawiające, że właściwie, gdy przyjrzymy się sytuacji akademickiej w innych krajach, to czynnik językowy wysuwa się na plan pierwszy, szczególnie we Francji i Niemczech.
12. Akademia jest powiernikiem i strażnikiem kultury i języka kraju, w ramach którego funkcjonuje. Dydaktyka w 80 proc. kierunków zawsze będzie w języku polskim, a więc i wysiłek przygotowywania zajęć przez kadrę akademicką będzie kierowany na ten język. Proszę teraz sobie wyobrazić, jakiego trzeba heroizmu, by przygotowując wykłady, np. na historii najnowszej w j. polskim, jednocześnie pisać tekst w obcym języku do zagranicznego czasopisma, szczególnie że artykuł owego wyimaginowanego historyka nie zawiera się na 4 stronach, z czego 2.5 to tabele, zdjęcia materiału, wykresy. Tu w grę wchodzi także biegłe pisanie w literackim języku, a to nie jest ani łatwe, ani dostępne a vista.
13. Powiem tak: w interesie naszego kraju jest posiadanie elity. Na jej kształceniu musimy się skupić. Ta elita ma kilka wymiarów, od prawników, lekarzy, nauczycieli, po elity polityczne i urzędnicze. Nie chodzi o to, by rozdawać dyplomy, bo to zarówno uczelnie publiczne, jak niepubliczne już robią. Chodzi o to, by mieć pomysły na modele kształcenia i skorelowane z nimi modele badawcze, które w rezultacie dadzą Polsce światłe umysły i świetnych specjalistów w wielu dziedzinach. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by uświadomić sobie, że z faktu, iż zreformuje się Polski Związek Piłki Nożnej nie wyniknie bezpośrednio, że i reprezentacja będzie dobrze grała, i nagle przybędzie zdolnej dziatwy i młodzieży. Reforma ułatwi, ale niczego nie załawi raz i na zawsze.
14. Jestem entuzjastą pracy organicznej u podstaw. To, co razi mnie w dokumentach Rektorów oraz E&Y, że ten element jest prawie całkowicie spostponowany. Nie dziwi mnie to aż tak bardzo, bo zasadniczo Akademia opiera się dzś na interesie najsilniejszych, którzy dzierżą narzędzia decyzyjne. Z radością pogratuluję sukcesu w reformach i sam chętnie się włączę, gdy tylko usłyszę racjonalne, spójne i posiadające zaplecze ideowe uzasadnienie. Trywialność stwierdzeń E&Y oraz pompatyczność korporacyjna Rektorów mnie raczej odstręczają.
Serdeczności i ukłony,
SK
0
oceń komentarz masz 1 głos
@ Jacek D. Odniosl sie Pan do wielu spraw, nawet do takich, ktore nie byly poruszane zasadniczo w moim ostatnim materiale. Niemniej, wylapal Pan jedna niescislosc w moim tekscie oraz wykazal/potwierdzil mala precyzje mojego przekazu do srodowiska (szczegolnie do humanistow).
Pierwsza to niefortunne okreslenie " kultura jakosciowa"?! Powinno byc "kultura tworzenia i stosowania) jakosci". Sam KRASP jak i wiele uczelni sa czlonkami EUA -a tam to jest w programie ( http://www.eua.be/quality-assurance/quality-culture-project/). Przeciez sa w kraju "centra doskonalosci", a maja byc KNOWy z prawdziwego zdarzenia? Dla kogos to to, co podalem odnosnie integralnosci akademickiej i jej znaczenia, to truizm, dla kogos innego byc moze jakas tam nowosc, a dla zupelnie kogos innego ..to sprawa zbedna? Nie ma tego do wgladu w zadnej metrycznej bazie danych i GPSem tez tego nie namierzysz (Jak "larwe" w ostanim numerze FA!!)? Przeciez "wozy strazackie" ugasza kazdy pozar w terenie, w danym czasie, na zadanie dyspozytora lub z rozkazu kapitana-sluzbisty?
Dzialaja rozne komisje,w tym dysciplinarne, serwowane sa nagany, wyroki sadowe, krzyzowanie przylapanych idzie cala para w prasie, jakkolwiek, nikt specjalnie temu nie zapobiega tam, gdzie sie powinno ...od podstaw... na kazdej uczelni..od 20 lat? Sprawa etyki lezy kazdemu na sercu-a jakze,stad dluga litania opracowan odnosnie kodow i zasad postepowania jest do wgladu-lecz nie ma w uzyciu wlasciwych rozwiazan prewencyjnych, kontrolnych i egzekucyjnych(patrz strony internetowe NFA)?! Przypomina to system opieki zdrowotnej w ktorym nie jest latwo zadbac o swoje zdrowie, a starch jest zachorowac bo trudno w nim trafic do wlasciwego szpitala na czas? Co wtedy? Szczescie i/lub "znajomosci"...
Druga sprawa, jak widac, to stan ulomnej swiadomosci w srodowisku i poza nim, o tym, ze zapotrzebowanie na rzetelna ocene stanu kondycji danej dyscypliny wiedzy i osiagniac pracujacych w niej naukowcow, w powiazaniu ze zdaniem eksperta/komisji akredytujacej/ na temat poziomu, jakosci oraz przydatnosci ksztalcenia na danej uczelni w tym kierunku, a tez i sprawnosci calego sektora edukacji i nauki ...bedzie narastalo z dnia na dzien, po 1989r, i wymagac bedzie pracy organiczej od podstaw (pkt 14 u Pana S. Kolodzejczyka powyzej !) na polu integralnosci akademickiej! Komu wierzyc-gdy obracamy sie w swiecie niezaspokojonych potrzeb,snow o potedze, niescislosci , a niekiedy i fikcji? Tym, co ksztalca, bo maja wymagane do minimow stopnie i tytuly bez zadnych praktycznych osiagniec do wgladu od reki, czy tym, co chca zatrudniac ich absolwentow lecz widza u nich braki i narzekaja na brak wysokokwalifikowanej kadry na rynku? Obie strony chca sie rozwijac i miec w reku strategie dzialnia na przyszlosc!? Przy braku rzetelnych danych i osiagniec do wgladu, to bedzie... lipa! Brak integralnosci w dzialaniu zniweczy wszystko!
Dlatego uwazam, ze pelny projekt strategii rozwoju szkolnictwa wyzszego powinien w sposob integralny ujac jego przedmiot i podmiot. Akademicy, a szczegolnie humanisci, nie powinni dac sie wbic w buty wyrobnictwa i pracy na pokaz do tabelki! Niemniej, spoleczenstwo/studenci musza wiedziec co oni robia, po co i do czego doszli?
-2
oceń komentarz masz 1 głos
Moja opinia o Strategii:
1. Dobrze zdiagnozowane problemy.
2. Dobrze skorelowane z problemami cele.
3. Doskonałe propozycje działań (10 x tak).
Czekam z niecierpliwością na rekomendacje.
Oby były tak odważne jak propozycje działań.
1
oceń komentarz masz 1 głos
Polecam artykuł "Wybitny naukowiec żyje jak student. Biednie":
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,7568502,Wybitny_naukowiec_zyje_jak_student__Biednie.html
Przykład "umiędzynarodowienia" polskich uczelni wyższych. Tu naprawdę nie chodzi o same pieniądze, a raczej o "jakość" zarządzanie uczelniami.
2
oceń komentarz masz 1 głos
Właśnie ten przykład doskonale pokazuje, że chodzi przede wszystkim o pieniądze. Co poradzi :jakościowe, menedżerskie zarządzanie jak nie ma z czego zarządzać? Co ma zrobić rektor, który stoi przed wyborem - dopłacać do mieszkań obcokrajowców, czy wysłać pracowników na konferencje? Rząd potrzebnych pieniędzy nie przekazuje, a zarabiać uczelniom (czesne) nie pozwala z powodów ideologicznych. Pomysł na reformy bez pieniędzy już przetestowano - na oświacie. Wyszło wielkie g...
0
oceń komentarz masz 1 głos
Chyba muszę jednak przyznać Panu rację (zagalopowałem się, ale mogę się usprawiedliwić małą ilością snu od około tygodnia, spowodowaniej pisaniem peacy naukowej).
Początkowo myślałem, że problem wynika z słabszego traktowania zagranicznych akademików przez władze UAMu. Jednak poszukałem trochę informacji i znalazłem... "Asystent UAM z habilitacją zarabia po 22 latach pracy netto (bez żadnych pożyczek)2950 zł" (źródło: http://www.forumakad.pl/forum/topic.asp?tid=47140&mid=54785). Czy naprawdę są to takie pensje? :( Potrzebna jest reforma. I to szybko.
A czy mógłby Pan się ustosunkować do pomysłu konkursów, skierowanych zarówno do uczelni publicznych, jak i niepublicznych, na prowadzenie studiów? Czy Pana zdaniem, może to wprowadzić zmiany jakościowe w uczelniach publicznych?
3
oceń komentarz masz 1 głos
Do Pana Wojtka K. - potwierdzam, że takie niskie są płace na polskich uczelniach (szkoda, że konkretnymi kwotami nie interesują się ci, którzy wymawiają nam dorabianie i ci, którzy w swojej naiwności sądzą, że można cokolwiek poprawić w polskim szkolnictwie i nauce przy takim poziomie płac kadry).
Problem konkursów - teoretycznie może zmusić uczelnie do dbania o jakość kształcenia. Jak kierunek nie spełnia określonych wymagań, to uczelnia nie dostaje pieniędzy na nowy nabór studentów. Ale... my mieszkamy w Polsce. Diabeł tkwi w szczegółach. Jakie będą szczegółowe kryteria konkursów? Na ile politycy i urzędnicy będą mieli możliwość decydowania po swojemu? Czy nad konkursem nie zapanuje biurokracja? Bez odpowiedzi na te pytania trudno coś wyrokować. Obawiam się, że z tymi konkursami może być taka fikcja jak z awansem zawodowym nauczycieli - jak ktoś miał układ z dyrektorem, to pięknie opisywał swoje nieistniejące dokonania, dyrektor pisemka potwierdzał, a komisja przyznawała awans. Jeżeli konkursy miałyby stać się walką o dojścia i papierki , to nie mają sensu.
0
oceń komentarz masz 1 głos
Mnie sie wydaje, ze jesli chodzi o srodki finasowe na szkolnictwo wyzsze, to sytuacja nie jest tak jednoznaczna, jak twierdzi p. Z Osinski. Tzn. na pewno zgadzam sie, ze wszyscy ucieszylibysmy sie, gdyby realnie zwiekszono pensje na uczelniach np. o 40 %. Ale powiedzmy sobie szczerze, ze z tej samej puli, co szkolnictwo wyzsze finansowane sa instytuty badawcze, jednostki badawczo-rozwojowe itp. Sa one w duzym stopniu odziedziczone w spadku po okresie komunizmu i z dnia na dzien zlikwidowac ich nie mozna. Ale juz po roku 1989 powstaly np. Miedzynarodowy Instytut Biologii Molekularnej i Komorkowej oraz Narodowe Centrum Badan i Rozwoju. Wydatki na te wszystkie instytucje sa niebagatelne. Pytanie, ktore jednak trzeba zadac, to czemu konkretnie, one sluza, tzn. jaka korzysc bezposrednia lub posrednia ma nich tzw. podatnik. Ja osobiscie mam wrazenie, ze podstawa ich ich funkcjonowania nie sa racjonalne argumenty, ale niezbyt dokladnie sprecyzowane myslenie zyczeniowe. Oczywiscie niektore z instytutow badawczych sa potrzebne (chociazby na potrzeby obronnosci). Ale w ogolnosci funkcjonowanie jakichkolwiek instytucji, bez jasno specyzowanej misji, za to wymagajacych niebagatelnych kosztow to przyklad rozrzutnosci i niegospodarnosci. Efektywnie powoduje to, ze pula pieniedzy przeznaczonych na szkolnictwo wyzsze (w tym na pensje nauczycieli akademickich) w takich warunkach zawsze bedzie niezbyt wysoka, jako ze mozliwosci tworzenia "osobliwych" programow badawczych sa w zasadzie nieograniczone.
0
oceń komentarz masz 1 głos
Wlaczajac sie do dyskusji w temacie: skad brac i jak dzielic pieniadze na ksztalcenie i nauke, pragne zwrocic uwage ,ze w Polsce jest odwrocona proporcja finansowania tego sektora ze strony panstwa i gospodarki (przemysl, prywatny biznes,sponsorzy,itp) w stosunku do tego co istnieje w krajach wysokorozwinietych ( z innowacyjna gospodarka). Przegladajac biezace dane statystycze na stronie OECD (R & D financing 2007) , mozna tam znalezc tabelke w ktorej Polska jest 3 od konca, majac wsparcie tego sektora ze strony biznesu na poziomie 34% tylko! Srednia OCED to ~65%, a liderzy ~ 80%! Co wiecej, mozna tez tam znalezc,ze naklady na R&D ze strony rzadu, w ostanim 10 leciu wzrstaly srednio, w skali rocznej~1.71 %!!? Te dwie cyferki wskazuja ,ze gro pieniadzy idzie/musi byc tu na te niskie pensje i ruch tego sektora oraz bardzo malo zostaje na tzw rozwoj/inwestycje,itp. Aby dostac pieniadze z EU na nauke nalezy byc w jakims tam stopniu konkurencyjnym, a sie nie jest!? A wiec pozostaje pozyczanie pieniedzy gdzie sie da i finansowanie tego z wlasnego budzetu. W naszej strefie klimatycznej EU, nikt sie jeszcze nie odwazyl wprowadzic pelnej odplatnosci za studia publiczne! Niemniej, wiekszosc panstw EU ciagle modernizuje i usprawnia swoje systemy/uczelnie: srodki pochodza tu od spoleczenstwa/podatki/ i z przemyslu/biznesu/donacje, itp. Ten, kto z tego korzysta i wspiera, widzi i ma dane do wgladu wskazujace , ze ten sektor sprawnie i efektywnie dziala...
-1
oceń komentarz masz 1 głos
STYPENDIA: Nie rozumiem idei likwidacji stypendiów naukowych i powiększenia stypendiów socjalnych ich kosztem. Przecież one nie mają ze sobą nic wspólnego! Stypendium naukowe jest NAGRODĄ za wyniki w nauce, a nie instrumentem wyrównywania szans między studentami z różnych klas społecznych. I wśród bogatych i wśród biednych uczniów znajdą się i matoły i geniusze. Nie rozumiem zatem dlaczego ktoś, kto istotnie poświęca dużo czasu na naukę - i nieistotne w tej kwestii jest to czy uczy się dla siebie czy dla pieniędzy - ma zostać pozbawiony nagrody za swoje wyniki w nauce. Sama jestem studentką i wiem, że (przynajmniej na moim kierunku) uzyskanie stypendium naukowego wcale nie jest takie proste jak by się mogło wydawać. Zamiast likwidować stypendia naukowe lepiej dokładnie przyjrzeć się socjalnym i temu, komu są one przyznawane. Studenci z bogatych domów często dostają dużo wyższe stypendia niż ci, którym są one naprawdę potrzebne - wystarczy przemeldować się do domu członka rodziny który zarabia pracując na czarno i wykazać, że dostaje się tylko nędzne alimenty. Albo wykazać, że firma rodziców poniosła straty, przy czym prawdziwe źródło utrzymania zazwyczaj jest niewidoczne (oszczędności, zlecenia "na czarno", bogata babcia itp.). Zamiast zabierać studentom jedyną gratyfikację pieniężną za ich wysiłek umysłowy, lepiej sie przyjrzeć studentom, którzy pobierają stypendia socjalne w wysokości 1200 zł a żyją w dwupiętrowych domach jednorodzinnych.
5
oceń komentarz masz 1 głos
I jeszcze jedno: nie tylko rektorów, profesorów i doktorów należy pytać o zdanie w sprawie programu "uzdrowienia" szkolnictwa wyższego ale głównie samych studentów. To dla nich istnieją uczelnie wyższe, a nie odwrotnie.
-3
oceń komentarz masz 1 głos
"Zamiast zabierać studentom jedyną gratyfikację pieniężną za ich wysiłek umysłowy,"
Droga Pani Aleksandro. Gratyfikacja bedzie Pani przyszle wynagrodzenie jak Pani podejmie prace. Gratyfikacja w przyszlej pracy winna byc funkcja Pani wysilku umyslowego.
Po dalsza argumentacje przeciwko stypendiom naukowym, odsylam do raportu OECD z 2007 r.
fiappl.info/2008/01/edukacja-w-polsce-raporty-swiatowe_12.html
Wersja PL - polecam lekture nastepujacych stron: 36, 61,
Przykro mi jezeli rodzice dawali Pani w dziecinstwie prezenty za dobre stopnie w szkole - wyrzadzili Pani niestety ewidentnie krzywde, ale przynajmniej czynili to z wlasnych funduszy!!!
Pieniadze podatnika maja sluzyc osiagnieciom celow spolecznych - tak jak to slusznie podkreslono w raporcie OECD i jak zapisano w proponowanej strategii.
2
oceń komentarz masz 1 głos
Ja również uważam, że likwidacja stypendiów naukowych nie jest drogą w dobrą stronę. Sam przez całe studia dostawałem takie stypendium i uważam, że ma ono rolę motywującą do pracy o dobre oceny. Wydaje mi się, że to właśnie wyniki w nauce powinny decydować o tym kto jest na studiach - tu są przynajmniej jasne kryteria przyznawania i raczej ciężko coś ukryć, bo wszystko jest czarno na białym w indeksie - jesteś dobry=dostajesz kasę. Uważam wręcz, że rola stypendiów naukowych powinna być zwiększana kosztem socjalnych, które są w zasadzie za to, że pochodzi się z rodziny o niskich dochodach.
Widziałbym np. takie rozwiązanie: na pierwszy semestr czy rok studiów mogłoby być przyznawane stypendium socjalne wg dotychczasowych zasad, ale w wysokości umożliwiającej samodzielne utrzymanie się. Natomiast od drugiego roku stypendiów socjalnych nie powinno być - moim zdaniem - wcale, a jego rolę powinno zastąpić stypendium naukowe, przyznawane np. dla 20% najlepszych, również w wysokości, która umożliwiałaby studentowi utrzymanie się. W ten sposób premiujemy tylko najlepszych, bez względu na pochodzenie czy sytuację rodzinną. Jednocześnie patologie takie jak opisane przez p. Aleksandrę mogłyby w najgorszym razie występować tylko przez semestr (rok).
Jeszcze o stypendiach - tym razem doktoranckich. Nie trzeba chyba mówić w jakiej wysokości są one obecnie przyznawane. W porównaniu do zarobków w firmach są wręcz śmieszne. A przecież chcielibyśmy, żeby na uczelniach zostawali najlepsi - jak to zrobić oferując im 1000 zł na miesiąc, a do tego zakazując pracy na etacie? Ten zakaz powinien być moim zdaniem zniesiony jak najszybciej. Ewentualnie jeśli chcemy, żeby doktorant skupiał się wyłącznie na pracy naukowej, to zakaz pracy na etacie mógłby być, ale należałoby podnieść stypendium do jakiejś sensownej wysokości. Obecny system również prowadzi do patologii takich jak np. praca na 15/16 etatu albo ukrywanie przed uczelnią faktu zatrudnienia w innym miejscu.
1
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Szymonie,
Moi magistranci, dopóki nie podejmują pracy, kontaktują się ze mną co tydzień. Po podjęciu pracy (na etat) częstość kontaktów spada do jednego na pół roku, co z dużym prawdopodobieństwem prowadzi do porzucenia pracy dyplomowej i nieukończenia studiów. Tymczasem Pan żąda, by nawet nie magistranci, a doktoranci mogli pracować na cały etat i jeszcze dostawać stypendium czy-się-stoi-czy-się-leży-mi-stypendium-się-należy? Znam przypadki doktorantów, którzy potrafią łączyć pracę zawodową z "robieniem" doktoratu BEZ stypendium, ale to są absolutne wyjątki.
Czy stypendium 2000 zł by Pana zadowoliło? Ale to jest pensja młodego adiunkta!
Nie widzę dobrego wyjścia z tej sytuacji ani żadnej dobrej rady dla doktorantów.
Najlepszym rozwiązaniem byłby powrót do modelu asystentur - doktoraty robiłoby się nie na studiach doktoranckich, ale w grupach badawczych przy okazji prowadzenia normalnych prac badawczych. Wtedy doktorant dostawałby wynagrodzenie za pracę (zarówno naukową, jak i dydaktyczną, w dodatku ściśle związaną z tematyką doktoratu), a nie za samo zapisanie się na studia. Ale taki model jest już - w dobie umasowienia doktoratów - zupełnie nierealny.
3
oceń komentarz masz 1 głos
Szanowni Państwo!
A ja rozumiem doskonale ideę likwidacji stypendiów, tylko nie w takiej formule, jak proponują niektórzy. Jestem za tym, by jasne było, że na studia wszystkich szczebli przyjmuje się określoną pulę osób ze stypendium oraz osoby bez. Stypendyści mają pokryte koszty studiów, reszta niestety nie. Realnym problemem w tej sytuacji jest selekcja, bo w Polsce nawet system rekomendacji nie działa należycie, ale z tym można byłoby sobie poradzić.
System motywowania przez stypendia działa źle, gdyż studenci nauczyli się omijać trudne egzaminy, by nie tracić na średniej. Co więcej, studenci mają świadomość niesprawiedliwości systemu, który na coś takiego pozwala. I jeszcze jedno: tym bardziej dotkliwa jest ta świadomość, im mniej obiektywne są metody pomiaru wyników egzaminów. Egzamin to poważna sprawa, która domaga się standaryzacji i parametryzacji, jeśli ma być podstawą do dawania komuś pieniędzy. Niech osoby, które są w stanie takie standardy wprowadzić od ręki i zagwarantować tym samym, że system działa poprawnie, ujawnią te pomysły, bo może wtedy będzie mniejsza liczba poszkodowanych.
Na argument, iż studenci przestaną się uczyć, gdy odbierze się im stypendia, można powiedzieć tylko tyle: niech to zrobią jak najszybciej i zrobią miejsca tym, którzy są zdolniejsi, albo równie zdolni. W tym aspekcie zgadzam się z jednym z przedmówców, że wynagrodzenie za pracę przyjdzie po studiach. Studia są poważnym przedsięwzięciem i młodzi ludzie wraz z ich rodzicami muszą z tego sobie zdawać sprawę.
Tym bardziej jestem za tym, by te stypendia zlikwidować (w dowolnej postaci), że są one przez uczelnie wyłącznie dystrybuowane, a nie wypracowywane i potem przekazywane dla wybitnych studentów. Mój Uniwersytet powołał klika funduszy stypendialnych i działają one na zupełnie innych zasadach niż rozdawnictwo państwowe. Inna jest także motywacja dla starających się o nie. A wreszcie o coś zupełnie innego chodzi w tego rodzaju stypendium.
Wracam do źródła: struktura finansowania publicznych uczelni jest zła. Raporty E&Y oraz Rektorów nie zamierzają nic z tym fantem robić. A to oznacza, że żadnej realnej zmiany nie będzie. Raporty obnażają słabości, ale propozycje idą w kierunku ich utrwalenia. To tak jak z habilitacją, która dalej jest stopniem, którego nadanie ma charakter polityczny (bo głosują rady wydziałów, często złożone z przedstawicieli dyscyplin bardzo od siebie różnych), a nie merytoryczny.
Serdeczności,
SK
5
oceń komentarz masz 1 głos
@ p. Zbigniew Koza
"Tymczasem Pan żąda, by nawet nie magistranci, a doktoranci mogli pracować na cały etat i jeszcze dostawać stypendium czy-się-stoi-czy-się-leży-mi-stypendium-się-należy? Znam przypadki doktorantów, którzy potrafią łączyć pracę zawodową z "robieniem" doktoratu BEZ stypendium, ale to są absolutne wyjątki. Czy stypendium 2000 zł by Pana zadowoliło? Ale to jest pensja młodego adiunkta! Nie widzę dobrego wyjścia z tej sytuacji ani żadnej dobrej rady dla doktorantów."
Oczywiście wszystko zależy od motywacji. Jak ktoś chce, to zrobi doktorat i bez stypendium tak jak Pan napisał. Jeśli nie chcemy, żeby pieniądze podatnika były wyrzucane w błoto, to można by wprowadzić wymóg obrony doktoratu np. najpóźniej rok po ukończeniu studiów doktoranckich pod groźbą konieczności zwrotu stypendium za cały okres studiów. Myślę, że takie coś działałoby na doktoranta mobilizująco. Chyba podobny system jest w tej chwili przy grantach promotorskich - jeśli doktorant nie obroni się w czasie zadeklarowanym przy ubieganiu się o grant, to musi oddać całość funduszy? Oczywiście cały "system" należałoby zmodyfikować, aby zapobiec dalszej inflacji poziomu doktoratów (ale swoją drogą to i teraz jest kiepski i reformy są konieczne tak czy owak). Poza tym można by również wprowadzić jakąś projakościową selekcję - publikacje, konferencje itp. i na tej podstawie wyłaniać np. 50% tych, którzy dostawaliby stypendia.
Czy stypendium 2000zł by mnie zadowoliło? Na pewno bardziej niż 1000 ;) Bo taka kwota - w przeciwieństwie do obecnie obowiązującej - pozwala już na samodzielne utrzymanie się. Że jest to tyle co pensja adiunkta? No cóż - może adiunkci zarabiają za mało? Na moim "podwórku" w ciągu ostatnich kilku lat z uczelni odeszło kilku młodych pracowników (niewiele przed albo chwilę po doktoracie) i każdy z nich w nowej pracy zarabia ca 10x tyle co na uczelni. O czym to Pana zdaniem świadczy? Bo moim zdaniem o tym, że uczelnie i państwo wciąż nie przywiązują wagi do kadr - w przeciwieństwie do firm prywatnych, dla których taki pracownik to prawdziwy skarb.
"Najlepszym rozwiązaniem byłby powrót do modelu asystentur - doktoraty robiłoby się nie na studiach doktoranckich, ale w grupach badawczych przy okazji prowadzenia normalnych prac badawczych. Wtedy doktorant dostawałby wynagrodzenie za pracę (zarówno naukową, jak i dydaktyczną, w dodatku ściśle związaną z tematyką doktoratu), a nie za samo zapisanie się na studia. Ale taki model jest już - w dobie umasowienia doktoratów - zupełnie nierealny."
Dlaczego jest nierealny? Moim zdaniem jest jak najbardziej realny i w pełni popieram Pana postulat. Podczas pracy na uczelni można się nauczyć o wiele więcej niż na zajęciach dla doktorantów, inna jest też pozycja pracownika uczelni niż doktoranta, który jest często traktowany jak student. Albo - co gorsza - jako prawie darmowa siła robocza (przypadki znane ze słyszenia, jak również przytaczane na tym forum). Umasowienie studiów doktoranckich z pewnością jest na rękę uczelniom, ale niekoniecznie społeczeństwu, które tych doktorantów przecież finansuje. Moim zdaniem państwo powinno wspierać najlepszych, z których potem będzie mieć pożytek. A jak ktoś chce robić doktorat tylko dla dwóch literek przed nazwiskiem to niech to robi za swoje pieniądze.
1
oceń komentarz masz 1 głos
Podoba mi się głos p. Sypniowskiego. Dokladnie tak powinno być: albo ktoś PRACUJE na rzecz jakichś konkretnych badań (plus dydaktyka, jeśli jest uzyteczny) i mu się za to płaci, albo kogos ciągnie się i przyucza do tych dwóch literek przed nazwiskiem: niech za to płaci.
Gorąco popieram stypendia naukowe dla studentów. Opinia lewicowych ekspertów z Zachodu po prostu mi się nie podoba.
A co do "konkursowego" przydzielania środków uczelniom - mam jak najgorsze obawy. Obecna praktyka typowanie kierunków zamawianych - nie pozostawia żadnych złudzeń. Już lepiej przydzielić jakieś bony edukacyjne studentom i niech idą gdzie chcą (obecnie prawie tak jest, tyle ze ten bon to taki raczej malutki wklad do algorytmu).
2
oceń komentarz masz 1 głos
Zacznijmy od wypowiedzi p. Kołodziejczyka: "Akademia jest: miejscem spotkania uczonych i uczących - miejscem, do którego przychodzi się poznać prawdę". Zapewne zdecydowana większość uczestników tej dyskusji, jak i jej czytelników, rozpoczęła studia z równie szlachetnych pobudek. Tymczasem wydaje mi się, że w rzeczywistości zdecydowana większość młodzieży podejmuje studia wyższe w nadziei, że pomoże jej to znaleźć lepszą pracę. Nawet jeśli tak nie jest, to społeczeństwo nie ma żadnego interesu w fundowaniu niezwykle kosztownego systemu, angażującego miliony osób, tylko w celu poszukiwania prawdy; jakiej prawdy? :-)
Wróćmy teraz do historii wietnamskiego naukowca, któremu odebrano prawo do bezpłatnego mieszkania (wpis Wojtka K.). Zastanowiła mnie argumentacja władz uczelni: otóż z jednej strony ministerstwo zmniejszyło dotacje "bezwarunkowe", z drugiej zaś uczelnia twierdzi, że musi wygospodarować środki na konferencje, bo z nich są publikacje, które to publikacje przeliczają się na punkty, a z kolei te przekładają się na większe dotacje ministerialne. Co jest celem działania uczelni? Zbieranie punktów/zaspokojenie wymagań ministerstwa (niepotrzebne skreślić). Zaraz, zaraz, czyżby w Polsce wydawało się miliardy złotych tylko w celu zaspokojenia wymagań ministerstwa? Nie, no nie, na pewno nie, przecież jesteśmy rozwiniętym krajem OECD i nie przelewamy z pustego w próżne! ;-)
A teraz fragment komentarza z niedawnego artykułu w Polityce na temat strategii E&Y: "Według nich [tj. autorów strategii E&Y] uczelnie wyższe nie są samotnymi wyspami, przeciwnie, celem ich istnienia jest dzielenie się wiedzą z resztą społeczeństwa, kształcenie kadr dla gospodarki, utrzymywanie praktycznych kontaktów ze społecznościami lokalnymi, z innymi uczelniami i naukowcami w kraju i za granicą". Mimo użycia czasu teraźniejszego, zdanie to nie opisuje stanu faktycznego, lecz stan pożądany w przyszłości. Stan obecny jest dokładnie przeciwny.
Wojtek K. dziwi się, że adiunkt z habilitacją po 22 latach pracy zarabia 2950 zł netto. Tymczasem dochodzą mnie słuchy, że moi studenci już na stażu otrzymują pensje porównywalne z pensjami profesorskimi, o których pisze p. Osiński. Na zdrowy rozum profesorowie (a tu słowem tym obejmuję całą kadrę dydaktyczną) są więcej warci niż ich uczniowie, przynajmniej tuż po zakończeniu edukacji. I tu dochodzimy do ważnej konstatacji p. Sypniowskiego: "uczelnie i państwo wciąż nie przywiązują wagi do kadr". Kadry to największy skarb uczelni. Gdyby skarb ten znajdował się w rękach prywatnych, właściciel dzień i noc myślałby, jak najlepiej skarb ten wykorzystać i pomnożyć. Może płatne studia (to już mamy), może studia trzysemestralne, żeby wykorzystać wakacje, może komercjalizacja popularyzacji nauki, a może nawiązanie kontaktów z firmami, które zatrudniają absolwentów za 4-10 tys. i zaoferowanie im współpracy? Może aplikowanie o wszystkie możliwe granty krajowe i międzynarodowe? Może wyciąganie ręki po wszelkie możliwe środki unijne (w tej dziedzinie teoretycznie słabsze uczelnie prywatne wyraźnie wygrywają z publicznymi)?
Tu dochodzimy do uwagi p. Szulca: w Polsce sektory badań, nauki i szkolnictwa wyższego w zbyt dużym stopniu opierają się na dotacjach państwowych, a wkład sektora prywatnego jest zatrważająco niski. Ale jak może być inaczej, jeżeli celem uczelni i instytutów badawczych jest zbieranie punktów, a indywidualnym celem całej rzeszy pracowników jest znalezienie dodatkowego zatrudnienia z pominięciem macierzystej uczelni? Dlaczego sektor prywatny miałby inwestować w kolekcjonowanie ministerialnych punktów? Dlaczego miałby szukać pośrednictwa uczelni, skoro w razie potrzeby (i świadomości) może dotrzeć do jej indywidualnych pracowników?
I w końcu dochodzimy do sedna sprawy. Potrzebna jest zmiana celu funkcjonowania uczelni i instytutów badawczych. Nie zbieranie punktów, lecz rozwiązywanie konkretnych problemów. Jeśli będziemy - jako naukowcy - mogli zaoferować rozwiązanie konkretnych, często przyziemnych problemów, w tym np. społecznych, to pojawią się zainteresowani współpracą biznesmeni i dopiero wtedy pojawi się szansa zawalczenia o pieniądze unijne z grantów badawczych. Same KNOW-y nic tu nie pomogą, o ile ich powstaniu nie będzie towarzyszyć zmiana paradygmatu działalności naukowo-badawczej. Wtedy pojawią się też "normalne" pieniądze dla doktorantów i post-doców, z czego na pewno ucieszy się p. Sypniowski.
Oczywiście nie jest ani możliwe, ani pożądane, by takiej komercjalizacji poddana została cała działalność naukowa. Chodzi tylko o przywrócenie właściwych proporcji, a przede wszystkim - o zerwanie z nałogowym uzależnieniem sektora nauki i badań od funduszy publicznych - jedną z wielu pozostałości po PRL. Zmiany paradygmatu funkcjonowania uczelni nie zmieni się bez zmiany systemu zarządzania i finansowania, z akcentem na "zarządzania". Bez zrzucenia kaftana szczegółowych przepisów, ale i odpowiedniego zwiększenia odpowiedzialności uczelni za powierzone im zasoby.
Taka zmiana to przede wszystkim kwestia zmiany mentalności środowiska. To wymaga zmiany pokoleniowej, a nie - jak postulują autorzy strategii - 2-3 lat. Tak szalone tempo reform to moja główna obiekcja do strategii E&Y. Nim gruby schudnie, chudy umrze z głodu. Innymi słowy, przy rewolucyjnym tempie zmian pierwszymi jej ofiarami mogą się okazać jej docelowi beneficjenci, czyli naukowcy ("naukowcy" w sensie funkcjonalnym, a nie formalnym).
Z drugiej strony demograficzne tsunami tuż tuż, czasu mamy naprawdę niewiele...
17
oceń komentarz masz 1 głos
Pozwolę sobie na kilka słów w sprawie, którą poruszył Pan Zbigniew.
Moje zdanie o tym, że spotykamy się w Akademii, by poznawać prawdę, a co najmniej do niej dążyć, jest pod pewnym względem prowokacyjne. Współczesne modele edukacji uniwersyteckiej przyjmują raczej, że chodzi wyłącznie o praxis, dzięki któremu gospodarka będzie funkcjonować sprawniej, a ludziom żyć dostatniej.
Model pragmatyczny uważam, Szanowni Uczestnicy Forum, za nihilistyczny. Pan Zbigniew odwołując się do wskazówek raportu E&Y i komentarzy w artykule w "Polityce" zacytował, na czym owa pragmatyka ma polegać. Autorzy raportu naiwnie sobie wyobrażają, że istnieje przełożenie 1:1 między sferą aktywności wiedzotwórczej a tym, co dzieje się w tzw. życiu. Ta naiwność jest tym bardziej skandaliczna, że żaden fragment raportu nie zastanawia się nad tym, jaki model wiedzy w ogóle wchodzi w grę, gdy mówimy o budowaniu przekonań i uzasadnień dla tych przekonań w sferze aktywności teoretycznej. To jest poważny zarzut metodologiczny, który - podobnie jak oderwanie od języka i kultury oraz ubezwłasnowolenienie Akademii - kładzie całą wizję na łopatki, nawet jeśli znajdują się w nim postulaty słuszne (w sensie: słuszne, ale w ramach przyjętego modelu, który i tak w dłuższej perspektywie czasu nie będzie żadną sanacją, a jedynie utrwaleniem status quo).
Gdy mówię o nihilizmie modelu pragmatycznego mam na względzie trzy główne problemy:
1. nikt nie jest w stanie przewidzieć, które kierunki, dyscypliny, etc. są istotnie społecznie użyteczne (weźmy biotechnologię, która cieszy się taką popularnością wśród studentów - nasz kraj nie jest w stanie przyjąć tych absolwentów, którzy dotąd zostali wyedukowani);
2. trzeba oddzielić interes związany z wykorzystaniem ustaleń nauki od bezinteresowności samej aktywności naukowej;
3. jeśli w poznaniu naukowym nie chodzi o prawdę, a więc sensem istnienia Akademii nie jest prawda i jej rozpowszechnianie, nauka nie ma sensu, gdyż właściwie jej status niczym nie różni się od statusu gadania przeciętnego Kowalskiego u cioci na imieninach.
Zacznę od 3. Tym, co różni Akademię od reszty świata, to potężna dawka samoświadomości dotyczącej tego, że jeśli chodzi nam o prawdę, musimy wiedzieć, jak ją osiągnąć. Stąd jest wiele wydziałów i kierunków, ludzie specjalizują się w rozlicznych dyscyplinach - każdy bowiem może tę samoświadomość podnieść, a tym samym określić kierunek, w którym winniśmy zmierzać, jeżeli rzeczywiście na prawdzie nam zależy. Tak też rozumiem ideę badań podstawowych. One nie są podstawowe w sensie - obowiązkowego curriculum, ale mają charakter meta-, gdyż to z ich perspektywy można potem rozstrzygać o tym, w jakim kierunku prowadzić badania "bliższe" rzeczywistości życia codziennego.
Ad 2. To zrozumiałe, że ludzie chcą widzieć korzyść z badań naukowych. Ale nie dajmy się zwariować samej idei korzyści, szczególnie funkcjonując w ramach Akademii. I tu, znów pozwolę nie zgodzić się z raportem E&Y i komentarzem w "Polityce". Otóż, Akademia jest samotną wyspą. Samotną w tym sensie, że przekraczając jej bramy, każdy ma prawo oczekiwać, że świat przestaje mieć znaczenie, żywione dotąd przekonania mogą okazać się złudne, a podzielane prawdy pozorem. To wkroczenie w inny wymiar, a nie przedłużenie tego, co znamy z ulicy lub rozmów w pubie. Inna rzecz, czy dzisiejsza Akademia, w Polsce (ale i na świecie), rzeczywiście pozwala na wejście w inny wymiar. Otóż, śmiem twierdzić, że właśnie na tym istota rzeczy się zasadza, że tym, co różni najlepsze uczelnie świata od całej reszty szarej masy, jest właśnie to, że w ich ramach ta przestrzeń jest realnością. Kto raz zetknął się z Uniwersystami w Oxfordzie, Cambridge, Harvardzie, Priencton, St. Andrews czy Heidelbergu ma świadomość, że wkroczył w inną rzeczywistość, gdzie poznanie prawdy, jej kultywowanie i nauczanie jest wartością o wadze zasadniczej, nawet jeśli pojawia się konieczność kompromisu w sprawiach użyteczności. Ta rzeczywistość jest w tym sensie powiązana z postawą bezinteresowności, iż nikt tam nie oczekuje, by każde badanie było użyteczne, ale raczej by ewentualnie otwierało perspektywę dla tej użyteczności (jeśli w ogóle brać ją pod uwagę).
Ad 1. Punkt pierwszy to oczywistość. Tym, co może wyrządzić Akademii największą krzywdę, to inżynieria społeczna, której celem jest modelowanie kształcenia akademickiego w taki sposób, by odbiór społeczny był taki: robią to, co użyteczne i ważne dziś dla nas. Akademia przekracza - to wątek łączący punkt 1 z 2 - doraźność w kierunku tego, co uniwersalne i bezczasowe. Trzeba nie mieć wyobraźni, by nie rozumieć, że jeśli dziś Akademie wymodelujemy ze względu na tzw. zapotrzebowanie rynku, to za 20 lat będziemy musieli znów przeprowadzić rewizję systemu. A to jest i czasochłonne, i pozbawione sensu w perspektywie długofalowej.
Już widzę, jak Szanowne Koleżanki i Koledzy uśmiechają się pod nosem. No cóż, taki los. Rzecz rozbija się o pryncypia. Jeśli lansujemy model Akademii jako szkoły wypuszczającej technokratów, to, powiedzmy sobie szczerze, taka Akademia jest zaprzeczeniem swojej własnej istoty.
I na sam koniec: patrzę na moich Studentów i widzę wspaniałych młodych ludzi, którzy przekraczają bramy Uniwersytetu z marzeniami, także tymi bardzo konkretnymi. Ale widzę też, że marzeniem dominującym jest chęć dowiedzenia się, co zrobić, by rzeczywistość duchowa, w ramach której prawda dochodzi do głosu, nie była tylko ułudą.
Serdeczności sobotnie,
SK
7
oceń komentarz masz 1 głos
Gorąco popieram to co napisał Pan Sebastian Kołodziejczyk. Sadzę, że te, dosyć oczywiste dla ludzi nauki, stwierdzenia powinny być podstawą wszelkich rozważań o nauce i szkolnictwie wyższym. Szkoda, że tak nie jest, czego przykładem może być wiele artykułów prasowych, wypowiedzi w Internecie i w różnych raportach. Szanowni krytycy polskiej rzeczywistości naukowej i edukacyjnej i zwolennicy radykalnych reform - zacznijmy od tego, czy misja uniwersytetu, która widoczna jest w wypowiedzi Pana Kołodziejczyka (uniwersum), Wam się podoba , czy nie? Jeżeli tak to zamiast o rewolucji pomyślmy o ewolucji. Jeżeli zaś uważanie, że na pierwszym miejscu postawić trzeba użyteczność, miejcie świadomość, że chcecie zamiany uniwersytetu na wyższą szkołę zawodową. Czy tego pragniecie ? - określcie się jasno. Bo ja z niektórych wypowiedzi tego nie mogę wywnioskować.
-2
oceń komentarz masz 1 głos
Tylko może należałoby zróżnicować to co jest Akademią, a co jest szkołą wyższą? Chyba to chcieli osiągnąć autorzy Strategii, ale zajęli się jedynie sprawą szkół wyższych. Być może powinniśmy rozmawiać o równoległym rozwoju dwóch, różniących się "nurtów" uczelni wyższych:
- świetnych, nie za dużych Uniwersytetów, dążących do tego, o czym pisał p. Kołodziejczyk
- szkół wyższych (tego, co autorzy Strategii nazywali Kolegiami), które kształciłyby osoby gotowe po trzyletnim licencjacie podjąć pracę i na to głównie nastawione.
Nie każdy student w Polsce musi studiować na Akademii, tak jak nie każdy student w Wlk. Brytanii studiuje na Oxbridge czy St. Andrews, co więcej nie każdemu jest to potrzebne do spełnienia jego marzeń. Wystarczą Kolegia, które przygotują go dobrego do znalezienia się na rynku pracy.
Natomiast musimy stworzyć też uczelnie, które dawałyby tą "inną rzeczywistość, gdzie poznanie prawdy, jej kultywowanie i nauczanie jest wartością o wadze zasadniczej". Tylko czy wyobrażają sobie Państwo, co by się działo, jeśli któryś polityk zaproponował choćby zmniejszenie Uniwersytetów o np. 30% (bez zmniejszania dotacji na nie)?
8
oceń komentarz masz 1 głos
Szanowni Panowie Zbigniewie i Wojciechu,
dziękuję za wsparcie mojego głosu mam nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku nieodosobnionego. Bezwzględnie, problem zasadza się na tym, że hasło "Akademia" w ogóle nie jest, także przez samych pracowników uczelni wyższych i uczonych, nie mówiąc o Autorach raportów będących przedmiotem debaty, opracowane. To jest właściwie zarzut, który powinien w istotny sposób zmodyfikować podejście do obu raportów (E&Y oraz Rektorów), a także zapędów reformatorskich MNiSW.
Kiedy pytam moich starszych Kolegów, członków gremiów decyzyjnych w rozlicznych Radach i Senacie, dlaczego mój Uniwersytet zmierza ku samozagładzie decydując się na dydaktykę dla ok. 40 tysięcy studentów, słyszę jedynie westchnięcia. Kiedy pytam, gdzie byli decydenci akademiccy, gdy przegłosowywano pensum pracownika naukowego w wysokości 240 godzin, słyszę, że przy takiej liczbie studentów trzeba mieć więcej dydaktyki. No i rezultat jest taki, że w Polsce za chwilę nie będzie Uniwersytetu z prawdziwego zdarzenia. Będą szkoły wyższe, w których anonimową masę studentów będą kształcić równie anonimowi pracownicy naukowo-dydaktyczni. Pogratulować sobie takiego modelu Akademii.
Wracam z uporem maniaka do tezy naczelnej mojego pierwszego postu: zmiana struktury finansowania uczelni i tym samym jej zautonomizowanie jest warunkiem sine qua non odrodzenia życia akademickiego. Tak, marzy mi się, by mój Uniwersytet, który był przestrzenią mojego wzorstu duchowego, nigdy takowym być nie przestał. Polska potrzebuje Oxbridge'u. Polska potrzebuje Akademii z prawdziwego zdarzenia, w obrębie której edukowane będą prawdziwe elity, promowani prawdziwi doktorzy, wykładać i prowadzić będą prawdziwi profesorowie. Tego potrzebujemy, dlatego że nigdy stanem Stanów Zjednoczonych nie zostaniemy, tak jak Królowa Brytyjska nie zaproponuje wejścia do Zjednoczonego Królestwa, ani nawet do Commonwealth.
Podsumuję odwołaniem do realiów. Prawo. Jeden z tych kierunków, które mają potężne przełożenie na rzeczywistość. Liczba studentów tego kierunku na UJ urąga wszelkim standardom. Nie chodzi bynajmniej o kadrę, choć i z tą jest krucho. Chodzi o przemysłowy koncept kształcenia pozbawiony taśmy produkcyjnej. Bo jakąż taśmą produkcyjną jest sala wykładowa na 60 osób, do której pcha się na wykład osób 300? Czy to jest fair w stosunku do kogokolwiek, nade wszystko zaś studenta? Czy to jest fair w stosunku do nas samych, członków wspólnoty akademickiej? Kogo my chcemy oszukać? Nie dziwmy się zatem, że Akademia ma złą prasę, a odbiór społeczny jest taki, że jesteśmy bandą darmozjadów, pyszłaków i przemądrzałych frustratów, którzy najchętniej nic by nie robili. Nie dziwmy się, bo sami sobie na taki wizerunek zapracowaliśmy.
A Małysz niech skacze 150 metrów i 1 metr dalej niż Amman...
Kłaniam się nisko.
Sebastian Kołodziejczyk
-2
oceń komentarz masz 1 głos
do p.Z. Osinskiego i p.S.Kolodziejczyka
Panowie, jako humanisci bardzo sie chcecie tutaj ze soba zgodzic, obaj tez probujecie nieco podwazac Strategie E&Y. Problem w tym, ze w tym co mowicie nie jestescie spojni, tzn. kazdy z Was prezentuje w istocie inny spojrzenie. Opisze to w punktach, gdyz rzecz dotyczy
roznych spraw.
(1) Pan S.Kolodziejczyk zaprotestowal przeciwko podzialowi na nauki scisle i nauki humanistyczne. Tylko akurat ten podzial lansuje Z.Osinski (prosze sprawdzic gorne wpisy). Od siebie dodam, ze takiego podzialu domagaja sie te osoby zwiazane z naukami humanitycznymi, ktore sa przeciwko nadawaniu szczegolnej rangi publikacjom anglojezycznym z tzw. listy filadefijskiej. W naukach scislych te publikacje na pewno zasluguja na szczegolne uznanie. Wiec sporo humanistow apeluje, aby nie wrzucac ich do tego samego worka co naukowcow od nauk scislych, gdyz w ich dziedzinie licza sie glownie lokalne publikacje polskojezyczne. Stad pomysly na podzial. Czy sluszne? To juz musza zdecydowac przede wszystkim sami humanisci.
(2) Pan Z.Osinski reprezentuje UMCS, Pan S.Kolodziejczyk UJ. Jedna z tych uczelni ma charakter lokalny, druga krajowy. I po prawdzie, w tej dyskusji o slabej jakosci polskich uczelni tak naprawde nikt nie czepia sie szkol typu UMCS. One mniej wiecej poprawnie wypelniaja swoja misje (nie ma co wprawdzie przesadzac z pochwalami, jesli uczelnia nie potrafi elementarnie zrownowazyc budzetu, jak jest w przypadku UMCS, ale to juz inna kwestia) . Naprawde duzy problem stanowi jednak UJ i UW. UJ to ogromna tradycja, sa tez duze oczekiwania spoleczne wobec tej uczelni. A obserwujemy marniutki poziom i kadre dorabiajaca sobie na boku. To troche tak jakby kadra Wyzszej Szkoly Morskiej dorabiala sobie regularnie kursami kajakowymi.
(3) To co pisze Pan S.Kolodziejczyk o Akademii, to wszystko prawda, tak powinno byc ale w stosunku do kilku wybranych uczelni tzw. badawczych. To faktycznie powinny byc "swiatynie dumania", bardziej dla uczonych niz dla studentow. Ale w tej chwili studiuje 50 procent mlodziezy. Duza czesc z nich chce zdobyc tylko jakis zawod i naprawde nie ma zadnych ambicji "filozoficznych". Mowiac inaczej, uczelnie badawcze powinny objac gora 10 procent mlodziezy studiujacej (inna sprawa, ze lepiej byloby jednak wprowadzic na poczatek wydzialy badawcze, jak proponowal Pan Zbigniew Koza) aby nie narzucac sila nowego podziau na duza skale). Pan S.Kolodziejczyk odwoluje sie tutaj do Uniwersytetu Oxfordzkiego. Akurat troche znam miejsce i moge potwierdzic, ze na swoj sposob jest to wzorcowa uczelnia badawcza. Tylko, ze w promieniu kilku kilometrow sa tez inne uczelnie nie majace juz nic wspolnego z tym sposobem funkcjonowania i ksztalcace np. studentki do zawodu pielegniarki. A tutaj juz bez oparcia o rynek funkcjonowac sie nie da. Mowiac inaczej, nie w kazdym miescie mozna pozwolic sobie na budowe filharmonii, pomimo tego, ze sama idea jest jak najbardziej sluszna.
Podsumowujac, Panowie obaj macie ciekawe spojrzenie i wnosicie tutaj interesujace tresci. Ale, prosze, na podstawie tego, ze w paru miejscach nie podoba Wam sie Strategia E&Y, nie udowadniajcie, ze mowicie jednym glosem...
3
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Zbigniewie (Mituro),
miło, że odniósł się Pan do moich głosów. Pominę Pana hipotezę o tym, że "jako humaniści chcemy się tu bardzo zgodzić". Jak zastrzegłem, nie ma tu znaczenia, czy ktoś jest humanistą czy nie, znaczenie ma to, jaka wizja Akademii stoi za raportami E&Y oraz Rektorów, a także tendencjami reformatorskimi MNiSW. A tej nie ma i nie widać, by w ogóle się mogła pojawić, bo problem, jak zaznaczyłem i raz jeszcze podkreślę, polega na tym, że nie proponuje się zmiany struktury finansowania i nie przyznaje się autonomii uczelniom wyższym, a jedynie stara się wprowadzić racjonalne zarządzanie tym, co jest, na zasadzie wymuszenia. Taka wizja jest błędna, gdyż prowadzi do administracyjnej i politycznej wizji Akademii.
Będę odnosił się do poszczególnych punktów kolejno.
1. Proszę zrozumieć, że jesteśmy w Polsce, na polskich uniwersytetach i mamy do czynienia w 99 proc. z polskimi studentami, do których mówimy w j. polskim. To nakłada pewną obligację. Opowiem pewną anegdotę: będąc w USA zgłosiłem kurs anglojęzyczny w mojej jednostce. Wcześniej nas bardzo do tego zachęcano. Po czym usłyszałem, że właściwie to nie będzie wystarczającej liczby studentów, więc nie ma sensu, bym taki wykład miał. Polscy studenci zastanawiają się, czy jeśli na kursie anglojęzycznym są sami Polacy, to wykładowca nie powinien przejść na polski - ta wątpliwość jest wagi zasadniczej tak naprawdę, bo powiedzmy sobie szczerze, istnieją granice rozsądku, także na uczelniach wyższych.
Publikowanie w czasopismach z listy filadelfijskiej (notabene MNiSW ma w dziedznie 'filozofia' fatalnie skrojoną listę czasopism najwyżej punktowanych i np. uznane tytuły, choćby "Mind' znajdują się poza listą) to kwestia technokratyczna i dotyczy reguł administrowania nauką. Mógłbym być bezczelny i napisać, że L. WIttgenstein czy E. Husserl, nie mówiąc o Kancie lub Heglu nie publikowali w czasopismach z listy filadelfijskiej i jakoś nie ma problemu z uznaniem, że są najwartościowszymi myślicielami wszystkich czasów. Nie będę jednak bezczelny i powiem tak: fetyszem jest recenzja, a wiem, co mówię, bo jestem red. nacz. czasopisma anglojęczynego (www.pjp.edu.pl), i wiem też, że jest to zaklęty krąg, z którego nie ma łatwego wyjścia. Jedno jest natomiast pewne, dla następnych pokoleń z tego, co my dziś publikujemy, promil nie zostanie. Dobre czasopisma są potrzebne, by organizować wartościową aktualnie debatę, ale czy coś więcej z tego wyniknie, tego nie wie nikt, łącznie z recenzentami.
2. Napisałem wyraźnie, skąd problemy UJ. Jeśli ktoś chce mieć taśmę produkcyjną, zamiast Uniwersytetu, będzie niechybnie miał problemy z kontrolą jakości, tak systemu kształcenia, jak i aktywności naukowej. UJ i UW mogą się obronić, ale muszą przedefiniować swoją misję i skalę. Przychodzące z zewnątrz pomysły idą wbrew logice, bo - znów powtórzę - struktura finansów pozostaje taka sama. Jeśli ja słyszę w komisji ds. studiów doktoranckich, że pieniądze idą za doktorantem, a więc uczelni się opłaca przyjmować jak najwięcej doktorantów, to zadaje fundamentalne pytanie: po co? Inflacja tytułu zawodowego magistra to rzecz oczywista, ale inflacja stopnia naukowego doktora to skandal, który spowoduje nieodwracalne straty w środowisku akademickim, głównie z uwagi na zajmowanie przez wygenerowanych w ten sposób doktorów stanowisk w świecie akademickim i narzucenie swoich własnych koncepcji, które z pewnością nie będą szły w kierunku podniesienia jakości.
3. Panie Zbigniewie, Oxford jest uczelnią badawczą, ale nade wszystko jest uczelnią, w ramach której kształci się elitę Zjednoczonego Królestwa i kilku innych krajów. Nacisk położony jest na studia podstawowe, a model kształcenia oparty jest na intensywnej i indywidualnej pracy studenta z tutorem. W rezultacie relacje wewnątrz uczelni nie są anonimowe, a skutki dydaktyczne są znacznie lepsze niż w modelu, w którym 30 studentów przychodzi na ćwiczenia i udaje, że w nich uczestniczy.
Każdy Uniwersytet (mówimy o uniwersytetach bezprzymiotnikowych) jeszcze dziś mogłbyby wydzielić ośrodki skupione na badaniach naukowych. Jestem przeciwnikiem wydzielania wydziałów czy też instytutów, które będą miały pilotażowo zajmować się nauką. Jestem natomiast za tym, by doszło do realnego podziału pracy na uniwersytetach, zmniejszenia pensum dla osób, które decydują się na pracę w ośrodku badawczym, zwiększenie pensum dla nauczycieli akademickich, przeobrażenie modelu dydaktyki, a w ośrodkach uniwersyteckich takich jak UJ czy UW drastyczne zmniejszenie liczby studentów.
W podsumowaniu wrócę do głównej myśli. Ani raport E&Y, ani Rektorów, czy też propozycje MNiSW nie proponują autonomizacji Akademii. W zamian chcą większej kontroli politycznej i administracyjnej. Jako narzędzia kontroli sugerują wprowadzenie pewnych podziałów, które są w tym sensie iluzoryczne, że nie tworzą prawdziwego rynku akademickiego, tylko go parcelują, a w rezultacie utrwalają. Chciałbym, by powstało kilka uniwersytetów prywatnych i wóczas zobaczylibyśmy, na co kładziony byłby nacisk i jak wyglądałaby konkurencja. Co więcej, chciałbym, by pojawiły się w Polsce ośrodki zamiescowe uniwersytetów amerykańskich, tak jak np. we Włoszech czy w Czechach.
Kończę, bo Małysz skoczył 137 m, ale Amman, niestety, 7 metrów dalej. Może rzeczywiście jest coś narzeczy z tymi wiązaniami...
Ukłony,
SK
2
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Sebastianie,
Pana komentarze są niezwykle cenne - pokazują potrzebę stworzenie elitarnej/ych uczelni w Polsce i to, że system finansowania uczelni uzależniony od liczby studentów nie pozwoli na to. Tylko właśnie co powinniśmy zrobić? Być może Strategia jest dobra dla ogólnego systemu szkolnictwa wyższego, ale powinna być uzupełniona o krótką listę Akademii, których system finansowania byłby inny?
Można wydzielić parę Uniwersytetów i uczelni technicznych, których system finansowania byłby uniezależniony od liczby studentów, a sama ich liczba byłaby mniejsza niż dotychczas. Tylko jak zapewnić, że zmiany zaowocują polepszeniem jakości dydaktyki i badań? Rady powiernicze są złym pomysłem, z czym się już zgadzałem (ale niestety nie znam dla nich alternatywy), ale czy obecne Senaty wyznaczonych Uniwersytetów dążyłby do stworzenia Akademii? Czy miałyby motywację?
-1
oceń komentarz masz 1 głos
Chciałbym zapewnić, że na tym forum nie ma żadnej zmowy humanistów. Fakt, że humaniści niektóre zapisy z Diagnozy i Strategii widzą inaczej niż przedstawiciele nauk ścisłych czy eksperci z EY, wynika z tego, że humanistyka ma swoją specyficzną misję - obok typowego prowadzenia badań i dydaktyki ma także misję kulturotwórczą. Z tego tez powodu nie wszystko co sprawdza się w naukach ścisłych, sprawdzi się w humanistyce. Problem publikowania w tzw wiodących czasopismach z obszaru angielskojęzycznego jest bardzo dobrym tego przykładem. Dla fizyka publikacja w czasopiśmie z listy filadelfijskiej to być może zaszczyt, a dla humanisty to sprzeniewierzenie się misji kulturotwórczej wobec własnego narodu (jaki procent polskich inteligentów do takiej publikacji dotrze i zna na tyle angielski, by ją zrozumieć). W związku z tym humanista nie przyjmie argumentu typu - jest z wami źle, bo słabo wypadacie w rankingach opartych na liczbie nobli (tych w humanistyce nie przyznają) i ilości publikacji w czasopismach angielskojęzycznych. Taka diagnoza nic nie wnosi dla humanistyki, a oparte na niej oceny i pomysły na reformy są błędne ( oczywiście tylko w przypadku tejże humanistyki). Jeżeli ktokolwiek chciałby rzetelnie zdiagnozować polską humanistykę i opracować dla niej receptę, to powinien zwrócić uwagę na zupełnie inne elementy uczelnianej rzeczywistości np. - nadmiar studentów w porównaniu z ilością kadry (wymuszony decyzjami politycznymi); przeciążenie dydaktyką, tych, od których wymaga się efektów w postaci badań i publikacji; brak przyzwoitego poziomu finansowania (biznes jako partner odpada, granty to też kiepski pomysł dla indywidualnych badań , humanistycznych), a przede wszystkim brak jednoznacznego odniesienia się do misji humanistyki - czy trwamy przy dotychczasowej, czy może przechodzimy na inną, typu spełnianie wymagań rynku pracy. Dla mnie w tych wszystkich diagnozach, strategiach i dyskusjach brakuje zrozumienia specyfiki nauk humanistycznych oraz tendencja do "urawniłowki" - podciągnięcia wszystkich rozwiązań pod wzory anglosaskie i typowe dla nauk ścisłych.
8
oceń komentarz masz 1 głos
Witam ponownie,
Kilka słów w odpowiedzi na to, co napisał Pan Wojciech. Jest kilka możliwości, jakie można byłoby przyjąć z pożytkiem dla polskiej nauki. Podam jeden przykład pod rozwagę: Państwo reorientuje sposób finansowania i odchodzi od ułamka z dominującą składową 'studencką' na rzecz ułamka ze składową zbalansowaną 'liczba studentów na 1 pracownika naukowego'. Ale tylko w odniesieniu do 3-5 uniwersytetów w Polsce. Na ten program jest konkurs, w pierwszej kolejności konkurs programów i sposobów nauczania, następnie programów badawczych, a wreszcie programów wdrożenia absolwentów w życie zawodowe (jedną z kluczowych rzeczy na Zachodzie jest rozbudowany program wspierania absolwentów uczelni wyższych). Te trzy elementy wycenione w odpowiedni sposób, np.: programy i sposoby nauczania 40 proc., program badawczy, 40 proc. i pogramy wspierania absolwentów - 20 proc. Uczelnia jest finansowana w ramach takiego projektu przez 10 lat (z możliwością zerwania po pierwszych pięciu latach), w trzecim i czwartym roku robiony jest audyt zewnętrzny, po ukończeniu studiów przez pierwszych studentów przyjętych na studia w ramach programu, w piątym uczelnia składa pierwsze sprawozdanie z wykonanego projektu i tym samym częściowo rozlicza się ze zdobytych funduszy. Najważniejsza rzecz to zmiana paradygmatu finansowania. Projekt jest finansowany przez 10 lat, dlatego że w tym okresie uczelnie mają czas, by zdobyć samodzielność finansową i określić procent udziałów własnych w całym budżecie do ok. 50-60 proc. Uczelnie pozostają jednostkami publicznymi, ale w sensie organizacji pożytku publicznego, tzn. jako instytucje zaufania publicznego i finansowania ze sfery publicznej i tylko w określonym procencie budżetowej. To wymusiłoby współzawodnictwo i staranie się o podnoszenie jakości programów dydaktycznych i naukowych.
Istotą zmiany nie może być pozostawienie struktury finansowania w obecnym kształcie. Problem finansowania wyrasta do kluczowego, ponieważ generuje postawy administracji uczelnianych oraz wzmaga, często nieuzasadnione, procedury kontrolne i ewaluacyjne o charakterze niemerytorycznym, a powiązane z roszczeniami Płatnika.
A jak naprawić np. mój Uniwersytet? To w sumie bardzo prosta rzecz, oczywiście mając na względzie program zmiany struktury finansowania. Zrobiłbym tak, jak robi się na NYU (New York University) lub Uniwersytecie Harvarda. Robimy audyt naukowo-dydaktyczny w ramach uczelni i widzimy czarno na białym, że na dziś rozwojowe jest kilka kierunków, w tym jeden-dwa mogą uzyskać pozycję międzynarodową. Wysuwamy program 10 letniego podnoszenia standardów naukowych i dydaktycznych w ramach tych kierunków (wydziałów), którego istotą jest zdobycie funduszy na pokrycie kosztów poprawy jakości, nade wszystko zaś zatrudnienie kilku światowej sławy specjalistów zzagranicy, przeorganizowanie struktury administracyjnej w ramach tych wydziałów, uruchomienie konkursów na stanowiska naukowo-badawcze i naukowo-dydaktyczne z prawdziwego zdarzenia, etc. Ręczę, że po 10 latach kilka wybranych kierunków lub wydział zajmowałby czołowe miejsce w rankingach. Potem moglibyśmy zabrać się za następny wydział (kilka kierunków).
A teraz dwa słowa Panu Zbigniewowi Osińskiemu. Argument z misji kulturotwórczej humanistyki ma pod pewnym względem charakter sofistyczny. Pamiętam, jak w prof. Franciszek Ziejka użył w pewnej rozmowie argumentu, że mamy w Polsce najlepsze studia nad świadomością narodową i kulturową w XIX wieku, ale pies z kulawą nogą o tym nie wie, gdyż te książki czy artykuły nie są przetłumaczone na j. angielski. Powiem tak: jeśli jest tak istotnie, to należy się nagana tym, którzy tych badań nie udostępniają naukowej publiczności na Zachodzie. Ale szczerze mówiąc, mam poważne wątpliwości, czy te badania są takie rewelacyjne, skoro nawet dziś nikt nie kwapi się do tego, by je przełożyć na angielski.
Przymus publikacji w j. angielskim ma dwa wymiary: 1. administracyjny (administrowania i parametryzowania osiągnięć naukowych); 2 pragamtyczny (najważniejsze debaty toczą się na łamach czasopism anglojęzycznych).
Punkt 1. mówi tyle: polskie czasopisma naukowe są po prostu jakościowo dalekie od zachodnich. Nie działają: proces konkursów artykułów, recenzji tekstów, ewaluacji czasopism i przyznawania im odpowiedniej pozycji rankingowej. W tej sytuacji w ogóle nie dziwi mnie to, że bierze się pod uwagę w pierwszej kolejności czasopisma zagraniczne, szczególnie w naukach ścisłych.
Punkt 2. wskazuje na rzecz podstawową. Jeśli mamy mówić sobie a muzom, to lepiej, byśmy jednak zmienili branżę. Jest to brutalna prawda, z którą musimy się liczyć. Tutaj nie ma nic do rzeczy to, że odbiorcy przekazu naukowego nie znają w dostatecznym stopniu angielskiego, bo naukowcy do takiego odbiorcy nie kierują swoich ustaleń badawczych, hipotez i teorii. Trzeba wyraźnie oddzielić poziom popularyzacji nauki, nawet z bardzo zaawansowanym warsztatem badawczym, od poziomu debaty naukowej. Po prostu przeciętny, wykształcony Kowalski nigdy nie będzie uczestniczyć w bardzo szczegółowej debacie na określony temat, bo jego kompetencje są niewystarczające.
Pan Zbigniew Osiński dotyka jednak rzecz ważnej i ma intuicje bardzo trafne, mimo że nie wysłowione do końca. Proszę wybaczyć ten rodzaj diagnozy, ale zaraz się Pan przekona, o co mi chodzi.
Problem z publikowaniem w czasopismach zagranicznych zasadza się na dwóch zasadniczych powodach: 1. słabej znajomości języków przez kadrę naukową; 2 odstawaniem warsztatu naukowego od tego, który dominuje w świecie angloamerykańskim.
Powód 1. jest trudny do przełknięcia dla wielu, ale taka jest prawda. Jest to pokłosie sposobów nauczania języków obcych przez 1989 rokiem i mniej więcej 10 lat po. Nie chodzi bowiem o znajomość angielskiego w stopniu zaawansowanym, czyli umiejętności czytania i jako takiego pisania. Chodzi o znajomość drugiego języka w stopniu tylko trochę odbiegającym od znajomości języka ojczystego. Dlaczego to takie ważne? Gdyż w pracy naukowej czynnikiem decydującym jest efektywność i postęp w pracach. Jeśli ja piszę tekst po angielsku 3 razy dłużej niż po polsku, to mogę zwątpić w sens tego rodaju pracy, szczególnie gdy produkt końcowy nawet mnie samego nie zadowala.
Powód 2. jest oczywisty. Polska humanistyka ma charakter historycystyczno-hermeneutyczny. W rezultacie pławimy się w cytatach i odniesieniach, zamiast konstruować argumenty, wysuwać hipotezy i budować teorie. Problem w tym, że nasz model nie jest poważany w nauce obszaru anglojęzycznego, gdyż tam - by nie było wątpliwości - przyjmuje się założenie, że metodologia historycystyczno-hermeneutyczna jest zaledwie etapem do czegoś bardziej zaawansowanego. I trudno się z takim postawieniem sprawy nie zgodzić. Warto przy okazji dodać, że przytłaczająca większość naszych studentów nie potrafi napisać porządnej rozprawki, w której na bazie 5-10 lektur przedstawione byłyby argumenty i kontrargumenty na rzecz danej tezy, a potem krótkie podsumowanie. Pokutują zaniedbania z okresu kształcenia licealnego i gimnazjalnego. Dla porównania podam taki przykład: mój Synek chodził do pierwszej klasy w szkole amerykańskiej. Jeszcze dobrze nie umiał pisać, a wymagano od niego, by raz w tygodniu przygotowywał tzw. Book Report, którego rolą było sprawdzenie rozumienia tekstu oraz umiejętności formułowania zwięzłych wypowiedzi (5 zdań). Po powrocie do Polski okazało się, że ta umiejętność w ogóle nie jest w cenie. Pisuje dwa-trzy zdania na lekcji, czasami dyktando. O czytaniu książeczek nie ma mowy. Proszę mi zatem powiedzieć, jaki wzorzec metodologii pracy, będzie miał absolwent tam i tu? Odpowiedź jest chyba zbyteczna.
Cieszmy się ze srebra dla A. Małysza, bo człowiek dokonał rzeczy wielkiej.
Serdeczości,
SK
0
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Sebastianie - mam okazję nie zgodzić się z Panem w kilku szczegółach.
1. Nie wszystkie badania naukowe mają i muszą mieć znaczenie uniwersalne. Niektóre dotyczą specyficznych problemów konkretnego społeczeństwa (np. dydaktyka historii w szkole polskiej, mechanizmy i skutki indoktrynacji w szkole polskiej, mechanizmy podejmowania decyzji przez polskie postacie historyczne). Dyskursu międzynarodowego nad tymi zagadnieniami nie będzie, bo nikt poza kilkudziesięcioma Polakami nie zajmuje się ich badaniem. Czy to oznacza, że z punktu widzenia społeczeństwa polskiego, są to sprawy na tyle marginalne (bo nie znajdują międzynarodowego zainteresowania) , że nie warto finansować badań w tym zakresie? Czy można powiedzieć, że książki dotyczące tych problemów nie są wiele warte, bo na Zachodzie nikt ich nie przeczyta? Czy można powiedzieć, że polscy dydaktycy historii, jako zupełnie nie znani na Zachodzie, są kiepskimi naukowcami? Według mnie 3 x NIE. Ale problem ten jest kolejnym dowodem na tezę, że nie można wszystkich dyscyplin naukowych wrzucać do tego samego worka diagnoz i strategii rozwojowych.
2. Czy to duży problem, że nie uczestniczę w międzynarodowych debatach naukowych na łamach czasopism angielskojęzycznych? Dla mnie nie, i tak nikt z Zachodu raczej nie podjąłby się dyskusji, bo nie bada tych problemów, którymi ja się zajmuję. Dla mnie najważniejsze, by o rezultatach moich badań dowiedzieli się polscy nauczyciele, by moja praca wpływała na oświatową rzeczywistość. Dlatego publikuję tam, gdzie nauczyciele mogą to przeczytać - książki wydawane w Polsce i artykuły w polskich czasopismach. Dla mnie liczy się fakt, że reagują na to co piszę (zapraszają na szkolenia, wdrażają pewne pomysły do praktyki). Nie zgadzam się z tezą, że publikacja naukowa nie może być jednocześnie popularyzatorską - w humanistyce może, wystarczy pisać ludzkim językiem, a nie silić się na naukowy żargon. Ja nie wymawiam przedstawicielom nauk ścisłych, że w Polsce prawie nikt ich prac, wydawanych w czasopismach z listy filadelfijskiej, nie czyta, nie twierdzę , że przez to są gorszymi naukowcami. Z tym, że wymagam wzajemności. Praca naukowa na rzecz wyłącznie społeczeństwa polskiego nie jest czymś gorszym niż badania o charakterze uniwersalnym.
3. Kulturotwórcza misja humanistyki jest konkretnym bytem - to wpływanie na rozwój języka polskiego, na świadomość historyczną, na rozumienie rzeczywistości społecznej itp. To dla mnie ważniejsze niż publikowanie po angielsku.
4. Co dla Pana jest mówieniem/pisaniem sobie a muzom - czy jest to sytuacja w której książka/ artykuł ma pięć tysięcy czytelników (co prawda nie angielskojęzycznych profesorów, tylko zwykłych nauczycieli), czy też sytuacja w której artykuł po angielsku, w czasopiśmie dostępnym w Polsce w 5 egzemplarzach, przeczyta 4 osoby z tytułami?
5. W sprawie zachodniej metodologii w humanistyce, jakoby lepszej niż nasza - sorki, ale ja już przeżyłem czasy gdy zarzucano nam niedorastanie do jedynie prawidłowej metodologii -marksistowskiej. Tak więc teksty o niedorastaniu do metodologii zachodniej już na mnie nie działają, bo są tyle warte co te o metodologii marksistowskiej. Stać nas na naszą własną i nie musimy się jej wstydzić. Zwłaszcza, że coraz częściej słychać o wpadkach zachodnich naukowców świadczących o tym, że ich metodologia nie koniecznie jest przodująca.
11
oceń komentarz masz 1 głos
Szanowny Panie Zbigniewie,
dziękuję za Pańskie argumenty i niezgodę. Pozwolę sobie jednak pozostać przy swoim zdaniu, a poniżej uzasadnienie tego uporu.
Ad 1. Nie przekonuje mnie podział na to, co jest i nie jest uniwersalne w badaniach naukowych. Przykłady, które Pan podaje, są absolutnie uniwersalne, tzn. są takowe w kontekście stawianych problemów badawczych, które mogą być rozwiązywane z uwzględnieniem naszej, lokalnej perspektywy. Same w sobie są jednak uniwersalne. Mój przykład z wypowiedzią prof. F. Ziejki był po to, by uświadomić nam wszystkim, że istotą aktywności naukowej i wiedzotwórczej jest budowanie takich teorii, które testowane na różnych danych, będą się broniły swoją mocą wyjaśniajacą. Widocznie prace o świadomości XIX-wiecznej nie spełniają tego kryterium.
Moim zdaniem polscy dydaktycy historii mogą być tak samo dobrzy, jak ich koledzy zzagranicy, a nawet lepsi, przy czym żeby to wiedzieć, trzeba się z nimi zmierzyć. Nie można stawiać tezy, że jest się lepszym czy gorszym, jeśli nie uczestniczy się w debacie, która pozwala jasno ocenić, jaką pozycję zajmują ci, którzy w niej partycypują.
Ad. 2. Nie neguję tego, że Pański wpływ na środowisko nauczycielskie jest wartościowy, ale proszę wybaczyć, to nie jest przedmiotem analizy. Dystrybucja wyników badań i ich wdrażanie, to inny poziom, niż ten, o którym mówimy. Odbiorcą Pańskich teorii są koleżanki i koledzy, którzy mają narzędzia, by sprawdzić, czy ona jest trafna, głównie w aspekcie metodologicznym. Rolę nauczycieli widzę natomiast jako tych, którzy ewentualnie dostarczają materiału badawczego i porównawczego, ale nie są ostateczną instancją weryfikującą lub konfirmującą wysuwane hipotezy i teorie.
Ad. 3. Odróżnijmy inżynierię społeczną, której elementami są dyscypliny o proweniencji humanistycznej, od rzeczywistej misji kulturotwórczej. Naszym zadaniem, jako Akademików, nie jest wpływanie na szerokie koła wprost, lecz poprzez tych, których wykształcimy w murach Akademii, którym damy narzędzia i metody, tak by ich namysł w ramach ich funkcji społecznej nie był obarczony składową irracjonalna, która może prowadzić do tragedii. Szerokie koła - Panie Zbigniewie - nie dysponują aparatem krytycznym i, najzwyczajniej, nie potrafią ocenić wartości wypowiedzi akadmików. A trzeba sobie powiedzieć szczerze i bez ogródek: 90 proc. wypowiedzi polskich naukowców poza obszarem ich realnej kompetencji, to są fantazmaty i groźne idiosynkrazje.
Ad. 4. Naszą rolą nie jest prześciganie się w nakładach i liczbach czytelników, lecz wysuwanie hipotez, konstruowanie teorii i budowanie zaplecza metodologicznego do ich weryfikacji. Wrócę do tego, co Pan napisał o żargonie, zachodnia humanistyka dawno się żargonu wyzbyła i dzięki temu w debacie w różnych dyscyplinach mogą uczestniczyć nie tylko osoby bardzo wyspecjalizowane, ale także ci, którzy dostrzegają, że np. argument jest źle skonstruowany lub teoria ma braki. Przeciętnie tekst humanistycznych na Zachodzie jest czytany przez ok. kilkaset osób, więc jest to jednak wystarczająca skala, by ewentualnie poprzez tekst wpłynąć na badania bądź skorygować nasze własne.
Ad. 5. Co do metodologii jest Pan w całkowitym błędzie. Przykro mi to mówić, ale użył Pan argumentu ad hominem w figurze, która daleko odstaje od meritum naszej wymiany zdań. Wartość metodologii nie mierzy się w warstwie ideologicznej, lecz formalno-operacyjnej. Przyjmowany w polskiej humanistyce paradygmat jest problematyczny, gdyż nie spradza się w warstwie formalno-operacyjnej, czyli - mówiąc precyzyjnie - istnieje duża trudność w przejściu od sprawozdawczości naukowej (opisywania co inni napisali) do wysuwania własnych koncepcji teoretycznych i dobrego ich uzasadnienia. O ile z tym drugim elementem jest jeszcze jako tako, o tyle dobre uzasadnienie leży. A w nauce, Panie Zbigniewie, inaczej niż u cioci na imieninach, uzasadnienie ma rangę zasadniczą. Trafnych intuicji, które nie są poparte żadnym uzasadnieniem, nie warto wyrzucać do kosza, ale szacowanie teoretyczne intuicji jest o niebo trudniejsze, niż szacowanie uzasadnień (bo tu jest już jakieś zaplecze metodologiczne).
Na koniec: nie podważam znaczenia języka i kultury mojego kraju w powiązaniu z aktywnością naukową i dydaktyczną na poziomie uniwersyteckim. Wyraźnie temu dałem wyraz w jednym z powyższych postów. Nasza rola jako akademików nie zasadza się jednak na tym, by okopywać się we własnej twierdzy i lansować pogląd, że u nas jest wszystko świetnie, a dookoła się mylą. Koncepcja samotnej wyspy mnie nie interesuje. Nie mogę się jednak zgodzić z raportami E&Y oraz Rektorów, gdyż za nimi nie ma wizji. Nie wiadomo, co chce się osiągnąć i w jakim okresie. Odnoszę wrażenie, że żaden z Autorów raportów nie zadał sobie pytania, co będzie za 50 lat z polską Akademią, a przecież jest ona instytucją długiego trwania, której funkcją jest wyrastać ponad partykularność i doraźność. Uniwersytety są bramami do rzeczywistości, która przekracza to, co dziś i na tym polega ich wartość. Jestem dumny z tego, że wpisałem się do Provost Book Oriel College w Oxfordzie jako student. Moje nazwisko znajduje się w całym szeregu studentów od początku istnienia tej instytucji, czyli XIII wieku. Ja przyszedłem po nich, inni przyjdą po mnie, ale świadomość więzi pozostaje. Mój Uniwersytet nie jest w stanie nawet takiej prostej rzeczy przekazać swoim studentom. To jest bardzo smutne.
Serdeczności,
SK
0
oceń komentarz masz 1 głos
Dzien dobry Panstwu,
jako mlody doktor nauk technicznych pragne przyjsc z odsiecza Panu ZM, z ktorego pogladami w wiekszosci sie zgadzam. W tym poscie pragne zwlaszcza zwrocic Panstwa uwage na koniecznosc ksztalcenia w jezyku obcym.
Nie trafiaja do mnie argumenty dotyczace roli kulturotworczej nauk humanistycznych, w zwiazku z czym mozna odpuscic sobie publikowanie w jezyku obcym (Pan Z. Osinski). Nie trafiaja nie dla tego, ze jestem proeuropejski lub antynarodowy. Ja zwyczajnie nie widze sensu by sie ograniczac do pisania w gazetce, ktorej naklad jest porownywalny z wydawana na moim osiedlu przez spoldzielnie (podejrzewam, ze znajde takie o nakladzie do 5000 egzemlarzy). Nikt zainteresowany nie ma szans poznanie Panstwa dokonan. A jeszcze gorzej, gdy niechec do pisania w jezyku obcym zwiazana jest z faktem, ze Panstwo nie potraficie zadnego (wspolczesnego) jezyka miedzynarodowego - niestety zaobserwoany bardzo czesty przypadek u starszej kadry. Czy rzeczywiscie ludzie majacy stanowic o sile polskiej nauki powinni sie tym chwalic? Przeciez swoja postawa przekazujecie wzorzec dla nastepnego pokolenia.
Przyznam sie, ze nie rozumiem nauk humanistycznych (w wiekszosci chodzi o przydatnosc), zapewne wiec i deprecjonuje ich dokonania. Ale jezeli juz jestescie Panstwo zaangazowani we wspolczesne ksztaltowania mlodziezy to pozwolcie im na swoim przykladzie podziwiac nie tylko ogromna wiedze (bron Boze wam jej nie odbieram), ale rowniez wspolczesny warsztat naukowy. A w nim, moim skromnym zdaniem, podpartym niedlugim doswiadczeniem, jest miejsce dla publikacji miedzynarodowych. Przy okazji stwarza to ogromna szanse na to, ze ktos obcy zacytuje pozniej Panstwa...
-3
oceń komentarz masz 1 głos
Widzę, że z Panem Sebastianem nie zgodzimy się tak szybko.
1. "Przykłady, które Pan podaje, są absolutnie uniwersalne, tzn. są takowe w kontekście stawianych problemów badawczych, które mogą być rozwiązywane z uwzględnieniem naszej, lokalnej perspektywy. Same w sobie są jednak uniwersalne." - proszę uwzględnić znane socjologom zjawiska zakorzenienia i zależności od ścieżki. Pewne zagadnienia, rozwiązania itp. wyglądają zupełnie inaczej w różnych państwach , w zależności od uwarunkowań historycznych, kulturowych, społecznych czy finansowych. To co sprawdza się w jednym państwie, może mieć przeciwny efekt w innym. Przykładem jest szkolna dydaktyka - sama w sobie jest uniwersalna, ale w jej ramach bada się zjawiska specyficzne, lokale i generuje rozwiązania też pasujące tylko do tych warunków lokalnych. Proszę mi wierzyć, że dydaktyk historii z USA nie zna polskiej specyfiki i nie jest w stanie rzeczowo dyskutować o dydaktyce historii w Polsce. Rozwiązania, które on wypracowuje nijak mogą się mieć do polskich realiów i odwrotnie.
2. "Moim zdaniem polscy dydaktycy historii mogą być tak samo dobrzy, jak ich koledzy zzagranicy, a nawet lepsi, przy czym żeby to wiedzieć, trzeba się z nimi zmierzyć." - ale my nie uczestniczymy w rywalizacji sportowej, tylko staramy się usprawnić edukację historyczną, każdy u siebie. To na ile dydaktyk jest dobry nie zależy od wyniku jakichkolwiek debat, lecz od tego jak jego prace zmieniają rzeczywistość oświatową.
3. "Odbiorcą Pańskich teorii są koleżanki i koledzy, którzy mają narzędzia, by sprawdzić, czy ona jest trafna, głównie w aspekcie metodologicznym." - przede wszystkim - teoria naukowa powinna weryfikować także (a w niektórych dyscyplinach głównie) praktyka. Odbiorcą moich teorii, ważnym, są praktycy. Jeżeli kompetentni teoretycy , a więc osoby cokolwiek znające się na specyfice polskiej edukacji mają cokolwiek u mnie weryfikować, to moje prace muszą być publikowane w miejscach dla nich dostępnych. Moje prace mogą realnie weryfikować w zasadzie tylko polscy dydaktycy historii, a więc jaki ma sens publikować je w np. USA.
4. "Naszą rolą nie jest prześciganie się w nakładach i liczbach czytelników, lecz wysuwanie hipotez, konstruowanie teorii i budowanie zaplecza metodologicznego do ich weryfikacji." - upieram się , że rolą dydaktyków jest także wpływanie na oświatową rzeczywistość, a to się robi poprzez publikowanie w taki sposób, by jak najwięcej nauczycieli mogło się z naszymi pracami zapoznać.
5. "Przyjmowany w polskiej humanistyce paradygmat jest problematyczny, gdyż nie spradza się w warstwie formalno-operacyjnej, czyli - mówiąc precyzyjnie - istnieje duża trudność w przejściu od sprawozdawczości naukowej (opisywania co inni napisali) do wysuwania własnych koncepcji teoretycznych i dobrego ich uzasadnienia. "- a to ciekawe, do tej pory takie twierdzenia słyszałem głównie z ust osób, które zupełnie nie czuły humanistyki. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że polska humanistyka, to głównie opisywanie co inni napisali. To nie jest prawda. To jest poniżające dla wielu ludzi.
-4
oceń komentarz masz 1 głos
A teraz odpowiedź dla Pana Piotra Sawińskiego.
Nie wiem czy zdaje pan sobie sprawę, że zamiast dyskutować, pan obraża innych.
1. "Ja zwyczajnie nie widze sensu by sie ograniczac do pisania w gazetce, ktorej naklad jest porownywalny z wydawana na moim osiedlu przez spoldzielnie (podejrzewam, ze znajde takie o nakladzie do 5000 egzemlarzy). Nikt zainteresowany nie ma szans poznanie Panstwa dokonan. " - wie pan, takie "gazetki" czyta polska inteligencja, a tych czytelników jest w sumie troszkę więcej niż ludzi na tym pańskim osiedlu. Ten "nikt zainteresowany", przez pana wspomniany, to polscy nauczyciele - wiem, że teraz pogardzani, ale czytający to co my mamy im do powiedzenia. I dla mnie jest to czytelnik milion razy ważniejszy od zagranicznych naukowców. Dlatego publikuję tam, gdzie oni mają szansę to przeczytać. Dla pańskiej wiedzy - humaniści nie mają zamiaru ograniczać się do pisania w jakiś tam gazetkach. Oni także publikują książki (co zdziwiony?). A jeżeli ktoś uważa, że nasza twórczość powinna trafiać do obrotu międzynarodowego - nie ma sprawy, przecież PAU zgłosiła propozycję stworzenia instytucji tłumaczącej i wydającej za granicą wartościowe dzieła polskiej humanistyki.
2. "Nie trafiaja do mnie argumenty dotyczace roli kulturotworczej nauk humanistycznych," - a to już pański problem. Aby go rozwiązać należy troszkę poczytać. Aby pan dobrze zrozumiał podam przykład równoważny z pańskim stwierdzeniem - nie trafiają do mnie argumenty dotyczące tego, jakoby Ziemia krążyła wokół Słońca.
3. "A jeszcze gorzej, gdy niechec do pisania w jezyku obcym zwiazana jest z faktem, ze Panstwo nie potraficie zadnego (wspolczesnego) jezyka miedzynarodowego" - a pan nie potrafi odróżnić merytorycznych argumentów od stwierdzeń obraźliwych.
4. "Przyznam sie, ze nie rozumiem nauk humanistycznych (w wiekszosci chodzi o przydatnosc), zapewne wiec i deprecjonuje ich dokonania." - i tu zgadzam się z panem całkowicie. Tylko po co w takim razie zabiera pan głos w sprawach humanistyki.
1
oceń komentarz masz 1 głos
Szanowni panstwo,
Ja mysle, ze sporo nieporozumien na tym forum jest wynikiem tego, ze
dyskutanci czesto dokonuja zbyt pochopnych ogolnien, tj. przenosza
obserwacje z wlasnego podworka do rozwazan ogolnych, a wtedy okazuje
sie, ze uoglnienie bylo zbyt szerokie.
Ja mysle, ze trzeba tutaj zajac sie blizej terminem "uczelnia badawcza",
a to dlatego, ze obie Strategie (tj. E& oraz Rektorow) dotykaja tego
pojecia, jednoczesnie wlasciwie go blizej nie okreslajac. Czyli mamy
taka sytuacje z jakby szklanka zapelniona do polowy: propozycja jest, ale
istotnych konkretow brak. Pan Sebastian Kolodziejczyk ocenia te sytuacje
(tj. z polowicznie zapelniona szklanka) negatywnie (gdyz brakuje mu skutecznych
rozwiazan), ja natomiast oceniam te sytuacje pozytywnie (tj. uwazam sam
fakt pojawienia sie propozycji uczelni badwczych za duzy plus).
Ale tak czy owak, wydaje sie istotne drazyc temat dalej. Ja sprobuje
wiec wskazac, ktore osrodki polskie, moim zdaniem mialyby szanse w ciagu
powiedzmy dziesieciu lat "wybic sie" na realne uczelnie badwcze. Moje
rozwazania nie beda tutaj wziete tak zupelnie z samej glowy. Otoz termin "research
university" nie jest terminem nowym na kontynecie europejskim. Co wiecej
na dzien dzisiejszy istnieje nawet pewien twor formalny o nazwie
League of European Research Universities (LERU), grupujacy w tej chwili
22 uczelnie z Europy (na razie bez zadnej z Polski, ale na razie takze
bez zadnej uczelni z bylego bloku komunistycznego).
Otoz zapoznajac sie blizej z materialami LERU (dostepnymi latwo
przez wyszukiwarke Google'a) moim zdaniem bylaby szansa aby uczelnie
z nastepujacych osrodkow zblizyly sie do podobnego poziomu:
1-2.Warszawa (UW oraz niezaleznie PW) 3-4.Krakow (UJ oraz niezaleznie
polaczone sily AGH+PK) 5. Poznan (UAM) 6. Wroclaw (UWr+PWr) 7. Gdansk (UG+PG)
8.Lublin (KUL) 9.Warszawa (nowa uczelnia zorganizowana na bazie PAN-u).
Czyli po niezbednych polaczeniach bylby to w sumie potencjalnie okolo 9 uczelni. Ale
efektywnie do LERU prawdopodobnie ma szanse nalezac gora 3-4 uczelnie.
Przekladajac to na jezyk rankingu szanghajskiego, moim zdaniem UJ i UW maja
szanse w ciagu 10 lat wejsc do pierwszej swiatowej setki, a pozostale siedem
uczelni ma szanse byc notowanymi w pierwszej 500.
Istotne pytanie: kto powinien byc zainteresowany "wybiciem sie" wybranej uczelni
do poziomu uczelni badawczej? Zdaniem p. Sebastiana Kolodziejczyka, powinno
to robic Ministerstwo (lub np. IBnGR). Moim zdaniem nie. Ministerstwo i IbnGR
juz zrobilo swoje otwierajac taka mozliwosc. Warto dodac, ze Rektorzy tez ogolnie
sa za. Wiec teraz dyskusji nad propozycjami, jak to urealnic powinny przystapic lokalne
spolecznosci akademickie. Czyli np. Pan Sebastian powinien przystapic do lobbowania
za swoja koncepcja malej uczelni elitarnej u siebie na uczelni (mnie np. ta koncepcja
bardzo sie podoba). Gdyz jesli zostanie przekonane Ministerstwo, a na UJ ta koncepcja
nie zyska uznania, to na pewno nie bedzie zrealizowana - mozliwosci blokowania sa
zawsze bardzo duze. Ale obserwujac rozne dzialania oddolne, moim zdaniem, najwieksze
szanse na zorganizowanie "prawdziwej" uczelni badwczej ma... Wroclaw. Byc moze jest
to efekt konkurencji ze strony Niemiec, ale fakt faktem, ze najciekawsze oddolne
propozycje pojawiaja sie od p[aru lat wlasnie we Wroclawiu.
Zbigniew Mitura
zbigniew.academicus@gmail.com
5
oceń komentarz masz 1 głos
Pragnę wyrazić p. Kołodziejczykowi uznanie dla trafnej diagnozy stanu i śmiałej wizji uzdrowienia nauki i szkolnictwa wyższego. Dla mnie konstatacja, że pozostanie po nas mniej niż promil twórczości naukowej jest punktem wyjścia do wszelkiej dyskusji, w tym do rozważania celowości prowadzenia badań tudzież tworzenia uczelni badawczych. To, co po nas zostanie na pewno, to nasi wychowankowie i - jeśli będziemy mieć szczęście - może jakiś nowy materiał konstrukcyjny, może sztuczne serce, może twierdzenie matematyczne, może opis ginącego gatunku paproci lub dzieło filozoficzne kształtujące umysły pokoleń. Pozycja w rankingach, współczynniki IF, indeksy h, liczby publikacji anglojęzycznych i cytowań to tylko techniczne mierniki wybranych aspektów efektywności działalności naukowej, nieobejmujące choćby zaangażowania w dydaktykę czy osiągnięć organizacyjnych. Dlatego gorąco popieram pomysł podziału etatów na głównie naukowe i głównie (a może nawet wyłącznie) dydaktyczne, ze zmniejszeniem obciążenia dydaktycznego tych pierwszych (ale nie do zera!) i zwiększeniem obciążenia dydaktycznego tych drugich.
Masowe studia wyższe oznaczają umasowienie kadry; co więcej, studia licencjackie przejmują rolę dawnych studiów pomaturalnych i dlatego nie ma żadnego racjonalnego powodu, by od osób zaangażowanych w dydaktykę na (masowych) studiach licencjackich wymagać aktywności naukowej na miarę habilitacji. To, że strategia nakłada na *wszystkich* pracowników dydaktycznych uczelni akademickich obowiązek prowadzenia badań naukowych to dla mnie jedno z największych rozczarowań, świadczące o trwałości złudnego "dryfu akademickiego" w świadomości jej autorów. Jak można jednocześnie wymagać od dydaktyków bliskiego kontaktu ze szkołami (słusznie!), a jednocześnie absorbującej pracy nad habilitacją z dziedziny głównej pod groźbą nieprzedłużenia 10-letniego kontraktu na stanowisku adiunkta? Bo chyba nie mylę się, że nie ma czegoś takiego jak habilitacja np. z dydaktyki chemii? Obecnie wybranie specjalności dydaktycznej to bardzo trudna, jeśli nie ślepa ścieżka kariery akademickiej, a etaty dydaktyczne są obciążeniem dla wydziałów. Bez sensu. I ta hipokryzja do kwadratu: wymagamy osiągnięć naukowych, płacimy (lub pozwalamy zarobić) za dydaktykę bez względu na jej poziom.
Nie zgadzam się z niedocenianiem przez p. Kołodziejczyka roli zarządzania i sprowadzaniem problemu do kwestii zmiany finansowania uczelni. Po pierwsze, sposób finansowania uczelni to element zarządzania na poziomie krajowym. Po drugie, niedofinansowanie nie wydaje się być jedyną bolączką uczelni publicznych. Proszę się zastanowić choćby nad obowiązkami rektora. Jest naukowcem, profesorem, powinien więc a) prowadzić wykłady; b) opiekować się doktorantami; c) występować o granty badawcze lub nad nimi pracować. Jednocześnie ma niemal absolutną władzę i odpowiada za niemal każdy aspekt funkcjonowania uczelni. Nie musi jednak mieć najmniejszej wiedzy teoretycznej w dziedzinie zarządzania, mimo że kierowana przez niego uczelnia często jest największym pracodawcą w regionie. Inny absurd: gdyby na rektora wybrać adiunkta bez habilitacji, te 4 wyrwane z naukowego życiorysu lata powinny skutkować negatywną oceną i rychłym wyrzuceniem z pracy :-)
P. Mitura prowokacyjnie podaje przykład Wrocławia jako prawdopodobnej lokalizacji najlepszego uniwersytetu badawczego. Proszę jednak zwrócić uwagę, w jakich bólach czy wręcz konwulsjach wrocławskie pomysły przekuwają się w czyny. Rektor PWr niedawno usiłował wymusić zmianę statutu EIT+ tak, by zażegnać groźbę (!) prowadzenia w tej placówce działalności dydaktycznej. Teraz dowiadujemy się, ze zabronił pracownikom PWr bezpośredniego startu w konkursach organizowanych przez EIT+, argumentując to obawą przed stworzeniem konkurencyjnego ośrodka badawczego na bazie kadry (a pewnie i sprzętu) własnej uczelni. Skutek: naukowcy PWr przystępują do konkursów jako podwykonawcy w konsorcjach, w których koordynatorem są inne uczelnie, np. Politechnika Opolska. Na tym przykładzie jasno widać, że zarządzanie jest ważniejsze od finansowania. Co więcej, z przykładu tego wynika potrzeba wprowadzenia czegoś w rodzaju rad powierniczych, w których skład wchodziliby przedstawiciele ministerstwa i władz lokalnych, może też lokalnego biznesu. W przypadku konfliktu wokół EIT+ wydaje się bowiem (choć opinię tę wyrażam wyłącznie w oparciu o niepewne doniesienia prasowe), że interes lokalny uczelni nie koniecznie musi być tożsamy z interesem regionu czy kraju.
Obecnie losy uczelni zależą chyba głównie od indywidualnych inicjatyw i zaangażowania jednostek. Sprawne zarządzanie - na wszystkich szczeblach - powinno z tego pospolitego ruszenia uczynić zawodowa armię :-)
5
oceń komentarz masz 1 głos
Sedno 1-szej sprawy w... 2 zdaniach i 3 slowach. Problem? Uczelnie badwcze!
Tak , jak slusznie zasygnalizowal pan Zbigniew Mitura powyzej , nie ma jeszcze czegos takiego w Polsce! A powinno!
Stworzenie ich, to klucz nie tylko do odnowy i postepu, ale fundament realizacji dlugofalowej strategii rozwoju szkolnictwa w Polsce! Tak postapili i czynia..inni. Od lat...I zarowno ci ,co maja platne, jak i bezplatne szkolnictwo wyzsze. To sa wszyscy ci, ktorzy nas wyprzedzaja..
I jeszce jedno. Nie wystarczy skorygowac bledy i pomylki. Nalezy sie z nich nauczyc tyle, aby juz ich nigdy nie popelnic. Co to znaczy? Znaczy to tyle, ze nalezy wprowadzic w zycie takie rozwiazania na uczelniach i w systemie, ktore takowe bledne, szkodliwe, badz tez patologiczne sytuacje eliminuja lub sprawnie przed ich zaistnieniem zabezpieczaja!
I tu dochodzimy do 2 -go sedna sprawy. Propozycje E & Y sporo takich rozwiazan adresuja i poddaja pod dyskusje celowosc ich wprowadzenia do systemu.
Natomiast strategia "srodowiskowa", opracowana przez KRASP/FRP, zadnego! O dziwo, termin "uczelnie badawcze", wystepuje tam tylko raz (w jednym zdaniu) , i to w niewlasciwym juz opisie na dzien dzisiejszy!?
Tak czy inaczej, oba opracowania, uwazam za umiarkowany sukces! Chocby dlatego, ze sam sie z nich sporo dowiedzialem i nauczylem. Plus ta..." pyszna" dyskusja..powyzej!
6
oceń komentarz masz 1 głos
Dyskusja się rozrasta. I bardzo dobrze. Przybywa też argumentów, z którymi zawsze - jeśli mają jakieś słabości - warto dyskutować. Odniosę się zatem do postów obu Panów Zbigniewów, natomiast Pana Piotra szczerze przepraszam, ale nie skonstruował Pan żadnego sensownego argumentu, z którym można byłoby się zgodzić lub nie zgodzić, a zatem Pańską wypowiedź po prostu zmilczę.
Ad. Pan Zbigniew Osiński. Nie zgodzimy się, gdyż inaczej widzimy naszą rolę jako członków wspólnoty akademickiej, także w perspektywie metodologii prowadzenia badań. Jeszcze raz przypomnę, że nie neguję tez, które Pan głosi, ale one nie obowiązują na poziomie, o który chodzi w debacie nad stane nauki. Pańskie badania z uwzglednieniem realiów polskich mogą być nie tylko bardzo interesujące dla zachodnich naukowców, ale też mogą pozwolić dokonać pewnych korekt w ich sposobie formułowania teorii i ich weryfikacji.
Może dla rozjaśnienia różnicy między lokalnością a ponadlokalnością wprowadzę jaśniejszą dystynkcję: problem parttykularny (np. osadzony w polskich realiach) nauka zawsze ujmuje w perspektywie ogólnej (uniwersalnej), i ta teoria jest najlepsza, która najwięcej faktów jest w stanie satysfakcjonująco wyjaśnić. To są oczywistości z zakresu metodologii i naprawdę nie trzeba ich rozstrząsać, by dojść do wniosku, że między nami a kolegami z USA istnieje różnica tylko i wyłącznie w zakresie obszaru problemów partykularnych, ale nie w kontekście ich teoretycznego ujęcia, bo to akurat nas bezwględnie łączy. Nasze teorie mogą poszerzyć ich pole wyjaśniania, a ich nasze. Dlatego warto wymieniać się swoimi ustaleniami.
Panie Zbigniewie! Gdzie ja mówiłem o współzawodnictwie i wyścigu, niczym na trasie do biegów narciarskich? Mówiłem o konfrontowaniu się i określaniu punktu odniesienia. Pan włożył w moje usta tego, czego nie napisałem. Proszę po prostu powiedzieć, że nie chce Pan, by Pański dorobek mierzony był w odniesieniu do dorobku zachodnich koleżanek i kolegów, którzy - jeszcze raz to podkreślę - operują w tej samej warstwie teoretycznej, mimo że inaczej wygląda przekrój ich problemów partykularnych.
Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie podważam Pańskiego prawa do wypowiadania się do nauczycieli, a także korzystania z ich praktyki. Ale odróżnijmy - co zrobiłem w swoim poprzednim poście - poziom aplikacji od poziomu debaty naukowej. Nauczyciele jako klienci Pańskich prac nie uczestniczą w debacie, a jedynie mogą dostarczać materiału, który po uwzględnieniu może wpłynąć na wysunięcie nowej teorii. Ale jeśli wziąłby Pan pod uwagę nauczycieli z innego kraju lub np. ze szkół niepublicznych wpływ ten mógłby być zupełnie inny. I teraz widać, że warto przeczytać prace naszych kolegów z innych krajów, np. z NIemiec, Francji, UK czy USA, by zobaczyć, czy ich teorie np. nie radzą sobie lepiej z pewnymi danymi uzyskanymi od nauczycieli w naszym własnym kraju.
W kwestii metodologicznej jesteśmy na antypodach. Poczuł się Pan dotknięty moją wypowiedzią, a ona była konstatacją tego, czego nam brakuje, by zrobić krok do przodu. Nie odrzucam paradygmatu historycystyczno-hermeneutycznego, bo sam w nim wzrosłem. Więcej nawet, widzę olbrzymią szansę przed tymi, którzy się nim posługują. Nie mniej trzeba wykonać krok do przodu, a z tym jest krucho. Oto cała diagnoza. Gdyby było tak, jak Pan pisze, nie byłoby żadnych problemów z ewaluacją artykułów w czasopismach zagranicznych. A jednak problemy są i jeszcze długo będą, bo niezwykle trudno przekonać nie tylko członków wspólnoty akademickiej, ale przede wszystkim decydentów w systemie edukacyjnym, by w odpowiedni sposób przygotowywali młodych ludzi do pracy z tekstami i, oczywiście, pisania.
Ad. Pan Zbigniew Mitura. Za dużo Pan włożył w moje usta, zwłaszcza rzeczy, z którymi się nie zgadzam. Pomysł uczelni badawczych uważam za, najogólniej rzecz ujmując, chybiony. Istotą Akademii jest transfer wiedzy pomnażanej w ramach uprządkowanych procedur wiedzotwórczych. Nie ma czegoś takiego jak uczelnie badawcze, a przykłady, które Pan podaje, to myślenie życzeniowe. Są ośrodki badawcze, w ramach których daje się stopnie naukowe, ale to nie są uczelnie w sensie ścisłym. To, że przy PAN istnieją zalążki uczelni, pokazuje, że ten ośrodek badawczy ma swoje aspiracje dydaktyczne, ale proszę mi pokazać wielki sukces naukowca z PAN, który potwierdziłby, że warto zainwestować w samą działalność naukową, ograniczając dydaktykę do studiów zaawansowanych?
Problem z podziałem proponowanym w raportach jest taki, że nie odwołuje się on do tego, jak rzeczywiście funkcjonuje uczelnia i jaka jest jej recepcja w społeczeństwie. Tę ostatnią rzecz pominę, a zajmę się pierwszą kwestią. Skandalem jest to, że żaden z raportów, ani E&Y, ani Rektorów nie uwzględnia czynnika jakim są studenci. To zresztą jest zgodne z wewnętrzną logiką funkcjonowania uczelni: student jest klientem, któremu robi się łaskę, że w ogóle pozwala mu się przekroczyć jej bramy. Realia są jednak takie, że studenci doskonale widzą, z jakim produktem mają do czynienia i choć ich opinie są często niewyważone, zawierają sporo prawdy o tym, jak lichym miejscem jest Akademia.
I to jest właśnie element, który łączy proponowane podziały z realiami. Akademia nie istnieje bez studentów, a zatem ruch sanacyjny w pierwszej kolejności winien ten czynnik brać pod uwagę. W związku z tym fundowanie uczelni badawczych postrzegam jako działanie polityczne i uwikłane w doraźny interes osób, które coś gdzieś słyszały, ale nie widzą, co to dokładnie jest. Przypomnę swoje własne, do znudzenia powtarzane stanowisko: zmiana struktury finansowania uczelni wyższych to priorytet, a potem okaże się, jakie ośrodki akademickie mają rzeczywistą renomę powiązaną z wysoką jakością kształcenia i przeprowadzanych na nich badań.
Moje lobbowanie za elitarną uczelnią nie ma nic wspólnego z koncepcja uczelni badawczych (jak słusznie Pan zauważył, jest to fraza nieprecyzyjnie używana przez autorów raportu, więc nawet nie ma sensu się nad nią pochylać). Nie mówiłem też, że pomysł ma iść od góry, czyli od ministerstwa. Jeśli powołuje się Pan na mój przykład, to zarysowałem go jako opcję konkursową w obecnych i przejściowych warunkach, bo że takie muszą być, nikt chyba nie ma wątpliwości. Aby do tego doszło, musi zmienić się ułamek, a więc, Panie Zbigniewie, nawet gdyby dwustu Kołodziejczyków lobbowało i miało mocną pozycję na UJ, niczego nie wskóra, jeśli ułamek będzie taki, jak dziś. Mam poczucie, że autorzy raportów, a i Pan dał się ponieść fantazji, zamiast trzymania się realiów. Warunki determinuje sposób finansowania i to trzeba zmienić.
Szkoda, że T. Sikora daleko, ale pocieszmy się, że i tak jesteśmy mocarstwem w sportach zimowych, nie majac właściwie całorocznie ośnieżonych gór i infrastruktury. Z nami, naukowcami, jest poniekąd podobnie...
Serdeczności,
SK
1
oceń komentarz masz 1 głos
Swietny problem zaadresowal powyzej pan Zbigniew Koza: narodziny EIT+.
Jest to smutna lekcja tego, czego nie bylo i nie ma w Polsce, a sklada sie to na przyczyne braku realizacji wlasciwych i skutecznych reform oraz postepu! Brak przejrzystosci i integralnosci akademickiej w dzialniu, wlasciwej srodowiskowej kontroli w uzyciu na codzien oraz.. wlasciwie zarzadzanych markowych autonomicznych uniwersytetow badawczych na rynku.
A tu Zosie Samosie ( to nie uczelnia (PWr) stworzyla EIT+ -a pare znanych i "waznych" wtedy ludzi na tej Uczelni/lokalnie), po swojemu, reforme systemu, poza... systemem, sobie zrobili! No coz, przygladamy sie jak uczelnie/kadry "tancza" wokol EIT+...
Moja skromnosc nie pozwala mi tu zadac pelnego pytania skierowanego na wyjasnienie istoty tej sprawy. Zadam wiec 1/2 pytania: dlaczego EIT+, czyli to co jest juz w uzyciu, nie bylo/nie ma w strategii rozwoju szkolnictwa opracowanej przez KRASP/FRP??? Czyzby ktos sie zaczal brzydzic po cichu tego, ze docelowym przeznaczeniem, misja i celem oraz stadium docelowym kazdej Uczelni w Polsce ma byc... "spolka handlowa'!???
No tak, Konstytucja RP oraz Ustawa o szkolnictwie tego nie zabrania, wiec do odwaznych swiat nalezy? Gonmy go,...w pietke!
5
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Sebastianie,
niestety ja ni wierzę, że sama zmiana systemu finansowania uczelni - docelowych Akademii, bez zmian w systemie zarządzania uczelniami, doprowadzi do wyraźnego polepszenia jakości badań i dydaktyki. Kadra naukowa jednocześnie zarządza i nadzoruje zarządzanie uczelniami. Polepszenie jakości wymagać będzie także zwolnienia tej części kadry, która nie wnosi nic do życia intelektualnego Akademii (ani na nudnych zajęciach, ani w nieistniejących publikacjach).
Nie sądzę, żeby przy obecnym systemie zarządzania, nawet po ewentuanej zmianie finansowania, dało się zreformować Uniwersytety.
1
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Wojciechu!
Dziękuję za dobre słowo. Co do pryncypiów, to wymieniłem dwa: zmiana struktury finansowania oraz przyjrzenie się ustrojowi. Jest oczywistym, że zarządzanie na uniwersytetach jest dziś w niewłaściwych rękach, ale nie dlatego że profesorowie nie potrafią zarządzać, tylko dlatego że właściwie to zarządzanie jest właściwie przelewaniem z pustego w próżne. Model Oxfrodzki, w którym zatrudnia się menadżera nauki, a rektor pełni funkcje reprezentacyjne i prestiżowe, jest, z oczywistych względów, bardzo dobry.
Dlaczego ważna jest zmiana struktury finansowania, a ona poruszy cały mechanizm zmiany w ramach Akademii? Gdyż okaże się, że trzeba o fundusze zabiegać, gospodarować nimi w racjonalny sposób, liczyć się z tym, że w wyniku błędych decyzji uczelnia lub jej jednostki mogą znaleźć się w tarapatach. Ale nie tylko, przede wszystkim zmiana struktury finansowania, np. na taką: odpłatność za studia i usługi edukacyjne (szkoły letnie, kursy specjalistyczne, etc.) - 30 proc., odsetki od kapitału: 5-10 proc., dochody z działalności pozanaukowej i pozadydaktycznej, (wynajmy, etc.): 10 proc., wpływy od fundatorów i donatorów: 20 proc., dotacje państwowe (np. tylko na pokrycie kosztów eksploatacji) - 40 proc. Wszelkie nadwyżki można lokować, a z nich potem wspierać uczelnię i fundować stypdendia.
Proszę spojrzeć, jaki wysiłek musi w takim modelu wykonać uczelnia, by istnieć? Podnieść jakość dydaktyki, wzmocnić kadrę, przeorientować zarządzanie i administrację. Doświadczenie pokazuje, że pieniądze są tym, co determinuje stan rzeczy.
Serdeczności,
SK
3
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Sebastianie,
teraz już w pełni rozumiem, choć nie w pełni się zgadzam - nie jestem pewien, czy kadra akademicka byłaby w stanie się samodzielnie zreformować uczelnie wyższe w pożądanym kierunku, nawet w obliczu takich bodźców finansowych. W każdym razie, myślę, że Pańska koncepcja reformy uniwersytetów wniosła sporo nowego (np. mocno zaakcentowała potrzebę stworzenia polskich Akademii) i dobrze by było, jeśli jakoś spisana znalazła się na głównej stronie.
Z wyrazami szacunku,
WK
0
oceń komentarz masz 1 głos
Pan Wojtek w jednym zdaniu - "nie jestem pewien, czy kadra akademicka byłaby w stanie się samodzielnie zreformować uczelnie wyższe w pożądanym kierunku, nawet w obliczu takich bodźców finansowych" - wyraził mniej lub bardziej widoczne przekonanie tkwiące we wszystkich krytykach polskiego szkolnictwa wyższego i nauki oraz zwolennikach radykalnych reform. Jednakże popełniany jest w ten sposób kolejny poważny błąd - do jednego worka wrzuca się wszystkich, niezależnie od jakichkolwiek czynników. To jest tak samo poważny błąd jak wrzucanie do jednego worka wszystkich dyscyplin naukowych. Wprowadzając rozwiązania typu - obowiązek sztucznej mobilności, rywalizacja o granty, liczenie punktów za publikacje itp dla wszystkich, niezależnie od specyfiki prowadzonych badań, traktując wszystkich jak potencjalnych leni i nieudaczników - jednych można zmotywować, zastraszyć a innych skłonić do przyjęcia strategi na przeczekanie lub na udawanie. Szanowni reformatorzy, jak dacie ludziom odczuć, że są gówniarzami, którzy nie potrafią niczego sensownego zdziałać, to efekt będzie taki sam jak to ma miejsce w oświacie. Szkoda, że nie interesujecie się efektami reform tam przeprowadzonych. Zapewniam, że żadne rozwiązania nie zmusiły części nauczycieli do odejścia od dziewiętnastowiecznych metod (a chętnych na ich miejsce za bardzo nie widać, tak więc wyrzucanie z pracy nie wchodzi w rachubę - dokładnie tak samo jak w szkolnictwie wyzszym) . Bo oni nie mieli wpływu na te rozwiązania, poczuli, że potraktowano ich jak gówniarzy - my wam wymyślimy rozwiązania, a wy tylko nas się słuchajcie (ale nie liczcie na finansowe uznanie) - tak się nie da. Oświata i szkolnictwo wyższe nie tak bardzo różnią się od siebie - można oczekiwać,że podobne działania przyniosą podobne efekty.
Zwrócę uwagę jeszcze na jeden problem - tzw. menedżerskie zarządzanie - tak, ale pod warunkiem , że ten menedżer będzie znał psychologię, pedagogikę, dydaktykę i metodykę badań naukowych. Jeżeli nie, to znowu wzorując się na oświacie, można obawiać się decyzji szkodliwych, wynikających z nieznajomości reguł rządzących edukacją - podkreślam rządzących mocniej niż ekonomia. Nie każda decyzja racjonalna finansowo przekłada się na pozytywnych efekt w dziedzinie badań i kształcenia. Nie wystarczy być dobrym specjalistą od zarządzania korporacją handlową, by poradzić sobie z zaradzaniem instytucją edukacyjna i badawczą. Radzę, uwierzcie - albo nic o nas, bez nas - albo reformy skończą się tym czym w oświacie - dużą ilością fikcji i pozoranctwa.
7
oceń komentarz masz 1 głos
Do Pana Wojciecha, a potem Pana Zbigniewa Osińskiego.
Panie Wojciechu! Całkowicie się z Panem zgadzam co do diagnozy. Inercja, obawy, źle pojęty konserwatyzm hamują i blokują zmiany wewnątrz życia akademickiego w Polsce. Jednocześnie proszę pamiętać, że rozmawiamy o dorosłych, dojrzałych i mających wpływ na młodych ludzi osobach, lepiej lub gorzej wykształconych, ale wyrastających ponad przeciętność. W związku z tym zmiany muszą uwzględniać zdanie członków wspólnoty akademickiej, nawet jeśli impuls przychodzi zzewnątrz, gdyż Płatnikowi się budżet nie dopina i trzeba inaczej skroić wydatki.
Zasadniczy problem jest w tym, że prezentowane w raporcie E&Y oraz projektach MNiSW wizje są, delikatnie mówiąc, pozbawione głębszej wizji, a jedyne uzsadadnienie jest takie, że w dłuższej perspektywie czasu może się coś poprawi. Szczególnie zwracam nacisk na to 'może', bo jasne jest dla mnie, że jeśli dziś 80 proc. nie publikuje regularnie i dużo na Zachodzie, to jutro też tego robić nie będzie. Ale wciąż będzie generować nowych doktorów, uczestniczyć w procesach ewaluacyjnych (recenzenci dorobków), etc. To jest realny problem.
Potrzebna jest wizja Akademii, częścią której będzie także wizja zmian kompetencyjnych, szczególnie w zakresie nadawania stopni naukowych i tytułu. Dziś pomniejsze uczelnie zabijają się o prawa doktoryzowania, aby potem zatrudniać swoich, najczęściej dość marnie wykształconych, doktorów. Polska jest zbyt małym rynkiem edukacyjnym, by roić sobie, że jeśli doktorat zostanie obroniony w Koziej Wólce, to ma wprawdzie status pośledni, ale wciąż jest jednak doktoratem. To jest psucie monety i prawdziwe sprzeniewierzanie się pryncypiom. Polska Akademia jest w takiej kodnycji, dlatego że nauka została zastąpiona polityką akademicką: minima do prowadzenia kierunków, nadawania doktoratów, promowania habilitacji, etc. To wszystko prowadzi do wynaturzeń i powoduje dewaluację dyplomów nawet najlepszych uczelni w kraju.
Prawda jest taka, że brak realnego awansu naukowego związany jest z brakiem realnego systemu promowania na stopnie naukowe. Efekt jest taki, że nawet między UJ a UW nie dochodzi do transferu kadry. Jedyny transfer to w kierunku uczelni prywatnych, ale tylko dlatego że tam są pieniądze, bo z prestiżem i poziomem już jest gorzej.
Panie Zbigniewie. Mam przypuszczenie, że wielu z członków Akademii samych siebie nie docenia, a w rezultacie żywi obawy przed tym, co może nastąpić, gdy system się urealni. A że to nastąpi, nie może być wątpliwości. Jeśli państwo ma wspierać polską Akademię, to musi wspierać wyłącznie najlepsze Uniwersytety i to, w moim skromnym przekonaniu, tylko częściowo, by pozwolić uczelniom zachować autonomię i w sposób rzeczywisty współzawodniczyć.
Pańskie wątpliwości dotyczące ewaluacji, etc. są nieuzasadnione. Podobnie jak te dotyczące zarządzania przez menadżera nauki.
Ewaluacja ma charakter kontrolny i jest elementem zarządzania ludźmi. W uczelniach o proweniencji pedagogicznej, gdzie badania są wprawdzie prowadzone, ale nie na taką skalę, jak w uniwersytetach, kluczowym elementem powinna być ewaluacja dydaktyki, ta robiona przez studentów, jak i specjalistów. Na uniwersytetach i w jednostkach badawczych trzeba oceniać oba elementy, na uniwersytetach w proporcjach 1:1, w jednostkach badawczych (jeśli prowadzona jest dydaktyka) z uwzględnieniem przewagi badań naukowych.
Do ewaluacji potrzeba jest narzędzi i takimi narzędziami są właśnie tabele parametryczne, etc. Podkreślę jeszcze raz: nie dziwi mnie podejrzliwość względem polskiego rynku naukowego, głównie czasopism (ale i książek, ze zbiorówkami łącznie). Kumoterstwo i brak realnego procesu recenzyjnego powodują, że publikacje są funta kłaków nie warte.
A co do menadżera nauki. Jego funkcją nie jest ciąć głowy, lecz mieć zbalansowany budżet oraz fajną wizję uczelni. W takich Uniwersytetach, jak Oxford czy Cambridge, członkowie wspólnoty akademickiej mają głos doradczy i często decydujący, ale rozumieją, że racja ekonomiczna stoi wyżej niż racja ich własnego interesu - powiedzmy sobie szczerze: korporacyjnego. Obecny stan rzeczy w Polsce utrwala korporacjonizm, gdyż Rektor jest członkiem wspólnoty i ma na względzie to, że jutro mogą go nie wybrać na drugą kadencję. Z zasady wspólnota wybiera takich, którzy jej nie zagrożą i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Nikt nie lubi popełniać samobójstwa.
Serdeczności,
SK
1
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Zbigniewie,
niestety nie mam teraz na tyle czasu, żeby znaleźć to, ale wydaję mi się, że pisałem już wczesniej, że moje dodejście odnosi się do części środowiska. Spotkałem na uczelni zarówno wilelu świetnych Akademików, którzy inspirują do działania i rozwoju, jak i mnóstwo pracowników uczelni, którzy po prostu trwają. Moje uogólnienie wynika z tego, że Ci drudzy nie będą chcili zmian, a są silną grupą - co pokazał przykład prof. Pacholskiego.
Przepraszam, że moje teksty zabrzmiały jako oskarżenie w stosunku do całego środowiska, ale myślałem, że już wcześniej zaznaczałem, że to odnosi się do pewnej, aczkolwiek silnej, grupy pracowników uczelni wyższych. Postaram się pisać precyzyjniej.
(Grupę tą można porównać z beneficjentami złego systemu pomocy społecznej w Polsce czy dziwnych luk w systemie emerytalnym - stanowią miejszość, ale swą siłą i deteminacją potrafią ...
1
oceń komentarz masz 1 głos
(Pod względem siły, grupę tę można porównać z beneficjentami złego systemu pomocy społecznej w Polsce czy dziwnych luk w systemie emerytalnym - stanowią mniejszość, ale swą siłą i determinacją potrafią wymóc na większości określone działanie, zgodne z ich interesem).
3
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Sebastianie,
przypuszczam, że autorzy Strategii nie dają żadnej wizji, ponieważ uważają, że zmiana systemu zarządzania uczelniami wyższymi i wprowadzenie konkursów na programy dyplomowe doprowadzi do wyboru optymalnej wizji rozwoju przez każdą z uczelni z osobna. Dlatego w Strategii brak jest wizji Akademii. Faktycznie przydatne byłoby uzupełnienie o nią, jednak jej brak wynika prawdopodobnie z niechęci do narzucania konkretnego modelu zarządzania uczelnią przez samych twórców Strategii.
Zastawia mnie, czym tak naprawdę w Strategii różnią się uczelnie badawcze od akademickich? Finansowanie jest takie samo. Pewne ramy działalności są inne (brak możliwości prowadzenia studiów I stopnia), ale np. uczelnia badawcza nie dostaje jakiś bonusów finansowanych za bycie nią. Czy Państwo znajdują jakąś głębszą różnice?
Panie Zbigniew,
proszę się nie dziwić sceptycyzmowi, że ewentualne reformy zostaną zatrzymane przez środowisko akademickie. Prof. Pacholski:
"- Czyli spór o habilitację jest w istocie sporem o sam system, którego podstawą w tej chwili jest demokracja korporacyjna.
- Tak, i to jest zły system. Po pierwsze, o czym już pan pisał, prowadzi do mediokracji, czyli władzy osób, które nie mają interesu w śrubowaniu jakości badań i kształcenia. Po co zatrudniać najlepszych, skoro będą z nami konkurowali o studentów, miejsca w laboratoriach i pieniądze na konferencje. Dalej, rządy demokracji korporacyjnej powodują nieracjonalny rozwój kadry naukowej, która w tych warunkach rośnie z podobną dynamiką jak drożdże – gdy liczebność grupy profesorów w jednej dziedzinie przekroczy pewien pułap, na uczelni lub w skali kraju, dziedzina ta zyskuje dużą siłę wpływu. I, mimo że i tak pracuje w niej już zbyt wielu profesorów, ich liczba dalej rośnie.
Z kolei dziedziny młode mają niewielką reprezentację kadrową i nawet jeśli są perspektywicznie bardziej potrzebne od starych kierunków, to jednak nie dysponują wpływami potrzebnymi do wywalczenia warunków niezbędnych do ich rozwoju. Wiadomo, że etaty są towarem reglamentowanym, więc każdy kierownik walczy o etaty dla siebie, swoich uczniów i kolegów. Nie ma miejsca na zatrudnianie ludzi ze specjalności, które nie są jeszcze reprezentowane. Silny kierownik potrafi gromadzić wszystkie etaty wokół siebie.
Demokracja korporacyjna prowadzi do rozmycia odpowiedzialności za decyzje. Pamiętam, jak senat mojej uczelni potrafił podczas jednej sesji podejmować sprzeczne ze sobą uchwały. Jednocześnie system ten zmusza do łączenia funkcji administracyjnych z naukowymi. Kto chce zajmować się tylko nauką, traci wpływy. Uczestnicząc zaś w grze o władzę, traci czas potrzebny na badania."
Z pewnym opóźnieniem (jako, że nie mogłem, z przyczyn ode mnie niezależnych, śledzić całej dyskusji na bieżąco) spróbuje odnieść się do toczonego tutaj ostatnio przez Panow sporu. Otóż Pan Osiński adresuje swoje uwagi nieco lokalnie, jednak jego argumentacja brzmi dla mnie przekonywująco. Tzn. widać, że doskonale "czuje" on problemy, o których mówi, i nie są to z jego strony tylko niezweryfikowane jeszcze praktyka życia, pomysły. Natomiast Pan Kołodziejczyk przedstawia wiele świetnych koncepcji, pod którymi ja chętnie podpisałbym sie obydwoma rękoma. Ale w wielu przypadkach, przynajmniej w mojej ocenie, brak jest w rozumowaniu Pana Sebastiana, konsekwencji. Przykładowo, Pan Sebastian domaga sie większej autonomii dla poszczególnych uczelni i jednocześnie ma pretensje do Ministerstwa oraz Rektorów, że nie przedstawiono w obu Strategiach rozwiązań odpowiednich do wdrożenia na UJ. Dalej, Pan Sebastian powołuje sie na model Uniwersytetu Oxfordzkiego, jednoczenie odrzucając koncepcję uczelni badawczych, w rozwijanie której Uniwersytet Oxfordzki jest mocno zaangażowany. W efekcie, przypomina to nieco taką sytuację, jakby ktoś akceptował używanie komputera, ale był przeciwko korzystaniu z Internet-u.
Ponieważ w dyskusji na tym forum często stosowane są odniesienia do Uniwersytetu Oxfordzkiego, być może warto dopowiedzieć parę rzeczy. Otóż, w Oxfordzie faktycznie po ulicach chodzi wielu "rasowych akademików" (tj. z głową chmurach i w zimowych butach latem). Oczywiście są oni związani z Uniwersytetem Oxfordzkim, czyli University of Oxford (http://www.ox.ac.uk ). Ale w mieście Oxford jako takim, żyją tez normalni ludzie: wychowujący dzieci, oglądający telewizję, regularnie strzygący trawniki (a nawet upijający sie od czasu do czasu w okolicznych pub-ach - dotyczy to zresztą w równym stopniu kobiet i mężczyzn). Z myślą o nich funkcjonuje w Oxfordzie regionalna uczelnia o nazwie Oxford Brooks University (więcej informacji jest dostępnych na stronie http://www.brookes.ac.uk ). Jeśli natomiast ktoś zdecyduje się wyruszyć poza Oxford, to oczywiście ma okazję natknąć się w Wielkiej Brytanii na wiele innych uczelni, z tym ze zdecydowana większość z nich, także nie przypomina sposobem funkcjonowania sławnego University of Oxford. Okazuje się bowiem, ze w tzw. terenie, jest zapotrzebowanie przede wszystkim na uczelnie o charakterze bardziej zawodowym. Być może, z tego przedstawionego przeze mnie opisu, wynika taki wniosek, ze University of Oxford to samotna wyspa nie tylko w Anglii, ale nawet w Europie. Otóż tak jednak nie jest. W Europie funkcjonuje obecnie grupa, o nazwie League of European Research Universities, zrzeszająca 22 uczelnie (pełny skład jest dostępny na stronie http://www.leru.org/?cGFnZT0zNTQ= ). Do formalnego powołania tej grupy doszło stosunkowo niedawno (w roku 2002), ale nieoficjalnie sieć uczelni tego typu istniała juz od dawna. Tak wiec pojęcie "uczelnia badawcza" użyte w obu Strategiach na szczęście nie zostało wymyślone "od początku”, ale raczej zaczerpnięte z trendów obowiązujących od dawna w świecie Zachodu, za co Autorom obu Strategii zdecydowanie należy się pochwała. A osobom bardziej zainteresowanym terminem "research university” (w wolnym tłumaczeniu - uczelnia badawcza) polecam lekturę artykułu "What are universities for?" zamieszczonego na stronach LERU (dostęp poprzez stronę http://www.leru.org/?cGFnZT00 ).
W każdym razie, tak czy owak, gorąco popieram pomysł Pana Sebastiana Kołodziejczyka, uczynienia z UJ uczelni elitarnej, europejskiego formatu.
Zbigniew Mitura
Forum Integracyjne Academicus Poloniae
http://www.esse-est-percipi.com/forum.html
0
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Zbigniewie Mitura,
"Tak wiec pojęcie "uczelnia badawcza" użyte w obu Strategiach na szczęście nie zostało wymyślone "od początku”, ale raczej zaczerpnięte z trendów obowiązujących od dawna w świecie Zachodu, za co Autorom obu Strategii zdecydowanie należy się pochwała."
Tylko jakie są różnice oprócz nazwy i niemożności prowadzenia studiów I-stopnia między uczelniami badawczymi i akademickimi w Strategii? Czy w Strategii są różnice organizacyjne czy finasowe?
Strategia ogranicza się po prostu do nazwania różnie dwóch instytucji, nie zapewniając gwarancji, że powstaną faktyczne różnice w ich funkcjonowaniu.
-4
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Wojtku, oczywiscie, ze ma Pan racje, ze wprowadzenie terminu "uczelnia badawcza" zostalo zrobione w obu Strategiach w sposob wysoce niedoskonaly (wskazywalem to juz znacznie wczesniej, zaraz na poczatku dyskusji w tym watku). Ale poczatki zawsze bywaja trudne i nieco "toporne".
P.S. A odnosnie finansowania i innych spraw tego typu, to mimo wszystko pamietajmy, ze Strategia z zalozenia nie powinna byc zbyt szczegolowa.
3
oceń komentarz masz 1 głos
Pan Wojciech
Pan Zbigniew Mitura
Najpierw kilka słów do Pana Wojciecha: jeśli ma Pan rację i obie strategie programowo nie zawierają wizji, to tym gorzej dla tych strategii. Otóż, rzecz jest wagi fundamentalnej, gdyż - jak napisałem we wcześniejszych postach - wszystko rozbija się o to, że rewizji wymaga system finansowany ze środków budżetowych. Skoro nie ma wizji, to znaczy, że podstawowe założenie jest takie, by było tak jak jest. Porównam sytuację do tej, która obowiązuje w służbie zdrowia. Tymi, którzy blokują reformy są sami lekarze. To oni nie chcą całkowicie prywatnej służby zdrowia, a choćby i częściowo finansowanej przez państwo. Dlaczego? To bardzo proste. Trzy tygodnie temu mój Przyjaciel wybił sobie bark. Założono mu gips. Ale z uwagi na to, że na kolejną wizytę u lekarza specjalisty trzeba czekać tygodniami (o ile ma się szczęście), skorzystał zatem z konsultacji w gabinecie prywatnym. Lekarz - ponieważ chodziło o zdjęcie gipsu i założenie usztywnienia elastycznego - zaproponował (i tak się stało) przyjście (nawet nie przeprowadził badania w swoim gabinecie, tylko wziął pieniądze) do szpitala. Tam załatwił wszystko od ręki.
W powyższym przypadku lekarz nie korzystał jeszcze z infrastruktury, typu: sala operacyjna, przyrządy, obsługa, etc., ale normą jest, że tak właśnie się dzieje. Teraźniejsze status quo nie wymaga nakładów, płacenia za usługi świadczone np. przez szpital (takie jak wynajem sali operacyjnej, instrumentarium, etc.). Nade wszystko zaś obecny system nie daje pacjentowi alternatywy, gdyż jeśli x ma skierowanie do onkologa na za pół roku, ale już dziś ma problem, to jasne jest, że w dobrze pojętym interesie własnym, pójdzie do gabinetu prywatnego i tym samym szybciej dostanie się na diagnostykę obrazową, etc. Wszystko to, próczy kwot wykładanych lekarzowi w gabinecie prywatnym, będzie pokryte z funduszy budżetowych.
W świecie akademickim jest podobna sytuacja, gdy chodzi o blokowanie. Studenci właściwie nie mają realnego wyboru, bo uczelnie prywatne są bardzo słabe, nawet te najlepsze. Poza tym, blokowanie ma charakter strukturalny, o czym mówi w rozmowie z "Polityką", b. rektor PWr. Na to właśnie zwracam uwagę, gdy mówię o ustroju Akademii. Polityka zabija Akademię i pozbawia energii najzdolniejszych.
Widzę wielką nadzieję w niżu demograficznym. Po pierwsze, urealni on sytuację w uczelniach publicznych, szczególnie tych słabszych. Niektóre z nich powinny jednak podnieść swój poziom, nawet kosztem bolesnych cięć kadrowych. Po drugie, otworzy drogę do konsolidacji, tak na rynku uczelni publicznych, jak niepublicznych. Po trzecie wreszcie, wywrze bezpośredni wpływ na jakość dydaktyki, a pośredni na zarządzanie.
Panie Zbigniewie, proszę wybaczyć, ale braku konsekwencji dostrzec w swoim rozumowaniu nie potrafię. Mówię o autonomii jako postulacie, gdyż dziś jej nie ma. Obie strategie też o niej nic nie mówią. Autonomię można rozważać w dwóch perspektywach: zależności finansowo-politycznej oraz zależności formalno-technokratycznej. W obu perspektywach polskiej uczelnie wyższe są ubezwłasnowolnione. Płatnik jest jeden, więc np. sprawa zatrudniania pracowników naukowych powiązana jest wprost z finansowaniem budżetowym. Dalej: państwo w dalszym ciągu kontroluje stopień naukowy doktora habilitowanego oraz tytuł profesora. Wszystko to prowadzi do koteryjności i uległości względem systemu. Jeśli więc struktura finansowania pozostaje niezmieniona, wszystkie patologie będące pokłosiem wymienionych zależności zostaną utrwalone. Ale to nie wszystko: narzucane minima programowe, PAKA, UKA, etc. są niczym innym, jak mechanizmem ubezwłasnowalniającym. I to także ma być utrwalone w ramach wysuwanych strategii. Na uczelniach już doszliśmy do sytuacji gogolowskich, gdy przed przyjazdem komisji akredytacyjnych niemalże maluje się trawę na zielono (choć jako filozof powinienem napisać 'maluje się śnieg na biało').
Panie Zbigniewie, musimy mieć jasność co do tego, że brak autonomii ogranicza współzawodnictwo, podnoszenie jakości, konkurencję na rynku edukacyjnym, etc. Problem w tym, że konkurencja może i powinna być wielopoziomowa, od konkurowania o studenta, aż po konkurowanie o pracownika naukowego. Dziś konkurencja jest rzeczą trzeciorzędną, gdyż struktura finansowania plus ustrój = status quo.
I kilka słów o uczelniach badawczych (przeczytałem artykuł Boultona i Lucasa). Wróćmy do Oxfordu, który jest dla mnie wzorcem w trzech znaczeniach: 1. jako wspólnota akademicka; 2. jako przestrzeń prowadzenia na wysokim poziomie dydaktyki; 3. jako miejsce, w którym prowadzi się najbardziej doniosłe badania naukowe.
Jestem zwolennikiem złotego środka, a jego podstawą jest dobre zmieszanie tych trzech elementów. W rezultacie, Oxford wyróżnia się, gdyż w zdyscyplinowany sposób utrzymuje balans między życiem akademickim, dydaktyką i badaniami. Tego mi brak w Polsce. I tego powołanie uczelni badawczych nie załatwi - swoją drogą termin 'uczelnie badawcze' w tym kontekście jest niefortunny, pownno się to nazywać po prostu 'instytutami badawczymi' z prawem do prowadzenia studiów zaawansowanych. Ale w żadnym razie nie finansowałbym ich z budżetu, chyba że chodzi o dyscypliny strategiczne, ale takich Polska chyba nie ma...
UJ mógłby zostać elitarną uczelnią, gdyby struktura finansowania się zmieniła, a uczelnia zdobyła większą autonomię. Uczelnią ze zrównoważonymi komponentą życia akademickiego (kreowania wspólnoty akademickiej - dziś w stanie daleko posuniętej atrofii), dydaktyki (z naciskiem na model indywidualnej pracy ze studentem, etc.) oraz badań naukowych (z naciskiem na dyscypliny realnie w sferze kompetencji i finansowania mogące stać się wiodącymi pod względem dorobku już dziś, a potem sukcesywnie przez podnoszenie poziomu pozostałych dyscyplin).
Serdeczności,
SK
Ps. A co do finansowania - by odnieść się do Pańskiego dodatku - stragegia powinna właśnie zawierać precyjne określenie struktury finansowania, bo nikt nie wymaga tego, by podawała źródła. To, że nie ma określonej struktury, jak pisałem powyżej, nie jest przypadkiem.
-3
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Sebastianie, z Pana koncepcjami jest taki problem, ze zaczyna Pan bardzo dobrze, a konczy na narzekaniu, ze inni nie maja wizji. Otoz wizje tego jak ma funkcjonowac UJ jako uczelnia elitarna powinien przede wszystkim posiadac UJ. Natomiast, na dzien dzisijeszy na UJ, realizowany jest zupelnie inny model, tj. jest rozwoj poprzez zwiekszanie potencjalu ilosciowego uczelni, co zreszta wykazal swietnie akurat Pan, i zgadzam sie z Panem, ze taki model prowadzi do produkcji tasmowej. A co do finansow, to oceniajac realnie, sila sprawcza UJ jest taka, ze wlasciwie wladze co chca to dostaja. Mamy kryzys, pieniedzy w budzecie brak, ale wladze UJ "tupnely noga" i pieniadze na rozbudowe Kampusu sie znalazly. I znajda sie zawsze, gdyz w Polsce wszyscy maja sentyment do tej uczelni. I mozna teraz spytac, nieco retorycznie, czy jesli UJ mialby stac sie uczelnia elitarna poprzez redukcje liczby przyjmowanych studentow (jak Pan proponuje i z czym ja sie zgadzam), to czy ta rozbudowa lokalowa jest do czegokolwiek potrzebna, czy jest to raczej pewna rozrzutnosc?
Panie Sebastianie, problem sie sprowadza to tego kto powinien przekonac kadre i wladze UJ do przyjecia Pana modelu uczelni elitarnej. To tutaj jest pomiedzy nami zasadnicza niezgoda. Pan chcialby, aby o zrobilo Ministerswo, moze E&Y, moze Rektorzy. Moja teza brzmi, ze w ten sposob to nigdy nie zadziala. Jak slusznie napisal p. Zbigniew Osinski, nikt z zewnatrz nie nie moze naprawde zmusic danego srodowiska do wdrazania jakiegos programu naprawczego, jesli to srodowisko jest temu przeciwne. Tak wiec moim zdaniem jedyna szansa, ze program naprawczy dla UJ, jaki Pan proponuje, zostanie efektywnie zastosowany, jest obudzenie sie oddolne kadry. A jak przebudzenie nie nastapi ? Och, ilez to juz rzeczy Polacy przespali w historii... Ale zawsze tez jest jeszcze szansa, ze nastapi to na jakiejs innej polskiej uczelni.
Pozdrawiam Pana serdecznie
2
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Zbigniewie,
widzi Pan, inkryminuje mi Pan więcej, niż ja piszę. Jasno i wyraźnie powiedziałem, że dwa warunki niezbędne są do tego, by rzecz ruszyć z miejsca: zmiana struktury fiansowania plus ustrój. Nie oczekuję, by ktokolwiek skądkolwiek, Anieli bądź Archanieli z nieba spłynęli i UJ w Oxford zmienili. Oczekuję, że da się wyraźny sygnał, że warto dokonać zmiany w duchu, który tu przedkładam. I do tego właśnie potrzebne są sugestie w strategiach czy projektach, a przede wszystkim niezbędne jest zezwolenie na autonomię, czyli po prostu m.in. powiedzenie jasno i wyraźnie: macie 10 lat na to, by zmienić swoją strukturę finansownia; potem będziecie musieli radzić sobie sami. Niestety, to będzie oznacząć, że uczelnie będą musiały na poważnie zająć się poszukaniem koncepcji własnej egzystencji: przedefiniować swoją rolę i odnaleźć miejsce w całokształcie rynku w szerszym, jak i węższym znaczeniu.
Pańskie zdanie jest cenne, ale pomija fakt natury fundamentalnej: jeśli struktura finansowania i brak autonomii, a w szczególności ułamek i ustrój akademicki pozostaną w obecnym kształcie, to takie uczelnie jak UJ, których właścicielem jest państwo, nie ma szans na żadną realną zmianę. Tutaj ruchy oddolne niczego nie dadzą, gdyż UJ nie jest samotną wyspą, właśnie ze względu na finansowanie i podległości formalno-instytucjonalne.
Narzekanie, Panie Zbigniewie, nie jest w mojej naturze. W mojej naturze jest realizowanie projektów, które mają szansę powodzenia i odmienią rzeczywistość, w której żyję. Za to się zabieram w pierwszej kolejności. A tak na marginesie: używanie argumentów ad personam demaskuje braki w argumentacji merytorycznej lub kreuje sytuację retoryczną. To druga w naszym kontekście jest zupełnie niepotrzebna.
I jeszcze słowo: gigantomachia UJ jest pokłosiem wizji uniwersytetów jako taśm produkcyjnych, która przyszła wraz z idee fix jakim jest wskaźnik skolaryzacji. Dotknęło to także mój Uniwersytet, który został przymuszony do podążania za ułamkiem, ewentualnie szukaniem środków poprzez prowadzenie studiów niestacjonarnych (zaocznych i wieczorowych).
Serdeczności,
SK
-2
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Sebastianie, niczego zlego Panu nie inkrementuje. Pan wniosl tutaj do tej dyskusji naprawde bardzo duzo poprzez sam fakt przywolania modelu uczelni elitarnej. Zgadzam sie niestety z tym, ze w pojedynke, Pan tego modelu nie wdrozy. Ale miejmy nadzieje, ze pomysl chwyci na roznych "szczeblach".
Pozdrawiam raz jeszcze
ZM
-2
oceń komentarz masz 1 głos
Jedna rzecz mi sie na tym forum nie podoba, to te ptaszki na czerwono. Jesli juz dostaje glosy na "nie", to wolabym zdecydowanie, aby byly w kolorze czarnym. Bo byc czarnym charakterem to jeszcze jakos ujdzie, ale czerwonym??? Koszmar.
Pozdrawiam Wszystkich Krytykantow
0
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Zbigniewie,
jest coś na rzeczy w ostatniej Pana uwadze. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, by oceniać w ten sposób posty, bo to raczej do plotka.pl i pomponika.pl pasuje (moje dwa ulubione portale), szczególnie że nie rozmawiamy o tipsach Panny Rutowicz i wypadałoby podać jakąś argumentację, jeśli ma się odmienne zdanie.
Serdeczności,
SK
-4
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Sebastianie, czytuje Pan plotka.pl i pomponika. pl !? To swietnie! Bo to znaczy, ze w naszej dzialalnosci sa jakies punkty wspolne :-))
3
oceń komentarz masz 1 głos
Pani Małgorzato.
Zupełnie nie rozumiem dlaczego (jak najbardziej ciekawą) dyskusję sprowadza Pani do takiego poziomu. Nie wiem po czym wnioskuje Pani, że jestem studentką. Nie rozumiem również skąd Pani wzięła informacje, że moi rodzice dawali mi nagrody za dobre stopnie ?!
Nigdy nie dostałam nagrody za dobre stopnie, tak samo jak nigdy nie miałam stypendium, bo nie należałam do studentów goniących za ocenami.
Co nie zmienia faktu, że oceniam stypendia naukowe pozytywnie, ponieważ wiem i widzę, że są one dobrą motywacją, a co najważniejsze - docenianą nagrodą. Nie wiem dlaczego nie rozumie Pani, że nagroda ma to do siebie, że jest dodatkiem (do przyszłej/obecnej pensji itp) w związku z czym nie rozumiem argumentu, że gratyfikacją studenta za dobre oceny będzie przyszła pensja (?!) ponieważ pensja jest WYNAGRODZENIEM za wykonaną pracę, a nie za poprzednie osiągnięcia naukowe na studiach.
Nikt natomiast nie odniósł się do mojego postulatu zrewidowania zasad przyznawania stypendium socjalnego, które moim zdaniem jest konieczne.
Taka uwaga na koniec do Pani Małgorzaty: jeśli nie umie Pani brać udziału w tego typu dyskusjach to radzę po prostu dać sobie spokój. Odnoszenie się do mnie osobiście czy do mojej rodziny zamiast do moich argumentów, doszukiwanie się jakichś psychologicznych inklinacji dot. mojego życia prywatnego a prezentowanych przeze mnie argumentów jest poniżej poziomu.
Teksty że moi rodzice wyrządzili mi krzywdę dając mi nagrody za dobre oceny ?! raczej mnie bawią niż dotykają (co z pewnością miała Pani w zamiarze), szczególnie że pochodzą od osoby która wstydzi się podpisać się pod dyskusją własnym nazwiskiem.
3
oceń komentarz masz 1 głos
Wizja szkolnictwa wyższego w Wielkiej Brytanii, przedstawiona prze Pana Miturę, na którą składa się elitarny Oksford i szkoły zawodowe w "terenie", jest nieprawdziwa. Wielka Brytania ma 40 uczelni w rankingu szanghajskim, z tego 11 w pierwszej setce. To nie są enklawy chodzących z głową w chmurach naukowców, którzy nie kalają się dydaktyką. To są normalne uniwersytety, na których kształci się na wszystkich poziomach studiów.
Również uczelnie zrzeszone w LERU są normalnymi uniwersytetami, a nie instytutami badawczymi, w których oprócz podstawowej działalności, dodatkowo prowadzi się jakieś studia. Na stronie LERU, w linku podanym przez Pana Zbigniewa czytamy, że są to uczelnie, które wyróżniaja się pod względem:
research volume, impact and funding, strengths in PhD training, size and disciplinary breadth, and peer-recognised academic excellence.
Czyli w swobodnym tłumaczeniu: prowadzą szeroko zakrojoną działalność badawczą o międzynarodowym znaczeniu, przyciągają finansowanie zewnętrzne w postaci grantów, prowadzą studia doktoranckie na wysokim poziomie. Są to duże uczelnie, o szerokim spektrum dyscyplin i potwierdzonej doskonałości akademickiej.
0
oceń komentarz masz 1 głos
Pani Aleksandro,
nie chce wchodzić w Pani dyskusję z Panią Małgorzatą, bo faktycznie, jest mało merytoryczna, ale studia mają pewną odroczoną gratyfikację (nie wiem, czy to dobry termin, ale przy nim pozostanę) - w przyszłości skutkują najczęściej lepszą pracą. Im większy rozwój osobisty w czasie studiów, tym większe szanse na satysfakcjonująca pracę po nich. I nie tylko mowa tu o pensji, ale także o czystej satysfakcji (np. akademicy mają stosunkowo niskie pensje, ale czerpią ze swojej pracy satysfakcję).
"...gratyfikacją studenta za dobre oceny będzie przyszła pensja (?!) ponieważ pensja jest WYNAGRODZENIEM za wykonaną pracę, a nie za poprzednie osiągnięcia naukowe na studiach."
Faktycznie pensja to wynagrodzenie za wykonaną pracę, ale w zależności od rozwoju osobistego na studiach ta praca może być wyżej płatna (lub bardziej satysfakcjonująca).
A co do systemu stypendiów socjalnych, to musi się zmienić - widziałem niesamowite przypadki "bidnych" studentów z torbami Louis Vuitton.
Panie Sebastianie,
nie do końca czuję Pana koncepcję. Nie wiem, czy zmiana systemu finansowania zniszczy tą część kadry akademickie, która przekształciła się już w skostniałą grupę obrony własnych interesów. Nie mniej, życzę powodzenia UJ - choć i tak wiadomo, że UW było, jest i będzie zawsze lepsze ;P
heheh :)
Panie Sebastianie, Panie Zbigniewie,
a Pudelek?
2
oceń komentarz masz 1 głos
Panie Zenku, cieszy mnie jedno, ze wszedl Pan na strony LERU i dowiedzial sie o tych 22 uczelniach. I to jest naprawde wazne. A to, ze Pan skrytykowal poglady, ktorych ja nie glosze, a ktore mi Pan przypisal, to jest w tym kontekscie naprawde rzecz drugorzedna. Jak pisalem wczesniej, poczatki sa zawsze trudne.
Panie Wojtku, nie wiem jak p.Sebastian, ale ja akurat "pudelka" to nie czytuje. Ale kto wie, moze pora zaczac? Ech, ile to jest rzeczy wartosciowych na swiecie, o ktorych sie nie wie.
-2
oceń komentarz masz 1 głos
Re Zenek, 25.02.2010
W pelni popieram Pana zdanie. Osobiscie calkowicie nie zgadzam sie z zaproponowana w strategii definicja uczelni badawczych jako instytutow badawczych mogacych prowadzic tylko studia doktoranckie.
Polecam rowniez wypowiedz JMR Andrzeja Mani w czasie dyskusji nad strategia prof, Woznickiego w UJ 2.02.2010.
http://vmc.uj.edu.pl/viewerportal/vmc/video.do?eventId=497
2:40:43 "okrety flagowe nie wstydza sie dydaktyki lecz sie nia szczyca"
Re. Aleksandra Potrowska, 25.02.2010
Przepraszam jezeli moja uwage dotyczaca negatywnego wplywu rodzicow (w drugiej kolejnosci polskiej szkoly) na przyszly system wartosci studentow i spoleczenstwa, odebrala Pani ad personam. Nie taki byl moj zamiar, wiec przepraszam za ewentualna niezrecznosc i nieporozumienie.
Jednak dalej uwazam, ze wpajanie od malego komukolwiek, ze uczy sie "dla stopni", a tym bardziej stymulowanie checi do uzyskania dobrych stopni poprzez perspektywe nagrody rzeczowej/finansowej jest wychowawczo wysoce szkodliwe.
Rownoczesnie wyrazam nadzieje, ze jako osoba ceniaca sobie merytoryczna dyskusje siegnela Pani do wskazanego przeze mnie raportu i zapoznala sie z argumentami ekspertow OECD przeciwko systemowi stypendiow naukowych.
I tak przy okazji. Wsrod moich studentow sa osoby bardziej lub mniej zdolne, pracowite lub leniwe. Uzycie slowa "matol" w kontekscie do jakiegokolwiek studenta - nawet anonimowego - uwazam za absolutnie niedopuszczalne...
3
oceń komentarz masz 1 głos
Pan Zenon,
Pan Wojciech,
Panie Zenonie, nie chciałem we wcześniejszych postach dyskutować koncepcji uniwersytetów brytyskich, które dość dobrze znam. Wyraźnie sformułowałem jednak swój protest wobec koncepcji tzw. uczelni badawczych. Ktoś coś gdzieś słyszał, ale nie bardzo rozumie, na czym to polega. Uniwersytety brytyjskie są wspólnotą uczonych i nauczanych. Wysoka jakosć badań skorelowana jest z bardzo dobrą dydaktyką, bo - jak się okazuje - te dwie rzeczy idą w parze. Oczywiście, niektórzy nobliści lekceważą dydaktykę, ale trudno im się dziwić, skoro większość czasu spędzają w samolotach. Jedno chciałbym jednak podkreślić: wszystkie uniwersytety z LERU są znakomitymi lub bardzo dobrymi uczelniami z misją dydaktyczną. I to nie jest przypadek, gdyż misja dydaktyczna to także zdobywanie narybku, który niezbędny jest do tego, by badania potem kontynuować. A teraz płynnie przechodzę do kwestii poruszonych przez Pana Wojciecha.
Przedstawiana przeze mnie wizja kładzie nacisk na to, czego głośno nikt nie chce powiedzieć: czas, by system akademicki dojrzał, wyrósł już z krótkich spodenek. Do tego niezbędna jest zmiana ustrojowa i presja ekonomiczna. A nade wszystko czytelny sygnał: macie swobodę w określaniu swojego statusu. Jeśli UJ nie zdecydowałby się na radykalne posunięcia w okresie przejściowym, zsunąłby się do poziomu trzeciorzędnej uczelni, której istotą byłoby drenowanie kieszeni najsłabszych studentów, co ma dziś miejsce w wielu kiepskich uczelniach państwowych i w niezwykle wysokim odsetku uczelni prywatnych.
Dzisiejsze szkolnictwo wyższe jest infantylne. Reguły rządzące tym światem są irracjonalne, a system kontroli rozmija się z rozsądkiem. Pierwszy przykład z brzegu: staram się o kartę parkingową przed moim instytutem, składam podanie i otrzymuję odpowiedź: trzeba być samodzielnym pracownikiem naukowym. Czyż ta konstatacja nie pokazuje, w jak infantylny sposób definiuje się rolę i miejsce członków wspólnoty akademickiej?
Źródłem infantylizmu jest brak autonomii. Pańśtwo dało piaskownicę (mury, stopnie, tytuły), rzuca zabawki (pieniądze) i mówi: bawcie się. Od czasu do czasu pogrozi palcem i zrobi srogą minę. Wtedy larum się podnosi w piaskownicy, bo przecież każde dziecko wie, że jak rodzic się denerwuje, to z tego mogą wyniknąć mało przyjemne konsekwencje.
Dzisiejsze szkolnictwo wyższe zasadza się na regułach, które z natury implikują protekcjonalność, paternalizm, koteryjność, uległość, konformizm, a więc w rezultacie infantylizm. Przypomina mi się słynna scena z "Ferdydurke", w której nicią przewodnią była demaskacja niedojrzałości, przede wszystkim pośród tych, którzy dawno powinni już dojrzeć.
A co do Pudelka. Hmmm. Muszę zrobić badania porównawcze nad semantycznymi własnościami języka (czy słowa uzywane w tzw. tekstach publikowanych na tych stronach, w ogóle coś znaczą i do czegoś się odnoszą), jakim posługują się te portale. Wtedy moją Żona nie będzie miała mi za złe, że mitrężę czas, zamiast słuchać jej relacji z pierwszej ręki.
Serdeczności,
SK
4
oceń komentarz masz 1 głos
Popieram znakomite uwagi w pierwszym akapicie wypowiedzi Pana Sebastiana Kolodziejczyka (6.02.2010 00:10). W mojej skromnej opinii brak istnienia wspolnoty studentow i nauczycieli akademickich na wszystkich etapach procesu dydaktycznego to glowna przyczyna zapasci polskich uczelni a w konsekwencji polskiej nauki.
Dydaktyka jest zbyt czesto traktowana jako zlo konieczne, cos co nalezy "odbyc" jak najmniejszym wysilkiem by moc pozniej zamknac sie w swoim laboratorium i zajac "misja" czyli wlasna dzialalnoscia naukowa. Od czasu do czasu ktos "wpusci" za te zamkniete drzwi studenta studiow doktoranckich i glosno dziwi sie jak slabo jest on przygotowany (brak elementarnych wiadomosci i podstaw pomimo duzych zdolnosci i wysokiego ilorazu inteligencji) do prowadzenia nawet malo zaawansownej dzialanosci badawczej. Rownoczesnie nie widzi zwiazku ze swoim wlasnym stosunkiem do studentow i dydaktyki na studiach I i II stopnia, swoja nieobecnoscia w godzinach konsultacyjnych, ustalonych w terminach gdy studenci maja inne zajecia.
Od dawna stawiam teze, ze glowna przyczyna zapasci polskiej nauki to brak wlasciwego wypelniania misji edukacyjnej przez polskie uczelnie i niestety wlasnie przez te "czolowe", ktore pretenduja do bycia uczelniami flagowymi. Finanse i poziom kadry sa istotne ale jednak wtorne do kapitalu intelektualnego mlodych ludzi. Zgadzam sie Panie Sebastianie - bez narybku ryb miec nie bedziemy.
Przy okazji uwaga.
16 lutego ogloszono wynik przetargu (fiappl.info/2010/01/przetarg-publiczny.html) na
"Opracowanie kryteriów oceny jakości podstawowych jednostek organizacyjnych uczelni (KNOW) i procedur ich wyłaniania w zakresie ośmiu obszarów badań naukowych i kształcenia tj. nauk: humanistycznych, społecznych, ścisłych, technicznych, medycznych i o zdrowiu, przyrodniczych, rolniczych i leśnych oraz sztuki."
Wybrano oferte Uniwersytetu Jagiellonskiego!!!
Czy nie mamy tutaj do czynienia z klasycznym konfliktem interesow?
Stworzeniem mozliowsci ustawienia kryteriow "pod jednostki UJ"?
3
oceń komentarz masz 1 głos
Mala korekta/uscislenie.
Zwrocono mi prywatnie uwage, ze w poscie 26.02.2010 00:07 wyrazilam sie nieprecyzyjnie piszac:
"Osobiscie calkowicie nie zgadzam sie z zaproponowana w strategii definicja uczelni badawczych jako instytutow badawczych mogacych prowadzic tylko studia doktoranckie. " gdyz nic takiego nie jest proponowane w strategii.
Reczywiscie w sposob nieuprawniony uzylam sformulowania instytuty badawcze w miejsce uczelnie akademickie. Jednak propozycja 7.47 (definicja uczelni badawczej) dopuszcza opisana przeze mnie sytuacje poprzez slowa MUSZA prowadzic studia III stopnia w kilku dziedzinach, a tylko MOGA prowadzic studia I i II stopnia.
To otwarta furtka na stworzenie "uczelni" badawczej poprzez polaczenie kilku instytutow badawczych PAN. Mam nadzieje w tej sytuacji, ze jest to tylko niedopatrzenie redakcyjne, a nie rzeczywista powazna propozycja. Zwlaszcza, ze jest to niezgodne z tabelka na str. 57 - Proponowana typologia uczelni.
4
oceń komentarz masz 1 głos
Polecam artykuł prof. Wróblewskiego "Uniwersytet z przeceny" ("Wprost", nr 4/2010) udostępniony niedawno na portalu wprost24.
Są tam ciekawe refleksje na temat rankingów, w tym o źródłach wysokich pozycji UW i UJ (notabene, zdaję się że UWr pozycję w pierwszej 500 kilka lat temu zawdzięczał podobnemu mechanizmowi co UW - zaliczeniem przez Chińczyków do dorobku uczelni noblistów przedwojennych, w tym wypadku - Niemców).
Kilka cytatów:
====
"Inność i potęga uniwersytetów zagranicznych polegają właśnie na tym, że są one wielobranżowe. "
"Pojawiły się „potworki": uniwersytety przyrodnicze, pedagogiczne, ekonomiczne, medyczne, muzyczne itd. To nas nie tylko oddala od standardów światowych, lecz także naraża na śmieszność. Równie dobrze można by przemianować nasze licea na uniwersytety i zamiast matury nadawać doktoraty."
"Niektórzy ministerialni urzędnicy, a także znaczna część polskiego środowiska akademickiego nie wiedzą, że w USA nie ma ustawy o szkolnictwie wyższym, nie ma ministerstwa edukacji w polskim znaczeniu (Department of Education zajmuje się innymi sprawami, np. sprawozdawczością). I nie ma tam centralizmu, który wiąże ręce organom zarządzającym uczelnią i bardzo wydłuża wszelkie próby modernizacji."
"Zadaniem nauczycieli akademickich w USA jest nauczyć studentów. Zbyt masowe wystawianie ocen niedostatecznych oznacza, że wykładowca nie wypełnił swoich obowiązków. Zostaje ostrzeżony, a potem może być nawet zwolniony. "
"Stany Zjednoczone są krajem demokratycznym, ale tamtejsza dojrzała demokracja nie polega na tym – jak u nas – że o większości spraw mają się wypowiadać ciała zbiorowe, nie biorąc za to praktycznie żadnej odpowiedzialności. "
"Polską specyfiką jest nadawanie doktoratów również przez instytuty pozauczelniane – PAN i resortowe. To pozostałość dążenia do wprowadzenia w Polsce systemu obowiązującego w ZSRR, gdzie uniwersytety były od nauczania, a instytuty badawcze od prowadzenia badań. Na szczęście w Polsce nie udało się – jak na Węgrzech czy w Czechosłowacji – odebrać uniwersytetom prawa nadawania doktoratów."
"Zapytałem rektora uniwersytetu w Heidelbergu, jak mogą tam nadawać parokrotnie więcej stopni naukowych niż Uniwersytet Warszawski, uczelnia o niewiele mniejszym potencjale. Odpowiedział zdziwiony, że przecież w Heidelbergu i okolicy jest kilka mocnych instytutów Maksa Plancka, a wszyscy pracujący tam doktoranci otrzymują stopnie na uniwersytecie. Innego rozwiązania prawo niemieckie nie zna. "
"Jeśli chcemy gonić czołowe uczelnie amerykańskie, to należy ponadto przekształcić Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, tak aby nie wtrącało się do działalności przynajmniej najlepszych polskich uczelni. Trzeba też zlikwidować ustawę o szkolnictwie wyższym albo bardzo znacznie ją „odchudzić", aby nie przeszkadzała w rozwoju czołowych uczelni. Na wzór amerykański lub brytyjski można wprowadzić sprawne zarządzanie na uczelni, bardzo ograniczając „rozbuchaną demokrację". Powinno się także ograniczyć nadawanie stopni naukowych do uczelni wyższych,przy zachowaniu prawa promotorstwa dla pracowników instytutów pozauczelnianych. Wszystkie doktoraty w Polsce powinny być przypisywane wyłącznie uczelniom, jak jest niemal na całym świecie. Wreszcie muszą znacząco się zwiększyć nakłady na szkolnictwo wyższe i trzeba wprowadzić odpłatność za studia – przy jednoczesnym rozbudowaniu systemu stypendiów. "
I myśl chyba najważniejsza:
"O niekompetencji dyskutantów świadczy to, że przyczyny niepowodzeń upatrują tylko w niedostatku środków, a czasem wraca również zdanie, że to wszystko przez zbyt długą i trudną drogę kariery naukowej w Polsce. [...] W rzeczywistości chodzi o coś zupełnie innego. Od czołowych uczelni świata dzieli nas przepaść w dziedzinie prawa, zwyczajów i sposobu myślenia."
====
Wiele z problemów zasygnalizowanych przez prof. Wróblewskiego nie doczekało się w strategii E&Y nawet cienia refleksji. Niektóre, jak wzmocnienie roli PKA, idą wbrew jego opinii.
Prof. Wróblewski myli się tylko w jednym: kuriozalne standardy kształcenia zostały w całości opracowane i zaproponowane przez środowisko akademickie, ministerstwo nie zmieniło w propozycji Rektorów nawet jednego przecinka.
1
oceń komentarz masz 1 głos
W rozważaniach o reformowaniu szkolnictwa wyższego brak odniesień do podstaw - czyli do szkolnictwa gimnazjalnego i licealnego. Proponuję uwzględnić informacje z blogu http://chetkowski.blog.polityka.pl/?p=949
1
oceń komentarz masz 1 głos
Jeżeli chcemy realnie poprawić jakość kształcenia w szkolnictwie wyższym, podążajmy tą drogą - http://www.cf21.pl/pl/ ,a także tą - http://summer.latina.pedit.hio.no/ Dla mnie te inicjatywy stanowią realne rozwiązania, które mogłyby usprawnić szkolnictwo wyższe. Szkoda, że Strategia niczego podobnego nie proponuje.
1
oceń komentarz masz 1 głos
Podstawa kazdego uniwersytetu jest..kadra./wykladowcy (wlasna i wizytujaca, np /http://www.wca.wroc.pl/artykuly/750/Profesor-Sobiesiak-we-Wroclawiu/)! Student ma miec zapewniony bezposredni kontakt z wykladowca/naukowcem/promotorem...na sali wykladowej/w laboratorium/na uczelni. Nikt jeszcze z tego nie zrezygnowal tam, gdzie ksztalca sie elity..."Ino myslec Panowie!' (Prof. K.Idaszewski,1946,PWr)
Tak sie zlozylo, ze w okresie lat 1970-75, mialem mozliwosc sluchac wykladow paru Profesorow, ktorzy sami uczyli sie chemii jeszcze we Lwowie/lub u przedwojennych profesorow/, przed 1939r (np. Prof. K.Pigon, Z. Skrowaczewska...). Jak dla mnie, wyklady z chemii fizycznej prof. K.Pigonia byly najlepsze i nie mialy sobie rownych, pod kazdym wzgledem, na moim bylym Wydziale! Nie znaczy to, ze pozostale byly zle lub nieciekawe...Chodzi tu o lidera/wykladowce, ktory ciagle byl w stanie utrzymywac wysoka jakosc i przestrzegal standardow efektywnego ksztalcenia na uczelni/w swojej jednostce ! Nie wiem jak jest dzisiaj, ale wtedy to, na cwiczeniach rachunkowych z glowych przedmiotow (matematyka/chemia) przed kazda sesja , prowadzacy zajecia rozwiazywali na tabilcy od reki wszystkie przyklady, ktore przygotowalismy i wybralismy dal nich/bo byly zbyt trudne dla nas/ z polecanych/wszystkich dostepnych wtedy ksiazek na rynku..! Co wiecej, Ci, ktorym sie nie powiodlo na kolokwiach, chodzili na dodatkowe zajecia (wieczorem/po zajeciach) aby nadrobic wszelkie zaleglosci. To bylo darmowe i obowiazkowe (jak i wszystkie wyklady/cwiczenia)... No tak, mature z matematyki musialo sie zdac, nie mowiac o egzaminie wstepnym na uczelnie...Tam, od razu, serwowano codziennie nam wiecej: na wyzszym poziomie matematyka i chemia!
To wszystko, co osiagnelismy do dzis, jako absolwenci PWr, mialo swoj dobry poczatek... na wykladach!
-1
oceń komentarz masz 1 głos
Dyskusja jakoś siadła - czyżby wszystko już było jasne?
Konkretne problemy, które wskazałem w poprzednich postach doczekały się głównie minusów (nie wiem czy to negatywny stosunek do tych problemów, czy do posłańca, który o nich przypomina)
Postaram się pokazać, że nie wszystko jednak jest już jasne. W najnowszym numerze Polityki (10 z 6 marca) mamy artykuł Joanny Solskiej, Komu służy ekspert? Jest w nim sporo o tym, na co bezskutecznie starałem się w naszej dyskusji zwrócić uwagę. Otóż jest faktem, iż zachodnie realia naukowe, do których mamy dorównać, pełne są patologii. Wynika to z faktu, że nauka finansowana przez biznes, nauka starająca się wpasować w rynek, ogarnięta konkurencyjną rywalizacją działa (miedzy innymi) na zasadzie - kto płaci ten decyduje o kierunkach i wynikach badań, a dla kasy i zaszczytów zrobimy wszystko. Zwolennicy wzorów amerykańskich niech poczytają wspomniany artykuł i z ręką na sercu powiedzą, iż po reformach, które proponuje Strategia opisane w nim patologie nam nie grożą. Bo jeżeli takie ryzyko istnieje, to po co nam ta żaba? Po co reformy?
Jest jeszcze jeden problem - cytuję artykuł: "Rola partnera w firmie konsultingowej (mowa o ekspertach, naukowcach) jest ścisłe określona (...) Ma zdobyć dla swojej firmy klientów, którzy zapłacą za jej usługi (...) Wielka aktywność medialna kilku znanych ekonomistów służy właśnie temu. Mój rozmówca ma dostęp do informacji, o których nie wie czytelnik. Nie jest więc do końca przekonany, że teksty pokazujące na przykład tragiczny stan polskiej nauki dyktowane są tylko obywatelską troską popularnego ekonomisty. Po serii publikacji Ministerstwo NiSzW zamówiło w firmie doradczej, w której ich autor jest partnerem, strategię rozwoju polskiej nauki. W
Temat
228
komentarzy
Debata o Strategii rozwoju szkolnictwa wyższego
Debata dotyczy projektu strategii szkolnictwa wyższego przygotowanej przez zespół EY i IBnGR.
Komentarze
Kliknij
jeśli spodobał Ci się komentarz.
Kliknij
jeśli uważasz, że jest miernej jakości.
5
masz 1 głos
1. Raport nie spełnia zasad równościowych. Przykładowo statystyki nie uwzględniają podziału K/M, co zastanawia biorąc pod uwagę finansowanie raportu ze środków UE.
2. Zastanawia brak uwzględnienia specyfiki różnych kierunków. Np. wrzucenie politologów, handlowców i prawników do jednego koszyka mnie śmieszy.
3. Cytat: "Na wykresie 5.20 uderza różnica między liczbą uczestników studiów doktoranckich, a liczbą otwartych przewodów doktorskich (co należy zrobić po pierwszym roku studiów doktoranckich)."
Mnie uderza brak kompetencji i wiedzy autorów raportu o studiach doktoranckich. Studia doktoranckie trawają 4 lata, a 1/4 doktorantów ma otwarte przewody. No, naprawdę trwoga ogarnia.
"co należy zrobić po pierwszym roku studiów doktoranckich" - wymysł autorów. Przewód należy otworzyć, kiedy doktorant jest na to gotowy. Ustawa nic nie mówi o konieczności otwarcia po pierwszym roku.
4. Raport ma marny poziom merytoryczny i wygląda na napisany za ciężkie pieniądze zlepek ogólnie dostępnych statystyk, oczywistej wiedzy wydobytej z ustaw i powszechnej wiedzy książkowej. Temat bardzo ciekawy i szkoda, że tak płytko potraktowany. Widocznie autorzy mieli ciekawsze zajęcia niż pracę nad raportem...
9
masz 1 głos
Pierwsze uwagi - do prezentacji.
1. Do jednego worka wrzucono wszystkie dziedziny nauki i typy uczelni - to błąd. Ich specyfika jest bardzo różna. Innych rozwiązań wymaga humanistyka, a innych studia inżynierskie, czy nauki ścisłe.
2. Diagnoza o niskiej jakości studiów nie jest poparta rzetelnymi badaniami - pomiarem edukacyjnej wartości dodanej. Brak realnych pomysłów na unowocześnienie przebiegu ćwiczeń, laboratoriów i wykładów.
3. Likwidacja stypendiów za wyniki to duży błąd, ten rodzaj stypendiów bardzo motywuje do porządnej nauki. W realiach polskich motywacji nigdy za dużo. Samo życie dostarcza jej młodym ludziom za mało.
4. Wymaganie mobilności profesorów - w realiach polskich ten wymóg zderzy się z prozą życia. W Polsce rodziny nie lubią przemieszczania się , nie chcą odrywać się od swoich korzeni i środowiska (i trzeba to uszanować). Nie mamy wystarczającego zaplecza w postaci domów na wynajem, bo o poborach pozwalających na szybkie budowanie domu w nowym miejscu nie wspomnę.
5. Upadłość uczelni publicznej - to absurd. Uczelnia publiczna nie jest i nie powinna być przedsiębiorstwem, które albo przynosi dochód, albo pada. Uczelnia to także misja społeczna i kulturowa.
6. Zakaz pracy na drugim etacie lub dodatkowego prowadzenia działalności gospodarczej - przy obecnym i dającym się przewidzieć poziomie płac to nie jest realne. Ludzie i tak będą kombinowali, by dorobić. Poza tym, to naruszenie praw człowieka - jeżeli ktoś wywiązuje się ze swoich obowiązków, to nikomu nic do tego co robi w swoim czasie wolnym. Ten zakaz pachnie mi totalitaryzmem.
7. Rada powiernicza powołana przez ministra zawsze będzie partyjna (minister nie jest w stanie odmówić kolegom ze swojej partii). Taki organ powoła partyjnego rektora, a ten partyjnych dziekanów. Uczelnie staną się synekurami dla partyjnych kadr. Co kilka lat będą dezorganizowane kolejnymi kampaniami wyborczymi i gruntownymi zmianami ekip rządzących.
8. Likwidacja jednolitych studiów pięcioletnich - to ostateczne pogrzebanie sensownego modelu kształcenia lekarzy, inżynierów, nauczycieli i prawników.
8. Wymogi kadrowe formułowane w oparciu o osiągnięcia, a nie stopnie i tytuły - a te stopnie i tytuły to wynikają z czegoś innego niż osiągnięcia? Nie przypominam sobie bym doktorat i habilitację kupił lub dostał w spadku.
Podsumowując - nie było rzetelnej diagnozy stanu polskiej nauki i szkolnictwa wyższego i nie ma pomysłu na sensowny ich model. Jest za to pomysł na mieszanie dla samego mieszania - na zasadzie: jak wprowadzimy zachodnie rozwiązania to może coś z tego wyjdzie. Figa z makiem.
-5
masz 1 głos
@ Zbigniew Osinski. Czy nie zastanowil sie Pan nad tym dlaczego ten "mak", ktory sie wysypal Panu w powyzszych 8 pkt.oraz pewne inne dodatkowe skladniki, uzywane do "pieczenia" na uczelni , za granica cos tam w rezultacie im daja ,a nam z tego pieca wychodzi wciaz... makowiec z zakalcem?
10
masz 1 głos
W Strategii znalazło się kilka kuriozalnych założeń, np.:
- że przewód doktorski trzeba koniecznie otwierać po pierwszym roku studiów doktoranckich - to już zostało wypunktowane wyżej,
- że uniwersytety badawcze to takie, które nie prowadzą studiów pierwszego stopnia - proponuję wpisać 'research university' do angielskiej wikipedii,
- że na profesora nadaje się ten, kto przepracował co najmniej 3 lata w innej instytucji - to jest absolutne kuriozum, zapewniające profesurę wszystkim, którzy chałturzyli na tylu etatach, ile wlezie. Jakość profesora mierzy się liczbą wykładów gościnnych, a nie liczbą lat przepracowanych w cudzym labie.
-1
masz 1 głos
Ależ oczywiście - nam to zawsze wychodzi zakalec, a na Zachodzie to sam miód. Polacy to taki dziwny naród - najpierw przez 45 lat spora część elit padała na kolana przed modelem wschodnim, a teraz kolejna część ma tendencje do padania na kolana przed Zachodem. Szanowni Państwo, którym nie podoba się to co polskie, jak kiedyś jakiś menel wyzwie was od łże elit, to miejcie świadomość, że sami na to pracujecie.
2
masz 1 głos
@Zbigniew Osinski. Generalizacja nie poplaca i kladzie kazda dyskusje. Jak widac "zachodnie" sygnalizatory swietlne sie przyjely na ulicach polskich miast i sluza dobrej sprawie od lat! Podobnie jest z latwoscia przeprowadzania operacji finansowych majac w kraju wymienialna walute i Internet w domu. Nic juz nie mowiac , o satysfakcji i przyjemnosci przeczytania od reki komunikatu w zachodnim Nature o tym, ze jaszczurki w Gorach Swietokrzyskich byly tam znacznie wczesniej, niz ktokolwiek mogl przypuszczac? Jak widac bastiony obskurantyzmu i uprzedzen...przegrywaja! Tu juz nie ma Wschodu i Zachodu. Jest mozliwosc spelnienia potrzeb i sprawdzenia faktycznych szans na ich realizacje od reki. Tam gdzie sa mozliwosci, pojawiaja sie tworcy! Niestety, w przeszlosci, nasi rodzimi wynalazy przegrywali z tymi bastionami, a niektorzy swoje racje i szanse widzieli, z braku jakichkolwiek perspektyw, w... hodowli swin! Ale powoli sie w Kraju zmienia na lepsze... To co bylo wyjatkowe-staje sie juz normalne. Tu batalia idzie o normalne ...szkolnictwo wyzsze! Ta normalnosc nalezy wlasciwie wybrac, do niej sie w pelni dostosowac i rozwijac swoje talenty!
0
masz 1 głos
W odpowiedzi Panu Bandorskiemu 3.02.2010 21:55
Problem ze srodowiskiem polskim polega zbyt czesto na tym, ze nie potrafi spojrzec na cokolwiek z innej perspektywy niz doswiadczen zdobytych w ramach "chowu wsobnego".
Przykladowo w EPFL nie ma zadnego "otwarcia przewodu" z prezentacja wynikow. By zostac zarejestrowanym przez Serwis Akademicki nalezalo zlozyc plan pracy (w porozumieniu z promotorem), a nastepnie co roku informowac o postepie pracy i ewentualnych zmianach.
Plan pracy nie oznaczal, ze trzeba bylo podac tytul, jakies konkretne wyniki, etc... tylko opisac to co sie planuje zrobic i w jakim terminie.
Sluzylo to glownie KONTROLI ze strony uczelni czy praca z promotorem przebiega wlasciwie i czy nie ma jakichs konfiktow :-)
Chyba rok na na wspolne ustalenie przez promotora i doktoranta PLANU PRACY i badan powinien wystarczyc?
Na koniec podsumowuje jeszcze raz:
Sa kraje gdzie wymog przedstawienia planu pracu jest zwiazany glownie z OCHRONA DOKTORANTOW i mozliwoscia kontroli przez odpowiednie agencje uczelniane przebiegu wspolpracy z promotorem. Ostatecznie liczy sie tylko sama praca, ale tam pojecie recenzji "grzecznosciowych" nie istnieje i przynajmniej jeden recenzent musi byc recenzentem zagranicznym (w moim przypadku bylo dwoch).
W Polsce mozna stwarza sie "pompatyczne" wymogi na "otwarcie przewodu" a na koncu i tak... recenzuje gotowa prace kolega ze znanym powszechnie statystycznym skutkiem (wg prof Tazbira - 2005) :-(
Dla polskiego srodowiska rowniez jest rzecza niewyobrazalna, ze recenzenci maja DWA TYGODNIE na napisanie recenzji, a miedzy zlozeniem pracy a obrona przed komisja skladajaca sie z promotora, recenzentow (wszyscy sa obecni) i przedstawiciela wydzialu jest tylko DWADZIESCIA DNI ROBOCZYCH. Tylko, ze recenzentow i termin obrony ustala sie z polrocznym wyprzedzeniem gdy praca nad doktoratem jeszcze trwa w najlepsze!!!
1
masz 1 głos
W odpowiedzi Panu Bandorskiemu 3.02.2010 21:55 cd
"na profesora nadaje się ten, kto przepracował co najmniej 3 lata w innej instytucji - to jest absolutne kuriozum, zapewniające profesurę wszystkim, którzy chałturzyli na tylu etatach, ile wlezie."
Znowu perspektywa "lokalna" nie pozwala na wlasciwa interpretacje propozycji w strategii. Oto przyklad "lokalnej perspektywy"
Kilka miesiecy temu otrzymalam zaproszenie z OPI
-------------
Serdecznie zapraszamy do udziału w badaniu „Kariery zawodowe osób posiadających stopień naukowy doktora (CDH)”
Prosimy o wypełnienie ankiety znajdującej się na stronie internetowej
https://cdh.opi.org.pl
nie później niż do 6 listopada 2009 r.
-------------------
Niestety nie moglam wypelnic tej ankiety z jednego prozaicznego powodu:
jej autorzy w ogole NIE PRZEWIDZIELI sytuacji, ze mozna miec kilka KOLEJNYCH miejsc pracy, tzn KONCZYC w jednym miejscu i zaczynac w drugim.
Ankieta uwzgledniala tylko sytuacje WIELOETATOWCOW mozna bylo wpisac kolejne/inne miejsca pracy, ale ciagle majac jedno PODSTAWOWE. Pana komentarz swietnie wpisuje sie w ta mentalnosc - niestety... Autorzy w ogole nie dopuszczali mozliwosci ZAISTNIENIA takiej sytuacji (roznej od kariery od studenta po rektora w jednym miejscu) - swoja droga ciekawe dlaczego "nie miescilo im sie to w glowach" :-)
Zreszta pomysl, ze mobilnosc=wieletatowosc nie jest niestety nowy. Byly juz takie proby interpretacji w Sejmie w 2005 r. - szczesliwie "wysmiane" na komisji sejmowej. Jak widac jednak padly na podatny grunt... :-(
Kolejna bariera mentalna do pokonania - tutaj przypinam latke FNP. Mobilnosc to nie to samo co stypendium czy sabbatical "on leave"
2
masz 1 głos
Pani Małgorzato, w Diagnozie jest błąd, wynikający z braku znajomości polskich realiów, natomiast Strategia zaleca, by na stanowiskach profesorskich zatrudniać laborantki z zagranicznym stażem i trzema cytowaniami. Powtórzę jeszcze raz, w przypadku kandydatów na profesorów liczy się międzynarodowy dorobek, a nie liczba pracodawców wpisana w cv.
6
masz 1 głos
Pani Małgorzato, w Diagnozie jest błąd, wynikający z braku znajomości polskich realiów, natomiast Strategia zaleca, by na stanowiskach profesorskich zatrudniać laborantki z zagranicznym stażem i trzema cytowaniami. Powtórzę jeszcze raz, w przypadku kandydatów na profesorów liczy się międzynarodowy dorobek, a nie liczba pracodawców wpisana w cv.
1
masz 1 głos
"- że na profesora nadaje się ten, kto przepracował co najmniej 3 lata w innej instytucji - to jest absolutne kuriozum, zapewniające profesurę wszystkim, którzy chałturzyli na tylu etatach, ile wlezie. Jakość profesora mierzy się liczbą wykładów gościnnych, a nie liczbą lat przepracowanych w cudzym labie." Zenobiusz Bandórski
"...Strategia zaleca, by na stanowiskach profesorskich zatrudniać laborantki z zagranicznym stażem i trzema cytowaniami..." Zenobiusz Bandórski
Może się czepiam, ale:
- stategia zaleca wpowadzenie NOWEGO MINIMUM pracy co najmniej 3-ech lat pracy w innym ośrodku akademickim w kraju lub za granicą dla kandydatów na stanowiska profesorskie
- NIC NIE MA O ZNIESIENIU wcześniejszych wymagań np. dotyczących dorobku, publikacji czy badań
Zagadka:
Konstytucja RP z dnia 2 kwietnia 1997 r.
Art. 99. ust. 1. Wybrany do Sejmu może być obywatel polski mający prawo wybierania, który najpóźniej w dniu wyborów kończy 21 lat.
Czy to oznacza, że Konstytucja RP zaleca, żeby wybieranym na posła była osoba, która ma niewiele ponad 21 lat? ;P
0
masz 1 głos
"8. Likwidacja jednolitych studiów pięcioletnich - to ostateczne pogrzebanie sensownego modelu kształcenia lekarzy, inżynierów, nauczycieli i prawników."
Materiał studiów prawniczych można przerobić spokojnie w 4 lata. Podział na 3 + 2 może już być trudny, jednak pozwoli to na podstawowe studia licencjackie i specjalizacyjne studia magisterskie. Jest renomowana uczelnia w Polsce, na której na kierunku prawo nie ma obowiązkowych ćwiczeń. Spokojnie funkcjonuje studiowanie równolegle na niej prawa i w innym mieście drugiego kierunku. Wystarczy pojawiać się co jakiś czas na kolokwiach i egzaminach i to wszystko.
12
masz 1 głos
Generalnie wiele pomysłów zaprezentowanych w strategii mi się podoba - myślę, że jej wprowadzenie przyczyni się do polepszenia sytuacji nauki i szkolnictwa wyższego. Trzymam kciuki za determinację pani minister.
Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na tabelę 17.7 i pozycję Realny wzrost wynagrodzeń pracowników naukowo-dydaktycznych. Jeśli sytuacja wzrostu płac miałaby rzeczywiście przedstawiać się tak jak w tej tabeli, to nie wróżę powodzenia... Realny wzrost wynagrodzeń o ok. 30% w ciągu 10 lat przy wielokrotnym zwiększeniu wymagań i ograniczeniu możliwości uzyskiwania dochodów z innych źródeł może moim zdaniem spowodować, że pracownicy (zwłaszcza najmłodsi i najlepsi) zagłosują nogami i przejdą do innych sektorów gospodarki albo wyjadą za granicę. Zostaną ci, którym będzie wszystko jedno i tym samym przeprowadzimy sobie skuteczną negatywną selekcję.
Chyba, że autorzy mieli tu na myśli jedynie "gołą" pensję (coś w rodzaju czy się stoi czy się leży ;)) a np. prowadzenie badań czy dydaktyki będzie finansowane dodatkowo w ramach wymienionych w strategii dotacji? Jeśli czegoś nie zrozumiałem, to proszę mnie wyprowadzić z błędu.
Wprowadzanie jakichkolwiek zmian, a zwłaszcza tak rewolucyjnych - bez zwiększenia finansowania "podstawy" czyli kadry jest z góry skazane na porażkę (zwraca na to uwagę również strategia rektorska).
6
masz 1 głos
"7. Rada powiernicza powołana przez ministra zawsze będzie partyjna (minister nie jest w stanie odmówić kolegom ze swojej partii). Taki organ powoła partyjnego rektora, a ten partyjnych dziekanów. Uczelnie staną się synekurami dla partyjnych kadr. Co kilka lat będą dezorganizowane kolejnymi kampaniami wyborczymi i gruntownymi zmianami ekip rządzących." Zbigniew Osiński
Niestety tu muszę się z Panem zgodzić. Rady Powiernicze mianowane przez polityków, przy braku społeczeństwa obywatelskiego i małej sile organizacji strażniczych (watchdogów), może doprowadzić do jeszcze gorszego stanu szkolnictwa wyższego (obecne problemy + upolitycznienie uczelni, czyli partyjne etaty od rektora, aż do sprzątaczki). Najciekawsze byłoby dzielenie się uczelniami podczas zawierania koalicji (np. "my bierzemy UW, UJ i UAM, wy UWr, UG i Politechniki").
Potrzebne jest ponowne zastanowienie się nad tym elementem systemu. Być może konieczne jest np. silne wsparcie organizacji strażniczych, obserwujących powoływanie członków Rad Powierniczych, silne postawienie na przejrzystość całego procesu, być może także część członków powinna pochodzić z zagranicy.
13
masz 1 głos
Raport jest obszernym dokumentem. Pierwsze moje wrazenie jest takie, ze jest bardzo sensowny i porzadkuje wiele spraw.
Pewne moje watpliwosci budzi zakres obowiazkow "uczelni akademickich" i "uczelni badawczych".
(1) Wg Raportu uczelnie akademickie powinny z zalozenia ksztalcic na poziomie I i II i miec mozliwosc ksztalcenia na poziomie III. Z tym sie zgadzam.
(2) Uczelnie badawcze powinny zas ksztalcic na poziomie II i III i miec mozliwosc ksztalcenia na poziomie I. Z tym sie nie do konca zgadzam. Uwazam, ze szkoly badawcze z zalozenia powinny ksztalcic na poziomie I, II i III. Natomiast w niektorych sytuacjac mozna dopuscic do ksztalcenia tylko na poziomie II i III, ale powinno to byc traktowane jako sytuacja absolutnie wyjatkowa (np. z konsekwencja przyznawania prawa na tego typu dzialnosci tylko na ograniczony okres czasu np. 5 lat ).
Moje zastrzezenia biora sie stad, ze w Polsce oprocz szkol wyzszych, dzialaja instytuty naukowe majace takze wyrazne klopoty z okresleniem swojej misji. Od czasu do czasu, te instytuty obiecuja "odbicie" z Brukseli pieniedzy przeznaczonych na nauke w UE, co jednak w praktyce nie ma miejsca (Polska efektywnie doklada do kasy unijnej w sektorze nauki). Od czasu do czasu, instytuty te obiecuja wdrozenie nowych wlasnych technologii, ale przyklad "niebieskiego lasera", pokazuje, ze niestety od checi do realizacji droga bywa trudna. Wracajac do strategii, uczelnie badawcze moglyby byc szansa powrotu instututow naukowych typu PAN do normalnosci. Ale aby to sie stalo konieczne jest jednak wprowadzenie pelnego zakresu ksztalcenia (tj. trzystopniowego), tak jak to jest na swiecie (Harvard, Oxford...itd.). Jesli wymagany bedzie tylko stopien II i III, to jak znam dotychczasowe proby reform, skonczy sie na zmianie nazwy "instytutow naukowych" na "uczelnie badawcze" i wszystko bedzie po staremu. Nie zapominamy, ze Polacy w grze slow radza sobie naprawde znakomicie, a i tworzenie "polskich" uczelni badawczych, (tj., ktore beda specyficzne tylko dla naszego kraju) nie jest chyba nikomu potrzebne.
Ale ogolnie Strategia E&Y robi na mnie, po pierwszym czytaniu, bardzo pozytywne wrazenie.
-13
masz 1 głos
pokaż treść komentarza
-15
masz 1 głos
pokaż treść komentarza
-13
masz 1 głos
pokaż treść komentarza
7
masz 1 głos
Pan Zbigniew Mitura uprzedził mnie: też zwróciłem uwagę na to, że definicję uczelni badawczych najłatwiej byłoby spełnić instytutom PAN połączonym w ramach dużych miast, przemianowanych na "uniwersytety badawcze". Już teraz prowadzą studia III stopnia, w większości mają osiągnięcia naukowe i bardzo małe obciążenia dydaktyczne. Dość chętnie poprowadziłyby też studia II stopnia (by zwiększyć nabór na studia III stopnia; promocja doktorów jest niezbędnym składnikiem kariery akademickiej), ale nie mają ochoty, ani sił (ani kompetencji?) na studia I stopnia.
Proszę zwrócić uwagę na str. 56: tam warunkiem uzyskania statusu uczelni badawczej jest prowadzenie tylko studiów III stopnia! Studia I i II stopnia są ledwo opcjonalne!
ŻADNA z istniejących uczelni, nawet UW i UJ, nie spełnia przedstawionych w strategii kryteriów uczelni badawczej. I do roku 2020 żadna ich nie spełni, bo rdzeniem wszystkich uczelni są i pozostaną komercyjne wydziały "masowe" - deszczu dutków niezbędnych do samodzielnego funkcjonowania uczelni wyłącznie badawczej nikt się przecież nie spodziewa.
Lepszym pomysłem wydają się wydziały badawcze, z których w przyszłości mogłyby wyłonić się
uczelnie badawcze.
Uczelnie badawcze mają sens TYLKO w wypadku zapewnienia dużej mobilności kadry (zakładam, że to one byłyby kuźnią kadr dla pozostałych typów uczelni; inaczej nie miałyby racji bytu).
Uczelnie badawcze maja też sens TYLKO w wypadku zapewnienia wysokiej jakości prowadzonych w nich badań naukowych ORAZ powiązania tematyki tych badań z potrzebami szeroko rozumianego (polskiego? europejskiego?) przemysłu i administracji.
Uważam, że obowiązek prowadzenia działalności naukowej powinien być uzależniony nie tylko od typu uczelni, ale i stopnia studiów. Uczelnie akademickie i badawcze powinny mieć prawo (i obowiązek ekonomiczny) zatrudniać do prowadzenia zajęć na studiach I stopnia nauczycieli na stanowiskach WYŁĄCZNIE dydaktycznych.
W strategii brakuje jasnego stanowiska w sprawie prowadzenia studiów III stopnia w placówkach PAN.
6
masz 1 głos
Pan Koza napisał:
"Uczelnie badawcze maja też sens TYLKO w wypadku zapewnienia wysokiej jakości prowadzonych w nich badań naukowych ORAZ powiązania tematyki tych badań z potrzebami szeroko rozumianego (polskiego? europejskiego?) przemysłu i administracji". Zgoda, ale, ale.
A jak te uczelnie badawcze uzyskają środki na badania? W konkursach "Ci" z uczelni niebadawczych będą recenzentami "Tych" z uczelni badawczych.
Póki recenzje nie będą miały charakteru WYŁĄCZNIE merytorycznego, póty żadne reformy nie zostana wdrożone!!!!!
10
masz 1 głos
W dyskusji nad reformą SW zwolennicy utrzymania tytułu naukowego często wskazują na polskie tradycje w tej materii. Ostatnio można było usłyszeć tego typu argument nawet z ust Prezydenta RP. Rozumiem, że 'historia magistra vitae est'. Historia i tradycja pokazuje, że tacy Profesorowie, jak Ulam, Banach etc. do stworzenia fundamentów analizy funkcjonalnej nie potrzebowali grantów ERC, 7. PR, ich prace nie powstawały wskutek realizacji projektów celowych, rozwojowych i innych. Byli idealistami, bo jak inaczej określić dyskusje w kawiarni, dowcipne zakłady o żywą gęś? Polskie uniwersytety działają w oparciu o model stworzony już bardzo dawno temu. Wiara w to, że z chwilą otrzymania tytułu naukowego wzrasta w przeciętnym naukowcu poczucie misji i odpowiedzialności za naukę, jej zrównoważony rozwój, kształcenie elit społecznych, promocję najzdolniejszej młodzieży, jest wielce naiwna. Osoby, które bronią status quo, dumnie wymachują sztandarami Tradycji, a z drugiej strony są jedynymi realnymi beneficjentami obecnego systemu, co jest sprzeczne z Tradycją, tą ukształtowaną np. przez lwowskich przedwojennych akademików. Co gorsza, dyskusyjna jest ciągłość idei obecnego i tamtego środowiska - przykładem prawnicy z UJ, deklaratywnie stwierdzający, że nie są uczniami przedwojennych profesorów.
Nasze społeczeństwo 2 dekady temu musiało stawić czoła zmianie reguł rynkowych - czas, w którym to osoba po ukończeniu szkoły zasadniczej przez ponad 30 lat do emerytury pracowała przy frezarce albo w hucie, odszedł w zapomnienie. Mobilność i gotowość do przekwalifikowania się jest normą, wymogiem rzeczywistości. Zmiany ominęły jednak SW. Przeciętnego belfra - akademika o odpowiednim wianku tytułów trudno odczepić od stołu prezydialnego w auli wykładowej. Na uniwersytecie w Cambridge odsunięto od wykładów noblistę, gdyż został negatywnie oceniony przez studentów. Ciekawe, czy doczekam czegoś podobnego w moim kraju.
Żywię nadzieję, że przyszłe pokolenie będzie mogło czerpać z pozytywnych wyników obecnej debaty.
-1
masz 1 głos
Raporty, którym poświęcono ten serwis można krytykować właściwie z każdej perspektywy. Pod względem znajomości specyfiki zarządzania instytucjami edukacyjnymi w szerokokontekstowym rozumieniu tej kategorii, autorzy wykazali się ignorancją lub lenistwem w zakresie projektowania badania. Ów dokument wpisuje się proces trwający od dawna, ujawniający się nie tylko w instytucjonalnej sferze edukacji - jest to chroniczna i coraz bardziej agresywna reifikacja podstawowych pojęć, jak choćby: kultura, nauka, wiedza, innowacyjność. Dziś jawią się one jako swoiste pakiety użytecznych ekonomicznie znaczeń i stanowią jeden z niezbędnych składników paliwa napędzającego to, co apologeci „wolnej konkurencji” (wyświechtany oksymoron, a jednak wciąż tak ubóstwiany…), ciągłego „rozwoju” i pościgu za „najlepszymi rozwiązaniami” nazywają gospodarką opartą na wiedzy. Zresztą, „kapitał ludzki”, nazwa programu finansującego „badanie” zamówione przez szanowne ministerstwo również należy do kategorii przedefiniowanych przez rynek.
Jestem doktorantem (zapewniam, że przewodu nie trzeba otwierać po pierwszym roku…), skończyłem prywatną uczelnię. Drogą i kochającą pieniądze, pod względem przystępności i „życzliwości” administracji nawiązującej do wzorców od lat prezentowanych przez uczelnie państwowe. Przez cztery z pięciu lat studiów pobierałem stypendium naukowe. Zdobyłem je wyłącznie swoją pracą. Oczywiście, beneficjentami programu stypendialnego było też wiele po prostu sprytnych osób, niespecjalnie zainteresowanych studiowaniem. Większość studentów mojej cieszącej się, pomimo komercyjnego charakteru, pewną estymą w akademickich koteriach alma mater, wie, że studia są po to, żeby potem móc możliwie szybko (25 zamiast 35 lat – prawdziwa wolność) spłacić kredyt mieszkaniowy i jeździć automobilem typu SUV. Jak mniemam, wśród autorów omawianego raportu również znajdzie się kilkoro entuzjastów stylu życia, z którym wspomniane wyżej artefakty (i cała masa podobnych) mogą się kojarzyć.
Ernst&Young i ministerstwo, które zapłaciło tej instytucji niebagatelną kwotę za kolejny dokument legitymizujący aneksję całej nauki przez rynek mnie i wiele moich koleżanek oraz kolegów utwierdzają w przekonaniu, że doktorat wcale nie jest pewnym etycznym wyborem, decyzją o zaangażowaniu się w naukę, by potem móc uczyć innych. To przecież inwestycja! Jeden z etapów „budowania kariery”!
Obiecuję, że od dziś wszystkim moim znajomym doktorantom, studentom, których będę uczył i profesorom, których podziwiam lub nie, będę mówił, że wszyscy musimy z impetem ruszyć do wyścigu o granty, być „mobilni”, walczyć o miejsce w rankingach (w Oxfordzie i MIT przecież wszyscy są szczęśliwi, a sukces wylewa się z każdego konta) i pokazywać ludziom, jak zarabiać. Nie ma przecież miejsca na ten beton, tych zgrzybiałych humanistów o sowieckiej mentalności! Przysięgam też, że każdego będę nakłaniał, by został karierowiczem w międzynarodowej firmie doradczej. Co tam, że najprawdopodobniej ma ona na koncie wiele co najmniej kontrowersyjnych posunięć wobec pracowników, instytucji publicznych, że połączyła się z inną znaną i skompromitowaną totalnie firmą. Ja też chcę zyskać aparycję kalifornijskiego surfera mogącego pochwalić się prestiżowym dyplomem i licznymi certyfikatami. No, a przynajmniej chciałbym być kimś takim, jak absolwent SGH odnoszący „sukces” – słowiański ekwiwalent osobnika wyżej opisanego. Ale kilka nieszczęsnych lat temu źle wybrałem, związałem się z nierynkową dziedziną i tymi nieżyciowymi dinozaurami akademickiego świata. I teraz to bym tylko chciał, żeby mi płacili nie wiadomo za co, za gadanie archaicznych bzdur. Co z tego, że od lat zajmuję się m.in. ściąganiem z europejskich instytucji rozmaitych dofinansowań, że pracowałem trochę w „perspektywicznej branży”. Naiwny, wolałem jakąś „ideę” pretensjonalną. A przecież te wszystkie firmy są społecznie wrażliwe, zakładają fundacje pomagające ludziom i kodyfikują etyczne rozwiązania prominentów kierujących nimi. Dziękuję za Wasze głębokie analizy, gdzie człowiek zajmuje należne mu miejsce. Tchnęliście tyle nadziei w tych, którzy wierzą, że praca dla nauki nie oznacza jedynie bycia „specjalistą” wypowiadającym się w mediach. Wszyscy chcemy być tacy, jak Wy. Übermensch z Ernst&Young to przyszłość, doktorant-idealista to wstyd!
2
masz 1 głos
do Jacka D.
Tak na moj gust, to Pan w zasadzie nic nie napisal o Strategii, tylko tak sobie Pan ponarzekal na cale zlo tego swiata. Ale taki styl wypowiedzi to w zasadzie standard dla Polakow, wiec chyba sie czepiam niepotrzebnie. Wiec moze w podobnym stylu dodam, ze u mnie dzisiaj za oknem snieg zaczal sie topic i zrobil sie troche szary, i jak tu w takich warunkach pracowac? Nie daje sie.
-2
masz 1 głos
Szanowny Panie Zbigniewie,
Tak na mój gust, to Pan w zasadzie nijak się odniósł do mojego komentarza, tylko tak sobie Pan ponarzekał, powodowany oburzeniem na fakt, że zaśmiecam tę wymianę komentarzy ogólnymi frustracjami, zamiast zaangażować się w merytoryczną debatę nad dokumentami zaprezentowanymi w niniejszym serwisie. Mam nadzieję, że spróbuje Pan, Zbigniewie, na chwilę zniżyć się do mojego poziomu i zapoznać się z eksplikacją mojej postawy, którą, jak przypuszczam, może Pan uznawać za wynikającą z ignorancji lub nieznajomości treści szacownej strategii. Najpierw jednak zaznaczę, iż „standard dla Polaków” nie jest mi dobrze znany. Mniemam, że chodzi Panu o polską skłonność do narzekania generującą przygnębiający marazm, tę narodową chorobę, która nie pozwala nam dogonić cywilizowanego świata. Jeśli mam rację, to pozwolę sobie zaznaczyć tylko jedną kwestię: kultura narodowa, mówiąc oględnie, nie jest mi szczególnie droga, a i przywary ją współtworzące, nawet jeśli sam jestem nimi splamiony, nie są czymś, co wywodziłbym z „polskości”. Pan z pewnością jest już znacznie dalej, widzi Pan więcej niż starsi „profesorowie nauk humanistycznych” i ich nieudaczni protegowani, którzy wolą trwać na zajętych pozycjach i tak dogorywać, nie wytwarzając żadnej ekonomicznej wartości, będąc obciążeniem dla przedsiębiorczych, aktywnych i nowoczesnych. W Panu, Zbigniewie, i Jemu podobnych, nadzieja na stworzenie Nowego Polaka Akademickiego!
Nie musi mi Pan wierzyć, ale znam się nieco na rozmaitych „strategiach rozwoju”. Mimo, że jestem humanistą, a nie praktykiem takiej nauki, która daje ludziom „postęp” (a przecież wszyscy, wszyscy dosłownie, korzystają z jego dobrodziejstw). Wiem też, że każdy pogląd przeradzający się w spójną strategię konstytuuje się na konkretnym podłożu. W przypadku urynkowienia nauki i sfery akademickiej jest nim przeświadczenie o konieczności zmobilizowania uczelnianych kręgów, rozpieszczonych stałymi i nieustannie marnotrawionymi subwencjami. Zbawieniem ma tu być podejście, które z jednej strony opiera się na wierze w instytucjonalnie uprawomocnioną subsydiarność, z drugiej na rozległym dyskursie modernizacji, którego ofiarami są paradoksalnie zarówno przebojowi badacze różnych specjalności podejmujący pracę w wielkim biznesie, jak i emigranci zarobkowi. Pierwsi bezużyteczni dla rynku, który prawdopodobnie jest obiektem Pańskiej bezwzględnej afirmacji, staną się dużo później niż drudzy. Mam nadzieję, że jest Pan w stanie uznać, że jest to punkt wyjścia dla wielu zupełnie racjonalnych, a nie jedynie histerycznych analiz ekonomicznych. Ale zawsze możemy porozmawiać o konkretnych założeniach raportów autorstwa Ernst&Young. Tyle, że problem tkwi na poziomie absolutnie prymarnym, a nie w wizjach wyrastających na jego gruncie. O tym jednak nie mówimy, zamykając temat w medialnie napiętnowanych kategoriach, jak „populizm”, „demagogia” albo „obrona etatyzmu”.
0
masz 1 głos
"Ale zawsze możemy porozmawiać o konkretnych założeniach raportów autorstwa Ernst&Young." Jacek_D
To w takim razie, czy mógłby Pan przedstawić jakieś konkretne argumenty przeciwko zaleceniom raportu? Bo w ewentualnej ustawie trudno zapisać jakiekolwiek rozwiązania "na poziomie absolutnie prymarnym". W niej potrzebne są konkretne rozwiązania. Czy mógłby Pan przedstawić jakiś zarys rozwiązań, które by Pana satysfakcjonowały?
0
masz 1 głos
Mam już za sobą lekturę pełnych wersji zarówno "Diagnozy" jak i "Strategii". Spisałem kilka stron uwag krytycznych. Ze względu na objętość nie wklejam tego na forum. Zainteresowanych zapraszam na mój blog http://edukacja21wieku.blogspot.com/ .
2
masz 1 głos
Panie Wojtku K.,
Moja gotowość do analizowania konkretnych propozycji E&Y była wyrazem ironii. Konkretne rozwiązania to, w mojej opinii, takie, które dają podstawę do umocowania ich w prawie, projektowanym lub obowiązującym. Raport, który jest kpiną z jakiejkolwiek metodologii nie prezentuje takiego materiału. Propozycje zmian polityki stypendialnej, owszem, są konkretne. Tyle, że szacowna firma nie zainteresowała się kwestią konieczności przeprowadzenia gruntownego studium sposobów, w jaki stypendia są wydatkowane przez odbiorców, a ważny jest tu np. procent stypendiów, który w rozmaity sposób wraca na uczelnie. Zniesienie studiów zaocznych i tym samym, jasne zakomunikowanie większości studentów w Polsce (bo zaoczni to większość, jeśli dobrze pamiętam), że ich wykształcenie, nawet jeśli nie dotknie go projektowana reforma, jest mniej wartościowe i wymaga dłuższego procesu kształcenia. System tzw. „dotacji” (zresztą, uzależnienie wysokości wsparcia budżetowego od rynkowej skuteczności – bo tak to będzie faktycznie wyglądać - jest pomysłem abstrakcyjnym, potencjalnie łamiącym prawo na poziomie unijnym) jest tak nierealny jak to, że w 2020 roku jakakolwiek polska uczelnia znajdzie się na czele jakiegoś rankingu uczelni na świecie, tak fetyszyzowanego przez autorów raportu.
Błędy formalne, czyli np. słynny przewód po pierwszym roku studiów doktoranckich, kompromitują autorów i zleceniodawcę. Podobnie jak wprowadzenie zabawnej dychotomii: uczelnie akademickie i badawcze. Czy posłałby pan dziecko raczej do szkoły edukacyjnej, czy szkoły wychowawczej? Ja wolałbym rozwiązanie kompromisowe, czyli standardowe, choć dzieci nie mam.
Proces boloński ma swoich paranoicznych obrońców, większość jego entuzjastów stanowią jednak realiści postulujący gruntowne zmiany. Mobilność definiowana zgodnie z pryncypiami tego programu jest czymś niesamowitym. Pobudzanie refleksyjności i dynamiki polskiej nauki za pomocą przymusowych trzyletnich zsyłek dla młodych naukowców? I opór przed tym rozwiązaniem z powodu przymusowego porzucenia dotychczasowego życia jako ewentualna przeszkoda? A starszych, nienowoczesnych i niemobilnych naukowców zamykamy w obozach, czy wysyłamy na emerytury i zakazujemy kontaktów ze światem akademickim w ogóle?
Brak konsekwencji w odniesieniu do prestiżu poziomów edukacji jest porażający. Zaoczne – źle, licencjackie – dobrze. Nie wiem, czy w E&Y słyszeli kiedyś o prawidłowo przeprowadzanych konsultacjach środowiskowych? Nie chodzi tu o ściąganie statystyk z Eurostatu wyłącznie i pisanie o uczestnikach sfery akademickiej jako o molochu, w którym wyróżniamy tylko podstawowe podziały. Szkoda, że nikt nie poprosił reprezentatywnej grupy pracowników naukowych o ocenę jakości działań i skuteczność uczenia się studentów zaocznych, wieczorowych i dziennych. Można było też pokusić się o kilka innych badań, zamiast roztaczać wizję społeczności akademickiej o mentalności spekulantów giełdowych. Ten projekt nie dotyczy edukacji wyższej ani konieczności reformy polskiej nauki w ogóle.
W E&Y prawdopodobnie inspirowano się amerykańskim systemem administracji uczelni. Tyle, że tam funkcjonuje system uczelni-klastrów (nie ma żadnego podziału na „badawcze” i akademickie”, funkcjonuje za to konglomerat kompetentnych instytutów) oraz kompletnie inna polityka dotacyjna. W USA uznano, że „publiczne” winno bazować na mentalności filantropijnej, zatem w rzeczywistości wszystko zostaje przefiltrowane przez sektor prywatny.
Inaczej jest w Wielkiej Brytanii, Francji lub Danii. A przykłady tamtejszych instytucji podaje się w raporcie jako „dobrą praktykę” legitymizującą pomysł powołania kuriozalnej instytucji KAWA. Szkoda, że nikt nie zorientował się, że nie ma tu mowy o żadnej analogii do rodzimej rzeczywistości. Każdy z tych krajów posiada inny system przepływu środków publicznych (np. Rady Sztuki i inne quangos w Brytanii, finansowanie przez kompletnie inne poziomy administracji, nieporównywalne strukturalnie do polskich we Francji oraz specyficzny rodzaj hybrydowych, wielozadaniowych instytutów w Danii). Zresztą, KAWA krzyżowałaby się kompetencjami z delegaturami unijnych agend odpowiedzialnych za programy związane z mobilnością i stypendiami. Uniknięcie tego problemu wymagałoby reformy zasad funkcjonowania struktur w kilku ministerstwach i deklaracji, że od tej pory Polska chce mniej żywiołowo uczestniczyć w programach w rodzaju: Leonardo, Erasmus, Grundtvig i wszystkich promujących długofalową edukację. A to przeczy jednej z głównych idei „przyświecających” autorom raportu.
Ten raport przeraża już wielu ludzi. Nie dlatego, że są przywiązani do stołków i niechętni zmianom. Raczej dlatego, że dobitnie podkreśla on istnienie ogromnej przepaści między środowiskiem humanistycznym, środowiskiem naukowców dyscyplin ścisłych i przyrodniczych a wpływowymi, perwersyjnie liberalnymi analitykami sfery, która miałaby się stać „rynkiem” szkół wyższych. To ogromny krok wstecz i cios w porozumienia między instytucjami i specjalistami na poziomie współpracy merytorycznej. Ważnej, łamiącej konwencje i tradycyjne bariery. Ale ponieważ nie zawsze są dochodowe (gdyż z założenia stanowią inwestycję w sferę symboliczną o długofalowych skutkach, których nie przelicza się za złotówki lub euro), zostaną zastąpione „międzysektorowymi” projektami, które są potencjalnie wybitnie konfliktogenne. Ta urocza wizja „przyszłości”, paradoksalnie odgrzewa „branżowe” niesnaski pretensjonalnych intelektualistów z XIX wieku. Polaryzowanie ludzi, wartościowanie ich pasji i dokonań za pomocą nieprecyzyjnych kryteriów jest przygnębiającym i obrażającym całe rzesze ludzi skandalem.
1
masz 1 głos
Do p. Jacka D.
Proponuje aby Pan na chwile zapomnial o Strategii E&Y , ale pomyslal np. o ostatnim spacerze po miescie. Polskie miasta nie sa szczegolnie malownicze. Ale jesli ktos nas zapyta co nam sie podoba w okolicy a co nie, to zawsze da sie znalezc pare rzeczy pozytywnych i pare negatywnych (lub odwrotnie tj. pare rzeczy negatywnych i pare pozytywnych). Sytuacja, w ktorej wszystko nam sie nie podoba swiadczy o stresie, zniecheceniu itp., natomiast nie moze byc podstawa do wyrazania obiektywnej oceny.
Humanisci sa bardzo potrzebni w dyskusji nad reforma. Ale trudno jednak powaznie traktowac osobe, ktora wszystko widzi w czarnych kolorach. Niestety jest to szczegolnie niepokojace, gdy okazuje sie, ze chodzi o osobe z kregow akademickich.W moim odczuciu, naukowiec (nawet humanista) powinien umiec przeprowadzac wnikliwe analizy, a nie kierowac sie (wylacznie) emocjami.
P.S. Powyzsze moje uwagi czesciowo odnosza sie takze do opinii p. Z.Osinskiego, ktory tez dostrzega w Strategii glownie wady, w zasadzie nie znajdujac zadnych pozytywow (a Strategia liczy dobrze ponad 100 stron). Troche to wszystko jeszcze niedojrzale, takie pozbawione poczucia, ze w tym Kraju tez mozna o czyms wspoldecydowac .
2
masz 1 głos
"Zaczepiony" przez Pana Miturę odpowiadam - nie jest prawdą, że dostrzegam w Strategii głównie wady. Ja tylko piszę o tym co uznaję za wady. Przecież nie miałoby sensu wypisywanie w kilkudziesięciu punktach tego co uznaję za pozytywne w tym dokumencie. Logicznie należy przyjąć - nie zgadzam się z tym co krytykuję, a zgadzam się (w zasadzie) z całą resztą.
Pański fragment o niedojrzałości należy skierować do tych, którzy na skutek braku umiejętności analitycznych całe polskie szkolnictwo wyższe widzą w czarnych barwach.
A jeżeli chodzi o poczucie współdecydowania - to o czym świadczy fakt, że wypowiadam się na tym forum?
0
masz 1 głos
do Z.Osinski
Jesli Pan widzi jakies pozytywy, to zmienia to sytuacje. Ale na Pana stronie webowej, w podsumowaniu sa tylko wady. Jak na ocene Strategii, to jest to dosc nietypowa "formatka" (przynajmniej jak dla mnie).
P.S. Ale Pana strony web-owe wygladaja ogolnie naprawde profesjonalnie :-).
2
masz 1 głos
Do Jacka D.
Gratuluję świetnego, wyważonego komentarza. Na tej stronie robi się strategii typowy product placement, więc wszystkie uwagi krytyczne są natychmiast wyklikiwane na czerwono. TYm niemniej, bardzo się cieszę, że ktoś potrafił tak rzetelnie i rzeczowo wyartykułować główne zarzuty pod adresem raportu.
3
masz 1 głos
Jacek D I p. Osiński przytaczają argumenty, nad którymi warto się pochylić. Ale prezentując wyłącznie krytykę (w tym pełną ironii krytykę "w czambuł", jak p. Jacek), pośrednio wspieracie Panowie i *utrwalacie* obecny system.
O co chodzi? Chodzi o to, że rozwój Polski w ostatnim 20-leciu wynikał ze słynnej balcerowiczowskiej renty zacofania. Siłą napędową tego rozwoju była przepaść cywilizacyjna Polski i krajów tzw. I świata skontrastowana z nieproporcjonalnie (do zamożności obywateli) wysokim poziomem cywilizacyjnym Polski. Ta "renta" powoli traci swoją wartość. Jeżeli mamy ambicję wejść do grona krajów wysoko rozwiniętych, musimy jako naród dojrzeć i znaleźć inne mechanizmy rozwoju niż tania jak na swoje kwalifikacje siła robocza. Proces Boloński wynika z tej samej obserwacji w stosunku do Europy, której pozycja w świecie co najmniej od II wojny światowej systematycznie maleje.
Z tej perspektywy pytanie brzmi: czy reformy, proponowane przez E&Y mogą doprowadzić do poprawy pozycji Polski w Europie i świecie? Czy wszystkie? Czy są wykonalne w naszych realiach społeczno-kulturowo-gospodarczych? Czy reformatorzy przewidzieli wszystkie konsekwencje swoich planów? Czy nie przeoczyli jakiegoś naprawdę ważnego elementu systemu? A może istnieją jeszcze lepsze pomysły?
W latach 1980-81 dyskusja w Polsce dotyczyła nie tego, jak obalić, lecz jak *zreformować* realny socjalizm. Nawet gdyby jakimś cudem zniknęły bariery polityczne, nikt wówczas nie odważyłby się wprowadzić gospodarki rynkowej; nikt też nie był do niej przygotowany. Potrzeba było niemal 10 lat przemyśleń i w końcu totalnej zapaści systemu, by elity po obu stronach uświadomiły sobie, że radykalne zmiany nie tylko są możliwe, ale i konieczne. W tej chwili próbuje się wprowadzać zmiany w systemie nauki i szkolnictwa wyższego metodą "tu trochę pudru, tam trochę kremu". Nikt, z Panią Minister włącznie, nie wierzy, że prawdziwie głębokie zmiany są możliwe (choćby ze względu na układ sil w parlamencie). Więc będziemy się tak bujać kolejne 5-10-100 lat, wiecznie ścigając się z Albanią.
Strategia E&Y jest jedynym znanym mi opracowaniem dotyczącym wizji polskiej nauki i szkolnictwa wyższego w perspektywie 10 lat. Jeśli spojrzy się na nią w ten właśnie sposób, jako cel, który ma być osiągnięty nie za pół roku, a za 10-15 lat, to ona jest do zaakceptowania, mimo że tu i ówdzie narusza moje interesy i interesiki, mimo że moim zdaniem tu i ówdzie kładzie nacisk nie na to, co trzeba. Na pewno nie do zaakceptowania byłoby trwanie w bezruchu obecnego systemu.
3
masz 1 głos
Panie Zbigniewie,
Według mnie jest Pan wyznawcą przerażajaco błędnego kontekstu i prawdopodobnie pozostanie nim Pan bez względu na opinie innych osób uczestniczącej w niniejszej wymianie komentarzy. Myślę, że skorzystałby Pan na przyjęciu nieco bardziej wnikliwego stanowiska wobec raportu E&Y.
Doceniam Pańską troskę o moje zrujnowane chronicznym pesymizmem samopoczucie. Zapewniam jednak, iż nie poświęcałbym ani minuty na pisanie, jak Pan twierdzi, powodowany wyłącznie stresem i zniechęceniem, przydługich komentarzy, gdybym nie był absolutnie przekonany o konieczności jawnego i zdecydowanego krytykowania "strategii", której jest Pan wielbicielem.
Mój ostatni komentarz, jeśli tak powinno się nazywać taką wypowiedź, zawierał w miarę konkretne zarzuty pos adresem wybranych zapisów raportu. Wcześniej twierdził Pan, że uprawiam wyłącznie "polskie" malkontenctwo. Wnioskuję więc, że nie przeczytał Pan dokładnie lub nie zrozumiał mojego poprzedniego wpisu. Zastosował Pan za to niebywale inteligentny zabieg: zamknę histerykowi usta swoim świętym spokojem i optymizmem. Postawa zdecydowanie dziecinna, choć dla mnie udowadnia raczej to, że w rzeczywistości nie ma Pan pojęcia o tym, jak prawo sformułowane na podstawie rekomendacji autorów raportu może działać. Przypuszczam, że po prostu nie potrafi Pan zachować dystansu wobec pewnego szczególnego języka. Jeżeli tak jest, to z pewnością każdy termin mający "nowoczesne" konotacje i odnoszący się do rozwoju, konkurencji, modernizacji i dofinansowania nauki wywołuje Pana zachwyt, wobec którego każda inna reakcja jest "polskim narzekaniem". Pan w ramach swej "nie-polskości" w tej sferze zachowuje jowialny optymizm i cieszy się na myśl o nadchodzącym dostatku, którego beneficjentami będą wszyscy „postępowi” naukowcy.
Teraz już bez sarkazmu: moje reakcje na Pana wypowiedzi nie wynikają z chęci dokuczenia Panu – zwolennikowi innego niż mój poglądu na finansowanie edukacji wyższej i badań. Może Pan nawet być libertarianinem nienawidzącym subwencjonowania przez państwo jakichkolwiek instytucji. Tyle, że nawet tak radykalna wizja, jeśli wynika ze świadomego wyboru dokonanego na podstawie wiedzy i w miarę analitycznego podejścia, nie uwzględniałaby pokaźnej części rozwiązań proponowanych przez E&Y. Ponieważ są nielogiczne i wyprowadza się je z gdybania i skrajnie partykularnego podejścia do nauki. Zachęcam do zainteresowania się tym aspektem tego raportu.
Nie bardzo rozumiem, co ma Pan na myśli mówiąc, że osoby widzącej „wszystko w czarnych kolorach” nie można brać poważnie. Czym jest dla Pana owo „wszystko”? Ja chyba od początku deklarowałem, że odrzucam ten raport w całości. Faktycznie nie znajduję w nim żadnego rozwiązania rozważnie podchodzącego do specyfiki instytucji naukowych. Polecam trochę refleksyjności (takiej humanistycznej nieco…).
„Obiektywna ocena” to chyba jednak oksymoron, a konstatacja, że humaniści są potrzebni w „dyskusji o reformie” niestety potwierdza Pański protekcjonalny stosunek do humanistów w ogóle. Ciekawe, że postrzega Pan tę grupę jako monolit ufundowany na jakiejś roszczeniowej postawie. Słyszał Pan o interdyscyplinarności rodzącej się dzięki współpracy np. teoretyków informatyki, ekonomistów i socjologów? Albo politologów z biologami? Wiele z nich to kuriozalne utopie, lecz zdecydowana większość dowodzi istnienia elementów, które mogą utworzyć interesujący naukowy dyskurs. I do tego generować praktyczną „wartość”! Niesamowite, nieprawdaż? Ale humanista zawsze będzie uwstecznionym nieudacznikiem, czy tak? Cóż, jako, że zaliczam się do tego pasożytniczego kręgu, to przynajmniej mogę pocieszać się faktem, że nawet zajadłych, ironicznych uwag nie muszę wygłaszać w oparciu o „spacerowe” metafory i infantylne tłumaczenia…
Zabawne, że z tego, co autorzy tej strony nazywają „konsultacjami społecznymi” wyszło coś pomiędzy taką tradycyjnie kojarzoną z akademickością wymianą złośliwości. Oczywiście, stało się tak przede wszystkim z powodu mojej krytyki Pańskiego rażącego konformizmu i ignorancji wobec błędów formalnych, merytorycznych i pseudo-badawczej postawy dyskryminującej tysiące ludzi.
Przede wszystkim jednak załamuje mnie jednak Pańskie aroganckie lub wynikające z braku wiedzy przekonanie, że afirmacja wszystkiego, co się Panu wydaje dobre oznacza „współdecydowanie”. O czym i z kim? Proszę wybaczyć, ale sądzę, że nie ma Pan pojęcia o tym, jak mogą działać oddolne społeczne inicjatywy. Niech Pan mi wierzy, „humaniści” coś tam o tym wiedzą.
Choć moje elaboraty są raczej wyrazem niepokoju i rozgoryczenia Pańską manifestacją uwielbienia dla skrajnie liberalnej, programowo odgrzewającej konflikty środowiskowe polityki w zakresie finansowania instytucji publicznych, to jestem wdzięczny Panu za konsekwentne trwanie przy swojej opinii. Ponieważ dostarcza Pan wprost idealnego przykładu uwikłania ludzi związanych z nauką w mechanikę ideologii rynku.
Fakt, że wciąż odnoszę się do pana nie wynika z jakiejś fiksacji zgnębionego emocjami humanisty, naprawdę. Jest tak, gdyż pańskie słowa są kompletną, doskonałą ilustracją upolitycznionej miłości do konstrukcji gospodarczej, która uznaje jeden rodzaj relacji między ludźmi. Nie forsuję tu banału o kulcie zysku, komercjalizacji wszystkiego, co się da itp. Wbrew opinii, którą wcześniej Pan przedstawił, wysuwając moje ordynarnie „humanistyczne” sądy nie polegam na emocjach, dlatego nie uznaję Pana argumentów za wyraz niegodziwości. Nie wątpię, że ma Pan na względzie swoiście pojmowane dobro nauki. Straszne jest tylko to, że tak wielu ludzi mniej lub bardziej oddanych nauce i edukacji aprobuje agresję rynku w sposób tak zdecydowany, że kolejnym krokiem może być już tylko serwilizm i ślepota. Nawet, gdy ludzie nie będą już w stanie napędzać molocha„naturalną” skłonnością do konkurencji.
Pozdrawiam,
J.
1
masz 1 głos
do Jacka D.
Nie bede sie odnosil do konkretnych uwag wzgledem mojej osoby, gdyz to sa uwagi nieco drugorzedne dla tego forum. Dla mnie istotne jest aby sprobowac teraz wypracowac "pewna" strategie dla polskiego srodowiska akademickiego. Strategia E&Y jest jakas propozycja, Strategia Rektorow jest druga propozycja. Obie zdecydowanie nie sa idealne. Ale tworza nowe podejscie do problemow srodowiska. Do tej pory zawsze bylo tak, ze zmieniano ustawy, czyli faktycznie dopasowywano prawo do najpilniejszych potrzeb, nie naruszajac "mentalnosci" srodowiska. Juz samo wprowadzenie pojecia strategii jest zmiana jakosciowa, gdyz przesuwa dyskusje do "dlugoterminowych celow", a nie doraznych potrzeb.
W takiej dyskusji powinni wziac udzial przedstawiciele roznych nauk. Do tej pory sugestie zmian wychodzily glownie od osob zwiazanych z naukami scislymi. Gdyz tutaj tak naprawde sprawy sa oczywiste, nawet bez publikacji z tzw. listy filadelfijskiej. Wystarczy zadac pytanie, ile produktow high-tech, ktore uzywamy zostalo stworzonych (lub wspolstworzonych) przez Polakow. Kazdy moze sam sobie latwo odpowiedziec. Dalej, zdaje sie, ze obecny Prezydent proponowal kiedys, aby odejsc od schematu fotografowania sie na tle Krakowianek w strojach ludowych, lecz aby fotografowac sie na tle notebookow, japonskich (sic). W dyskusje nad reforma czesto wlaczali sie ekonomisci. Ale z tego co ja sobie przypominam (moge sie mylic), to humanisci raczej nie zabierali do tej pory glosu.
Trudno mi uznac ten argument humanistow o niecheci do jezyka angielskiego. Od 20 lat jestesmy w systemie zachodnim, w ktorym kroluje jezyk angielski i nic na to nie poradzimy. Moge sie tylko zgodzic z tym, aby nie oceniac ludzi wstecz na podstawie kryterium ustanawianych teraz. Bazy danych czasopism filadelfijskich zostaly wlasnie dopiero co zakupione, do powszechnego uzytku. Oczekiwanie, ze ludzie beda mieli publikacje w czasopismach, ktorych nie znali jest nieco niepowazne.
A co samej Strategii E&Y, to mam wiele zastrzezen. Ale poczatki zawsze sa trudne, wazne ze uczyniono te pierwsze kroki. Natomiast istotne jest, aby jak najwiecej osob wlaczylo sie do tej dyskusji, aby zaproponowalo rozwiazania naskuteczniejsze dla ich dziedzin.
Wydaje mi sie, ze bardzo wazne jest, aby zmienic zakorzenione u nas podejscie "zlotej rybki" do rozwiazywania problemow. Tj. aby nie oczekiwac, ze my sobie bedziemy siedziec w fotelach, a rozni urzednicy, grupy eksperckie itp. na pstrykniecie beda realizowac nasze marzenia. Problem w tym, ze oni tez maja swoje marzenia i to najczesciej nieco inne.
Pozdrawiam Pana
ZM
1
masz 1 głos
Czesto, gdy zadanie jest nowe i ambitne, a konieczna naprawe wypada zaczac niekiedy i od zera oraz poddac jej strategie dzialnia pod otwarta dyskusje w srodowisku, pojawiaja sie opinie nadzwyczaj krytyczne i przesadzone. A niekiedy, jak ostanio widac, bardzo rozwodnione, majace na uwadze wylacznie wyzsze dobro nas wszystkich bo przeciez " to oni wszystko spartolili, a ja wiem najlepiej, co tu potrzeba oraz ludzie uwazajcie: kleska tu zapewniona! (patrz: Jacek D). Cale szczescie , ze o tym co z tego wyniknie i sie wprowadzi w zycie, nie bede musial decydowc ja lub tez Pan Jacek D!?
Dla mnie tez nie wszytko jest tu zupelnie jeszcze jasne oraz w 100% mi sie to podoba-lecz jako pierwsze konkretne podejscie do tego trudnego zadania uwazam, ze jest z czego wybrac, mozna to latwo porownac do opracowania i propozycji KRASPu/FRP/srodowiska- i stworzyc optymalna strategie rozwoju do wprowadzenia koniecznych oraz sensownych zmian w zycie.
Popatrzmy z dystansu...Bo przeciez u nas jest inaczej niz gdzie indziej: najlepsze to panstwowe, a najgorsze jeszcze jest to...prywatne? Czyli, jak wprowadzic jakosc i postep bez zysku od reki? Poszukajmy odpowiedzi. A nuz ,cos sie wyjasni...
Ktos, kto chce sobie wyrobic wlasne zadanie o kondycji szkolnictwa wyzszego w Polsce nie musi korzystac z materialow diagnostycznych E & Y oraz tych opracowanych przez KRASP/FRP/srodowisko badz tez MNiSzW : moze sam ocenic najlepszych w swoje dyscyplinie tu i tam -jak oni ksztalca i badaja! Chcemy to miec i stac nas na to, to wprowadzmy ten wysrobowany poziom i u siebie!? Zauwazmy, ze nie musi on byc taki wszedzie, pod kazdym wzgledem i od razu. Tu sie zaczyna i konczy dyskusja/spor.
Po pierwsze, o czym niektorzy powyzej szeroko pisza, tj o rozmaitych rozwiazaniach stosowanych na markowych uczelniach swiata i EU- to nie zauwazaja oni jednak, ze te rozwiazania tam sie sprawdzaja na tyle co wiemy-a my jednak wciaz nie mozemy ich liderow przegonic lub dogonic, z tym wszystkim, co swietnie hula , na widoku i w ukryciu przed spoleczenstwem, w Polsce od 20 lat? A jak tam juz popracujemy lub z nimi mamy wspolprace-to wychodzi nam to tip-top i publikacje sa w Science i Nature oraz indeksy h, dwucyfrowe,a jakze, u 100 naukowcow sie znajdzie od reki! Ale nie u wszystkich w CK, od stopni i tytulow!? Kraj paradoksow..?
Przeciez nie jest tajemnica, ze w USA, UK, Niemczech lub w Australii jest tez wiele szkol stojacych gorzej w rankingach niz nasi krajowi liderzy !?? Sadze, ze ich lament nie dotyczy tam losu outsaiderow i tych u ktorych nie widac wybitnych osiagniec , z takich czy innych powodow? Lament dotyczy: jak lepiej ksztalcic i badac w danych warunkach oraz ...za co i po co ?
Po drugie, dlaczego jest mozliwym powstanie i sprawna dzialalnosc takich osrodkow jak Qresund University, konsorcjum 11 szkol Szwecji i Danii albo Aalto University, nowego interdyscyplinarnego uniwersytetu w Finlandii? Czy ich tworcy czytali Ksiege Wyjscia i wsluchiwali sie w podszepty lokalnych niedowiarkow i ksenofobow tylko? Czy tez przeciwnie, zanalizowali swoje potrzeby, mozliwosci oraz podejscie konkurencji w tych sprawach, ktore nalezy u siebie uzdrowic , dokonali wyboru optymalnej dla nich strategi rozwoju (kolejnej) i wprowadzili to w zycie-ponoszac znaczne ryzyko!? A wiec powtorzyli lub zaadoptowali to, co z sensem i pozytkiem, zrobili tez inni: rownanie do najlepszych w dyscyplinie w sposob jak najbrdziej odpowiedni i mozliwy dla nich! Dochodzi tu jeszcze "bezczelnosc" Skandynawow, bo oferuja edukacje dla Europejczykow u siebie w gruncie...za darmo! Spora czesc nowych propozycji E&Y wpisuje sie w skandynawskie rozwiazania.
Wybiorcze wskazywanie na bezsens propozycji przedstawionych tu tylko do rozwazenia i wyboru, na ich wylaczne kanoniczne wady, kompletne ich niedopasowanie do istniejacej rzeczywistosci na rynku uslug w Kraju (a musi tak przeciez byc), a takze na mozliwe wrecz negatywne skutki ich wprowadzenia, zaczynajac od "plag egipskich" , a konczac na mozliwej rewolcie wciaz wplywowego ksonofobicznego srodowiska, badz tez na potencjalne niepowodzenie jakichkolwiek reform, bo z definicji nie zaakcepuje ono rozwiazan mogacych sugerowac rozwiazania stosowane juz za granica-jest podejsciem opartym na kunktatorstwie i sluzyc moze wylacznie jako slup ostrzegawczo-informacyjny "co sie komu gra". A gdy w zamian nic konkretnego sie nie oferuje, chocby nawet zarysu alternatywnej strategii rozwoju dla rodzimego sektora-to widac, ze chodzi o
utrzymanie status quo! Ufam, ze niewielu tego chce!
I sadze, ze zdecydowanie wiecej osob zadecyduje o koncowym ksztalcie i wyborze optymalnej strategii rozwoju szkolnictwa wyzszego.
-1
masz 1 głos
Komentarz do komentarza Zbigniewa Osińskiego (http://edukacja21wieku.blogspot.com/):
Myślę, że jest to świetny komentarz, który powinien się pojawić w jakiś sposób na stronie uczelnie2020.pl – może być świetnym wyjściem do dalszej dyskusji nad wadami i zaletami projektu. Zawiera wiele trafnych uwag (jedyny mankament to brak ponumerowania uwag – ułatwiło by to komentowanie). Oto parę moich uwag do Pańskich uwag.
Pierwsza, faktycznie raport powinien być połączony z szerszą analizą umasowania studiów wyższych - odwołanie do braku szkolnictwa zawodowego.
Druga, hmmm... jedyne co mogę napisać, to to, że zajęcia aktywne często bywają mniejszą wersją wykładu (prowadzone są bez nawet oczekiwania na aktywność studentów). Być może Pana uwagi, co do zawartych w diagnozie argumentów na poparcie tezy o słabym stanie szkolnictwa wyższego, są słuszne, tylko że w Polsce są studia na różnych uczelniach, które są niemalże fikcją.
Czwarta, część problemów z trójstopniową strukturą studiów wynika z bezsensownego implementowania jej na polskie warunki. Wydaję mi się, że nikt nie zastanawiał się jak to zrobić sensownie.
Tu pojawia się inne zagadnienie – istnienie masy bezsensowych, obowiązkowych przedmiotów np. podstawy prawa, techniki informacyjne. Może u podstaw leżały piękne idee (żeby każdy student znał podstawy prawa i potrafił odsługiwać komputer), ale wychodzi czasem komicznie. Co wydział to całkowicie inny sposób prowadzenia tych zajęć. Często istnieją jako totalna fikcja (test internetowy, gdzie pytania, jakie padną na nim, są znane studentom przed egzaminem). Tutaj może leżeć sporo czasu, jaki można zaoszczędzić i wydać na bardziej sensowne zajęcia.
Piąta i szósta, ma Pan rację.
Czy mógłbym Pana się spytać, jak Pan ocenia zarzuty, że prace często są recenzowane po „koleżeńsku”?
Siódma, tylko, że o ile wolność badań naukowych jest straszliwie ważna, to jednak jest mała możliwość dyscyplinowania naukowców za brak tych badań. Można trwać na etacie przez wiele lat, bez prowadzenia jakiejkolwiek działalności naukowej.
Ósma, nie zgodzę się z Panem. Oni nie tylko wybierają kraje anglojęzyczne, ale także kierunki po angielsku w krajach nie-anglojęzycznych. I tu nie trzeba zmieniać języka wykładowego w całości na angielski, a jedynie zaproponować odpowiednią ofertę studiów po angielsku. Poznałem studentki z Polski i Rosji studiujące w Amsterdamie po angielsku. Również CEU w Budapeszcie, który ma język wykładowy angielski, ale to mała uczelnia postgraduate, uczy się wielu obcokrajowców z różnych krajów (studiują m.in. historię).
Dziewiąta, problem, że miejsce uczelni danego kraju w rankingach światowych wpływa np. na spostrzeganie danego kraju przez inwestorów zagranicznych czy przyciąganie zagranicznych studentów (a to jest ważne z powodu naszych problemów demograficznych).
Dziesiąta, akurat tutaj to nie zgodzę się z Panem w pełni. Obecne studia jak najbardziej uciekają od interdyscyplinarności (oczywiście to nie jest pewnie całościowa diagnoza systemu, ale wynika z obserwacji podobno z jednej z najlepszych uczelni w Polsce). O tym, że kolegia będą popularne i są potrzebne, świadczy prestiż międzywydziałowych studiów humanistycznych. Do tego powinny być te studia rozszerzone także na kierunki techniczne, jak to ma miejsce na Amsterdam University College.
Jedenasta, tu Pan dotknął wielkiego problemu (chodzi mi o nieuczciwość). System jest dziurawy. Swego czasu widziałem studentkę pobierających stypendium socjalne, której same okulary przeciwsłoneczne były parokrotnie więcej warte niż stypendium. Była od góry do dołu ubrana w drogie ubrania i dodatki, ale oczywiście jej rodzice nie wykazywali dochodu, więc stypendium socjalne stało otworem.
Trzynasta, popieram utworzenie oddzielnego funduszu na humanistykę. Co nie powinno zwalniać ze zdobywania w inny sposób pieniędzy. Czy u Pana na uczelni istnieje fundraising?
Czternasta, tu się zgadzam, tak ja pisałem już na stronie projektu. Ale nadal uważam, że obecny system wymaga zmian. Czy uważa Pan, że obecny system – zarządzania i nadzorowania uczelni – jest w porządku?
PS: Niestey, na Pana blogu nie można komentować, bez posiadania konta. Pozwoliłem sobie zamieścić tutaj mój komentarz.
0
masz 1 głos
Sądzę, że nie ma sporu co do tego, że polskie szkolnictwo i nauka wymagają głębokich, modernizacyjnych reform (chociaż nie wszystko, co dzisiaj funkcjonuje należy potępiać) . Z tym, że uzdrawiających reform, a nie rewolucji, z której nie wiadomo co może wyjść. Proponuję rozważyć pomysły PAU na reformę humanistyki - http://pau.krakow.pl/index.php/20090703108/Nauki-humanistyczne-w-Polsce.html.
Takie odrębne pomysły należy opracować dla każdej dziedziny nauki.
A teraz odpowiedzi dla przedmówców.
1. Pan Wojtek K - "Czy mógłbym Pana się spytać, jak Pan ocenia zarzuty, że prace często są recenzowane po „koleżeńsku”?" - jest na to sposób. Wystarczy wprowadzić obowiązek prowadzanie przez uczelnie bibliotek cyfrowych (UMCS w Lublinie ma coś takiego) oraz obowiązek umieszczania w tych bibliotekach wszystkich publikacji naukowych pracowników danej uczelni wraz z abstraktami po angielsku i recenzjami. Publikacje powinny być dostępne bezpłatnie dla wszystkich, a konstrukcja biblioteki powinna pozwolić na indeksowanie tych publikacji (wraz z recenzjami) przez wszystkie wyszukiwarki internetowe. Jawność publikacji i jawność recenzji to sposób na walkę z patologiami w nauce.
- "zajęcia aktywne często bywają mniejszą wersją wykładu (prowadzone są bez nawet oczekiwania na aktywność studentów)" - i to trzeba zmienić, ale Strategia nie zawiera rozwiązań, które wprost wymuszałyby taką zmianę (losy reformy oświatowej dowodzą, że to błąd).
- "Można trwać na etacie przez wiele lat, bez prowadzenia jakiejkolwiek działalności naukowej." - to zależy od przełożonych. Receptą byłoby rozdzielenie etatów naukowych i dydaktycznych oraz pięcioletnie (na przykład) kontrakty, których przedłużenie uwarunkowane byłoby określonymi efektami pracy.
- "O tym, że kolegia będą popularne i są potrzebne, świadczy prestiż międzywydziałowych studiów humanistycznych." - ale te studia są na uniwersytetach, a nie w kolegiach, to zupełnie inna ranga.
- "Czy u Pana na uczelni istnieje fundraising?" - osobiście nie zetknąłem się z taką działalnością (chociaż po wizycie na stronie http://fundraising.org.pl oceniam, że powinna u nas też pojawić się). Ale czy w ten sposób można zdobywać fundusz na badania humanistyczne? - przecież to zupełnie coś innego niz na działania charytatywne.
- "Czy uważa Pan, że obecny system – zarządzania i nadzorowania uczelni – jest w porządku?" - raczej nie, ale w żadnym wypadku nie oddałbym uczelni w ręce polityków. Ostatni trochę myszkowałem po archiwaliach Wydziału Nauki i Oświaty KW PZPR i wiem czym to pachnie (niech ktoś nie sadzie, że partyjność w PRL a teraz, to zupełnie inne zjawiska).
2. Pan Zbigniew Koza - "Jacek D I p. Osiński przytaczają argumenty, nad którymi warto się pochylić. Ale prezentując wyłącznie krytykę (w tym pełną ironii krytykę "w czambuł", jak p. Jacek), pośrednio wspieracie Panowie i *utrwalacie* obecny system." - ok. jak będę miał czas to wypiszę te wszystkie rozwiązania ze strategii, które mi się podobają. Pan wybaczy, ale fragment o wspieraniu i utrwalaniu zabrzmiał mi jak z przemówienia towarzysza Gomółki.
1
masz 1 głos
@Zbigniew Osinski. Komentuje/uzupelniam Pana sluszna uwage odnosnie wczesniejszej obserwacji podanej przez Pana Wojtka K; "- "Można trwać na etacie przez wiele lat, bez prowadzenia jakiejkolwiek działalności naukowej." - to zależy od przełożonych. Receptą byłoby rozdzielenie etatów naukowych i dydaktycznych oraz pięcioletnie (na przykład) kontrakty, których przedłużenie uwarunkowane byłoby określonymi efektami pracy."
W proponowanej tu do wgladu startegii ten punkt jest do zrealizowania/rozwiazania od reki w kazdym, w miare autonomicznym, uniwersytecie badawczym, majacym w uzyciu elastyczne zasady zatrudniania i obsady stanowisk (patrz pkt 12D / zasady polityki kadrowej). Nawiasem mowiac...tak tez wyglada moja sytuacja na uczelni...
1
masz 1 głos
Jak zaznaczają sami autorzy tego serwisu, na tym etapie są zainteresowani ogólnymi komentarzami dotyczacymi strategii. NIe znaczy to, że nie warto zamieszczać uwag pod adresem konkretnych zapisów. Sądzę, że to właśnie uczyniłem w kilku poprzednich postach. Może były zbyt długie i Panowie mnie krytykujący je przeoczyli/zapomnieli? Piszę to, ponieważ nie rozumiem, co w tym kontekscie znaczyć ma potępianie strategii "w czambuł", które rzekomo stosuję.
Rzeczywiście, nie zgadzam się z postulatem, by podejść do propozycji E&Y ze swoistą wyrozumiałością i wyciągnąć z nich potencjalnie pożyteczne rozwiązania. Zdumiewa mnie fakt, że to właśnie reprezentanci dyscyplin ścisłych wykazują taką nonszalancję, właściwą podobno niezorganizowanym humanistom... Jak widać, stereotyp pada. Strategia została sformułowana na podstawie "badań" obfitujących w błędy różnego typu i ma skrajnie ideologiczne przesłanie. Dlatego nie widzę powodu, by głębiej interesować się poszczególnymi jej elementami.
Zgadzam się z propozycją kontraktowania pracowników naukowych. Na jasnych zasadach i bez wymogów nieracjonalnych wobec ich możliwości. Etatyzacja nie oznacza wcale bezwarunkowej, pełnej opieki bez monitorowania działań naukowych i dydaktycznych. Przeciwnie - racjonalna etatyzacja może opierać się właśnie o kontrakty gwarantujące ten sam pakiet świadczeń. Tyle, że dziś "kontrakt" większości ludzi wciąż będzie się kojarzył z krótką umową i obawą co później. Presja częsciej wpędza w marazm niż motywuje do działania, choć tego z pewnością wielu gości tego serwisu nie akceptuje. Dlatego między innymi w wielu krajach odchodzi się od logiki premii, dzielenia wynagrodzeń i uzależniania wysokości poszczególnych komponentów od "zaangażowania" pracownika.
Motywem przewijającym się w komentarzach wielu piszących tu osób jest, tak lub inaczej, intuicyjnie wyczuwana potrzeba "sieciowania" instytucji naukowych. Zgoda. Modeli jest wiele, tylko proszę przeanalizować polska sytuację pod względem finansowego protektoratu nad ważnymi jednostkami. Uniwersytety i Politechniki niby są państwowe, ale subwencjonowane nieracjonalnie; wiele instytutów badawczych przechodzi pod zarząd władz lokalnych różnego poziomu; zdarzaja sie też prywatyzacje lub fuzje podmiotów publicznych z prywatnymi. w tej sytuacji niejasna robi się np. sytuacja częsci wspomnianych instytucji wobec regulaminów funduszy unijnych wymagających złożonego partnerstwa międzynarodowego/ponadregionalnego. Profil naukowy może łączyć te instytucje, lecz kuriozalny system administracji może czynić ich wnioski niekwalifikowalnymi. Sieciować trzeba - ten model pobudzi zdrową mobilnosć i wymianę doświadczeń bez pomocy rynkowego bata. Zacząć trzeba chyba od uregulowania skali odpowiedzialności i sysemu delegowania jej do konkretnych urzędów publicznych. Inaczej wyjddzie na to, że po jakiejkolwiek reformie np. uczelnie artystyczne przestaną faktycznie być "uczelniami", ponieważ są pod kuratelą MKiDN. Od dawna, ale zmiana realiów a la E&Y zrobi z nich administracyjne dziwadła.
-1
masz 1 głos
do Jacka D.
To jest ciekawe co Pan napisal. Przede wszystkim pokazuje, ze ludzi interesuja nie tyle szczegoly, co kierunek zmian, ktory przede wszystkim wynika z ich ogolnych pogladow na zycie i prawdopodobnie z pogladow politycznych. To widac z nastepujacego Panskiego fragmentu:
"Rzeczywiście, nie zgadzam się z postulatem, by podejść do propozycji E&Y ze swoistą wyrozumiałością i wyciągnąć z nich potencjalnie pożyteczne rozwiązania. Zdumiewa mnie fakt, że to właśnie reprezentanci dyscyplin ścisłych wykazują taką nonszalancję, właściwą podobno niezorganizowanym humanistom... Jak widać, stereotyp pada. Strategia została sformułowana na podstawie "badań" obfitujących w błędy różnego typu i ma skrajnie ideologiczne przesłanie. Dlatego nie widzę powodu, by głębiej interesować się poszczególnymi jej elementami."
Niewatpliwie sam fakt, ze w pisaniu Strategii E&Y braly udzial dwie grupy "prorynkowe" (tj. E&Y i Instytut Badan nad Gospodarka Rynkowa) powoduje, ze koncowy dokument ma pewne zabarwienie "ideologiczne" (jak Pan to ujal). Mnie osobiscie to nie przeszkadza (a wrecz przeciwnie), gdyz mam poglady liberalno-konserwatywne. Ale faktycznie osoby o pogladach anty-rynkowych (czyli np. socjalistycznych, ale chyba nie tylko) moga miec inne odczucia. Takich osob jest w Polsce jednak sporo i np. ja juz mialem okazje spotkac osoby, ktore uwazaja, ze z samego faktu, ze pisza wartosciowe naukowo publikacje (z listy filadelfijskiej) nalezy in sie zatrudnienie na uczelni, bez wzgledu na liczbe chetnych studentow. W tym kontekscie byloby chyba wartosciowe, gdyby ustosunkowal sie Pan "ogolnie" takze do Strategii Srodowiskowe (opracowanej przez rektorow), czy byc moze ma Pan jeszcze zupelnie inna (tj. " trzecia") koncepcje na punkt startowy.
Jest to chyba o tyle wazne, ze osobiscie nie sadze, aby zwyciezyla jedna waska koncepcja zmian.
7
masz 1 głos
Pragnę zwrócić uwagę na pewne bardzo ciekawe zestawienie, które umknęło chyba uwadze PT Dyskutantów. Autorzy Strategii dopatrzyli się luki pokoleniowej w nauce wśród roczników, które kończyły studia w latach 80. Tych ludzi dzisiaj po prostu w nauce nie ma. Autorzy raportu dopatrują się źródła tej luki pokoloeniowej w transformacji balczerowiczowskiej. Młodszym uczestnikom dyskusji pragnę przypomnieć, że początek lat 90. był to okres, kiedy drastycznie spadły nakłady na naukę a pensje pracowników naukowych nie były przez kilka lat rewaloryzowane. Ta analiza pokazuje, jak bardzo rozwój nauki w Polsce uzależniony jest od czynników ekonomicznych. Proszę pamiętać o tym, że pogorszenie warunków zatrudnienia może przynieść obecnie podobny skutek - młodzi ludzie będą z nauki uciekać.
-1
masz 1 głos
@Zenek - luka pokoleniowa
W sprawie luki pokoleniowej pisałem tu w jednym z komentarzy. Geneza tej oczywistej luki, na która ciągle się ktoś powołuje, nie była przedmiotem żadnych badań. Interpretacja Zenka nie jest satysfakcjonująca jest nawet błędna. Nie bierze uwagę faktu wyrejestrowania z systemu nauki i edukacji tysięcy najbardziej dynamicznych osób w latach 80-tych (zgodnie z polityką władz PRL i w skutek symbiozy PZPR-SB-władze uczelni). Po r. 89 w nauce nie było 'odwilży' i ci najbardziej niewygodni dla Trzymających (nadal( Władzę w Nauce i Edukacji do systemu nie wrócili.
Aby luki nie było trzeba formować nowych naukowców a to trzeba umieć. Taki przykład - wyrejestrowano nauczyciela akademickiego z systemu w ramach czystek akademickich pod koniec PRL który w najtrudniejszych dla nauki latach 80-tych uformował kilku naukowców klasy międzynarodowej. Zapewne w lepszych czasach i przy większym doświadczeniu mógłby ich uformować dziesiątki. Ci którzy go wyrejestrowali nie byli w stanie w ciągu wielu tych lepszych czasów uformować nawet kilku naukowców (czyli byli wielokrotnie gorsi od tego wyrejestrowanego - nieprawdaż ?).
Proszę dać takie zadanie np. dzieciakowi ze szkoły elementarnej aby wyliczył jak powstaje luka pokoleniowa po wyrejestrowaniu z systemu najbardziej 'produktywnych '. Odnosi się wrażenie , że ci ze szkół tzw. wyższych takich obliczeń już nie potrafią przeprowadzić bo tak nisko upadł nasz system edukacji
1
masz 1 głos
Zenek napisal:
"Proszę pamiętać o tym, że pogorszenie warunków zatrudnienia może przynieść obecnie podobny skutek - młodzi ludzie będą z nauki uciekać."
Otoz aktualna sytuacja "zatrudnieniowa" (zwlaszcza doktorantow) powoduje, ze mlodzi ambitni naukowcy nie maja szans na rozwoj, a zbyt czesto swietnie odnajduja sie w systemie konformisci, bez wiekszych ambicji, ktorych zadowala zabezpieczenie socjalne, kariera opisana przez Klausa w artykule "Szkoły wyższe w oparach absurdu".
W proponowanej strategii sa dwie kluczowe dla sukcesu prawdziwych reform propozycje:
1. zmiana sposobu zarzadzania uczelniami;
2. wymuszona mobilnosc
3. konkurencyjnosc jako zasada w zdobywaniu fianansowania na dydaktyke i nauke
Niestety w tym drugim przypadku brakuje mi wyraznego zdefiniowania tzw. MARCHEWKI dla mlodych ludzi i braku okreslenia wyraznych perspektyw i korzysci, ktore osiagna po przejsciu przez trudny i pelen samoograniczen okres "nauk i terminowania". Podobnie jest z kwestiami statusu i wynagrodzenia w okresie doktorant-postdoc.
Przede wszystkim moj sprzeciw budzi powszechne wprowadzenie studiow doktoranckich. Uwazam to za olbrzymi blad i podkreslam, ze jest to nieprawdziwy mit, jakoby bylo to obligatoryjne wymaganie zwiazane z procesem bolonskim. Polecam tutaj lekture pierwszej strony uwag opracowanych w ramach Forum Integracyjnego Academicus Polonaie (http://www.scribd.com/doc/17254352/UwagidoZalozen10072009FIAP) i zamieszczona tam argumentacje z odpowiednimi cytatami z ustalen w ramach procesu bolonskiego.
Sprobuje przesledzic "czasowo-fianansowe" perspektywy zawodowe studentow i naukowcow "to be" - proponowane i jak powinny wygladac by byla "marchewka"
Zgadzam sie calkowicie ze strategicznym celem nadania odpowiedniej rangi studiom pierwszego cyklu (licencjat i inzynierskie) - w koncu celem powszechnego strudiowania nie jest przygotowanie do pracy naukowo-badawczej, o czym sie ostatnio czesto zapomina (dryf akademicki) . Mowiac "A" nalezy jednak powiedziec "B". Stad nalezy PRZYWROCIC odpowiednia range studiom MAGISTERSKIM, a tego juz w strategii wyraznie nie okreslono - ma byc tylko spadek ich absolwentow. Nalezy doprowadzic do sytuacji gdy zgodnie z deskryptorami dublinskimi mamy dla drugiego cyklu - Knowledge and understanding: "provides a basis or opportunity for originality in developing or applying ideas often in a research context .. "
Nie jest rzadkoscia gdy na uznanych konferencjach key note lecturer wyraznie podkresla, ze prezentowane wyniki powstaly przy duzym udziale jego MAGISTRANTA. To rowniez powinno byc strtegicznym celem w Polsce - zwlaszcza w kontekscie propozycji powstania uprzywilejowanej grupy uniwersytetow badawczych. Dla mnie na miano uniwersytetu badawczego moze zasluzyc uczelnia, w ktorej powstaja prace magisterskie, ktorych wyniki zasluguja na publikacje w najlepszych czasopismach naukowych. W kazdej innej wersji bedzie to instytucja czysto fasadowa, w ktorej nawet wysoko oceniona dzialalnosc publikacyjna pracownikow nie bedzie miala nic wspolnego z "raison d'etre' istnienia uczelni czyli misja edukacyjna.
Podsumowujac: celem strategicznym winno byc przywrocenie odpowiedniej rangi rowniez studiom magisterskim, ktore na najlepszych uczelniach akademickich (podniesionymi do rangi badawczych) winny owocowac konkretnymi wynikami badan naukowych magistrantow. W takim systemie nastapi szybsze wylowienie najzdolniejszej mlodziezy i wczesniejsze ukierunkowanie ich na prace badawczo-naukowa.
W powyzszym kontekscie pomysl powstania uczelni badawczych, ktore mogly by tylko kotraktowac studia III stopnia uwazam nie tylko za bledny, ale i wysoce szkodliwy. Juz obecnie z istnienia kilku instytutow PAN o przywoitym poziomie, prowadzacych studia doktoranckie, dla sytuacji nauki polskiej, poziomu uczelnianej dydaktyki i polskiej gospodarki statystycznie wlasciwie nic nie wynika po stronie liczcaych sie i zauwazalnych korzysci!!
Zanim przystapie do omowienia kwestii statusu doktorantow (brak wystarczajacych odniesien w strategii E&Y) przypomne istnienie Europejskiej Karty Naukowcow, zalecenia Komisji Eropejskiej z marca 2005r. (http://ec.europa.eu/eracareers/pdf/am509774CEE_EN_E4.pdf)
kontynuacja w kolejnym poscie...
0
masz 1 głos
Prawidlowe wykorzystanie potencjalu "doctoral candidate" - notabene polskie tlumaczenie w EKN jako "kandydat na studia doktoranckie" jest zwyczajnie BLEDNE!!! - nastapi gdy uczelnia zapewni mu odpowiednie warunki zarowno do prowadzenia badan jaki i EGZYSTENCJALNE.
W tej sytuacji "konkursowa" alokacje srodkow na programy dyplomowe III stopnia uwazam za... wybitnie ANTYKONKURENCYJNA. Przy czym zastrzegam, ze moje uwagi dotycza badan naukowych w dziedzinach gdzie podstawa sukcesu jest PRACA ZESPOLOWA!!!
Alokacja konkurencyjna nie moze byc na "jakies" programy lecz na KONKRETNE projekty badawcze. W ramach tych projektow winny byc OBLIGATORYJNIE przewidziane srodki na etaty dla "doctoral candidate" i postdokow, ktorzy winni byc zatrudnieni na etatach w ramach grantow badawczych i adekwatnie oplacani (uznanie profesjonalizmu zgodnie z EKN). Przypominam, ze jest to kontynuacja koncepcji, w ktorej zdolnosc do wykonywania ukierunkowanej pracy badawczej zdobywa sie juz na poziomie magisterskim!!! Informacje o "openingach" winny byc zamieszczane obligatoryjnie na "wirtualnym ministerialnym slupie ogloszeniowym".
Nie wyklucza to uczestniczenia w wykladach na "studiach doktoranckich" - jednak ich dobor winien byc zasugerowany przez opiekuna naukowego (promotora) a nie przez akredytowane progamy dyplomowe. Koszt takich wykladow jest dla uczelni marginalny i winien byc pokryty z odpisow uczelnianych na projekty badawcze lub z oplat ( w przypadku osob niezatrudnionych w ramach projektow badawczych).
Druga forma finansowania doktorantow winna byc pula stypendiow (do wykorzystania w kraju i za granica) przyznawana w procedurach konkursowych magistrantom. "Stypendiobiorca" byl by odpowiedzialny za znalezienie sobie sam promotora i przekonanie go do "wspolpracy" w ramach danej tematyki.
Zwlaszcza finansowanie w ramach wiekszych grantow badawczych zapewnia duzo szybszy rozwoj naukowy doktoranta, nabywanie umiejtnosci pracy w zespole, a przede wszystkim mozliwosc poswiecenia sie pracy nad doktoratem przy pewnej stabilizacji finansowej - owszem na malo wygorowanym poziomie, ale za to z konkretnymi perspektywami na przyszlosc.
Jakimi?
Mozliwosc pracy jako postdoc - pensja na poziomie adiunkta w Polsce (problemy mieszkaniowe rozwiazuje mieszkanie na campusie uczelnianym) lub atrakcyjne mozliwosci dalszego rozwoju na uczelniach swiata (szanse zaleza od pozioomu doktoratu - stad presja doktoranta na jakosc i promotora ).
Tutaj znowu postdoci winny byc finansowane w ramach grantow badawczych (obligatoryjnie) a nie specjalnych funduszy mobilnosciowych. Druga forma - indywidualnie przyznawane stypendia, ale tylko na staze zagraniczne w dobrych osrodkach - odpowiednik programow FNP, ale BEZ GWARANCJI zatrudnienia w kraju.
I na koniec PRAWDZIWA MARCHEWKA. Uczelnie (np w ramach propozycji funduszy mobilnosciowych) uzyskuja pieniadze (odpowiednik obecnych grantow FNP - Welcome, TEAM) na oplacenie start-up money na niezalezne stanowiska - pozwalajace na zorganizowanie sobie warsztatu pracy i dobranie zespolu (doktorantow i postdokow). Taki system zatrudniania na uczelniach akademickich winien byc POWSZECHNY i jedyny jako prowadzacy do wymiany kadry nieefektywnej lub w wieku emerytalnym. Powszechny oznacza, ze DUZA grupa najlepszych mlodych naukowcow bedzie miala na polskich uczelniach sanse na realizacje swoich ambicji i potencjalu naukowego. Mobilnosc tez nie bedzie dla nich czyms przerazajacym tylko perspektywa (w miare bliska) na usamodzielnienie sie.
Sadze, ze powyzsze opinie (poza koncepcja powszechnego istnienia studiow III stopnia i ich finansowania) nie sa sprzeczne z glownymi propozycjami strategii (slusznymi) - przesuwaja tylko punkty ciezkosci.
0
masz 1 głos
@Zbigniew Osiński:
- Faktycznie, jawność mogłaby zmusić nierzetelnych do rzetelności – choćby w strachu przed konsekwencjami wykryciem słabej jakości recenzji
- Myślę, że Strategia zakłada, że polepszenie jakości studiów będzie konsekwencją zmian systemowych. Lepiej zarządzane uczelnie, działające w konkurencyjnym środowisku, będą musiały postawić na polepszenie jakości zajęć (najlepsze uczelnie niepubliczne dużo energii w to wkładają i podejrzewam, że niektóre dawno już wyprzedziły uczelnie państwowe w paru dziedzinach pod względem jakości nauczania)
- Mała możliwość dyscyplinowania podwładnych wynika także z systemu, w którym w instytutach, wydziałach, uniwersytetach rządzą i nadzorują władzę „rady pracownicze” (czyt. rady instytutu, wydziału, senat). Ewentualne ocenienie efektywności pracy przy przedłużaniu kontrakty, bez zmiany systemu zarządczo-nadzorczego, mogło by być kolejną fikcją.
- Podejrzewam, że twórcom raportu chodziło o kolegia tworzone we współpracy z uniwersytetami. Tutaj najlepszym przykładem jest Amsterdam University College, stworzony przez VU University and University of Amsterdam. Kolegia prowadzące interdyscyplinarne studia przy pomocy zasobów kadrowych uniwersytetów. Koncepcje podobną do http://www.projektcollege.pl/, którego jednym z pomysłodawczyń jest członkini zespołu Strategii (dokładniej spisaną koncepcję można znaleźć na http://www.projektcollege.pl/pl/kronenberg/)
Choć także sami autorzy wskazują zagrożenie niskiego prestiżu studiów I-stopnia i Kolegiów.
Hmm… coś mi nie gra w koncepcji studiów I-stopnia i Kolegiów. Myślałem, że studia I-stopnia powinny być pewną bazą pod przyszłą specjalizację (studia II-stopnia). I Kolegia, jako miejsca interdyscyplinarnego rozwoju umysłowego. A jednak chyba autorom koncepcji chodzi o co innego… dlatego moje uwagi co do krytyki Kolegiów ze Strategii chyba kompletnie mijają się z rzeczywistością :(
- Ależ się da, tylko nikt nie próbuje.
Rodzice jako sponsorzy: Bliska mi osoba studiuje na jednym z najlepszych uniwersytetów brytyjskich (Szkocja - czesnego nie płaci). Moi rodzice regularnie dostają listy z uniwersytetu z gazetką „co nowego na uczelni/ostatnie sukcesy studentów i naukowców”. Jest oferta różnych dotacji, programów ‘rodzicielskich’ itp. Wiem, że polskie społeczeństwo jest generalnie uboższe niż brytyjskie, ale średnio 5 złoty od rodziny studenta daje nam na 30-sto tysięczny uniwersytet 150 tys. Złoty. Niby mało, a już coś.
Bogaci sponsorzy: Na pewno każdy uniwersytet ma paru bogatych absolwentów-przedsiębiorców. Duża część z nich zbliża się do wieku, w którym myśli się o pewnego rodzaju emerytury. Może trzeba po prostu ich spytać, czy nie chcieli by sponsorować jakiś fajnych badań? (i to jest naprawdę realne)
Różne Fundacje: Chodźmy http://pl.wikipedia.org/wiki/Fundacja_Templetona (http://www.templeton.org/what_we_fund/2010_funding_priorities/moral_formation/), czy coś w tym stylu.
- Upartyjnienie uczelni wyższych… myślę, że nie ma potrzeby sięgać do archiwów PZPR (choć muszą być ciekawe), wystarczy jeśli przypomnimy sobie różne propozycje z ostatnich lat. Oto moja ulubiona (trochę mi zajęło szukanie) :)
http://wiadomosci.gazeta.pl/kraj/1,34308,4325586.html
5
masz 1 głos
Pani Małgorzato, to jest dobry model dla nauk technicznych i przyrodniczych, ale nie dla społecznych i humanistyki. Już Pan Osiński napisał, że historykowi nic z takiego postdokowania nie przyjdzie. W naukach społecznych postdoki są rzadkością, globalnie. Jak ktoś ma dobry dorobek i dobre referencje, to może zostać profesorem od razu po doktoracie, przynajmniej w Ameryce. Zakazu zatrudniania własnych doktorów w Ameryce też się nie praktykuje. Nie zatrudnia się ich z reguły z różnych powodów, ale wyjątki od tej reguły też się zdarzają. Postdok powinien być atutem, a nie obowiązkiem, podobnie jak mobilność. Narzucenie wszystkim jednego schematu, na podstawie własnych doświadczeń, a bez zrozumienia różnorodności nauki, do niczego dobrego nie doprowadzi.
1
masz 1 głos
Zainteresował mnie wątek późnego otwierania przewodów doktorskich. Sam mojemu doktorantowi "otworzyłem" przewód dopiero na 3. roku. Skutek: tylko raz (i w dodatku nieskutecznie) zdążyliśmy wystąpić o grant promotorski, przy czym wniosek przewidywał dofinansowanie tylko jednego, ostatniego semestru nauki.
Wygooglowałem "otwarcie przewodu doktorskiego" i stwierdziłem, że w Polsce kryteria otwarcia przewodów doktorskich są uznaniowe i mocno zależne od dziedziny i trybu studiów. Niektóre wydziały wymagają oświadczenia, że praca jest zaawansowana w 50 procentach. Inne co najmniej jednej publikacji (cokolwiek to słowo znaczy). Znam wydziały, gdzie zwyczajowo wymaga się dwóch publikacji w dobrych czasopismach zagranicznych.
Ale wszystko przebiły wymagania INP PAN (regulamin dostępny w internecie). Cytat:
"Przewód otwiera się po ukończeniu studiów doktoranckich. W wyjątkowo uzasadnionych przypadkach, po pozytywnej ocenie kwalifikacyjnej przewód może być otwarty na wcześniejszym etapie, po upływie trzeciego roku studiów."
Czy kogoś dziwi jeszcze niski odsetek otwartych przewodów wśród ogólnej liczby doktorantów?
Być może kwestia warunków otwarcia przewodu wymaga doprecyzowania ustawowego? Cóż by szkodziło, gdyby przewody otwierano po ostatecznym ustaleniu promotora i tematu rozprawy, a więc NAJPÓŹNIEJ w 3. semestrze nauki? Czyż nie poprawiłoby to efektywności studiów?
I kolejne pytanie: czy akredytacje PKA dotyczą też studiów III stopnia? Czy wysoki poziom naukowy automatycznie daje gwarancję wysokiego poziomu dydaktycznego? Tak? To skąd ten cytat:
"8. Warunkiem zaliczenia roku jest:
a. przedstawienie co najmniej 1 referatu na seminarium doktorskim,
b. uczestniczenie w seminariach doktorskich. Dopuszcza się trzy usprawiedliwione pisemnie nieobecności.
c. wysłuchanie co najmniej 10 godzin wykładu w ramach wykładów dla doktorantów. "
I tu uwaga do autorów strategii: czy instytuty PAN są częścią polskiego Szkolnictwa Wyższego? Domyślam się, że nie, bo nie ma o nich w strategii ani słowa (choć zostawiono dla nich furtki). To znaczy, że można kształcić na najwyższym poziomie nauczania poza systemem? Znaczy się system, a więc i strategia, są dziurawe? Czy instytuty PAN byłyby tak bardzo zainteresowane studiami doktoranckimi, gdyby nie obowiązujący model kariery akademickiej, wymagający od kandydata na profesora wypromowania choć jednego doktora?
-3
masz 1 głos
do Zenka
Jestem przedstawicielem nauk scislych i nie czuje sie kompetny aby dyskutowac z historykami, filozofami itd. w jaki sposob powinno byc zorganizowane szkolnictwo wyzsze w tych sektorch. Ale jesli ktos krytykuje jakis model, to dobrze byloby wskazac jakis inny ewentualny wzor (tak zrobil to np. p. Z.Osinski wskazujac rozwazania PAU). Sama negacja jest malo informatywna dla otoczenia (np. nie wiadomo czy dostrzega Pan jakies pozytywy w Strategii srodowiskowej itd, ogolnie samo "tak" lub "nie" sprawdza sie tylko w ostaecznych glosowaniach ).
-6
masz 1 głos
pokaż treść komentarza
-2
masz 1 głos
@Jacek D. Czy moglby Pan podac nam rekomendowany przez siebie wzorcowy przyklad dokumentu strategii rozwoju szkolnictwa wyzszego dla danego kraju do wgladu i wykazac roznice z tym co proponuje E & Y ? Na razie to Pan zaleca aby wstrzymac sie z dalsza pielegnacja i modernizacja ogrodu i zaczekac na deszcz oraz na jedynego i znanego od lat w okolicy ogrodnika?
-1
masz 1 głos
„Strategia rozwoju szkolnictwa wyższego” jest materiałem na wskroś nowatorskim. To świeże spojrzenie na SW.
Dobre są, formułowane na końcu każdego rozdziału 151 stronicowego raportu, podsumowania pn.„uzasadnienia i zagrożenia”. Najprecyzyjniejsze jest spostrzeżenie podane na zakończeniu rozdz. 12.A o treści: „Trudności ... ze względu na niski poziom rozwoju społeczeństwa obywatelskiego w Polsce”.
Zdanie to odczytuję jako „.. ze względu na niski poziom postaw obywatelskich większości kadry publicznego szkolnictwa wyższego”. Pod koniec PRL-u polskie społeczeństwo było bardziej obywatelskie niż jest obecnie. Regres jest efektem destrukcyjnych działań m.in. kadr publicznego SW, poprzez zaniechanie po 1989 roku „publicznej” misji na korzyść konkurencji tj. szkolnictwa prywatnego. Nie można dwom panom służyć. Przyzwolenie władz państwowych (publicznych) na tą negatywną praktykę zaświadcza o stanie chorobowym elit polskiego społeczeństwa.
1. Popieram powoływanie rad powierniczych, jako organu właścicielskiego (państwa) nadzorującego na bieżąco działalność wewnątrz publicznej uczelni. Minister Skarbu winien też w tym uczestniczyć.
2. Popieram ograniczenie do ½ etatu możliwości podejmowania pracy przez pracowników merytorycznych uczelni publicznych u innego pracodawcy. Jest to rozwiązanie połowiczne. Uważam, że mechanizm podatkowy RP winien skutecznie, a więc od górnie, ograniczać szukanie pracy u konkurencji przez pracowników instytucji publicznych. Podobno Niemcy mają dobre rozwiązanie w tym zakresie.
3. Popieram likwidację stypendiów za wyniki w nauce. Nie powinno się 2 razy nagradzać (za publiczne pieniądze).
Tak na marginesie: uczelnia jest przedsiębiorstwem realizującym usługi kształcenia studentów podobnie jak farmer produkujący np. kapustę. I uczelnia i farmer mają swoją „misję” czy standardy (kształcenia itp. – HAACP). Szkoła publiczna ma tą cechę, że bez wsparcia budżetowego (tj. podatników) zawsze przegrywa ze szkołą prywatną.
-2
masz 1 głos
Czytając takie wpisy jak ten - prac-nik nie będący NA - przypomina mi się pewna myśl przeczytana w jednej z analiz społeczeństwa polskiego. Polak zna się (a przynajmniej tak mu się wydaje) na polityce, medycynie, sporcie, oświacie, a ostatnio także na nauce i szkolnictwie wyższym. Czuje się upoważniony do zabierania głosu bez konieczności wcześniejszego poczytania książek na dany temat. Z jego wypowiedzi przebija chęć przyłożenia komu się tylko da. No własnie - co wnosi wypowiedź "prac-nik nie będący NA" ? Na pewno nic w sprawie diagnozy szkolnictwa wyższego i nauki. Jest to kolejny przykład wylewania swoich frustracji i obrzucania wszystkich błotem. Panie "prac-nik nie będący NA" - skoro tak gardzisz pracownikami publicznych uczelni i nie wahasz się publicznie tego okazywać, to dlaczego zabrakło Ci odwagi, by podpisać się prawdziwym imieniem i nazwiskiem?
-2
masz 1 głos
Wpis osoby "prac-nik nie bedacy NA" jest dosc trafny. Swiadomosc obywatelska w Polsce, prawdopodobnie z powodow historycznych, jest naprawde bardzo nikla i stanowi istotna przeszkode przy dokonywaniu jakichikolwiek zmian.
Tak wiec tym razem nie moge zgodzic sie z komentarzem (dosc emocjonalnym?!) p. Z. Osinskiego. No moze z jednym wyjatkiem. Literature fachowa na temat sposobu organizacji srodowiska akademickiego warto jest czytac. Szczegolnie zas anglojezyczna, gdyz nie ma powodu aby odkrywac na nowo rzeczy odkryte, jak rowniez aby wdrazac w Polsce rozwiazania bardzo specyficzne, gdyz skoro jestesmy w UE to musimy byc zdolni do wspoldzialania z innymi panstwami czlonkowskimi. W tym kontekscie polecam wszystkim od czasu do czasu wizyte na stronie "www.fiappl.info" i towarzyszacych, tj. na stronach Centrum Informacji FIAP-u, prowadzonego przez malgorzata.academicus.
5
masz 1 głos
Pytanie do Pana Mitury - Czy naprawdę zgadza się Pan ze stwierdzeniem -" Zdanie to odczytuję jako „.. ze względu na niski poziom postaw obywatelskich większości kadry publicznego szkolnictwa wyższego”. Pod koniec PRL-u polskie społeczeństwo było bardziej obywatelskie niż jest obecnie. Regres jest efektem destrukcyjnych działań m.in. kadr publicznego SW, poprzez zaniechanie po 1989 roku „publicznej” misji na korzyść konkurencji tj. szkolnictwa prywatnego" - dla mnie to jakiś absurd. Z takimi argumentami spotykam się głównie u przysłowiowe cioci na imieninach, gdy biesiadnicy są w stanie pól litra na twarz.
-3
masz 1 głos
Tak, z grubsza rzecz biorac, zgadzam sie z tym stwierdzeniem.
4
masz 1 głos
No to już rozumiem, dlaczego w trakcie dyskusji na tym forum niejednokrotnie odniosłem wrażenie, że żyjemy w innych światach. Gdyby student na egzaminie powiedział, że w PRL (nawet pod koniec) było społeczeństwo obywatelskie, to poleciłbym mu rozpoczęcie ponownych przygotowań do egzaminu, z tym, że powinien zacząć od elementarza dla przedszkolaków.
Twierdzenie, że regres w postawach obywatelskich Polaków jest spowodowany działaniami kadry wyższych uczelni, przy jednoczesnym sugerowaniu, że ta kadra niewiele potrafi, także w sferze oddziaływań na studentów, zakrawa na kpinę z logiki.
Szanowni Państwo, głosząc takie poglądy (i inne pełne pogardy dla kadry wyższych uczelni) osiągniecie jedno - powszechną niezgodę na jakiekolwiek reformy przez was zaproponowane. Jeżeli czytacie angielskie książki, to zażyjcie do tych o marketingu i o zarządzaniu. Dowiecie się, że jak się chce zdziałać coś pozytywnego, to nie takimi metodami (przyłożyć za wszelką cenę, zgnoić przeciwnika), jakie prezentuje część wypowiadających się na tym forum.
-4
masz 1 głos
do p.Z.Osinskiego
Nie przypominam sobie, aby ktos chcial tutaj komus "przylozyc". A dokladniej, to owszem, byla taka propozycja, aby pojsc z "kilofami" na Ministerstwo, ale ona zdaje, ze wyszla akurat od Pana, byla w inym watku, no i przede wszystkim pozostale osoby nie podchwycily takiego sposobu rozwiazywania sporow. A duze roznice zdan oczywiscie moga i chyba nawet powinny sie zdarzac podczas dyskusji.
Pozdrawiam Pana
ZM
-2
masz 1 głos
P.S. Na wszelki wypadek cytuje ponizej odnosny fragment
"Z faktu, że my jako środowisko coś wiemy, coś proponujemy niewiele wynika. Po prostu politycy mają nas głęboko w ... poważaniu. Obawiam się, że dopóki nie pójdziemy z kilofami na Warszawę, nie możemy liczyć na poważne potraktowanie."
Zbigniew Osiński, 27.01.2010 12:45
-5
masz 1 głos
Re. Zbigniew Osiński, 14.02.2010
najwiekszym mankamentem prowadzonej dyskusji jest fakt, ze niewiele osob w sposob konstruktywny odnosi sie do konkretnych sformulowan w dokumencie, ktory liczy okolo 150 stron.
W przypadku braku zgody na podany cel strategiczny lub ktorys ze sposobow jego realizacji, zbyt czesto brak jest kontrpropozycji lub sugestii innych rozwiazan.
W ten sposob dyskutanci sami pozbawiaja sie potencjalnego wplywu na ksztalt ostatecznej wersji strategii, ktora jest pierwszym draftem. Doprawdy szkoda...
Ma Pan racje, ze szacunek dla strony przeciwnej jest polowa sukcesu i miejmy nadzieje, ze wspolnie go osiagniemy
Przy okazji pozwole sobie zacytowac fragment moich uwag do uzasadnienia dla celu strategicznego 9B - prosze tego nie traktowac jako obraze dla polskich naukowcow - raczej probe uswiadomienia im "mentalnej" przepasci w podejsciu do kszatlcenai doktorow w Polsce i na czolowych uczelniach swiata.
-----------
Obok 9.12 jeszcze ważniejsza jest zmiana mentalności polskiej profesury, która uważa, że doktoranta kształci się „dla siebie” jako przyszłego podległego pracownika wykonującego przydzielone mu obowiązki. Tymczasem w świecie, wykształcenie doktoranta na osobę w pełni samodzielną, zdolną podjąć najtrudniejsze wyzwania jest olbrzymim wyzwaniem – wizytówką promotora i uczelni w świecie. W tym kontekście doktor nauk danej uczelni niczym nie różni się od absolwenta studiów I i II stopnia – w momencie uzyskania odpowiedniego dyplomu ustają wszelkie zobowiązania „absolwenta” wobec uczelni i ma on prawo kształtować dowolnie swoją dalszą karierę zawodową a nie coś „odpracować”.
Obowiązkiem byłego promotora/uczelni jest podjęcie dalszego kształcenia kolejnych roczników – w tym doktorów, z czego powinni być systematycznie rozliczani. Niestety ten elementarny fakt jest na polskich uczelniach zupełnie niezrozumiały, czego dowodem jest utyskiwania władz uczelni państwowych, że uczelnie prywatne „podbierają” im kadrę nie ponosząc kosztów jej kształcenia.
0
masz 1 głos
Do Pana Mitury - myślałem, że ironia w mojej "propozycji" ruszenia na Warszawę jest czytelna. Naukowcy z kilofami na Warszawę - czy to brzmi poważnie?? Chociaż muszę powiedzieć, że taki pomysł podsuwają mi znajomi parający się polityką. Twierdzą, że dopóki jako środowisko nie zmobilizujemy się na tyle, by władza zaczęła się nas bać, dopóty nie możemy liczyć na satysfakcjonujące załatwienie naszych postulatów - także i tych związanych z radykalnymi reformami.
Do Pani Małgorzaty - osobiście staram się odnosić konstruktywnie do Diagnozy i Strategii, ale jak czytam takie teksty jak wypowiedź prac-nik nie będący NA , to tracę ochotę na jakąkolwiek dyskusję.
Przy okazji - zgadzam się z Pani wypowiedzią w sprawie kształcenia doktorantów. Z tym, że od kilku lat problem, przynajmniej w humanistyce, nie istnieje. Blokada etatów (nie przez starych profesorów, tylko przez brak pieniędzy) nie pozwala bowiem zatrudniać nowych pracowników. Tak więc kształci się doktorantów z myślą, że pójdą nie tyle do prywatnej konkurencji, ile do szkół podstawowych i średnich (znam parę takich przypadków).
1
masz 1 głos
Do Z. Osińskiego: Proszę mi wierzyć, że jak na standardy dyskusji internetowych, to tutejsza dyskusja jest super grzeczna. A co do Pana osoby, to ja uważam, że wnosi Pan naprawdę tutaj bardzo dużo świeżych, pozytywnych koncepcji, z wieloma się zgadzam, ale proszę nie oczekiwać 100 procentowej zgody :-)) Pozdrawiam serdecznie
2
masz 1 głos
To ja spróbuję konstruktywnie.
Punkt 3.25 strategii (s. 33): "Obecnie prawie dwie trzecie profesorów w Polsce zatrudnionych jest w więcej niż jednym miejscu pracy. Najprawdopodobniej główną przyczyną tak częstego poszukiwania dodatkowego zatrudnienia jest niski, niekonkurencyjny poziom wynagrodzeń w uczelniach publicznych".
Wydaję mi się, że akurat ten punkt diagnozy autorzy projektu pisali w stanie pomroczności jasnej :-).
O ile zgodzę się, że większość adiunktów, szczególnie młodszych stażem, gdzieś dorabia z powodu niemożności domknięcia budżetów domowych (często są to prace nigdzie nieewidencjonowane, np. korepetycje, własne firmy, dorywcze prace na umowy zlecenia), to czy profesura też dorabia sobie z powodu niskich zarobków? Jak wytłumaczyć fakt, że zdecydowana większość kadry profesorskiej na uczelniach niepaństwowych ma drugi (fuj, pierwszy!) etat na uczelniach publicznych, natomiast wśród adiunktów bez habilitacji sytuacja ta jest rzadka? Czyż przyczyną tego stanu rzeczy nie są MINIMA KADROWE? Śmiem twierdzić, że wieloetatowość profesury (rozumianej jako grupa tzw. samodzielnych pracowników nauki) wynika z podstawowego prawa podaży i popytu: ich po prostu nie ma kto zastąpić z przyczyn czysto formalnych. Gdyby zniesiono minima kadrowe (co jest obecne w strategii w sposób zawoalowany, a powinno być wyartykułowane explicite), uczelnie niepubliczne w miejsce większości drogich profesorów, nierzadko dojeżdżających (lub nie) z drugiego krańca Polski, zatrudniłaby *na stałe* jednoetatowych adiunktów. Dlatego wydaje mi się, że publiczna debata o habilitacji, w której używa się jako argumentu troski o poziom naukowy, to zwyczajna ściema lub wyraz naiwności dyskutanta (sam jeszcze rok temu byłem za utrzymaniem habilitacji, już mi przeszło). W większości przypadków indywidualnych chodzi o to, o czym dżentelmeni nie dyskutują.
Jakże wytłumaczyć to, że część dziekanów i prorektorów uczelni publicznych ma drugie etaty w uczelniach niepublicznych? Jak wytłumaczyć to, że zdecydowana większość pracowników "funkcyjnych" - rektorów prorektorów, dziekanów uczelni niepublicznych ma też etaty w uczelniach publicznych? Niskimi zarobkami? A może tu jest gdzieś drugie dno, o którym aż strach myśleć, co dopiero pisać?
Ale też co ma robić dziekan wydziału, którego większość pracowników ma drugie etaty. Jeżeli sam sobie takiego etatu nie załatwi, wobec sztywnej i zunifikowanej (na poziomie wydziału) siatki płac będzie najgorzej wynagradzanym pracownikiem wydziału!
Pozwolę sobie jeszcze zaryzykować polemikę z p. Osińskim. Czy blokada nowych etatów na masowych wydziałach humanistycznych naprawdę wynika z braku funduszy, czy też może z obawy przed zmniejszeniem liczby nadgodzin, których liczba i tak maleje w związku z niżem demograficznym? A czyż samo zjawisko nadgodzin nie wynika z prostego rachunku ekonomicznego: zatrudnienie kogoś w nadgodzinach jest dużo tańsze od zatrudnienia kogoś na etat?
3
masz 1 głos
Przede wszystkim dziękuje Panu Miturze za miłe słowa.
Przechodząc do konkretów, czyli do pieniędzy, o których wspomniał Pan Koza - akurat w tym punkcie popieram autorów Diagnozy. Nawet profesorowie dorabiają z powodu niekonkurencyjnych zarobków na uczelniach publicznych. Można powiedzieć, że jeżeli ktoś zarabia 4-5 tys. netto (stanowiska profesorskie na znanych mi wydziałach humanistycznych|) to nie ma powodu do narzekań. To zależy z kim się porówna. Jeżeli z innymi zawodami wymagającymi wyższego wykształcenia i opłacanymi z budżetu (lekarz w szpitalu powiatowym 8-10 tys., powiatowy prokurator 6 tys., pułkownik w wojsku lub odpowiednik w policji 6-7 ty. - kwoty netto) to powodów do zadowolenia raczej nie ma. W przypadku młodych adiunktów to zupełna tragedia. Znam młodych chłopaków pracujących w składach budowlanych, którzy po zawodówce mają lepsze pensje. Chciałbym wyraźnie podkreślić - uważam, że wszelkie próby reformowania szkolnictwa wyższego i nauki rozbiją się o pieniądze. Przykładem może być oświata - masa reform a efekt mizerny. Prowadząc zajęcia z kandydatami do zawodu nauczyciela zauważam znaczącą zmianę w motywacji, dla której studenci wybierają specjalizację nauczycielską - teraz robią to głównie na wszelki wypadek, dla papierka, który da jakąś pracę, gdy inne plany nie wypalą. Ci ludzie, mówiąc wprost , "olewają" zdobywanie kompetencji potrzebnych w pracy nauczyciela, bo nie chcą pracować w tym zawodzie. Potem część trafia do szkół i zaczyna się horror - nie potrafią kierować grupą, zapewnić sobie autorytetu ani stosować metod aktywizujących. Wszystkie reformy "wzięły w łeb", bo zapomniano o solidnej podwyżce płac. Szkolnictwo wyższe czeka to samo zjawisko. Autorzy Strategii postulują konkurencyjność i mobilność przy zatrudnianiu - ale co to za konkurencyjność, gdy z powodów finansowych coraz mniej ludzi myśli o pracy na uczelni. Coraz częściej jest to praca ostatniej szansy - nic mi nie wyszło, to chociaż pouczę studentów. Co za różnica, czy nowego adiunkta wskaże indywidualnie profesor, czy wyłoni go komisja konkursowa - obie strony i tak nie będą miały wyboru, gdy kandydat będzie tylko jeden. Zaznaczam, że piszę o sytuacji w humanistyce.
Przechodząc do polemiki w sprawie blokady w tworzeniu nowych etatów - nie chodzi w tym przypadku o nadgodziny, zjawisko na moim wydziale ginące. Po prostu - względy finansowe zmuszają do posunięć typu zamiana kilku grup ćwiczeniowych na jedną wykładową, zwiększanie minimalnej liczebności grup. Studentów nam nie brakuje, tyle, że państwowa dotacja nie pokrywa w pełni kosztów ich kształcenia. Od studentów stacjonarnych pieniędzy brać nie możemy, a na zaoczne jest sztywny limit (może niedługo zostaną nawet zlikwidowane - jak postulują autorzy Strategii, wtedy pozostanie tylko "wbić zęby w tynk"). W prasie i w internecie możemy przeczytać, że powinniśmy starać się o środki zewnętrzne. Ale główny kandydat na dawce, czyli biznes ma gdzieś humanistykę. Przez prawie rok na rożnych forach internetowych dla biznesu próbowałem znaleźć odpowiedź na pytanie - za jakie badania z dziedziny humanistyki byliby gotowi zapłacić?, za jakie kompetencje studentów byliby w stanie zapłacić? - zero realnych pomysłów, zero deklaracji. Nawet na specjalnym kursie pozyskiwania środków finansowych dla nauki i szkolnictwa wyższego oraz zakładania firm spi-off i spin-out fachowcy od tych spraw nie byli mi w stanie niczego podpowiedzieć. Jeżeli humanistyka nie dostanie pieniędzy z budżetu (w tym na godziwe płace) - to żadne reformy jej nie uzdrowią. Co więcej ma szanse "paść na pysk" i stać się zjawiskiem z dawnej historii.
-3
masz 1 głos
Panie dr hab. Z.O.,
1o. Na Pana sugestię zmieniam nick na lepszy: podatnik7.
2o. Nie akceptuję pewnej Pana nagannej propozycji. Otóż ta strona ma autorów (właścicieli), z prawami autorskimi do swojego dzieła. Jeśli proszą forumowiczów o komentarze, to prawdopodobnie ostatnią rzeczą jest potrzeba znajomości ich personaliów. Jeśli nie na temat to komentarz wrzucą tam gdzie jest jego miejsce tj. do kosza.
3o. W związku z pkt. 2o, jako podatnik RP, stwierdzam wyjątkową nieskuteczność organów skarbowych państwa w egzekwowaniu podatku od osób fizycznych (NA) w przypadku tych dzieł, które pod prawo autorskie nie podlegają. Jeśli dzieło autorskie - to konkretnie jakie, np. tytuł wykładu itp. Zakładam, że mamy niską jakość SW.
4o. Czasami autorom raportu zarzuca się nieznajomość polskich realiów. Nie wiem, ale prawdopodobnie omijali pewne rzeczy, chyba trudne.
a) Np. wydaje mi się, że autorzy sugerują wyeksmitowanie z uczelni związków zawodowych. Moim zdaniem słusznie.
b) Przekoloryzowana jest również mocna strona SW o treści „wysoki prestiż zawodu profesora”. Choć tak powinno być. No bo jeśli społeczeństwo jest mało obywatelskie, jego elita została w większości wyedukowana na polskich uczelniach, to ankiety wśród niego są obarczone b. dużym błędem. To tak jakby daltonistów zapytać, który kolor (za wyjątkiem białego, szarego i czarnego) jest najładniejszy. Purpura! Podpowiada otoczenie.
c) Nie rozumiem skłonności autorów do fetyszyzowania wielkości uczelni – słabą stroną systemu SW jest „duża liczba b. małych uczelni”. Ja lubię market. Jednak likwidację lub odgórne ograniczanie funkcjonowania sklepiku 100 m naprzeciwko uważam za nienormalne. I nie tylko dlatego, że jego klientem jego jest moja żona.
d) Autorzy Strategii nie uniknęli również błędu, np. na str.111: wiersz 8 od góry: we wzorze użyta jest nazwa dotacja stacjonarna, którą autorzy raportu wnioskują zlikwidować (str.8). W samym zaś wzorze, suma 3 składników, użyte są dwie litery n i h, które nie objaśnione zaciemniają sam wzór; jeśli kn = kh to nie prościej napisać samo k, jako koszt jednostkowy.
5o. To, że beneficjentem dotacji dydaktycznej winien być student to jest oczywiste i chyba w tym kierunku reforma SW winna zmierzać, zważywszy dodatkowo niską zamożność społeczeństwa.
Chciałbym zaakcentować, jako podatnik, pewne porównanie. Otóż w Niemczech (vide Diagnoza z 2009 r.) relacje liczby studentów w poszczególnych typach uczelni są następujące: uczelnie publiczne (UPub) 91 %, instytucje prywatne zależne od państwa (IPzP) 9 %, a niezależne instytucje prywatne (NIP) 0 %. Zaś w III RP jest odpowiednio: UPub 66 %, IPzP 0 % i NIP 34 %. Jeśli wykluczymy przypadek, że Niemcy działają na swoją szkodę (konstytucja niemiecka mówi o państwie socjalnym) to chyba coś w III RP nie jest w porządku.
Jeśli poprzednie zdanie jest prawdziwe to, Panie dr hab. Z.O., czy to może być frustracja czy tylko poprawne wnioskowanie.
5
masz 1 głos
Nie obserwowałem tej dyskusji przez kilka dni, lecz odrabiając teraz zaległości dochodzę do wniosku, że kreci się ona wokół tych samych motywów. Najbardziej bawi mnie mesjanistyczno-ekspercki ton osób, które podchodzą do sprawy "konstruktywnie" i próbują analizować poszczególne zapisy strategii w ramach bycia "kompetentnymi". Zarazem większość tych osób podkreśla znaczenie koniecznosci podniesienia poziomu umiejetności dydaktycznych kadry akademickiej. Proponuję zaczać od siebie i uważnie czytać sugestie autorów niniejszego serwisu: w tym wątku proszą o ogólne komentarze dotyczące dokumentu E&Y, nie o wynurzenia domorosłych speców od wszystkiego-co-dotyczy-finansowania-nauki.
Ktoś mnie prosil o podanie przykłądu "wzorcowego dokumentu", na który mógłby posłużyć za bazę dla raportu lepszego od omawianej tu farsy. Odpowiadam: nie znam wszystkich regulacji prawnych, a tym bardziej ekspertyz dotyczących sfery szkolnictwa wyższego i nauki na świecie. Jednak nie znam żadnego dokumentu, który holistycznie podchodziłby do zarządzania tym obszarem, jednocześnie gwarantując autonomię uczelniom i wysławiany tu "prestiż" wykładowcom (takie prawo może istnieć chyba tylko w radykalnym korporacjonizmie/stalinowskim państwie-panoptykonie). Szanuję duński pomysł na system administracji szkolnictwem wyższym, z którego UE czerpie od lat. Uprzedzając potencjalne "eksperckie" krytyki zaznaczę - wiem, że w Danii wydatki socjalne są coraz większym problemem dla budżetu. Ale to nie one stanowią źródło problemu, o czym można przeczytać... gdziekolwiek właściwie. Duński system jako pewien projekt jest racjonalny, bo: nie wprowadza konkurencji, z którą polskie dzieci maja do czynienia już po szóstej klasie podstawówki; szanowane, potrzebne i otwarte szkolnictwo zawodowe nie jest synonimem miernoty i dołu społecznego, jak u nas; nadzór nad jakością kształcenia nie jest prowadzony tylko przez instytucje centralne lub, jak w Polsce chcieliby tego autorzy raportu, rynkowe, lecz przez racjonalnie i sumiennie działające społeczne ciała doradcze. Z wykonaniem bywa różnie, więc jeśli ktoś zechce strzelać tu przykładami, powtarzam: nie wierzę w naśladownictwo.
Dla mnie dokument E&Y nie jest wart uwagi ze względu na jego szowinistyczny charakter, ideologiczną ortodoksję i kompromitujące błędy formalne, jakich dopuszczono się w procesie jego tworzenia. Wymiana komentarzy tu prowadzona wydaje mi się mimo wszystko istotna, gdyż ukazuje rozmaite postawy uczestników akademickiej rzeczywistości. Szkoda tylko, że większość widzi przyszłość w bezwzględnym urynkowieniu całej nauki. Oburzamy się na zawierające błędy ustawy, przekraczanie uprawnień przez rozmiate służby, ale akceptujemy chybione, tonące w pomyłkach propozycje "nowoczesnych reformatorów". Tylko dlatego, że składają oni enigmatyczną propozycję finansowego progresu...
0
masz 1 głos
Panie Jacku_D, a czy moglby Pan powiedziec kilka zdan na temat Strategii Srodowiskowej (opracowanej przez Rektorow)? Linki do dokumentu podane sa takze na tych stronach w innym watku. Wprawdzie wypowiadanie sie tutaj o Strategii Srodowiskowe to byloby troche odejscie od glownego tematu, tym niemniej chyba jednak przydatne. A to dlatego, ze Strategia E&Y nie jest jedynym obowizujacym urzedowym dokumentem, jest to na razie raczej propozycja dla Ministerstwa i byloby dobrze wiedziec jakie sa ogolne oczekiwania spoleczne i jakie dokumenty trafiaja "w gusta" odbiorcow , poza wspomnianym przez Pana modelem dunskim.
3
masz 1 głos
Pelna analiza poddanej tu pod dyskusje Strategii wykazala , ze ten dokument nie zawiera i nie odnosi sie wogole, w swojej tresci i prezentowanych propozycjach rozwiazan na przyszlosc, do istotnej sprawy zwiazanej z zyciem akademickim, a mianowicie, do integralnosci akademickiej !
Nie bylo dotychczas, nie ma, i nikt nie proponowal w zadnym dokumencie dotyczacym szkolnictwa wyzszego i reformy uniwersytetow w Polsce, wprowadzenia do praktyki pelnych rozwiazan (organizacyjnych, instytucjonalnych, statutowych i opiniotworczych, itp) zwiazanych z istnieniem, rola i funkcja integralnosci akademickej, na samym uniwersytecie i poza nim.To jest podejscie podmiotowe i sankcjonuje ono tozasamosc srodowiska akademickiego (kadra i studenici).
Przespano ponad 20 lat!
Zauwazmy, ze calosc przedstawionego Nam tu do wgladu dokumentu , a takze czesc Strategii Srodowiskowej ( KRASP/FRP) odnosi sie i wskazuje na wprowadzenie do uzytku rozwiazan i metod dzialania opartych na pro-jakosciowych standardach!
Wprowzdzenie kultury jakosciowej wymaga rownoczesnie istnienia na uczelni i poza nia wlasciwego podejscia do przestrzegania zasad postepowania i posiadania struktur w pelni integrujacych srodowisko akademicke wokol jego podstawowych pryncypiow i praw dzialania wchodzacych w sklad autonomii, wolnosci i samorzadnosci akademickiej.
O dziwo, tyle sie mowi tu i w mediach, o markowym uniwersytecie badawczym i jego sprawczej roli, lecz nie nadmienia sie, ze sprawa integralnosci akademickiej jest tam zarowno czescia zycia , struktury i zasad funkcjonowani tych jednostek na codzien.
A oto przyklady w tym zakresie /na roznym stopniu sprzezenie tej sprawy w system szkolnictw wyzszego w roznych krajach ( z ang academic integrity, research integrity, ): na poziomie miedzynarodowym/swiatowym to :
http://www.academicintegrity.org/, na poziomie krajowym/rzadowym:http://www.ori.hhs.gov/international/
krajowym:http://www.ukrio.org/sites/ukrio2/uk_research_integrity_office__ukrio_/index.cfm
uniwersyteckim:http://www.oria.cornell.edu/ lubhttp://www.rcr.ku.edu/
Wprowadzenie integralnosci akademickiej do tego dokumentu w panelu dotyczacym przejrzystosci dzialania (patrz cz12) uwazam za niezbedne, a wrecz vitalne dla powodzenia calosci procesu zmian, odnowy i realizacji pelnej misji edukacyjnej i wychowawczej szkoly wyzszej w Polsce!
Proponuje dodanie w tym tez miejscu punktu12E:
Wprowadzenie integralnosci akademickiej do praktyki zycia akademickiego szkoly wyzszej (na poziomie instytucji, procedury, kodu &zasad postepowania organizacji akademickich).
Prosze zauwazyc, ze nie jest problemem na dzis sam fakt, ze nie potrafimy rozwiazac wspolnie danego problemu badwczego, ale to, ze nasz student moze nie miec sam odwagi, checi i umiejetnosci spojrzenia na otoczenie krytycznie i zaprezentowania swiatu swoich spostrzezen i przyszlych odkryc..?!
Tego jest wciaz...brak! To widac-wystarczy ...wlaczyc TV (afery i przekrety) lub otworzyc gazete (ignorancja, niegospodarnosc, tajnosc dzialania, korupcja, nepotyzm, plagiaryzm,itp)...Brak integralnosci w dzialaniu...prawie wszedzie?
-1
masz 1 głos
@ Zdzisław Szulc
Panie Profesorze,
Po pierwsze, mam nadzieję, że jest Pan tym Z. Szulcem, o bycie którym Pana posądzam :)Chciałbym Pański ostatni komentarz, choć nie powinienem rościć sobie do tego prawa, zadedykować Panu Zbigniewowi Miturze. A to dlatego, że wybitny przedstawiciel nauk ścisłych/przyrodniczych/technicznych - wedle woli interpretacyjnej, zwrócił uwagę na najważniejszą kwestię, czyli zdolność studiujących do racjonalnej, strukturalnej krytyki rzeczywistości świata nauki. A raczej braku tej zdolności lub niemożliwości zdobycia się na odwagę, by wypowiedzieć się w tej sprawie. Integralność akademicka, choć nie musimy tej właściwości nazywać akurat w ten sposób, dobry byłby każdy inny, jest tym, czego raport E&Y chyba umyślnie nie uwzględnia. Dlatego mam nadzieję, że jest Pan tym Z. Szulcem, którego mam na myśli – biochemikiem pracującym w Stanach, gdzie ekonomiczny grunt dla działalności akademicko-naukowej rządzi się zupełnie odmiennymi prawami. Nie musiałem wpisywać pańskiego nazwiska w Google, bo z pewnych powodów znam drobny wycinek pańskiego dorobku. Jeśli z amerykańskiej perspektywy można pokusić się o tak istotną, generalną refleksję zamiast sugerować: „róbcie tak, jak tu robią”, to można mieć nadzieję. Jestem niezmiernie wdzięczny za ten komentarz, choć Pan jest jednym z tych, którzy postulują szczegółowe odnoszenie się do poglądów na rozwój strategicznego myślenia o nauce w wątku, który nie tego ma dotyczyć… Pański postulat, który właściwie sprowadza się do sugestii uznania integralności akademickiej za niezbędną wartość życia uczelni jest niezwykle ważny. Ja nie widzę takiego rozumienia tej kategorii w ogólnej wymowie raportu E&Y, niestety. Tylko, jeśli Pan uprzejmy, proszę zastanowić się nad sformułowaniem „kultura jakościowa”….
A propos rozwiązań przedstawianych przez rektorów:
Ja jestem świeżym doktorantem, ale od lat interesuję się i pracuję w sferze związanej z zasadami organizacji kulejącej nauki polskiej. Strategia rektorska jest kompatybilna z wieloma elementami krytyki, jaką przedstawiłem w moich komentarzach, lecz wymowa tych ostatnich w żadnym stopniu nie jest determinowana propozycjami, pod którymi podpisują się władcy niektórych polskich uczelni. Jest ona w znacznej mierze próbą dostosowania zachowawczych poglądów do współczesnych tendencji w zakresie analizy strategicznych sfer instytucjonalnego zaangażowania państwa. Autorzy posługują się, z wielkim namaszczeniem, tymi samymi kategoriami, co „ekspercki” zespół E&Y (kreatywność, innowacyjność itp.). Wychodzę z założenia, do którego przychylają się m.in. liczni doktoranci i doktorzy ścisłych i humanistycznych specjalności, że nauka i propagowanie wiedzy to wartość niepodlegająca uwarunkowaniom rynkowym. W naszej opinii jest to jeden z najistotniejszych argumentów za utrzymywaniem państwa jako integratora instytucji (podobnie jak służba zdrowia, system emerytalny i kilka innych obszarów). Nie tu jest chyba miejsce na dyskusję o „utopijnych” alternatywach, które automatycznie zrobiłyby z nas bandę gówniarskich dziwolągów.
Bazowanie na wnioskach badawczych i statystykach OECD jest równie poprawne, co zamieszczanie w raporcie za 1,7 mln złotych niemal wyłącznie danych z Eurostatu. Uznanie niekwestionowalnego prymatu Procesu Bolońskiego jest tyleż przygnębiające, co zrozumiałe – państwo w gronostajach są funkcjonariuszami państwowymi lub zależnymi od uwarunkowań kształtowanych przez państwo. Konformizm wobec europejskich standardów ustanawianych na podstawie wyczucia biurokratów z KE i podległych jej agencji jest w rektorskich postanowieniach, jak dla mnie, potwornie smutny. Nie dlatego, że nie podejmuje się krytyki uśrednionych wskaźników, lecz z powodu posługiwania się przez autorów rektorskiej strategii zbanalizowaną interpretacją pojęć-wartości, jak choćby Life-Long-Learning (brak odniesienia do powiązań tej kategorii z pewną ogólną ideą kształcenia determinującą, siłą rzeczy, hierarchię instytucjonalną i delegowanie kompetencji – na marginesie: Grundtvig był DUŃCZYKIEM…). Dokument firmowany rektorską dumą jest próbą dopasowania ogólników do europejskiej retoryki mieszającej poziom ideowy z postanowieniami z zakresu polityki finansowej i systematyki podmiotów decyzyjnych. Tyle, że ostatecznie, mimo całej swej bezproduktywności, jest on bardziej ludzki od jadowitego manifestu zakochanych w pieniądzach, rynkowych fetyszystów. Nie wiem, Panie Profesorze, co chciałby Pan usłyszeć od osoby takiej jak ja. Gruntowną analizę rektorskiej strategii? A co miałbym analizować?
Chyba skończę udzielać się w tym serwisie, więc w związku z tą pompatyczną deklaracja, pozwolę sobie na pompatyczny apel: nie pozwólcie na przejecie kontroli nad nauką przez instrumenty uwielbiane przez wyznawców rynkowych aberracji. Inaczej za kilkanaście lat będziecie zastanawiać się, dlaczego tak niewielu jest ludzi zainteresowanych karierą naukową i dlaczego nie czują oni żadnej więzi z „branżą” akademicką. Obudzicie się zdziwieni brakiem chętnych do zaangażowania się w Wasz perfekcyjnie zorganizowany system urynkowienia nauki. Będziecie też narzekać na rodzimą humanistykę, która tak długo, jak będzie obowiązywał Wasz cudowny system, nie wyda żadnego naukowca godnego kochanej przez Was medialnej chwały. A cała reszta, wbrew Waszym intencjom, ucieknie tam, gdzie obowiązywać będzie polityka finansowania nauki mocniej skupiona na właściwym przedmiocie swoich zainteresowań, niż na kulcie konkurencji i promowaniu perwersyjnego pożądania tryumfu w wyścigu, którego zwycięzca otrzyma miano „użytecznego”. Przestańcie wielbić tylko pieniądze.
-1
masz 1 głos
do Jacka_D: Bardzo dziekuje za przedstawienie wnikliwej analizy Strategii Rektorskiej w odpowiedzi na moja prosbe. Pozwole sobie takze na komentarz bardziej generalny odnosnie Panskich pogladow. Otoz sa one dla mnie nieprzekonywujace, gdyz jak pisalem wczesniej mam poglady liberalno-konserwatywne i wszelkie pomysly zwiekszania roli panstwa w czymkolwiek uwazam za dzialania destrukcyjne w tym sensie, ze oduczaja ludzi kreatywnosci, oszczedzania itp. Tu nawet nie chodzi o to czy dane panstwo ma wolne srodki na "rozdawnictwo" (np. panstwa arabskie maja), ale o bardzo negatywne oddzialywanie takich praktyk na mentalnosc ludzka. Ale pragne jednak zauwazyc, ze to zdecydowanie nie ja bede decydowal o ostatecznym ksztalcie strategii, ustaw itp. Zyjemy w panstwie demokratycznym, a osob myslacych podobnie jak Pan jest jednak duzo, wiec Pana uwagi sa jednak wartosciowe.
9
masz 1 głos
Szanowni Uczestnicy Wymiany Zdań,
proszę pozwolić, że i ja zabiorę głos - jako pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego, średniego szczebla akademickiego (tuż przed habilitacją), w przeszłości student na Uniwersytetach w Bristolu i Oxfordzie oraz stazysta na Uniwersytetach w Aberdeen, Oxfordzie i City University of New York. Z góry przepraszam za poniższą wyliczankę, ale chciałbym, by Państwo mieli jasność, co do tego, z jakiej perspektywy wypowiadam swoje zdanie w pierwszej kolejności w odniesieniu do raportu E&Y, w dalszej natomiast do niektórych zamieszczonych komentarzy.
1. Rewizja systemu jest niezbędna - to zasadnicze przekonanie, które towarzyszy kadrze akademickiej, decydentom politycznym i finansowym oraz bardziej wyrobionym przedstwicielom społeczeństwa. Pytanie zatem, jakie należy zadać, brzmi: w jaki sposób dokonać rewizji?
2. Raport E&Y uważam za bardzo sensowny i wyważony, mimo że niekiedy Autorów ponosi tzw. fantazja ułańska, która skutkuje oderwaniem się od realiów, przede wszystkim języka i kultury, w ramach której funkcjonuje system akadamicki. Za chwilę wrócę do tego kontekstu, ale najpierw odniosę się do kilku innych diagnoz i propozycji, przede wszystkim powiązanych z koncepcją ustroju i finansowania Akademii.
3. Zasadniczo zgadzam się co do tego, że Akademia funkcjonuje źle, tak gdy chodzi o tzw. ład wewnętrzny, jak i uwarunkowania zewnętrzne. To złe funkcjonowanie ma jednak swoje powody: w ustroju uczelni i finansowaniu tychże (na co zwracają uwagę Autorzy E&Y). Kłopot polega na tym, że istotą ewentualnej zmiany musi być dokonanie reformy właśnie tych dwóch elementów: ustroju i finansowania.
4. Ustrój jest kwestią korporacyjną i zależną od tego, w jaki sposób postrzegamy swoją włąsną funkcję i rolę w ramach środowiska, jak i poza nim. Wyróżniamy Profesorów, gdyż są oni nie tylko świadectwem wiedzy, doświadczenia, mądrości, etc., ale także ucieleśnieniem tego, czym Akademia jest: miejscem spotkania uczonych i uczących - miejscem, do którego przychodzi się poznać prawdę.
5. Ustrój zasadniczo zasadza się na trzech elementach: prerogatywach ustawodawczych - rady instytutu, wydziału, senaty, prerogatywach wykonawczych - dyrektorzy, dziekani, rektorzy oraz prerogatywach sądowniczych - komisje ewaluacyjne, etyczne, etc. By zmienić ustrój, dobrze byłoby zatem przyjrzeć się, w jakim zakresie trzy wymienione elementy struktury realizują przydaną im funkcję. Tego w raporcie E&Y wyraźnie brakuje, a jeśli pojawiają się jakieś odniesienia to zaledwie na zasadzie wzmiankowania.
6. Z ustrojem powiązany jest problem finansowania. Jak się wydaje, raport E&Y sugeruje taką oto ścieżkę reformy: powściągnijmy cugle budżetowe, wymusimy w ten sposób konieczność zmian, a w rezultacie dojdzie do właściwej reformy i, daj boże, odrodzenia Akademii.
7. Ten pomysł uważam za tylko częściowo chybiony. Częściowo, gdyż musimy zdać sobie z tego jasno sprawę, że reforma, o której traktuje raport tak E&Y, jak i Rektorów, dotyczy GŁÓWNIE i prawie WYŁĄCZNIE uczelni publicznych. Retorycznym byłoby pytanie, dlaczego. Chodzi właśnie o to, że Płatnik chce jakoś zracjonalizować wydatki, a do tego potrzebuje uzasadnienia, którego zresztą daleko szukać nie trzeba, bo wystarczy udać się na dowolną uczelnię publiczną w Polsce i sprawdzić, jak wygląda dydaktyka, np. na kierunku Prawo oraz, oczywiście, badania.
8. Musimy mieć jasność co do tego, że organem założycielskim i prowadzącym, a więc de facto właścicielem jest państwo, które może za pomocą swoich organów chcieć kontrolować, nadzorować i wymuszać w podległych sobie agendach zmiany czy reformy. Kłopot w tym, a rzekłbym, że jest to kłopot natury fundamentalnej, że raport E&Y nie daje jasnej wizji uwolnienia się od funduszy budżetowych, a wprost jeszcze silniej wiąże Akademię z państwem, choćby wprowadzając rady powiernicze, które - jak ktoś słusznie zauważył w dyskusji - mogą (a znając polską rzeczywistość po prostu staną się) stać się agendami politycznymi.
9. Reforma Akademii musi zatem zacząć się od pytania, kto i w jakim zakresie ma finansować studia. Odpowiedź na to pytanie jest znów banalnie prosta: mają je finansować ci, którzy korzystają z systemu, czyli studenci. Dodatkowo, uczelnie muszą zbudować swoje zaplecze kapitałowe, fundusze finansowe i wprowadzić realne zasady zarządzania nimi. Dotacje budżetowe oraz unijne to ważne wspracie, ale dodatkowe, np. w zakresie finansowania badań podstawowych.
10. Raport E&Y wskazuje ścieżkę, która wiedzie do ubezwłasnowolnienia Akademii, podczas gdy potrzeba jej większej autonomii, np. w zakresie powoływania nowych kierunków studiów, brania za nie odpowiedzialności, rewidowania tego, co już znajduje się w ofercie. Autonomia Akademii możliwa jest tylko wtedy, gdy struktura finansowania ulegnie całkowitej zmianie, a uczelnie staną się instytucjami pożytku publicznego z silnymi fundamentami ekonomicznymi.
11. I trzy ostatnie punkty dotyczące uwarunkowań językowych i kulturowych. NIe jestem entuzjastą, jako filozof, podziału na nauki humanistyczne i ścisłe. Przeciwnie, uważam, że podział ten jest figurą dawno pozbawioną uzasadnienia. W tym kontekście nie przekonują mnie argumenty, wedle których winno się zwracać baczną uwagę na to, że na uczelniach są tzw. kierunki humanistyczne i ścisłe, i że mają one odmienną charakterystykę i funkcję. Nie przekonuje mnie to, bo jest to banał. Ale banałem nie jest to, że raport E&Y nie zawiera odniesienia do środowiska językowego, w jakim istnieją polskie uczelnie wyższe. Jest to tym bardziej zastanawiające, że właściwie, gdy przyjrzymy się sytuacji akademickiej w innych krajach, to czynnik językowy wysuwa się na plan pierwszy, szczególnie we Francji i Niemczech.
12. Akademia jest powiernikiem i strażnikiem kultury i języka kraju, w ramach którego funkcjonuje. Dydaktyka w 80 proc. kierunków zawsze będzie w języku polskim, a więc i wysiłek przygotowywania zajęć przez kadrę akademicką będzie kierowany na ten język. Proszę teraz sobie wyobrazić, jakiego trzeba heroizmu, by przygotowując wykłady, np. na historii najnowszej w j. polskim, jednocześnie pisać tekst w obcym języku do zagranicznego czasopisma, szczególnie że artykuł owego wyimaginowanego historyka nie zawiera się na 4 stronach, z czego 2.5 to tabele, zdjęcia materiału, wykresy. Tu w grę wchodzi także biegłe pisanie w literackim języku, a to nie jest ani łatwe, ani dostępne a vista.
13. Powiem tak: w interesie naszego kraju jest posiadanie elity. Na jej kształceniu musimy się skupić. Ta elita ma kilka wymiarów, od prawników, lekarzy, nauczycieli, po elity polityczne i urzędnicze. Nie chodzi o to, by rozdawać dyplomy, bo to zarówno uczelnie publiczne, jak niepubliczne już robią. Chodzi o to, by mieć pomysły na modele kształcenia i skorelowane z nimi modele badawcze, które w rezultacie dadzą Polsce światłe umysły i świetnych specjalistów w wielu dziedzinach. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by uświadomić sobie, że z faktu, iż zreformuje się Polski Związek Piłki Nożnej nie wyniknie bezpośrednio, że i reprezentacja będzie dobrze grała, i nagle przybędzie zdolnej dziatwy i młodzieży. Reforma ułatwi, ale niczego nie załawi raz i na zawsze.
14. Jestem entuzjastą pracy organicznej u podstaw. To, co razi mnie w dokumentach Rektorów oraz E&Y, że ten element jest prawie całkowicie spostponowany. Nie dziwi mnie to aż tak bardzo, bo zasadniczo Akademia opiera się dzś na interesie najsilniejszych, którzy dzierżą narzędzia decyzyjne. Z radością pogratuluję sukcesu w reformach i sam chętnie się włączę, gdy tylko usłyszę racjonalne, spójne i posiadające zaplecze ideowe uzasadnienie. Trywialność stwierdzeń E&Y oraz pompatyczność korporacyjna Rektorów mnie raczej odstręczają.
Serdeczności i ukłony,
SK
0
masz 1 głos
@ Jacek D. Odniosl sie Pan do wielu spraw, nawet do takich, ktore nie byly poruszane zasadniczo w moim ostatnim materiale. Niemniej, wylapal Pan jedna niescislosc w moim tekscie oraz wykazal/potwierdzil mala precyzje mojego przekazu do srodowiska (szczegolnie do humanistow).
Pierwsza to niefortunne okreslenie " kultura jakosciowa"?! Powinno byc "kultura tworzenia i stosowania) jakosci". Sam KRASP jak i wiele uczelni sa czlonkami EUA -a tam to jest w programie ( http://www.eua.be/quality-assurance/quality-culture-project/). Przeciez sa w kraju "centra doskonalosci", a maja byc KNOWy z prawdziwego zdarzenia? Dla kogos to to, co podalem odnosnie integralnosci akademickiej i jej znaczenia, to truizm, dla kogos innego byc moze jakas tam nowosc, a dla zupelnie kogos innego ..to sprawa zbedna? Nie ma tego do wgladu w zadnej metrycznej bazie danych i GPSem tez tego nie namierzysz (Jak "larwe" w ostanim numerze FA!!)? Przeciez "wozy strazackie" ugasza kazdy pozar w terenie, w danym czasie, na zadanie dyspozytora lub z rozkazu kapitana-sluzbisty?
Dzialaja rozne komisje,w tym dysciplinarne, serwowane sa nagany, wyroki sadowe, krzyzowanie przylapanych idzie cala para w prasie, jakkolwiek, nikt specjalnie temu nie zapobiega tam, gdzie sie powinno ...od podstaw... na kazdej uczelni..od 20 lat? Sprawa etyki lezy kazdemu na sercu-a jakze,stad dluga litania opracowan odnosnie kodow i zasad postepowania jest do wgladu-lecz nie ma w uzyciu wlasciwych rozwiazan prewencyjnych, kontrolnych i egzekucyjnych(patrz strony internetowe NFA)?! Przypomina to system opieki zdrowotnej w ktorym nie jest latwo zadbac o swoje zdrowie, a starch jest zachorowac bo trudno w nim trafic do wlasciwego szpitala na czas? Co wtedy? Szczescie i/lub "znajomosci"...
Druga sprawa, jak widac, to stan ulomnej swiadomosci w srodowisku i poza nim, o tym, ze zapotrzebowanie na rzetelna ocene stanu kondycji danej dyscypliny wiedzy i osiagniac pracujacych w niej naukowcow, w powiazaniu ze zdaniem eksperta/komisji akredytujacej/ na temat poziomu, jakosci oraz przydatnosci ksztalcenia na danej uczelni w tym kierunku, a tez i sprawnosci calego sektora edukacji i nauki ...bedzie narastalo z dnia na dzien, po 1989r, i wymagac bedzie pracy organiczej od podstaw (pkt 14 u Pana S. Kolodzejczyka powyzej !) na polu integralnosci akademickiej! Komu wierzyc-gdy obracamy sie w swiecie niezaspokojonych potrzeb,snow o potedze, niescislosci , a niekiedy i fikcji? Tym, co ksztalca, bo maja wymagane do minimow stopnie i tytuly bez zadnych praktycznych osiagniec do wgladu od reki, czy tym, co chca zatrudniac ich absolwentow lecz widza u nich braki i narzekaja na brak wysokokwalifikowanej kadry na rynku? Obie strony chca sie rozwijac i miec w reku strategie dzialnia na przyszlosc!? Przy braku rzetelnych danych i osiagniec do wgladu, to bedzie... lipa! Brak integralnosci w dzialaniu zniweczy wszystko!
Dlatego uwazam, ze pelny projekt strategii rozwoju szkolnictwa wyzszego powinien w sposob integralny ujac jego przedmiot i podmiot. Akademicy, a szczegolnie humanisci, nie powinni dac sie wbic w buty wyrobnictwa i pracy na pokaz do tabelki! Niemniej, spoleczenstwo/studenci musza wiedziec co oni robia, po co i do czego doszli?
-2
masz 1 głos
Moja opinia o Strategii:
1. Dobrze zdiagnozowane problemy.
2. Dobrze skorelowane z problemami cele.
3. Doskonałe propozycje działań (10 x tak).
Czekam z niecierpliwością na rekomendacje.
Oby były tak odważne jak propozycje działań.
1
masz 1 głos
Polecam artykuł "Wybitny naukowiec żyje jak student. Biednie":
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,7568502,Wybitny_naukowiec_zyje_jak_student__Biednie.html
Przykład "umiędzynarodowienia" polskich uczelni wyższych. Tu naprawdę nie chodzi o same pieniądze, a raczej o "jakość" zarządzanie uczelniami.
2
masz 1 głos
Właśnie ten przykład doskonale pokazuje, że chodzi przede wszystkim o pieniądze. Co poradzi :jakościowe, menedżerskie zarządzanie jak nie ma z czego zarządzać? Co ma zrobić rektor, który stoi przed wyborem - dopłacać do mieszkań obcokrajowców, czy wysłać pracowników na konferencje? Rząd potrzebnych pieniędzy nie przekazuje, a zarabiać uczelniom (czesne) nie pozwala z powodów ideologicznych. Pomysł na reformy bez pieniędzy już przetestowano - na oświacie. Wyszło wielkie g...
0
masz 1 głos
Chyba muszę jednak przyznać Panu rację (zagalopowałem się, ale mogę się usprawiedliwić małą ilością snu od około tygodnia, spowodowaniej pisaniem peacy naukowej).
Początkowo myślałem, że problem wynika z słabszego traktowania zagranicznych akademików przez władze UAMu. Jednak poszukałem trochę informacji i znalazłem... "Asystent UAM z habilitacją zarabia po 22 latach pracy netto (bez żadnych pożyczek)2950 zł" (źródło: http://www.forumakad.pl/forum/topic.asp?tid=47140&mid=54785). Czy naprawdę są to takie pensje? :( Potrzebna jest reforma. I to szybko.
A czy mógłby Pan się ustosunkować do pomysłu konkursów, skierowanych zarówno do uczelni publicznych, jak i niepublicznych, na prowadzenie studiów? Czy Pana zdaniem, może to wprowadzić zmiany jakościowe w uczelniach publicznych?
3
masz 1 głos
Do Pana Wojtka K. - potwierdzam, że takie niskie są płace na polskich uczelniach (szkoda, że konkretnymi kwotami nie interesują się ci, którzy wymawiają nam dorabianie i ci, którzy w swojej naiwności sądzą, że można cokolwiek poprawić w polskim szkolnictwie i nauce przy takim poziomie płac kadry).
Problem konkursów - teoretycznie może zmusić uczelnie do dbania o jakość kształcenia. Jak kierunek nie spełnia określonych wymagań, to uczelnia nie dostaje pieniędzy na nowy nabór studentów. Ale... my mieszkamy w Polsce. Diabeł tkwi w szczegółach. Jakie będą szczegółowe kryteria konkursów? Na ile politycy i urzędnicy będą mieli możliwość decydowania po swojemu? Czy nad konkursem nie zapanuje biurokracja? Bez odpowiedzi na te pytania trudno coś wyrokować. Obawiam się, że z tymi konkursami może być taka fikcja jak z awansem zawodowym nauczycieli - jak ktoś miał układ z dyrektorem, to pięknie opisywał swoje nieistniejące dokonania, dyrektor pisemka potwierdzał, a komisja przyznawała awans. Jeżeli konkursy miałyby stać się walką o dojścia i papierki , to nie mają sensu.
0
masz 1 głos
Mnie sie wydaje, ze jesli chodzi o srodki finasowe na szkolnictwo wyzsze, to sytuacja nie jest tak jednoznaczna, jak twierdzi p. Z Osinski. Tzn. na pewno zgadzam sie, ze wszyscy ucieszylibysmy sie, gdyby realnie zwiekszono pensje na uczelniach np. o 40 %. Ale powiedzmy sobie szczerze, ze z tej samej puli, co szkolnictwo wyzsze finansowane sa instytuty badawcze, jednostki badawczo-rozwojowe itp. Sa one w duzym stopniu odziedziczone w spadku po okresie komunizmu i z dnia na dzien zlikwidowac ich nie mozna. Ale juz po roku 1989 powstaly np. Miedzynarodowy Instytut Biologii Molekularnej i Komorkowej oraz Narodowe Centrum Badan i Rozwoju. Wydatki na te wszystkie instytucje sa niebagatelne. Pytanie, ktore jednak trzeba zadac, to czemu konkretnie, one sluza, tzn. jaka korzysc bezposrednia lub posrednia ma nich tzw. podatnik. Ja osobiscie mam wrazenie, ze podstawa ich ich funkcjonowania nie sa racjonalne argumenty, ale niezbyt dokladnie sprecyzowane myslenie zyczeniowe. Oczywiscie niektore z instytutow badawczych sa potrzebne (chociazby na potrzeby obronnosci). Ale w ogolnosci funkcjonowanie jakichkolwiek instytucji, bez jasno specyzowanej misji, za to wymagajacych niebagatelnych kosztow to przyklad rozrzutnosci i niegospodarnosci. Efektywnie powoduje to, ze pula pieniedzy przeznaczonych na szkolnictwo wyzsze (w tym na pensje nauczycieli akademickich) w takich warunkach zawsze bedzie niezbyt wysoka, jako ze mozliwosci tworzenia "osobliwych" programow badawczych sa w zasadzie nieograniczone.
0
masz 1 głos
Wlaczajac sie do dyskusji w temacie: skad brac i jak dzielic pieniadze na ksztalcenie i nauke, pragne zwrocic uwage ,ze w Polsce jest odwrocona proporcja finansowania tego sektora ze strony panstwa i gospodarki (przemysl, prywatny biznes,sponsorzy,itp) w stosunku do tego co istnieje w krajach wysokorozwinietych ( z innowacyjna gospodarka). Przegladajac biezace dane statystycze na stronie OECD (R & D financing 2007) , mozna tam znalezc tabelke w ktorej Polska jest 3 od konca, majac wsparcie tego sektora ze strony biznesu na poziomie 34% tylko! Srednia OCED to ~65%, a liderzy ~ 80%! Co wiecej, mozna tez tam znalezc,ze naklady na R&D ze strony rzadu, w ostanim 10 leciu wzrstaly srednio, w skali rocznej~1.71 %!!? Te dwie cyferki wskazuja ,ze gro pieniadzy idzie/musi byc tu na te niskie pensje i ruch tego sektora oraz bardzo malo zostaje na tzw rozwoj/inwestycje,itp. Aby dostac pieniadze z EU na nauke nalezy byc w jakims tam stopniu konkurencyjnym, a sie nie jest!? A wiec pozostaje pozyczanie pieniedzy gdzie sie da i finansowanie tego z wlasnego budzetu. W naszej strefie klimatycznej EU, nikt sie jeszcze nie odwazyl wprowadzic pelnej odplatnosci za studia publiczne! Niemniej, wiekszosc panstw EU ciagle modernizuje i usprawnia swoje systemy/uczelnie: srodki pochodza tu od spoleczenstwa/podatki/ i z przemyslu/biznesu/donacje, itp. Ten, kto z tego korzysta i wspiera, widzi i ma dane do wgladu wskazujace , ze ten sektor sprawnie i efektywnie dziala...
-1
masz 1 głos
STYPENDIA: Nie rozumiem idei likwidacji stypendiów naukowych i powiększenia stypendiów socjalnych ich kosztem. Przecież one nie mają ze sobą nic wspólnego! Stypendium naukowe jest NAGRODĄ za wyniki w nauce, a nie instrumentem wyrównywania szans między studentami z różnych klas społecznych. I wśród bogatych i wśród biednych uczniów znajdą się i matoły i geniusze. Nie rozumiem zatem dlaczego ktoś, kto istotnie poświęca dużo czasu na naukę - i nieistotne w tej kwestii jest to czy uczy się dla siebie czy dla pieniędzy - ma zostać pozbawiony nagrody za swoje wyniki w nauce. Sama jestem studentką i wiem, że (przynajmniej na moim kierunku) uzyskanie stypendium naukowego wcale nie jest takie proste jak by się mogło wydawać. Zamiast likwidować stypendia naukowe lepiej dokładnie przyjrzeć się socjalnym i temu, komu są one przyznawane. Studenci z bogatych domów często dostają dużo wyższe stypendia niż ci, którym są one naprawdę potrzebne - wystarczy przemeldować się do domu członka rodziny który zarabia pracując na czarno i wykazać, że dostaje się tylko nędzne alimenty. Albo wykazać, że firma rodziców poniosła straty, przy czym prawdziwe źródło utrzymania zazwyczaj jest niewidoczne (oszczędności, zlecenia "na czarno", bogata babcia itp.). Zamiast zabierać studentom jedyną gratyfikację pieniężną za ich wysiłek umysłowy, lepiej sie przyjrzeć studentom, którzy pobierają stypendia socjalne w wysokości 1200 zł a żyją w dwupiętrowych domach jednorodzinnych.
5
masz 1 głos
I jeszcze jedno: nie tylko rektorów, profesorów i doktorów należy pytać o zdanie w sprawie programu "uzdrowienia" szkolnictwa wyższego ale głównie samych studentów. To dla nich istnieją uczelnie wyższe, a nie odwrotnie.
-3
masz 1 głos
"Zamiast zabierać studentom jedyną gratyfikację pieniężną za ich wysiłek umysłowy,"
Droga Pani Aleksandro. Gratyfikacja bedzie Pani przyszle wynagrodzenie jak Pani podejmie prace. Gratyfikacja w przyszlej pracy winna byc funkcja Pani wysilku umyslowego.
Po dalsza argumentacje przeciwko stypendiom naukowym, odsylam do raportu OECD z 2007 r.
fiappl.info/2008/01/edukacja-w-polsce-raporty-swiatowe_12.html
Wersja PL - polecam lekture nastepujacych stron: 36, 61,
Przykro mi jezeli rodzice dawali Pani w dziecinstwie prezenty za dobre stopnie w szkole - wyrzadzili Pani niestety ewidentnie krzywde, ale przynajmniej czynili to z wlasnych funduszy!!!
Pieniadze podatnika maja sluzyc osiagnieciom celow spolecznych - tak jak to slusznie podkreslono w raporcie OECD i jak zapisano w proponowanej strategii.
2
masz 1 głos
Ja również uważam, że likwidacja stypendiów naukowych nie jest drogą w dobrą stronę. Sam przez całe studia dostawałem takie stypendium i uważam, że ma ono rolę motywującą do pracy o dobre oceny. Wydaje mi się, że to właśnie wyniki w nauce powinny decydować o tym kto jest na studiach - tu są przynajmniej jasne kryteria przyznawania i raczej ciężko coś ukryć, bo wszystko jest czarno na białym w indeksie - jesteś dobry=dostajesz kasę. Uważam wręcz, że rola stypendiów naukowych powinna być zwiększana kosztem socjalnych, które są w zasadzie za to, że pochodzi się z rodziny o niskich dochodach.
Widziałbym np. takie rozwiązanie: na pierwszy semestr czy rok studiów mogłoby być przyznawane stypendium socjalne wg dotychczasowych zasad, ale w wysokości umożliwiającej samodzielne utrzymanie się. Natomiast od drugiego roku stypendiów socjalnych nie powinno być - moim zdaniem - wcale, a jego rolę powinno zastąpić stypendium naukowe, przyznawane np. dla 20% najlepszych, również w wysokości, która umożliwiałaby studentowi utrzymanie się. W ten sposób premiujemy tylko najlepszych, bez względu na pochodzenie czy sytuację rodzinną. Jednocześnie patologie takie jak opisane przez p. Aleksandrę mogłyby w najgorszym razie występować tylko przez semestr (rok).
Jeszcze o stypendiach - tym razem doktoranckich. Nie trzeba chyba mówić w jakiej wysokości są one obecnie przyznawane. W porównaniu do zarobków w firmach są wręcz śmieszne. A przecież chcielibyśmy, żeby na uczelniach zostawali najlepsi - jak to zrobić oferując im 1000 zł na miesiąc, a do tego zakazując pracy na etacie? Ten zakaz powinien być moim zdaniem zniesiony jak najszybciej. Ewentualnie jeśli chcemy, żeby doktorant skupiał się wyłącznie na pracy naukowej, to zakaz pracy na etacie mógłby być, ale należałoby podnieść stypendium do jakiejś sensownej wysokości. Obecny system również prowadzi do patologii takich jak np. praca na 15/16 etatu albo ukrywanie przed uczelnią faktu zatrudnienia w innym miejscu.
1
masz 1 głos
Panie Szymonie,
Moi magistranci, dopóki nie podejmują pracy, kontaktują się ze mną co tydzień. Po podjęciu pracy (na etat) częstość kontaktów spada do jednego na pół roku, co z dużym prawdopodobieństwem prowadzi do porzucenia pracy dyplomowej i nieukończenia studiów. Tymczasem Pan żąda, by nawet nie magistranci, a doktoranci mogli pracować na cały etat i jeszcze dostawać stypendium czy-się-stoi-czy-się-leży-mi-stypendium-się-należy? Znam przypadki doktorantów, którzy potrafią łączyć pracę zawodową z "robieniem" doktoratu BEZ stypendium, ale to są absolutne wyjątki.
Czy stypendium 2000 zł by Pana zadowoliło? Ale to jest pensja młodego adiunkta!
Nie widzę dobrego wyjścia z tej sytuacji ani żadnej dobrej rady dla doktorantów.
Najlepszym rozwiązaniem byłby powrót do modelu asystentur - doktoraty robiłoby się nie na studiach doktoranckich, ale w grupach badawczych przy okazji prowadzenia normalnych prac badawczych. Wtedy doktorant dostawałby wynagrodzenie za pracę (zarówno naukową, jak i dydaktyczną, w dodatku ściśle związaną z tematyką doktoratu), a nie za samo zapisanie się na studia. Ale taki model jest już - w dobie umasowienia doktoratów - zupełnie nierealny.
3
masz 1 głos
Szanowni Państwo!
A ja rozumiem doskonale ideę likwidacji stypendiów, tylko nie w takiej formule, jak proponują niektórzy. Jestem za tym, by jasne było, że na studia wszystkich szczebli przyjmuje się określoną pulę osób ze stypendium oraz osoby bez. Stypendyści mają pokryte koszty studiów, reszta niestety nie. Realnym problemem w tej sytuacji jest selekcja, bo w Polsce nawet system rekomendacji nie działa należycie, ale z tym można byłoby sobie poradzić.
System motywowania przez stypendia działa źle, gdyż studenci nauczyli się omijać trudne egzaminy, by nie tracić na średniej. Co więcej, studenci mają świadomość niesprawiedliwości systemu, który na coś takiego pozwala. I jeszcze jedno: tym bardziej dotkliwa jest ta świadomość, im mniej obiektywne są metody pomiaru wyników egzaminów. Egzamin to poważna sprawa, która domaga się standaryzacji i parametryzacji, jeśli ma być podstawą do dawania komuś pieniędzy. Niech osoby, które są w stanie takie standardy wprowadzić od ręki i zagwarantować tym samym, że system działa poprawnie, ujawnią te pomysły, bo może wtedy będzie mniejsza liczba poszkodowanych.
Na argument, iż studenci przestaną się uczyć, gdy odbierze się im stypendia, można powiedzieć tylko tyle: niech to zrobią jak najszybciej i zrobią miejsca tym, którzy są zdolniejsi, albo równie zdolni. W tym aspekcie zgadzam się z jednym z przedmówców, że wynagrodzenie za pracę przyjdzie po studiach. Studia są poważnym przedsięwzięciem i młodzi ludzie wraz z ich rodzicami muszą z tego sobie zdawać sprawę.
Tym bardziej jestem za tym, by te stypendia zlikwidować (w dowolnej postaci), że są one przez uczelnie wyłącznie dystrybuowane, a nie wypracowywane i potem przekazywane dla wybitnych studentów. Mój Uniwersytet powołał klika funduszy stypendialnych i działają one na zupełnie innych zasadach niż rozdawnictwo państwowe. Inna jest także motywacja dla starających się o nie. A wreszcie o coś zupełnie innego chodzi w tego rodzaju stypendium.
Wracam do źródła: struktura finansowania publicznych uczelni jest zła. Raporty E&Y oraz Rektorów nie zamierzają nic z tym fantem robić. A to oznacza, że żadnej realnej zmiany nie będzie. Raporty obnażają słabości, ale propozycje idą w kierunku ich utrwalenia. To tak jak z habilitacją, która dalej jest stopniem, którego nadanie ma charakter polityczny (bo głosują rady wydziałów, często złożone z przedstawicieli dyscyplin bardzo od siebie różnych), a nie merytoryczny.
Serdeczności,
SK
5
masz 1 głos
@ p. Zbigniew Koza
"Tymczasem Pan żąda, by nawet nie magistranci, a doktoranci mogli pracować na cały etat i jeszcze dostawać stypendium czy-się-stoi-czy-się-leży-mi-stypendium-się-należy? Znam przypadki doktorantów, którzy potrafią łączyć pracę zawodową z "robieniem" doktoratu BEZ stypendium, ale to są absolutne wyjątki. Czy stypendium 2000 zł by Pana zadowoliło? Ale to jest pensja młodego adiunkta! Nie widzę dobrego wyjścia z tej sytuacji ani żadnej dobrej rady dla doktorantów."
Oczywiście wszystko zależy od motywacji. Jak ktoś chce, to zrobi doktorat i bez stypendium tak jak Pan napisał. Jeśli nie chcemy, żeby pieniądze podatnika były wyrzucane w błoto, to można by wprowadzić wymóg obrony doktoratu np. najpóźniej rok po ukończeniu studiów doktoranckich pod groźbą konieczności zwrotu stypendium za cały okres studiów. Myślę, że takie coś działałoby na doktoranta mobilizująco. Chyba podobny system jest w tej chwili przy grantach promotorskich - jeśli doktorant nie obroni się w czasie zadeklarowanym przy ubieganiu się o grant, to musi oddać całość funduszy? Oczywiście cały "system" należałoby zmodyfikować, aby zapobiec dalszej inflacji poziomu doktoratów (ale swoją drogą to i teraz jest kiepski i reformy są konieczne tak czy owak). Poza tym można by również wprowadzić jakąś projakościową selekcję - publikacje, konferencje itp. i na tej podstawie wyłaniać np. 50% tych, którzy dostawaliby stypendia.
Czy stypendium 2000zł by mnie zadowoliło? Na pewno bardziej niż 1000 ;) Bo taka kwota - w przeciwieństwie do obecnie obowiązującej - pozwala już na samodzielne utrzymanie się. Że jest to tyle co pensja adiunkta? No cóż - może adiunkci zarabiają za mało? Na moim "podwórku" w ciągu ostatnich kilku lat z uczelni odeszło kilku młodych pracowników (niewiele przed albo chwilę po doktoracie) i każdy z nich w nowej pracy zarabia ca 10x tyle co na uczelni. O czym to Pana zdaniem świadczy? Bo moim zdaniem o tym, że uczelnie i państwo wciąż nie przywiązują wagi do kadr - w przeciwieństwie do firm prywatnych, dla których taki pracownik to prawdziwy skarb.
"Najlepszym rozwiązaniem byłby powrót do modelu asystentur - doktoraty robiłoby się nie na studiach doktoranckich, ale w grupach badawczych przy okazji prowadzenia normalnych prac badawczych. Wtedy doktorant dostawałby wynagrodzenie za pracę (zarówno naukową, jak i dydaktyczną, w dodatku ściśle związaną z tematyką doktoratu), a nie za samo zapisanie się na studia. Ale taki model jest już - w dobie umasowienia doktoratów - zupełnie nierealny."
Dlaczego jest nierealny? Moim zdaniem jest jak najbardziej realny i w pełni popieram Pana postulat. Podczas pracy na uczelni można się nauczyć o wiele więcej niż na zajęciach dla doktorantów, inna jest też pozycja pracownika uczelni niż doktoranta, który jest często traktowany jak student. Albo - co gorsza - jako prawie darmowa siła robocza (przypadki znane ze słyszenia, jak również przytaczane na tym forum). Umasowienie studiów doktoranckich z pewnością jest na rękę uczelniom, ale niekoniecznie społeczeństwu, które tych doktorantów przecież finansuje. Moim zdaniem państwo powinno wspierać najlepszych, z których potem będzie mieć pożytek. A jak ktoś chce robić doktorat tylko dla dwóch literek przed nazwiskiem to niech to robi za swoje pieniądze.
1
masz 1 głos
Podoba mi się głos p. Sypniowskiego. Dokladnie tak powinno być: albo ktoś PRACUJE na rzecz jakichś konkretnych badań (plus dydaktyka, jeśli jest uzyteczny) i mu się za to płaci, albo kogos ciągnie się i przyucza do tych dwóch literek przed nazwiskiem: niech za to płaci.
Gorąco popieram stypendia naukowe dla studentów. Opinia lewicowych ekspertów z Zachodu po prostu mi się nie podoba.
A co do "konkursowego" przydzielania środków uczelniom - mam jak najgorsze obawy. Obecna praktyka typowanie kierunków zamawianych - nie pozostawia żadnych złudzeń. Już lepiej przydzielić jakieś bony edukacyjne studentom i niech idą gdzie chcą (obecnie prawie tak jest, tyle ze ten bon to taki raczej malutki wklad do algorytmu).
2
masz 1 głos
Zacznijmy od wypowiedzi p. Kołodziejczyka: "Akademia jest: miejscem spotkania uczonych i uczących - miejscem, do którego przychodzi się poznać prawdę". Zapewne zdecydowana większość uczestników tej dyskusji, jak i jej czytelników, rozpoczęła studia z równie szlachetnych pobudek. Tymczasem wydaje mi się, że w rzeczywistości zdecydowana większość młodzieży podejmuje studia wyższe w nadziei, że pomoże jej to znaleźć lepszą pracę. Nawet jeśli tak nie jest, to społeczeństwo nie ma żadnego interesu w fundowaniu niezwykle kosztownego systemu, angażującego miliony osób, tylko w celu poszukiwania prawdy; jakiej prawdy? :-)
Wróćmy teraz do historii wietnamskiego naukowca, któremu odebrano prawo do bezpłatnego mieszkania (wpis Wojtka K.). Zastanowiła mnie argumentacja władz uczelni: otóż z jednej strony ministerstwo zmniejszyło dotacje "bezwarunkowe", z drugiej zaś uczelnia twierdzi, że musi wygospodarować środki na konferencje, bo z nich są publikacje, które to publikacje przeliczają się na punkty, a z kolei te przekładają się na większe dotacje ministerialne. Co jest celem działania uczelni? Zbieranie punktów/zaspokojenie wymagań ministerstwa (niepotrzebne skreślić). Zaraz, zaraz, czyżby w Polsce wydawało się miliardy złotych tylko w celu zaspokojenia wymagań ministerstwa? Nie, no nie, na pewno nie, przecież jesteśmy rozwiniętym krajem OECD i nie przelewamy z pustego w próżne! ;-)
A teraz fragment komentarza z niedawnego artykułu w Polityce na temat strategii E&Y: "Według nich [tj. autorów strategii E&Y] uczelnie wyższe nie są samotnymi wyspami, przeciwnie, celem ich istnienia jest dzielenie się wiedzą z resztą społeczeństwa, kształcenie kadr dla gospodarki, utrzymywanie praktycznych kontaktów ze społecznościami lokalnymi, z innymi uczelniami i naukowcami w kraju i za granicą". Mimo użycia czasu teraźniejszego, zdanie to nie opisuje stanu faktycznego, lecz stan pożądany w przyszłości. Stan obecny jest dokładnie przeciwny.
Wojtek K. dziwi się, że adiunkt z habilitacją po 22 latach pracy zarabia 2950 zł netto. Tymczasem dochodzą mnie słuchy, że moi studenci już na stażu otrzymują pensje porównywalne z pensjami profesorskimi, o których pisze p. Osiński. Na zdrowy rozum profesorowie (a tu słowem tym obejmuję całą kadrę dydaktyczną) są więcej warci niż ich uczniowie, przynajmniej tuż po zakończeniu edukacji. I tu dochodzimy do ważnej konstatacji p. Sypniowskiego: "uczelnie i państwo wciąż nie przywiązują wagi do kadr". Kadry to największy skarb uczelni. Gdyby skarb ten znajdował się w rękach prywatnych, właściciel dzień i noc myślałby, jak najlepiej skarb ten wykorzystać i pomnożyć. Może płatne studia (to już mamy), może studia trzysemestralne, żeby wykorzystać wakacje, może komercjalizacja popularyzacji nauki, a może nawiązanie kontaktów z firmami, które zatrudniają absolwentów za 4-10 tys. i zaoferowanie im współpracy? Może aplikowanie o wszystkie możliwe granty krajowe i międzynarodowe? Może wyciąganie ręki po wszelkie możliwe środki unijne (w tej dziedzinie teoretycznie słabsze uczelnie prywatne wyraźnie wygrywają z publicznymi)?
Tu dochodzimy do uwagi p. Szulca: w Polsce sektory badań, nauki i szkolnictwa wyższego w zbyt dużym stopniu opierają się na dotacjach państwowych, a wkład sektora prywatnego jest zatrważająco niski. Ale jak może być inaczej, jeżeli celem uczelni i instytutów badawczych jest zbieranie punktów, a indywidualnym celem całej rzeszy pracowników jest znalezienie dodatkowego zatrudnienia z pominięciem macierzystej uczelni? Dlaczego sektor prywatny miałby inwestować w kolekcjonowanie ministerialnych punktów? Dlaczego miałby szukać pośrednictwa uczelni, skoro w razie potrzeby (i świadomości) może dotrzeć do jej indywidualnych pracowników?
I w końcu dochodzimy do sedna sprawy. Potrzebna jest zmiana celu funkcjonowania uczelni i instytutów badawczych. Nie zbieranie punktów, lecz rozwiązywanie konkretnych problemów. Jeśli będziemy - jako naukowcy - mogli zaoferować rozwiązanie konkretnych, często przyziemnych problemów, w tym np. społecznych, to pojawią się zainteresowani współpracą biznesmeni i dopiero wtedy pojawi się szansa zawalczenia o pieniądze unijne z grantów badawczych. Same KNOW-y nic tu nie pomogą, o ile ich powstaniu nie będzie towarzyszyć zmiana paradygmatu działalności naukowo-badawczej. Wtedy pojawią się też "normalne" pieniądze dla doktorantów i post-doców, z czego na pewno ucieszy się p. Sypniowski.
Oczywiście nie jest ani możliwe, ani pożądane, by takiej komercjalizacji poddana została cała działalność naukowa. Chodzi tylko o przywrócenie właściwych proporcji, a przede wszystkim - o zerwanie z nałogowym uzależnieniem sektora nauki i badań od funduszy publicznych - jedną z wielu pozostałości po PRL. Zmiany paradygmatu funkcjonowania uczelni nie zmieni się bez zmiany systemu zarządzania i finansowania, z akcentem na "zarządzania". Bez zrzucenia kaftana szczegółowych przepisów, ale i odpowiedniego zwiększenia odpowiedzialności uczelni za powierzone im zasoby.
Taka zmiana to przede wszystkim kwestia zmiany mentalności środowiska. To wymaga zmiany pokoleniowej, a nie - jak postulują autorzy strategii - 2-3 lat. Tak szalone tempo reform to moja główna obiekcja do strategii E&Y. Nim gruby schudnie, chudy umrze z głodu. Innymi słowy, przy rewolucyjnym tempie zmian pierwszymi jej ofiarami mogą się okazać jej docelowi beneficjenci, czyli naukowcy ("naukowcy" w sensie funkcjonalnym, a nie formalnym).
Z drugiej strony demograficzne tsunami tuż tuż, czasu mamy naprawdę niewiele...
17
masz 1 głos
Pozwolę sobie na kilka słów w sprawie, którą poruszył Pan Zbigniew.
Moje zdanie o tym, że spotykamy się w Akademii, by poznawać prawdę, a co najmniej do niej dążyć, jest pod pewnym względem prowokacyjne. Współczesne modele edukacji uniwersyteckiej przyjmują raczej, że chodzi wyłącznie o praxis, dzięki któremu gospodarka będzie funkcjonować sprawniej, a ludziom żyć dostatniej.
Model pragmatyczny uważam, Szanowni Uczestnicy Forum, za nihilistyczny. Pan Zbigniew odwołując się do wskazówek raportu E&Y i komentarzy w artykule w "Polityce" zacytował, na czym owa pragmatyka ma polegać. Autorzy raportu naiwnie sobie wyobrażają, że istnieje przełożenie 1:1 między sferą aktywności wiedzotwórczej a tym, co dzieje się w tzw. życiu. Ta naiwność jest tym bardziej skandaliczna, że żaden fragment raportu nie zastanawia się nad tym, jaki model wiedzy w ogóle wchodzi w grę, gdy mówimy o budowaniu przekonań i uzasadnień dla tych przekonań w sferze aktywności teoretycznej. To jest poważny zarzut metodologiczny, który - podobnie jak oderwanie od języka i kultury oraz ubezwłasnowolenienie Akademii - kładzie całą wizję na łopatki, nawet jeśli znajdują się w nim postulaty słuszne (w sensie: słuszne, ale w ramach przyjętego modelu, który i tak w dłuższej perspektywie czasu nie będzie żadną sanacją, a jedynie utrwaleniem status quo).
Gdy mówię o nihilizmie modelu pragmatycznego mam na względzie trzy główne problemy:
1. nikt nie jest w stanie przewidzieć, które kierunki, dyscypliny, etc. są istotnie społecznie użyteczne (weźmy biotechnologię, która cieszy się taką popularnością wśród studentów - nasz kraj nie jest w stanie przyjąć tych absolwentów, którzy dotąd zostali wyedukowani);
2. trzeba oddzielić interes związany z wykorzystaniem ustaleń nauki od bezinteresowności samej aktywności naukowej;
3. jeśli w poznaniu naukowym nie chodzi o prawdę, a więc sensem istnienia Akademii nie jest prawda i jej rozpowszechnianie, nauka nie ma sensu, gdyż właściwie jej status niczym nie różni się od statusu gadania przeciętnego Kowalskiego u cioci na imieninach.
Zacznę od 3. Tym, co różni Akademię od reszty świata, to potężna dawka samoświadomości dotyczącej tego, że jeśli chodzi nam o prawdę, musimy wiedzieć, jak ją osiągnąć. Stąd jest wiele wydziałów i kierunków, ludzie specjalizują się w rozlicznych dyscyplinach - każdy bowiem może tę samoświadomość podnieść, a tym samym określić kierunek, w którym winniśmy zmierzać, jeżeli rzeczywiście na prawdzie nam zależy. Tak też rozumiem ideę badań podstawowych. One nie są podstawowe w sensie - obowiązkowego curriculum, ale mają charakter meta-, gdyż to z ich perspektywy można potem rozstrzygać o tym, w jakim kierunku prowadzić badania "bliższe" rzeczywistości życia codziennego.
Ad 2. To zrozumiałe, że ludzie chcą widzieć korzyść z badań naukowych. Ale nie dajmy się zwariować samej idei korzyści, szczególnie funkcjonując w ramach Akademii. I tu, znów pozwolę nie zgodzić się z raportem E&Y i komentarzem w "Polityce". Otóż, Akademia jest samotną wyspą. Samotną w tym sensie, że przekraczając jej bramy, każdy ma prawo oczekiwać, że świat przestaje mieć znaczenie, żywione dotąd przekonania mogą okazać się złudne, a podzielane prawdy pozorem. To wkroczenie w inny wymiar, a nie przedłużenie tego, co znamy z ulicy lub rozmów w pubie. Inna rzecz, czy dzisiejsza Akademia, w Polsce (ale i na świecie), rzeczywiście pozwala na wejście w inny wymiar. Otóż, śmiem twierdzić, że właśnie na tym istota rzeczy się zasadza, że tym, co różni najlepsze uczelnie świata od całej reszty szarej masy, jest właśnie to, że w ich ramach ta przestrzeń jest realnością. Kto raz zetknął się z Uniwersystami w Oxfordzie, Cambridge, Harvardzie, Priencton, St. Andrews czy Heidelbergu ma świadomość, że wkroczył w inną rzeczywistość, gdzie poznanie prawdy, jej kultywowanie i nauczanie jest wartością o wadze zasadniczej, nawet jeśli pojawia się konieczność kompromisu w sprawiach użyteczności. Ta rzeczywistość jest w tym sensie powiązana z postawą bezinteresowności, iż nikt tam nie oczekuje, by każde badanie było użyteczne, ale raczej by ewentualnie otwierało perspektywę dla tej użyteczności (jeśli w ogóle brać ją pod uwagę).
Ad 1. Punkt pierwszy to oczywistość. Tym, co może wyrządzić Akademii największą krzywdę, to inżynieria społeczna, której celem jest modelowanie kształcenia akademickiego w taki sposób, by odbiór społeczny był taki: robią to, co użyteczne i ważne dziś dla nas. Akademia przekracza - to wątek łączący punkt 1 z 2 - doraźność w kierunku tego, co uniwersalne i bezczasowe. Trzeba nie mieć wyobraźni, by nie rozumieć, że jeśli dziś Akademie wymodelujemy ze względu na tzw. zapotrzebowanie rynku, to za 20 lat będziemy musieli znów przeprowadzić rewizję systemu. A to jest i czasochłonne, i pozbawione sensu w perspektywie długofalowej.
Już widzę, jak Szanowne Koleżanki i Koledzy uśmiechają się pod nosem. No cóż, taki los. Rzecz rozbija się o pryncypia. Jeśli lansujemy model Akademii jako szkoły wypuszczającej technokratów, to, powiedzmy sobie szczerze, taka Akademia jest zaprzeczeniem swojej własnej istoty.
I na sam koniec: patrzę na moich Studentów i widzę wspaniałych młodych ludzi, którzy przekraczają bramy Uniwersytetu z marzeniami, także tymi bardzo konkretnymi. Ale widzę też, że marzeniem dominującym jest chęć dowiedzenia się, co zrobić, by rzeczywistość duchowa, w ramach której prawda dochodzi do głosu, nie była tylko ułudą.
Serdeczności sobotnie,
SK
7
masz 1 głos
Gorąco popieram to co napisał Pan Sebastian Kołodziejczyk. Sadzę, że te, dosyć oczywiste dla ludzi nauki, stwierdzenia powinny być podstawą wszelkich rozważań o nauce i szkolnictwie wyższym. Szkoda, że tak nie jest, czego przykładem może być wiele artykułów prasowych, wypowiedzi w Internecie i w różnych raportach. Szanowni krytycy polskiej rzeczywistości naukowej i edukacyjnej i zwolennicy radykalnych reform - zacznijmy od tego, czy misja uniwersytetu, która widoczna jest w wypowiedzi Pana Kołodziejczyka (uniwersum), Wam się podoba , czy nie? Jeżeli tak to zamiast o rewolucji pomyślmy o ewolucji. Jeżeli zaś uważanie, że na pierwszym miejscu postawić trzeba użyteczność, miejcie świadomość, że chcecie zamiany uniwersytetu na wyższą szkołę zawodową. Czy tego pragniecie ? - określcie się jasno. Bo ja z niektórych wypowiedzi tego nie mogę wywnioskować.
-2
masz 1 głos
Tylko może należałoby zróżnicować to co jest Akademią, a co jest szkołą wyższą? Chyba to chcieli osiągnąć autorzy Strategii, ale zajęli się jedynie sprawą szkół wyższych. Być może powinniśmy rozmawiać o równoległym rozwoju dwóch, różniących się "nurtów" uczelni wyższych:
- świetnych, nie za dużych Uniwersytetów, dążących do tego, o czym pisał p. Kołodziejczyk
- szkół wyższych (tego, co autorzy Strategii nazywali Kolegiami), które kształciłyby osoby gotowe po trzyletnim licencjacie podjąć pracę i na to głównie nastawione.
Nie każdy student w Polsce musi studiować na Akademii, tak jak nie każdy student w Wlk. Brytanii studiuje na Oxbridge czy St. Andrews, co więcej nie każdemu jest to potrzebne do spełnienia jego marzeń. Wystarczą Kolegia, które przygotują go dobrego do znalezienia się na rynku pracy.
Natomiast musimy stworzyć też uczelnie, które dawałyby tą "inną rzeczywistość, gdzie poznanie prawdy, jej kultywowanie i nauczanie jest wartością o wadze zasadniczej". Tylko czy wyobrażają sobie Państwo, co by się działo, jeśli któryś polityk zaproponował choćby zmniejszenie Uniwersytetów o np. 30% (bez zmniejszania dotacji na nie)?
8
masz 1 głos
Szanowni Panowie Zbigniewie i Wojciechu,
dziękuję za wsparcie mojego głosu mam nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku nieodosobnionego. Bezwzględnie, problem zasadza się na tym, że hasło "Akademia" w ogóle nie jest, także przez samych pracowników uczelni wyższych i uczonych, nie mówiąc o Autorach raportów będących przedmiotem debaty, opracowane. To jest właściwie zarzut, który powinien w istotny sposób zmodyfikować podejście do obu raportów (E&Y oraz Rektorów), a także zapędów reformatorskich MNiSW.
Kiedy pytam moich starszych Kolegów, członków gremiów decyzyjnych w rozlicznych Radach i Senacie, dlaczego mój Uniwersytet zmierza ku samozagładzie decydując się na dydaktykę dla ok. 40 tysięcy studentów, słyszę jedynie westchnięcia. Kiedy pytam, gdzie byli decydenci akademiccy, gdy przegłosowywano pensum pracownika naukowego w wysokości 240 godzin, słyszę, że przy takiej liczbie studentów trzeba mieć więcej dydaktyki. No i rezultat jest taki, że w Polsce za chwilę nie będzie Uniwersytetu z prawdziwego zdarzenia. Będą szkoły wyższe, w których anonimową masę studentów będą kształcić równie anonimowi pracownicy naukowo-dydaktyczni. Pogratulować sobie takiego modelu Akademii.
Wracam z uporem maniaka do tezy naczelnej mojego pierwszego postu: zmiana struktury finansowania uczelni i tym samym jej zautonomizowanie jest warunkiem sine qua non odrodzenia życia akademickiego. Tak, marzy mi się, by mój Uniwersytet, który był przestrzenią mojego wzorstu duchowego, nigdy takowym być nie przestał. Polska potrzebuje Oxbridge'u. Polska potrzebuje Akademii z prawdziwego zdarzenia, w obrębie której edukowane będą prawdziwe elity, promowani prawdziwi doktorzy, wykładać i prowadzić będą prawdziwi profesorowie. Tego potrzebujemy, dlatego że nigdy stanem Stanów Zjednoczonych nie zostaniemy, tak jak Królowa Brytyjska nie zaproponuje wejścia do Zjednoczonego Królestwa, ani nawet do Commonwealth.
Podsumuję odwołaniem do realiów. Prawo. Jeden z tych kierunków, które mają potężne przełożenie na rzeczywistość. Liczba studentów tego kierunku na UJ urąga wszelkim standardom. Nie chodzi bynajmniej o kadrę, choć i z tą jest krucho. Chodzi o przemysłowy koncept kształcenia pozbawiony taśmy produkcyjnej. Bo jakąż taśmą produkcyjną jest sala wykładowa na 60 osób, do której pcha się na wykład osób 300? Czy to jest fair w stosunku do kogokolwiek, nade wszystko zaś studenta? Czy to jest fair w stosunku do nas samych, członków wspólnoty akademickiej? Kogo my chcemy oszukać? Nie dziwmy się zatem, że Akademia ma złą prasę, a odbiór społeczny jest taki, że jesteśmy bandą darmozjadów, pyszłaków i przemądrzałych frustratów, którzy najchętniej nic by nie robili. Nie dziwmy się, bo sami sobie na taki wizerunek zapracowaliśmy.
A Małysz niech skacze 150 metrów i 1 metr dalej niż Amman...
Kłaniam się nisko.
Sebastian Kołodziejczyk
-2
masz 1 głos
do p.Z. Osinskiego i p.S.Kolodziejczyka
Panowie, jako humanisci bardzo sie chcecie tutaj ze soba zgodzic, obaj tez probujecie nieco podwazac Strategie E&Y. Problem w tym, ze w tym co mowicie nie jestescie spojni, tzn. kazdy z Was prezentuje w istocie inny spojrzenie. Opisze to w punktach, gdyz rzecz dotyczy
roznych spraw.
(1) Pan S.Kolodziejczyk zaprotestowal przeciwko podzialowi na nauki scisle i nauki humanistyczne. Tylko akurat ten podzial lansuje Z.Osinski (prosze sprawdzic gorne wpisy). Od siebie dodam, ze takiego podzialu domagaja sie te osoby zwiazane z naukami humanitycznymi, ktore sa przeciwko nadawaniu szczegolnej rangi publikacjom anglojezycznym z tzw. listy filadefijskiej. W naukach scislych te publikacje na pewno zasluguja na szczegolne uznanie. Wiec sporo humanistow apeluje, aby nie wrzucac ich do tego samego worka co naukowcow od nauk scislych, gdyz w ich dziedzinie licza sie glownie lokalne publikacje polskojezyczne. Stad pomysly na podzial. Czy sluszne? To juz musza zdecydowac przede wszystkim sami humanisci.
(2) Pan Z.Osinski reprezentuje UMCS, Pan S.Kolodziejczyk UJ. Jedna z tych uczelni ma charakter lokalny, druga krajowy. I po prawdzie, w tej dyskusji o slabej jakosci polskich uczelni tak naprawde nikt nie czepia sie szkol typu UMCS. One mniej wiecej poprawnie wypelniaja swoja misje (nie ma co wprawdzie przesadzac z pochwalami, jesli uczelnia nie potrafi elementarnie zrownowazyc budzetu, jak jest w przypadku UMCS, ale to juz inna kwestia) . Naprawde duzy problem stanowi jednak UJ i UW. UJ to ogromna tradycja, sa tez duze oczekiwania spoleczne wobec tej uczelni. A obserwujemy marniutki poziom i kadre dorabiajaca sobie na boku. To troche tak jakby kadra Wyzszej Szkoly Morskiej dorabiala sobie regularnie kursami kajakowymi.
(3) To co pisze Pan S.Kolodziejczyk o Akademii, to wszystko prawda, tak powinno byc ale w stosunku do kilku wybranych uczelni tzw. badawczych. To faktycznie powinny byc "swiatynie dumania", bardziej dla uczonych niz dla studentow. Ale w tej chwili studiuje 50 procent mlodziezy. Duza czesc z nich chce zdobyc tylko jakis zawod i naprawde nie ma zadnych ambicji "filozoficznych". Mowiac inaczej, uczelnie badawcze powinny objac gora 10 procent mlodziezy studiujacej (inna sprawa, ze lepiej byloby jednak wprowadzic na poczatek wydzialy badawcze, jak proponowal Pan Zbigniew Koza) aby nie narzucac sila nowego podziau na duza skale). Pan S.Kolodziejczyk odwoluje sie tutaj do Uniwersytetu Oxfordzkiego. Akurat troche znam miejsce i moge potwierdzic, ze na swoj sposob jest to wzorcowa uczelnia badawcza. Tylko, ze w promieniu kilku kilometrow sa tez inne uczelnie nie majace juz nic wspolnego z tym sposobem funkcjonowania i ksztalcace np. studentki do zawodu pielegniarki. A tutaj juz bez oparcia o rynek funkcjonowac sie nie da. Mowiac inaczej, nie w kazdym miescie mozna pozwolic sobie na budowe filharmonii, pomimo tego, ze sama idea jest jak najbardziej sluszna.
Podsumowujac, Panowie obaj macie ciekawe spojrzenie i wnosicie tutaj interesujace tresci. Ale, prosze, na podstawie tego, ze w paru miejscach nie podoba Wam sie Strategia E&Y, nie udowadniajcie, ze mowicie jednym glosem...
3
masz 1 głos
Panie Zbigniewie (Mituro),
miło, że odniósł się Pan do moich głosów. Pominę Pana hipotezę o tym, że "jako humaniści chcemy się tu bardzo zgodzić". Jak zastrzegłem, nie ma tu znaczenia, czy ktoś jest humanistą czy nie, znaczenie ma to, jaka wizja Akademii stoi za raportami E&Y oraz Rektorów, a także tendencjami reformatorskimi MNiSW. A tej nie ma i nie widać, by w ogóle się mogła pojawić, bo problem, jak zaznaczyłem i raz jeszcze podkreślę, polega na tym, że nie proponuje się zmiany struktury finansowania i nie przyznaje się autonomii uczelniom wyższym, a jedynie stara się wprowadzić racjonalne zarządzanie tym, co jest, na zasadzie wymuszenia. Taka wizja jest błędna, gdyż prowadzi do administracyjnej i politycznej wizji Akademii.
Będę odnosił się do poszczególnych punktów kolejno.
1. Proszę zrozumieć, że jesteśmy w Polsce, na polskich uniwersytetach i mamy do czynienia w 99 proc. z polskimi studentami, do których mówimy w j. polskim. To nakłada pewną obligację. Opowiem pewną anegdotę: będąc w USA zgłosiłem kurs anglojęzyczny w mojej jednostce. Wcześniej nas bardzo do tego zachęcano. Po czym usłyszałem, że właściwie to nie będzie wystarczającej liczby studentów, więc nie ma sensu, bym taki wykład miał. Polscy studenci zastanawiają się, czy jeśli na kursie anglojęzycznym są sami Polacy, to wykładowca nie powinien przejść na polski - ta wątpliwość jest wagi zasadniczej tak naprawdę, bo powiedzmy sobie szczerze, istnieją granice rozsądku, także na uczelniach wyższych.
Publikowanie w czasopismach z listy filadelfijskiej (notabene MNiSW ma w dziedznie 'filozofia' fatalnie skrojoną listę czasopism najwyżej punktowanych i np. uznane tytuły, choćby "Mind' znajdują się poza listą) to kwestia technokratyczna i dotyczy reguł administrowania nauką. Mógłbym być bezczelny i napisać, że L. WIttgenstein czy E. Husserl, nie mówiąc o Kancie lub Heglu nie publikowali w czasopismach z listy filadelfijskiej i jakoś nie ma problemu z uznaniem, że są najwartościowszymi myślicielami wszystkich czasów. Nie będę jednak bezczelny i powiem tak: fetyszem jest recenzja, a wiem, co mówię, bo jestem red. nacz. czasopisma anglojęczynego (www.pjp.edu.pl), i wiem też, że jest to zaklęty krąg, z którego nie ma łatwego wyjścia. Jedno jest natomiast pewne, dla następnych pokoleń z tego, co my dziś publikujemy, promil nie zostanie. Dobre czasopisma są potrzebne, by organizować wartościową aktualnie debatę, ale czy coś więcej z tego wyniknie, tego nie wie nikt, łącznie z recenzentami.
2. Napisałem wyraźnie, skąd problemy UJ. Jeśli ktoś chce mieć taśmę produkcyjną, zamiast Uniwersytetu, będzie niechybnie miał problemy z kontrolą jakości, tak systemu kształcenia, jak i aktywności naukowej. UJ i UW mogą się obronić, ale muszą przedefiniować swoją misję i skalę. Przychodzące z zewnątrz pomysły idą wbrew logice, bo - znów powtórzę - struktura finansów pozostaje taka sama. Jeśli ja słyszę w komisji ds. studiów doktoranckich, że pieniądze idą za doktorantem, a więc uczelni się opłaca przyjmować jak najwięcej doktorantów, to zadaje fundamentalne pytanie: po co? Inflacja tytułu zawodowego magistra to rzecz oczywista, ale inflacja stopnia naukowego doktora to skandal, który spowoduje nieodwracalne straty w środowisku akademickim, głównie z uwagi na zajmowanie przez wygenerowanych w ten sposób doktorów stanowisk w świecie akademickim i narzucenie swoich własnych koncepcji, które z pewnością nie będą szły w kierunku podniesienia jakości.
3. Panie Zbigniewie, Oxford jest uczelnią badawczą, ale nade wszystko jest uczelnią, w ramach której kształci się elitę Zjednoczonego Królestwa i kilku innych krajów. Nacisk położony jest na studia podstawowe, a model kształcenia oparty jest na intensywnej i indywidualnej pracy studenta z tutorem. W rezultacie relacje wewnątrz uczelni nie są anonimowe, a skutki dydaktyczne są znacznie lepsze niż w modelu, w którym 30 studentów przychodzi na ćwiczenia i udaje, że w nich uczestniczy.
Każdy Uniwersytet (mówimy o uniwersytetach bezprzymiotnikowych) jeszcze dziś mogłbyby wydzielić ośrodki skupione na badaniach naukowych. Jestem przeciwnikiem wydzielania wydziałów czy też instytutów, które będą miały pilotażowo zajmować się nauką. Jestem natomiast za tym, by doszło do realnego podziału pracy na uniwersytetach, zmniejszenia pensum dla osób, które decydują się na pracę w ośrodku badawczym, zwiększenie pensum dla nauczycieli akademickich, przeobrażenie modelu dydaktyki, a w ośrodkach uniwersyteckich takich jak UJ czy UW drastyczne zmniejszenie liczby studentów.
W podsumowaniu wrócę do głównej myśli. Ani raport E&Y, ani Rektorów, czy też propozycje MNiSW nie proponują autonomizacji Akademii. W zamian chcą większej kontroli politycznej i administracyjnej. Jako narzędzia kontroli sugerują wprowadzenie pewnych podziałów, które są w tym sensie iluzoryczne, że nie tworzą prawdziwego rynku akademickiego, tylko go parcelują, a w rezultacie utrwalają. Chciałbym, by powstało kilka uniwersytetów prywatnych i wóczas zobaczylibyśmy, na co kładziony byłby nacisk i jak wyglądałaby konkurencja. Co więcej, chciałbym, by pojawiły się w Polsce ośrodki zamiescowe uniwersytetów amerykańskich, tak jak np. we Włoszech czy w Czechach.
Kończę, bo Małysz skoczył 137 m, ale Amman, niestety, 7 metrów dalej. Może rzeczywiście jest coś narzeczy z tymi wiązaniami...
Ukłony,
SK
2
masz 1 głos
Panie Sebastianie,
Pana komentarze są niezwykle cenne - pokazują potrzebę stworzenie elitarnej/ych uczelni w Polsce i to, że system finansowania uczelni uzależniony od liczby studentów nie pozwoli na to. Tylko właśnie co powinniśmy zrobić? Być może Strategia jest dobra dla ogólnego systemu szkolnictwa wyższego, ale powinna być uzupełniona o krótką listę Akademii, których system finansowania byłby inny?
Można wydzielić parę Uniwersytetów i uczelni technicznych, których system finansowania byłby uniezależniony od liczby studentów, a sama ich liczba byłaby mniejsza niż dotychczas. Tylko jak zapewnić, że zmiany zaowocują polepszeniem jakości dydaktyki i badań? Rady powiernicze są złym pomysłem, z czym się już zgadzałem (ale niestety nie znam dla nich alternatywy), ale czy obecne Senaty wyznaczonych Uniwersytetów dążyłby do stworzenia Akademii? Czy miałyby motywację?
-1
masz 1 głos
Chciałbym zapewnić, że na tym forum nie ma żadnej zmowy humanistów. Fakt, że humaniści niektóre zapisy z Diagnozy i Strategii widzą inaczej niż przedstawiciele nauk ścisłych czy eksperci z EY, wynika z tego, że humanistyka ma swoją specyficzną misję - obok typowego prowadzenia badań i dydaktyki ma także misję kulturotwórczą. Z tego tez powodu nie wszystko co sprawdza się w naukach ścisłych, sprawdzi się w humanistyce. Problem publikowania w tzw wiodących czasopismach z obszaru angielskojęzycznego jest bardzo dobrym tego przykładem. Dla fizyka publikacja w czasopiśmie z listy filadelfijskiej to być może zaszczyt, a dla humanisty to sprzeniewierzenie się misji kulturotwórczej wobec własnego narodu (jaki procent polskich inteligentów do takiej publikacji dotrze i zna na tyle angielski, by ją zrozumieć). W związku z tym humanista nie przyjmie argumentu typu - jest z wami źle, bo słabo wypadacie w rankingach opartych na liczbie nobli (tych w humanistyce nie przyznają) i ilości publikacji w czasopismach angielskojęzycznych. Taka diagnoza nic nie wnosi dla humanistyki, a oparte na niej oceny i pomysły na reformy są błędne ( oczywiście tylko w przypadku tejże humanistyki). Jeżeli ktokolwiek chciałby rzetelnie zdiagnozować polską humanistykę i opracować dla niej receptę, to powinien zwrócić uwagę na zupełnie inne elementy uczelnianej rzeczywistości np. - nadmiar studentów w porównaniu z ilością kadry (wymuszony decyzjami politycznymi); przeciążenie dydaktyką, tych, od których wymaga się efektów w postaci badań i publikacji; brak przyzwoitego poziomu finansowania (biznes jako partner odpada, granty to też kiepski pomysł dla indywidualnych badań , humanistycznych), a przede wszystkim brak jednoznacznego odniesienia się do misji humanistyki - czy trwamy przy dotychczasowej, czy może przechodzimy na inną, typu spełnianie wymagań rynku pracy. Dla mnie w tych wszystkich diagnozach, strategiach i dyskusjach brakuje zrozumienia specyfiki nauk humanistycznych oraz tendencja do "urawniłowki" - podciągnięcia wszystkich rozwiązań pod wzory anglosaskie i typowe dla nauk ścisłych.
8
masz 1 głos
Witam ponownie,
Kilka słów w odpowiedzi na to, co napisał Pan Wojciech. Jest kilka możliwości, jakie można byłoby przyjąć z pożytkiem dla polskiej nauki. Podam jeden przykład pod rozwagę: Państwo reorientuje sposób finansowania i odchodzi od ułamka z dominującą składową 'studencką' na rzecz ułamka ze składową zbalansowaną 'liczba studentów na 1 pracownika naukowego'. Ale tylko w odniesieniu do 3-5 uniwersytetów w Polsce. Na ten program jest konkurs, w pierwszej kolejności konkurs programów i sposobów nauczania, następnie programów badawczych, a wreszcie programów wdrożenia absolwentów w życie zawodowe (jedną z kluczowych rzeczy na Zachodzie jest rozbudowany program wspierania absolwentów uczelni wyższych). Te trzy elementy wycenione w odpowiedni sposób, np.: programy i sposoby nauczania 40 proc., program badawczy, 40 proc. i pogramy wspierania absolwentów - 20 proc. Uczelnia jest finansowana w ramach takiego projektu przez 10 lat (z możliwością zerwania po pierwszych pięciu latach), w trzecim i czwartym roku robiony jest audyt zewnętrzny, po ukończeniu studiów przez pierwszych studentów przyjętych na studia w ramach programu, w piątym uczelnia składa pierwsze sprawozdanie z wykonanego projektu i tym samym częściowo rozlicza się ze zdobytych funduszy. Najważniejsza rzecz to zmiana paradygmatu finansowania. Projekt jest finansowany przez 10 lat, dlatego że w tym okresie uczelnie mają czas, by zdobyć samodzielność finansową i określić procent udziałów własnych w całym budżecie do ok. 50-60 proc. Uczelnie pozostają jednostkami publicznymi, ale w sensie organizacji pożytku publicznego, tzn. jako instytucje zaufania publicznego i finansowania ze sfery publicznej i tylko w określonym procencie budżetowej. To wymusiłoby współzawodnictwo i staranie się o podnoszenie jakości programów dydaktycznych i naukowych.
Istotą zmiany nie może być pozostawienie struktury finansowania w obecnym kształcie. Problem finansowania wyrasta do kluczowego, ponieważ generuje postawy administracji uczelnianych oraz wzmaga, często nieuzasadnione, procedury kontrolne i ewaluacyjne o charakterze niemerytorycznym, a powiązane z roszczeniami Płatnika.
A jak naprawić np. mój Uniwersytet? To w sumie bardzo prosta rzecz, oczywiście mając na względzie program zmiany struktury finansowania. Zrobiłbym tak, jak robi się na NYU (New York University) lub Uniwersytecie Harvarda. Robimy audyt naukowo-dydaktyczny w ramach uczelni i widzimy czarno na białym, że na dziś rozwojowe jest kilka kierunków, w tym jeden-dwa mogą uzyskać pozycję międzynarodową. Wysuwamy program 10 letniego podnoszenia standardów naukowych i dydaktycznych w ramach tych kierunków (wydziałów), którego istotą jest zdobycie funduszy na pokrycie kosztów poprawy jakości, nade wszystko zaś zatrudnienie kilku światowej sławy specjalistów zzagranicy, przeorganizowanie struktury administracyjnej w ramach tych wydziałów, uruchomienie konkursów na stanowiska naukowo-badawcze i naukowo-dydaktyczne z prawdziwego zdarzenia, etc. Ręczę, że po 10 latach kilka wybranych kierunków lub wydział zajmowałby czołowe miejsce w rankingach. Potem moglibyśmy zabrać się za następny wydział (kilka kierunków).
A teraz dwa słowa Panu Zbigniewowi Osińskiemu. Argument z misji kulturotwórczej humanistyki ma pod pewnym względem charakter sofistyczny. Pamiętam, jak w prof. Franciszek Ziejka użył w pewnej rozmowie argumentu, że mamy w Polsce najlepsze studia nad świadomością narodową i kulturową w XIX wieku, ale pies z kulawą nogą o tym nie wie, gdyż te książki czy artykuły nie są przetłumaczone na j. angielski. Powiem tak: jeśli jest tak istotnie, to należy się nagana tym, którzy tych badań nie udostępniają naukowej publiczności na Zachodzie. Ale szczerze mówiąc, mam poważne wątpliwości, czy te badania są takie rewelacyjne, skoro nawet dziś nikt nie kwapi się do tego, by je przełożyć na angielski.
Przymus publikacji w j. angielskim ma dwa wymiary: 1. administracyjny (administrowania i parametryzowania osiągnięć naukowych); 2 pragamtyczny (najważniejsze debaty toczą się na łamach czasopism anglojęzycznych).
Punkt 1. mówi tyle: polskie czasopisma naukowe są po prostu jakościowo dalekie od zachodnich. Nie działają: proces konkursów artykułów, recenzji tekstów, ewaluacji czasopism i przyznawania im odpowiedniej pozycji rankingowej. W tej sytuacji w ogóle nie dziwi mnie to, że bierze się pod uwagę w pierwszej kolejności czasopisma zagraniczne, szczególnie w naukach ścisłych.
Punkt 2. wskazuje na rzecz podstawową. Jeśli mamy mówić sobie a muzom, to lepiej, byśmy jednak zmienili branżę. Jest to brutalna prawda, z którą musimy się liczyć. Tutaj nie ma nic do rzeczy to, że odbiorcy przekazu naukowego nie znają w dostatecznym stopniu angielskiego, bo naukowcy do takiego odbiorcy nie kierują swoich ustaleń badawczych, hipotez i teorii. Trzeba wyraźnie oddzielić poziom popularyzacji nauki, nawet z bardzo zaawansowanym warsztatem badawczym, od poziomu debaty naukowej. Po prostu przeciętny, wykształcony Kowalski nigdy nie będzie uczestniczyć w bardzo szczegółowej debacie na określony temat, bo jego kompetencje są niewystarczające.
Pan Zbigniew Osiński dotyka jednak rzecz ważnej i ma intuicje bardzo trafne, mimo że nie wysłowione do końca. Proszę wybaczyć ten rodzaj diagnozy, ale zaraz się Pan przekona, o co mi chodzi.
Problem z publikowaniem w czasopismach zagranicznych zasadza się na dwóch zasadniczych powodach: 1. słabej znajomości języków przez kadrę naukową; 2 odstawaniem warsztatu naukowego od tego, który dominuje w świecie angloamerykańskim.
Powód 1. jest trudny do przełknięcia dla wielu, ale taka jest prawda. Jest to pokłosie sposobów nauczania języków obcych przez 1989 rokiem i mniej więcej 10 lat po. Nie chodzi bowiem o znajomość angielskiego w stopniu zaawansowanym, czyli umiejętności czytania i jako takiego pisania. Chodzi o znajomość drugiego języka w stopniu tylko trochę odbiegającym od znajomości języka ojczystego. Dlaczego to takie ważne? Gdyż w pracy naukowej czynnikiem decydującym jest efektywność i postęp w pracach. Jeśli ja piszę tekst po angielsku 3 razy dłużej niż po polsku, to mogę zwątpić w sens tego rodaju pracy, szczególnie gdy produkt końcowy nawet mnie samego nie zadowala.
Powód 2. jest oczywisty. Polska humanistyka ma charakter historycystyczno-hermeneutyczny. W rezultacie pławimy się w cytatach i odniesieniach, zamiast konstruować argumenty, wysuwać hipotezy i budować teorie. Problem w tym, że nasz model nie jest poważany w nauce obszaru anglojęzycznego, gdyż tam - by nie było wątpliwości - przyjmuje się założenie, że metodologia historycystyczno-hermeneutyczna jest zaledwie etapem do czegoś bardziej zaawansowanego. I trudno się z takim postawieniem sprawy nie zgodzić. Warto przy okazji dodać, że przytłaczająca większość naszych studentów nie potrafi napisać porządnej rozprawki, w której na bazie 5-10 lektur przedstawione byłyby argumenty i kontrargumenty na rzecz danej tezy, a potem krótkie podsumowanie. Pokutują zaniedbania z okresu kształcenia licealnego i gimnazjalnego. Dla porównania podam taki przykład: mój Synek chodził do pierwszej klasy w szkole amerykańskiej. Jeszcze dobrze nie umiał pisać, a wymagano od niego, by raz w tygodniu przygotowywał tzw. Book Report, którego rolą było sprawdzenie rozumienia tekstu oraz umiejętności formułowania zwięzłych wypowiedzi (5 zdań). Po powrocie do Polski okazało się, że ta umiejętność w ogóle nie jest w cenie. Pisuje dwa-trzy zdania na lekcji, czasami dyktando. O czytaniu książeczek nie ma mowy. Proszę mi zatem powiedzieć, jaki wzorzec metodologii pracy, będzie miał absolwent tam i tu? Odpowiedź jest chyba zbyteczna.
Cieszmy się ze srebra dla A. Małysza, bo człowiek dokonał rzeczy wielkiej.
Serdeczości,
SK
0
masz 1 głos
Panie Sebastianie - mam okazję nie zgodzić się z Panem w kilku szczegółach.
1. Nie wszystkie badania naukowe mają i muszą mieć znaczenie uniwersalne. Niektóre dotyczą specyficznych problemów konkretnego społeczeństwa (np. dydaktyka historii w szkole polskiej, mechanizmy i skutki indoktrynacji w szkole polskiej, mechanizmy podejmowania decyzji przez polskie postacie historyczne). Dyskursu międzynarodowego nad tymi zagadnieniami nie będzie, bo nikt poza kilkudziesięcioma Polakami nie zajmuje się ich badaniem. Czy to oznacza, że z punktu widzenia społeczeństwa polskiego, są to sprawy na tyle marginalne (bo nie znajdują międzynarodowego zainteresowania) , że nie warto finansować badań w tym zakresie? Czy można powiedzieć, że książki dotyczące tych problemów nie są wiele warte, bo na Zachodzie nikt ich nie przeczyta? Czy można powiedzieć, że polscy dydaktycy historii, jako zupełnie nie znani na Zachodzie, są kiepskimi naukowcami? Według mnie 3 x NIE. Ale problem ten jest kolejnym dowodem na tezę, że nie można wszystkich dyscyplin naukowych wrzucać do tego samego worka diagnoz i strategii rozwojowych.
2. Czy to duży problem, że nie uczestniczę w międzynarodowych debatach naukowych na łamach czasopism angielskojęzycznych? Dla mnie nie, i tak nikt z Zachodu raczej nie podjąłby się dyskusji, bo nie bada tych problemów, którymi ja się zajmuję. Dla mnie najważniejsze, by o rezultatach moich badań dowiedzieli się polscy nauczyciele, by moja praca wpływała na oświatową rzeczywistość. Dlatego publikuję tam, gdzie nauczyciele mogą to przeczytać - książki wydawane w Polsce i artykuły w polskich czasopismach. Dla mnie liczy się fakt, że reagują na to co piszę (zapraszają na szkolenia, wdrażają pewne pomysły do praktyki). Nie zgadzam się z tezą, że publikacja naukowa nie może być jednocześnie popularyzatorską - w humanistyce może, wystarczy pisać ludzkim językiem, a nie silić się na naukowy żargon. Ja nie wymawiam przedstawicielom nauk ścisłych, że w Polsce prawie nikt ich prac, wydawanych w czasopismach z listy filadelfijskiej, nie czyta, nie twierdzę , że przez to są gorszymi naukowcami. Z tym, że wymagam wzajemności. Praca naukowa na rzecz wyłącznie społeczeństwa polskiego nie jest czymś gorszym niż badania o charakterze uniwersalnym.
3. Kulturotwórcza misja humanistyki jest konkretnym bytem - to wpływanie na rozwój języka polskiego, na świadomość historyczną, na rozumienie rzeczywistości społecznej itp. To dla mnie ważniejsze niż publikowanie po angielsku.
4. Co dla Pana jest mówieniem/pisaniem sobie a muzom - czy jest to sytuacja w której książka/ artykuł ma pięć tysięcy czytelników (co prawda nie angielskojęzycznych profesorów, tylko zwykłych nauczycieli), czy też sytuacja w której artykuł po angielsku, w czasopiśmie dostępnym w Polsce w 5 egzemplarzach, przeczyta 4 osoby z tytułami?
5. W sprawie zachodniej metodologii w humanistyce, jakoby lepszej niż nasza - sorki, ale ja już przeżyłem czasy gdy zarzucano nam niedorastanie do jedynie prawidłowej metodologii -marksistowskiej. Tak więc teksty o niedorastaniu do metodologii zachodniej już na mnie nie działają, bo są tyle warte co te o metodologii marksistowskiej. Stać nas na naszą własną i nie musimy się jej wstydzić. Zwłaszcza, że coraz częściej słychać o wpadkach zachodnich naukowców świadczących o tym, że ich metodologia nie koniecznie jest przodująca.
11
masz 1 głos
Szanowny Panie Zbigniewie,
dziękuję za Pańskie argumenty i niezgodę. Pozwolę sobie jednak pozostać przy swoim zdaniu, a poniżej uzasadnienie tego uporu.
Ad 1. Nie przekonuje mnie podział na to, co jest i nie jest uniwersalne w badaniach naukowych. Przykłady, które Pan podaje, są absolutnie uniwersalne, tzn. są takowe w kontekście stawianych problemów badawczych, które mogą być rozwiązywane z uwzględnieniem naszej, lokalnej perspektywy. Same w sobie są jednak uniwersalne. Mój przykład z wypowiedzią prof. F. Ziejki był po to, by uświadomić nam wszystkim, że istotą aktywności naukowej i wiedzotwórczej jest budowanie takich teorii, które testowane na różnych danych, będą się broniły swoją mocą wyjaśniajacą. Widocznie prace o świadomości XIX-wiecznej nie spełniają tego kryterium.
Moim zdaniem polscy dydaktycy historii mogą być tak samo dobrzy, jak ich koledzy zzagranicy, a nawet lepsi, przy czym żeby to wiedzieć, trzeba się z nimi zmierzyć. Nie można stawiać tezy, że jest się lepszym czy gorszym, jeśli nie uczestniczy się w debacie, która pozwala jasno ocenić, jaką pozycję zajmują ci, którzy w niej partycypują.
Ad. 2. Nie neguję tego, że Pański wpływ na środowisko nauczycielskie jest wartościowy, ale proszę wybaczyć, to nie jest przedmiotem analizy. Dystrybucja wyników badań i ich wdrażanie, to inny poziom, niż ten, o którym mówimy. Odbiorcą Pańskich teorii są koleżanki i koledzy, którzy mają narzędzia, by sprawdzić, czy ona jest trafna, głównie w aspekcie metodologicznym. Rolę nauczycieli widzę natomiast jako tych, którzy ewentualnie dostarczają materiału badawczego i porównawczego, ale nie są ostateczną instancją weryfikującą lub konfirmującą wysuwane hipotezy i teorie.
Ad. 3. Odróżnijmy inżynierię społeczną, której elementami są dyscypliny o proweniencji humanistycznej, od rzeczywistej misji kulturotwórczej. Naszym zadaniem, jako Akademików, nie jest wpływanie na szerokie koła wprost, lecz poprzez tych, których wykształcimy w murach Akademii, którym damy narzędzia i metody, tak by ich namysł w ramach ich funkcji społecznej nie był obarczony składową irracjonalna, która może prowadzić do tragedii. Szerokie koła - Panie Zbigniewie - nie dysponują aparatem krytycznym i, najzwyczajniej, nie potrafią ocenić wartości wypowiedzi akadmików. A trzeba sobie powiedzieć szczerze i bez ogródek: 90 proc. wypowiedzi polskich naukowców poza obszarem ich realnej kompetencji, to są fantazmaty i groźne idiosynkrazje.
Ad. 4. Naszą rolą nie jest prześciganie się w nakładach i liczbach czytelników, lecz wysuwanie hipotez, konstruowanie teorii i budowanie zaplecza metodologicznego do ich weryfikacji. Wrócę do tego, co Pan napisał o żargonie, zachodnia humanistyka dawno się żargonu wyzbyła i dzięki temu w debacie w różnych dyscyplinach mogą uczestniczyć nie tylko osoby bardzo wyspecjalizowane, ale także ci, którzy dostrzegają, że np. argument jest źle skonstruowany lub teoria ma braki. Przeciętnie tekst humanistycznych na Zachodzie jest czytany przez ok. kilkaset osób, więc jest to jednak wystarczająca skala, by ewentualnie poprzez tekst wpłynąć na badania bądź skorygować nasze własne.
Ad. 5. Co do metodologii jest Pan w całkowitym błędzie. Przykro mi to mówić, ale użył Pan argumentu ad hominem w figurze, która daleko odstaje od meritum naszej wymiany zdań. Wartość metodologii nie mierzy się w warstwie ideologicznej, lecz formalno-operacyjnej. Przyjmowany w polskiej humanistyce paradygmat jest problematyczny, gdyż nie spradza się w warstwie formalno-operacyjnej, czyli - mówiąc precyzyjnie - istnieje duża trudność w przejściu od sprawozdawczości naukowej (opisywania co inni napisali) do wysuwania własnych koncepcji teoretycznych i dobrego ich uzasadnienia. O ile z tym drugim elementem jest jeszcze jako tako, o tyle dobre uzasadnienie leży. A w nauce, Panie Zbigniewie, inaczej niż u cioci na imieninach, uzasadnienie ma rangę zasadniczą. Trafnych intuicji, które nie są poparte żadnym uzasadnieniem, nie warto wyrzucać do kosza, ale szacowanie teoretyczne intuicji jest o niebo trudniejsze, niż szacowanie uzasadnień (bo tu jest już jakieś zaplecze metodologiczne).
Na koniec: nie podważam znaczenia języka i kultury mojego kraju w powiązaniu z aktywnością naukową i dydaktyczną na poziomie uniwersyteckim. Wyraźnie temu dałem wyraz w jednym z powyższych postów. Nasza rola jako akademików nie zasadza się jednak na tym, by okopywać się we własnej twierdzy i lansować pogląd, że u nas jest wszystko świetnie, a dookoła się mylą. Koncepcja samotnej wyspy mnie nie interesuje. Nie mogę się jednak zgodzić z raportami E&Y oraz Rektorów, gdyż za nimi nie ma wizji. Nie wiadomo, co chce się osiągnąć i w jakim okresie. Odnoszę wrażenie, że żaden z Autorów raportów nie zadał sobie pytania, co będzie za 50 lat z polską Akademią, a przecież jest ona instytucją długiego trwania, której funkcją jest wyrastać ponad partykularność i doraźność. Uniwersytety są bramami do rzeczywistości, która przekracza to, co dziś i na tym polega ich wartość. Jestem dumny z tego, że wpisałem się do Provost Book Oriel College w Oxfordzie jako student. Moje nazwisko znajduje się w całym szeregu studentów od początku istnienia tej instytucji, czyli XIII wieku. Ja przyszedłem po nich, inni przyjdą po mnie, ale świadomość więzi pozostaje. Mój Uniwersytet nie jest w stanie nawet takiej prostej rzeczy przekazać swoim studentom. To jest bardzo smutne.
Serdeczności,
SK
0
masz 1 głos
Dzien dobry Panstwu,
jako mlody doktor nauk technicznych pragne przyjsc z odsiecza Panu ZM, z ktorego pogladami w wiekszosci sie zgadzam. W tym poscie pragne zwlaszcza zwrocic Panstwa uwage na koniecznosc ksztalcenia w jezyku obcym.
Nie trafiaja do mnie argumenty dotyczace roli kulturotworczej nauk humanistycznych, w zwiazku z czym mozna odpuscic sobie publikowanie w jezyku obcym (Pan Z. Osinski). Nie trafiaja nie dla tego, ze jestem proeuropejski lub antynarodowy. Ja zwyczajnie nie widze sensu by sie ograniczac do pisania w gazetce, ktorej naklad jest porownywalny z wydawana na moim osiedlu przez spoldzielnie (podejrzewam, ze znajde takie o nakladzie do 5000 egzemlarzy). Nikt zainteresowany nie ma szans poznanie Panstwa dokonan. A jeszcze gorzej, gdy niechec do pisania w jezyku obcym zwiazana jest z faktem, ze Panstwo nie potraficie zadnego (wspolczesnego) jezyka miedzynarodowego - niestety zaobserwoany bardzo czesty przypadek u starszej kadry. Czy rzeczywiscie ludzie majacy stanowic o sile polskiej nauki powinni sie tym chwalic? Przeciez swoja postawa przekazujecie wzorzec dla nastepnego pokolenia.
Przyznam sie, ze nie rozumiem nauk humanistycznych (w wiekszosci chodzi o przydatnosc), zapewne wiec i deprecjonuje ich dokonania. Ale jezeli juz jestescie Panstwo zaangazowani we wspolczesne ksztaltowania mlodziezy to pozwolcie im na swoim przykladzie podziwiac nie tylko ogromna wiedze (bron Boze wam jej nie odbieram), ale rowniez wspolczesny warsztat naukowy. A w nim, moim skromnym zdaniem, podpartym niedlugim doswiadczeniem, jest miejsce dla publikacji miedzynarodowych. Przy okazji stwarza to ogromna szanse na to, ze ktos obcy zacytuje pozniej Panstwa...
-3
masz 1 głos
Widzę, że z Panem Sebastianem nie zgodzimy się tak szybko.
1. "Przykłady, które Pan podaje, są absolutnie uniwersalne, tzn. są takowe w kontekście stawianych problemów badawczych, które mogą być rozwiązywane z uwzględnieniem naszej, lokalnej perspektywy. Same w sobie są jednak uniwersalne." - proszę uwzględnić znane socjologom zjawiska zakorzenienia i zależności od ścieżki. Pewne zagadnienia, rozwiązania itp. wyglądają zupełnie inaczej w różnych państwach , w zależności od uwarunkowań historycznych, kulturowych, społecznych czy finansowych. To co sprawdza się w jednym państwie, może mieć przeciwny efekt w innym. Przykładem jest szkolna dydaktyka - sama w sobie jest uniwersalna, ale w jej ramach bada się zjawiska specyficzne, lokale i generuje rozwiązania też pasujące tylko do tych warunków lokalnych. Proszę mi wierzyć, że dydaktyk historii z USA nie zna polskiej specyfiki i nie jest w stanie rzeczowo dyskutować o dydaktyce historii w Polsce. Rozwiązania, które on wypracowuje nijak mogą się mieć do polskich realiów i odwrotnie.
2. "Moim zdaniem polscy dydaktycy historii mogą być tak samo dobrzy, jak ich koledzy zzagranicy, a nawet lepsi, przy czym żeby to wiedzieć, trzeba się z nimi zmierzyć." - ale my nie uczestniczymy w rywalizacji sportowej, tylko staramy się usprawnić edukację historyczną, każdy u siebie. To na ile dydaktyk jest dobry nie zależy od wyniku jakichkolwiek debat, lecz od tego jak jego prace zmieniają rzeczywistość oświatową.
3. "Odbiorcą Pańskich teorii są koleżanki i koledzy, którzy mają narzędzia, by sprawdzić, czy ona jest trafna, głównie w aspekcie metodologicznym." - przede wszystkim - teoria naukowa powinna weryfikować także (a w niektórych dyscyplinach głównie) praktyka. Odbiorcą moich teorii, ważnym, są praktycy. Jeżeli kompetentni teoretycy , a więc osoby cokolwiek znające się na specyfice polskiej edukacji mają cokolwiek u mnie weryfikować, to moje prace muszą być publikowane w miejscach dla nich dostępnych. Moje prace mogą realnie weryfikować w zasadzie tylko polscy dydaktycy historii, a więc jaki ma sens publikować je w np. USA.
4. "Naszą rolą nie jest prześciganie się w nakładach i liczbach czytelników, lecz wysuwanie hipotez, konstruowanie teorii i budowanie zaplecza metodologicznego do ich weryfikacji." - upieram się , że rolą dydaktyków jest także wpływanie na oświatową rzeczywistość, a to się robi poprzez publikowanie w taki sposób, by jak najwięcej nauczycieli mogło się z naszymi pracami zapoznać.
5. "Przyjmowany w polskiej humanistyce paradygmat jest problematyczny, gdyż nie spradza się w warstwie formalno-operacyjnej, czyli - mówiąc precyzyjnie - istnieje duża trudność w przejściu od sprawozdawczości naukowej (opisywania co inni napisali) do wysuwania własnych koncepcji teoretycznych i dobrego ich uzasadnienia. "- a to ciekawe, do tej pory takie twierdzenia słyszałem głównie z ust osób, które zupełnie nie czuły humanistyki. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że polska humanistyka, to głównie opisywanie co inni napisali. To nie jest prawda. To jest poniżające dla wielu ludzi.
-4
masz 1 głos
A teraz odpowiedź dla Pana Piotra Sawińskiego.
Nie wiem czy zdaje pan sobie sprawę, że zamiast dyskutować, pan obraża innych.
1. "Ja zwyczajnie nie widze sensu by sie ograniczac do pisania w gazetce, ktorej naklad jest porownywalny z wydawana na moim osiedlu przez spoldzielnie (podejrzewam, ze znajde takie o nakladzie do 5000 egzemlarzy). Nikt zainteresowany nie ma szans poznanie Panstwa dokonan. " - wie pan, takie "gazetki" czyta polska inteligencja, a tych czytelników jest w sumie troszkę więcej niż ludzi na tym pańskim osiedlu. Ten "nikt zainteresowany", przez pana wspomniany, to polscy nauczyciele - wiem, że teraz pogardzani, ale czytający to co my mamy im do powiedzenia. I dla mnie jest to czytelnik milion razy ważniejszy od zagranicznych naukowców. Dlatego publikuję tam, gdzie oni mają szansę to przeczytać. Dla pańskiej wiedzy - humaniści nie mają zamiaru ograniczać się do pisania w jakiś tam gazetkach. Oni także publikują książki (co zdziwiony?). A jeżeli ktoś uważa, że nasza twórczość powinna trafiać do obrotu międzynarodowego - nie ma sprawy, przecież PAU zgłosiła propozycję stworzenia instytucji tłumaczącej i wydającej za granicą wartościowe dzieła polskiej humanistyki.
2. "Nie trafiaja do mnie argumenty dotyczace roli kulturotworczej nauk humanistycznych," - a to już pański problem. Aby go rozwiązać należy troszkę poczytać. Aby pan dobrze zrozumiał podam przykład równoważny z pańskim stwierdzeniem - nie trafiają do mnie argumenty dotyczące tego, jakoby Ziemia krążyła wokół Słońca.
3. "A jeszcze gorzej, gdy niechec do pisania w jezyku obcym zwiazana jest z faktem, ze Panstwo nie potraficie zadnego (wspolczesnego) jezyka miedzynarodowego" - a pan nie potrafi odróżnić merytorycznych argumentów od stwierdzeń obraźliwych.
4. "Przyznam sie, ze nie rozumiem nauk humanistycznych (w wiekszosci chodzi o przydatnosc), zapewne wiec i deprecjonuje ich dokonania." - i tu zgadzam się z panem całkowicie. Tylko po co w takim razie zabiera pan głos w sprawach humanistyki.
1
masz 1 głos
Szanowni panstwo,
Ja mysle, ze sporo nieporozumien na tym forum jest wynikiem tego, ze
dyskutanci czesto dokonuja zbyt pochopnych ogolnien, tj. przenosza
obserwacje z wlasnego podworka do rozwazan ogolnych, a wtedy okazuje
sie, ze uoglnienie bylo zbyt szerokie.
Ja mysle, ze trzeba tutaj zajac sie blizej terminem "uczelnia badawcza",
a to dlatego, ze obie Strategie (tj. E& oraz Rektorow) dotykaja tego
pojecia, jednoczesnie wlasciwie go blizej nie okreslajac. Czyli mamy
taka sytuacje z jakby szklanka zapelniona do polowy: propozycja jest, ale
istotnych konkretow brak. Pan Sebastian Kolodziejczyk ocenia te sytuacje
(tj. z polowicznie zapelniona szklanka) negatywnie (gdyz brakuje mu skutecznych
rozwiazan), ja natomiast oceniam te sytuacje pozytywnie (tj. uwazam sam
fakt pojawienia sie propozycji uczelni badwczych za duzy plus).
Ale tak czy owak, wydaje sie istotne drazyc temat dalej. Ja sprobuje
wiec wskazac, ktore osrodki polskie, moim zdaniem mialyby szanse w ciagu
powiedzmy dziesieciu lat "wybic sie" na realne uczelnie badwcze. Moje
rozwazania nie beda tutaj wziete tak zupelnie z samej glowy. Otoz termin "research
university" nie jest terminem nowym na kontynecie europejskim. Co wiecej
na dzien dzisiejszy istnieje nawet pewien twor formalny o nazwie
League of European Research Universities (LERU), grupujacy w tej chwili
22 uczelnie z Europy (na razie bez zadnej z Polski, ale na razie takze
bez zadnej uczelni z bylego bloku komunistycznego).
Otoz zapoznajac sie blizej z materialami LERU (dostepnymi latwo
przez wyszukiwarke Google'a) moim zdaniem bylaby szansa aby uczelnie
z nastepujacych osrodkow zblizyly sie do podobnego poziomu:
1-2.Warszawa (UW oraz niezaleznie PW) 3-4.Krakow (UJ oraz niezaleznie
polaczone sily AGH+PK) 5. Poznan (UAM) 6. Wroclaw (UWr+PWr) 7. Gdansk (UG+PG)
8.Lublin (KUL) 9.Warszawa (nowa uczelnia zorganizowana na bazie PAN-u).
Czyli po niezbednych polaczeniach bylby to w sumie potencjalnie okolo 9 uczelni. Ale
efektywnie do LERU prawdopodobnie ma szanse nalezac gora 3-4 uczelnie.
Przekladajac to na jezyk rankingu szanghajskiego, moim zdaniem UJ i UW maja
szanse w ciagu 10 lat wejsc do pierwszej swiatowej setki, a pozostale siedem
uczelni ma szanse byc notowanymi w pierwszej 500.
Istotne pytanie: kto powinien byc zainteresowany "wybiciem sie" wybranej uczelni
do poziomu uczelni badawczej? Zdaniem p. Sebastiana Kolodziejczyka, powinno
to robic Ministerstwo (lub np. IBnGR). Moim zdaniem nie. Ministerstwo i IbnGR
juz zrobilo swoje otwierajac taka mozliwosc. Warto dodac, ze Rektorzy tez ogolnie
sa za. Wiec teraz dyskusji nad propozycjami, jak to urealnic powinny przystapic lokalne
spolecznosci akademickie. Czyli np. Pan Sebastian powinien przystapic do lobbowania
za swoja koncepcja malej uczelni elitarnej u siebie na uczelni (mnie np. ta koncepcja
bardzo sie podoba). Gdyz jesli zostanie przekonane Ministerstwo, a na UJ ta koncepcja
nie zyska uznania, to na pewno nie bedzie zrealizowana - mozliwosci blokowania sa
zawsze bardzo duze. Ale obserwujac rozne dzialania oddolne, moim zdaniem, najwieksze
szanse na zorganizowanie "prawdziwej" uczelni badwczej ma... Wroclaw. Byc moze jest
to efekt konkurencji ze strony Niemiec, ale fakt faktem, ze najciekawsze oddolne
propozycje pojawiaja sie od p[aru lat wlasnie we Wroclawiu.
Zbigniew Mitura
zbigniew.academicus@gmail.com
5
masz 1 głos
Pragnę wyrazić p. Kołodziejczykowi uznanie dla trafnej diagnozy stanu i śmiałej wizji uzdrowienia nauki i szkolnictwa wyższego. Dla mnie konstatacja, że pozostanie po nas mniej niż promil twórczości naukowej jest punktem wyjścia do wszelkiej dyskusji, w tym do rozważania celowości prowadzenia badań tudzież tworzenia uczelni badawczych. To, co po nas zostanie na pewno, to nasi wychowankowie i - jeśli będziemy mieć szczęście - może jakiś nowy materiał konstrukcyjny, może sztuczne serce, może twierdzenie matematyczne, może opis ginącego gatunku paproci lub dzieło filozoficzne kształtujące umysły pokoleń. Pozycja w rankingach, współczynniki IF, indeksy h, liczby publikacji anglojęzycznych i cytowań to tylko techniczne mierniki wybranych aspektów efektywności działalności naukowej, nieobejmujące choćby zaangażowania w dydaktykę czy osiągnięć organizacyjnych. Dlatego gorąco popieram pomysł podziału etatów na głównie naukowe i głównie (a może nawet wyłącznie) dydaktyczne, ze zmniejszeniem obciążenia dydaktycznego tych pierwszych (ale nie do zera!) i zwiększeniem obciążenia dydaktycznego tych drugich.
Masowe studia wyższe oznaczają umasowienie kadry; co więcej, studia licencjackie przejmują rolę dawnych studiów pomaturalnych i dlatego nie ma żadnego racjonalnego powodu, by od osób zaangażowanych w dydaktykę na (masowych) studiach licencjackich wymagać aktywności naukowej na miarę habilitacji. To, że strategia nakłada na *wszystkich* pracowników dydaktycznych uczelni akademickich obowiązek prowadzenia badań naukowych to dla mnie jedno z największych rozczarowań, świadczące o trwałości złudnego "dryfu akademickiego" w świadomości jej autorów. Jak można jednocześnie wymagać od dydaktyków bliskiego kontaktu ze szkołami (słusznie!), a jednocześnie absorbującej pracy nad habilitacją z dziedziny głównej pod groźbą nieprzedłużenia 10-letniego kontraktu na stanowisku adiunkta? Bo chyba nie mylę się, że nie ma czegoś takiego jak habilitacja np. z dydaktyki chemii? Obecnie wybranie specjalności dydaktycznej to bardzo trudna, jeśli nie ślepa ścieżka kariery akademickiej, a etaty dydaktyczne są obciążeniem dla wydziałów. Bez sensu. I ta hipokryzja do kwadratu: wymagamy osiągnięć naukowych, płacimy (lub pozwalamy zarobić) za dydaktykę bez względu na jej poziom.
Nie zgadzam się z niedocenianiem przez p. Kołodziejczyka roli zarządzania i sprowadzaniem problemu do kwestii zmiany finansowania uczelni. Po pierwsze, sposób finansowania uczelni to element zarządzania na poziomie krajowym. Po drugie, niedofinansowanie nie wydaje się być jedyną bolączką uczelni publicznych. Proszę się zastanowić choćby nad obowiązkami rektora. Jest naukowcem, profesorem, powinien więc a) prowadzić wykłady; b) opiekować się doktorantami; c) występować o granty badawcze lub nad nimi pracować. Jednocześnie ma niemal absolutną władzę i odpowiada za niemal każdy aspekt funkcjonowania uczelni. Nie musi jednak mieć najmniejszej wiedzy teoretycznej w dziedzinie zarządzania, mimo że kierowana przez niego uczelnia często jest największym pracodawcą w regionie. Inny absurd: gdyby na rektora wybrać adiunkta bez habilitacji, te 4 wyrwane z naukowego życiorysu lata powinny skutkować negatywną oceną i rychłym wyrzuceniem z pracy :-)
P. Mitura prowokacyjnie podaje przykład Wrocławia jako prawdopodobnej lokalizacji najlepszego uniwersytetu badawczego. Proszę jednak zwrócić uwagę, w jakich bólach czy wręcz konwulsjach wrocławskie pomysły przekuwają się w czyny. Rektor PWr niedawno usiłował wymusić zmianę statutu EIT+ tak, by zażegnać groźbę (!) prowadzenia w tej placówce działalności dydaktycznej. Teraz dowiadujemy się, ze zabronił pracownikom PWr bezpośredniego startu w konkursach organizowanych przez EIT+, argumentując to obawą przed stworzeniem konkurencyjnego ośrodka badawczego na bazie kadry (a pewnie i sprzętu) własnej uczelni. Skutek: naukowcy PWr przystępują do konkursów jako podwykonawcy w konsorcjach, w których koordynatorem są inne uczelnie, np. Politechnika Opolska. Na tym przykładzie jasno widać, że zarządzanie jest ważniejsze od finansowania. Co więcej, z przykładu tego wynika potrzeba wprowadzenia czegoś w rodzaju rad powierniczych, w których skład wchodziliby przedstawiciele ministerstwa i władz lokalnych, może też lokalnego biznesu. W przypadku konfliktu wokół EIT+ wydaje się bowiem (choć opinię tę wyrażam wyłącznie w oparciu o niepewne doniesienia prasowe), że interes lokalny uczelni nie koniecznie musi być tożsamy z interesem regionu czy kraju.
Obecnie losy uczelni zależą chyba głównie od indywidualnych inicjatyw i zaangażowania jednostek. Sprawne zarządzanie - na wszystkich szczeblach - powinno z tego pospolitego ruszenia uczynić zawodowa armię :-)
5
masz 1 głos
Sedno 1-szej sprawy w... 2 zdaniach i 3 slowach. Problem? Uczelnie badwcze!
Tak , jak slusznie zasygnalizowal pan Zbigniew Mitura powyzej , nie ma jeszcze czegos takiego w Polsce! A powinno!
Stworzenie ich, to klucz nie tylko do odnowy i postepu, ale fundament realizacji dlugofalowej strategii rozwoju szkolnictwa w Polsce! Tak postapili i czynia..inni. Od lat...I zarowno ci ,co maja platne, jak i bezplatne szkolnictwo wyzsze. To sa wszyscy ci, ktorzy nas wyprzedzaja..
I jeszce jedno. Nie wystarczy skorygowac bledy i pomylki. Nalezy sie z nich nauczyc tyle, aby juz ich nigdy nie popelnic. Co to znaczy? Znaczy to tyle, ze nalezy wprowadzic w zycie takie rozwiazania na uczelniach i w systemie, ktore takowe bledne, szkodliwe, badz tez patologiczne sytuacje eliminuja lub sprawnie przed ich zaistnieniem zabezpieczaja!
I tu dochodzimy do 2 -go sedna sprawy. Propozycje E & Y sporo takich rozwiazan adresuja i poddaja pod dyskusje celowosc ich wprowadzenia do systemu.
Natomiast strategia "srodowiskowa", opracowana przez KRASP/FRP, zadnego! O dziwo, termin "uczelnie badawcze", wystepuje tam tylko raz (w jednym zdaniu) , i to w niewlasciwym juz opisie na dzien dzisiejszy!?
Tak czy inaczej, oba opracowania, uwazam za umiarkowany sukces! Chocby dlatego, ze sam sie z nich sporo dowiedzialem i nauczylem. Plus ta..." pyszna" dyskusja..powyzej!
6
masz 1 głos
Dyskusja się rozrasta. I bardzo dobrze. Przybywa też argumentów, z którymi zawsze - jeśli mają jakieś słabości - warto dyskutować. Odniosę się zatem do postów obu Panów Zbigniewów, natomiast Pana Piotra szczerze przepraszam, ale nie skonstruował Pan żadnego sensownego argumentu, z którym można byłoby się zgodzić lub nie zgodzić, a zatem Pańską wypowiedź po prostu zmilczę.
Ad. Pan Zbigniew Osiński. Nie zgodzimy się, gdyż inaczej widzimy naszą rolę jako członków wspólnoty akademickiej, także w perspektywie metodologii prowadzenia badań. Jeszcze raz przypomnę, że nie neguję tez, które Pan głosi, ale one nie obowiązują na poziomie, o który chodzi w debacie nad stane nauki. Pańskie badania z uwzglednieniem realiów polskich mogą być nie tylko bardzo interesujące dla zachodnich naukowców, ale też mogą pozwolić dokonać pewnych korekt w ich sposobie formułowania teorii i ich weryfikacji.
Może dla rozjaśnienia różnicy między lokalnością a ponadlokalnością wprowadzę jaśniejszą dystynkcję: problem parttykularny (np. osadzony w polskich realiach) nauka zawsze ujmuje w perspektywie ogólnej (uniwersalnej), i ta teoria jest najlepsza, która najwięcej faktów jest w stanie satysfakcjonująco wyjaśnić. To są oczywistości z zakresu metodologii i naprawdę nie trzeba ich rozstrząsać, by dojść do wniosku, że między nami a kolegami z USA istnieje różnica tylko i wyłącznie w zakresie obszaru problemów partykularnych, ale nie w kontekście ich teoretycznego ujęcia, bo to akurat nas bezwględnie łączy. Nasze teorie mogą poszerzyć ich pole wyjaśniania, a ich nasze. Dlatego warto wymieniać się swoimi ustaleniami.
Panie Zbigniewie! Gdzie ja mówiłem o współzawodnictwie i wyścigu, niczym na trasie do biegów narciarskich? Mówiłem o konfrontowaniu się i określaniu punktu odniesienia. Pan włożył w moje usta tego, czego nie napisałem. Proszę po prostu powiedzieć, że nie chce Pan, by Pański dorobek mierzony był w odniesieniu do dorobku zachodnich koleżanek i kolegów, którzy - jeszcze raz to podkreślę - operują w tej samej warstwie teoretycznej, mimo że inaczej wygląda przekrój ich problemów partykularnych.
Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie podważam Pańskiego prawa do wypowiadania się do nauczycieli, a także korzystania z ich praktyki. Ale odróżnijmy - co zrobiłem w swoim poprzednim poście - poziom aplikacji od poziomu debaty naukowej. Nauczyciele jako klienci Pańskich prac nie uczestniczą w debacie, a jedynie mogą dostarczać materiału, który po uwzględnieniu może wpłynąć na wysunięcie nowej teorii. Ale jeśli wziąłby Pan pod uwagę nauczycieli z innego kraju lub np. ze szkół niepublicznych wpływ ten mógłby być zupełnie inny. I teraz widać, że warto przeczytać prace naszych kolegów z innych krajów, np. z NIemiec, Francji, UK czy USA, by zobaczyć, czy ich teorie np. nie radzą sobie lepiej z pewnymi danymi uzyskanymi od nauczycieli w naszym własnym kraju.
W kwestii metodologicznej jesteśmy na antypodach. Poczuł się Pan dotknięty moją wypowiedzią, a ona była konstatacją tego, czego nam brakuje, by zrobić krok do przodu. Nie odrzucam paradygmatu historycystyczno-hermeneutycznego, bo sam w nim wzrosłem. Więcej nawet, widzę olbrzymią szansę przed tymi, którzy się nim posługują. Nie mniej trzeba wykonać krok do przodu, a z tym jest krucho. Oto cała diagnoza. Gdyby było tak, jak Pan pisze, nie byłoby żadnych problemów z ewaluacją artykułów w czasopismach zagranicznych. A jednak problemy są i jeszcze długo będą, bo niezwykle trudno przekonać nie tylko członków wspólnoty akademickiej, ale przede wszystkim decydentów w systemie edukacyjnym, by w odpowiedni sposób przygotowywali młodych ludzi do pracy z tekstami i, oczywiście, pisania.
Ad. Pan Zbigniew Mitura. Za dużo Pan włożył w moje usta, zwłaszcza rzeczy, z którymi się nie zgadzam. Pomysł uczelni badawczych uważam za, najogólniej rzecz ujmując, chybiony. Istotą Akademii jest transfer wiedzy pomnażanej w ramach uprządkowanych procedur wiedzotwórczych. Nie ma czegoś takiego jak uczelnie badawcze, a przykłady, które Pan podaje, to myślenie życzeniowe. Są ośrodki badawcze, w ramach których daje się stopnie naukowe, ale to nie są uczelnie w sensie ścisłym. To, że przy PAN istnieją zalążki uczelni, pokazuje, że ten ośrodek badawczy ma swoje aspiracje dydaktyczne, ale proszę mi pokazać wielki sukces naukowca z PAN, który potwierdziłby, że warto zainwestować w samą działalność naukową, ograniczając dydaktykę do studiów zaawansowanych?
Problem z podziałem proponowanym w raportach jest taki, że nie odwołuje się on do tego, jak rzeczywiście funkcjonuje uczelnia i jaka jest jej recepcja w społeczeństwie. Tę ostatnią rzecz pominę, a zajmę się pierwszą kwestią. Skandalem jest to, że żaden z raportów, ani E&Y, ani Rektorów nie uwzględnia czynnika jakim są studenci. To zresztą jest zgodne z wewnętrzną logiką funkcjonowania uczelni: student jest klientem, któremu robi się łaskę, że w ogóle pozwala mu się przekroczyć jej bramy. Realia są jednak takie, że studenci doskonale widzą, z jakim produktem mają do czynienia i choć ich opinie są często niewyważone, zawierają sporo prawdy o tym, jak lichym miejscem jest Akademia.
I to jest właśnie element, który łączy proponowane podziały z realiami. Akademia nie istnieje bez studentów, a zatem ruch sanacyjny w pierwszej kolejności winien ten czynnik brać pod uwagę. W związku z tym fundowanie uczelni badawczych postrzegam jako działanie polityczne i uwikłane w doraźny interes osób, które coś gdzieś słyszały, ale nie widzą, co to dokładnie jest. Przypomnę swoje własne, do znudzenia powtarzane stanowisko: zmiana struktury finansowania uczelni wyższych to priorytet, a potem okaże się, jakie ośrodki akademickie mają rzeczywistą renomę powiązaną z wysoką jakością kształcenia i przeprowadzanych na nich badań.
Moje lobbowanie za elitarną uczelnią nie ma nic wspólnego z koncepcja uczelni badawczych (jak słusznie Pan zauważył, jest to fraza nieprecyzyjnie używana przez autorów raportu, więc nawet nie ma sensu się nad nią pochylać). Nie mówiłem też, że pomysł ma iść od góry, czyli od ministerstwa. Jeśli powołuje się Pan na mój przykład, to zarysowałem go jako opcję konkursową w obecnych i przejściowych warunkach, bo że takie muszą być, nikt chyba nie ma wątpliwości. Aby do tego doszło, musi zmienić się ułamek, a więc, Panie Zbigniewie, nawet gdyby dwustu Kołodziejczyków lobbowało i miało mocną pozycję na UJ, niczego nie wskóra, jeśli ułamek będzie taki, jak dziś. Mam poczucie, że autorzy raportów, a i Pan dał się ponieść fantazji, zamiast trzymania się realiów. Warunki determinuje sposób finansowania i to trzeba zmienić.
Szkoda, że T. Sikora daleko, ale pocieszmy się, że i tak jesteśmy mocarstwem w sportach zimowych, nie majac właściwie całorocznie ośnieżonych gór i infrastruktury. Z nami, naukowcami, jest poniekąd podobnie...
Serdeczności,
SK
1
masz 1 głos
Swietny problem zaadresowal powyzej pan Zbigniew Koza: narodziny EIT+.
Jest to smutna lekcja tego, czego nie bylo i nie ma w Polsce, a sklada sie to na przyczyne braku realizacji wlasciwych i skutecznych reform oraz postepu! Brak przejrzystosci i integralnosci akademickiej w dzialniu, wlasciwej srodowiskowej kontroli w uzyciu na codzien oraz.. wlasciwie zarzadzanych markowych autonomicznych uniwersytetow badawczych na rynku.
A tu Zosie Samosie ( to nie uczelnia (PWr) stworzyla EIT+ -a pare znanych i "waznych" wtedy ludzi na tej Uczelni/lokalnie), po swojemu, reforme systemu, poza... systemem, sobie zrobili! No coz, przygladamy sie jak uczelnie/kadry "tancza" wokol EIT+...
Moja skromnosc nie pozwala mi tu zadac pelnego pytania skierowanego na wyjasnienie istoty tej sprawy. Zadam wiec 1/2 pytania: dlaczego EIT+, czyli to co jest juz w uzyciu, nie bylo/nie ma w strategii rozwoju szkolnictwa opracowanej przez KRASP/FRP??? Czyzby ktos sie zaczal brzydzic po cichu tego, ze docelowym przeznaczeniem, misja i celem oraz stadium docelowym kazdej Uczelni w Polsce ma byc... "spolka handlowa'!???
No tak, Konstytucja RP oraz Ustawa o szkolnictwie tego nie zabrania, wiec do odwaznych swiat nalezy? Gonmy go,...w pietke!
5
masz 1 głos
Panie Sebastianie,
niestety ja ni wierzę, że sama zmiana systemu finansowania uczelni - docelowych Akademii, bez zmian w systemie zarządzania uczelniami, doprowadzi do wyraźnego polepszenia jakości badań i dydaktyki. Kadra naukowa jednocześnie zarządza i nadzoruje zarządzanie uczelniami. Polepszenie jakości wymagać będzie także zwolnienia tej części kadry, która nie wnosi nic do życia intelektualnego Akademii (ani na nudnych zajęciach, ani w nieistniejących publikacjach).
Nie sądzę, żeby przy obecnym systemie zarządzania, nawet po ewentuanej zmianie finansowania, dało się zreformować Uniwersytety.
1
masz 1 głos
Panie Wojciechu!
Dziękuję za dobre słowo. Co do pryncypiów, to wymieniłem dwa: zmiana struktury finansowania oraz przyjrzenie się ustrojowi. Jest oczywistym, że zarządzanie na uniwersytetach jest dziś w niewłaściwych rękach, ale nie dlatego że profesorowie nie potrafią zarządzać, tylko dlatego że właściwie to zarządzanie jest właściwie przelewaniem z pustego w próżne. Model Oxfrodzki, w którym zatrudnia się menadżera nauki, a rektor pełni funkcje reprezentacyjne i prestiżowe, jest, z oczywistych względów, bardzo dobry.
Dlaczego ważna jest zmiana struktury finansowania, a ona poruszy cały mechanizm zmiany w ramach Akademii? Gdyż okaże się, że trzeba o fundusze zabiegać, gospodarować nimi w racjonalny sposób, liczyć się z tym, że w wyniku błędych decyzji uczelnia lub jej jednostki mogą znaleźć się w tarapatach. Ale nie tylko, przede wszystkim zmiana struktury finansowania, np. na taką: odpłatność za studia i usługi edukacyjne (szkoły letnie, kursy specjalistyczne, etc.) - 30 proc., odsetki od kapitału: 5-10 proc., dochody z działalności pozanaukowej i pozadydaktycznej, (wynajmy, etc.): 10 proc., wpływy od fundatorów i donatorów: 20 proc., dotacje państwowe (np. tylko na pokrycie kosztów eksploatacji) - 40 proc. Wszelkie nadwyżki można lokować, a z nich potem wspierać uczelnię i fundować stypdendia.
Proszę spojrzeć, jaki wysiłek musi w takim modelu wykonać uczelnia, by istnieć? Podnieść jakość dydaktyki, wzmocnić kadrę, przeorientować zarządzanie i administrację. Doświadczenie pokazuje, że pieniądze są tym, co determinuje stan rzeczy.
Serdeczności,
SK
3
masz 1 głos
Panie Sebastianie,
teraz już w pełni rozumiem, choć nie w pełni się zgadzam - nie jestem pewien, czy kadra akademicka byłaby w stanie się samodzielnie zreformować uczelnie wyższe w pożądanym kierunku, nawet w obliczu takich bodźców finansowych. W każdym razie, myślę, że Pańska koncepcja reformy uniwersytetów wniosła sporo nowego (np. mocno zaakcentowała potrzebę stworzenia polskich Akademii) i dobrze by było, jeśli jakoś spisana znalazła się na głównej stronie.
Z wyrazami szacunku,
WK
0
masz 1 głos
Pan Wojtek w jednym zdaniu - "nie jestem pewien, czy kadra akademicka byłaby w stanie się samodzielnie zreformować uczelnie wyższe w pożądanym kierunku, nawet w obliczu takich bodźców finansowych" - wyraził mniej lub bardziej widoczne przekonanie tkwiące we wszystkich krytykach polskiego szkolnictwa wyższego i nauki oraz zwolennikach radykalnych reform. Jednakże popełniany jest w ten sposób kolejny poważny błąd - do jednego worka wrzuca się wszystkich, niezależnie od jakichkolwiek czynników. To jest tak samo poważny błąd jak wrzucanie do jednego worka wszystkich dyscyplin naukowych. Wprowadzając rozwiązania typu - obowiązek sztucznej mobilności, rywalizacja o granty, liczenie punktów za publikacje itp dla wszystkich, niezależnie od specyfiki prowadzonych badań, traktując wszystkich jak potencjalnych leni i nieudaczników - jednych można zmotywować, zastraszyć a innych skłonić do przyjęcia strategi na przeczekanie lub na udawanie. Szanowni reformatorzy, jak dacie ludziom odczuć, że są gówniarzami, którzy nie potrafią niczego sensownego zdziałać, to efekt będzie taki sam jak to ma miejsce w oświacie. Szkoda, że nie interesujecie się efektami reform tam przeprowadzonych. Zapewniam, że żadne rozwiązania nie zmusiły części nauczycieli do odejścia od dziewiętnastowiecznych metod (a chętnych na ich miejsce za bardzo nie widać, tak więc wyrzucanie z pracy nie wchodzi w rachubę - dokładnie tak samo jak w szkolnictwie wyzszym) . Bo oni nie mieli wpływu na te rozwiązania, poczuli, że potraktowano ich jak gówniarzy - my wam wymyślimy rozwiązania, a wy tylko nas się słuchajcie (ale nie liczcie na finansowe uznanie) - tak się nie da. Oświata i szkolnictwo wyższe nie tak bardzo różnią się od siebie - można oczekiwać,że podobne działania przyniosą podobne efekty.
Zwrócę uwagę jeszcze na jeden problem - tzw. menedżerskie zarządzanie - tak, ale pod warunkiem , że ten menedżer będzie znał psychologię, pedagogikę, dydaktykę i metodykę badań naukowych. Jeżeli nie, to znowu wzorując się na oświacie, można obawiać się decyzji szkodliwych, wynikających z nieznajomości reguł rządzących edukacją - podkreślam rządzących mocniej niż ekonomia. Nie każda decyzja racjonalna finansowo przekłada się na pozytywnych efekt w dziedzinie badań i kształcenia. Nie wystarczy być dobrym specjalistą od zarządzania korporacją handlową, by poradzić sobie z zaradzaniem instytucją edukacyjna i badawczą. Radzę, uwierzcie - albo nic o nas, bez nas - albo reformy skończą się tym czym w oświacie - dużą ilością fikcji i pozoranctwa.
7
masz 1 głos
Do Pana Wojciecha, a potem Pana Zbigniewa Osińskiego.
Panie Wojciechu! Całkowicie się z Panem zgadzam co do diagnozy. Inercja, obawy, źle pojęty konserwatyzm hamują i blokują zmiany wewnątrz życia akademickiego w Polsce. Jednocześnie proszę pamiętać, że rozmawiamy o dorosłych, dojrzałych i mających wpływ na młodych ludzi osobach, lepiej lub gorzej wykształconych, ale wyrastających ponad przeciętność. W związku z tym zmiany muszą uwzględniać zdanie członków wspólnoty akademickiej, nawet jeśli impuls przychodzi zzewnątrz, gdyż Płatnikowi się budżet nie dopina i trzeba inaczej skroić wydatki.
Zasadniczy problem jest w tym, że prezentowane w raporcie E&Y oraz projektach MNiSW wizje są, delikatnie mówiąc, pozbawione głębszej wizji, a jedyne uzsadadnienie jest takie, że w dłuższej perspektywie czasu może się coś poprawi. Szczególnie zwracam nacisk na to 'może', bo jasne jest dla mnie, że jeśli dziś 80 proc. nie publikuje regularnie i dużo na Zachodzie, to jutro też tego robić nie będzie. Ale wciąż będzie generować nowych doktorów, uczestniczyć w procesach ewaluacyjnych (recenzenci dorobków), etc. To jest realny problem.
Potrzebna jest wizja Akademii, częścią której będzie także wizja zmian kompetencyjnych, szczególnie w zakresie nadawania stopni naukowych i tytułu. Dziś pomniejsze uczelnie zabijają się o prawa doktoryzowania, aby potem zatrudniać swoich, najczęściej dość marnie wykształconych, doktorów. Polska jest zbyt małym rynkiem edukacyjnym, by roić sobie, że jeśli doktorat zostanie obroniony w Koziej Wólce, to ma wprawdzie status pośledni, ale wciąż jest jednak doktoratem. To jest psucie monety i prawdziwe sprzeniewierzanie się pryncypiom. Polska Akademia jest w takiej kodnycji, dlatego że nauka została zastąpiona polityką akademicką: minima do prowadzenia kierunków, nadawania doktoratów, promowania habilitacji, etc. To wszystko prowadzi do wynaturzeń i powoduje dewaluację dyplomów nawet najlepszych uczelni w kraju.
Prawda jest taka, że brak realnego awansu naukowego związany jest z brakiem realnego systemu promowania na stopnie naukowe. Efekt jest taki, że nawet między UJ a UW nie dochodzi do transferu kadry. Jedyny transfer to w kierunku uczelni prywatnych, ale tylko dlatego że tam są pieniądze, bo z prestiżem i poziomem już jest gorzej.
Panie Zbigniewie. Mam przypuszczenie, że wielu z członków Akademii samych siebie nie docenia, a w rezultacie żywi obawy przed tym, co może nastąpić, gdy system się urealni. A że to nastąpi, nie może być wątpliwości. Jeśli państwo ma wspierać polską Akademię, to musi wspierać wyłącznie najlepsze Uniwersytety i to, w moim skromnym przekonaniu, tylko częściowo, by pozwolić uczelniom zachować autonomię i w sposób rzeczywisty współzawodniczyć.
Pańskie wątpliwości dotyczące ewaluacji, etc. są nieuzasadnione. Podobnie jak te dotyczące zarządzania przez menadżera nauki.
Ewaluacja ma charakter kontrolny i jest elementem zarządzania ludźmi. W uczelniach o proweniencji pedagogicznej, gdzie badania są wprawdzie prowadzone, ale nie na taką skalę, jak w uniwersytetach, kluczowym elementem powinna być ewaluacja dydaktyki, ta robiona przez studentów, jak i specjalistów. Na uniwersytetach i w jednostkach badawczych trzeba oceniać oba elementy, na uniwersytetach w proporcjach 1:1, w jednostkach badawczych (jeśli prowadzona jest dydaktyka) z uwzględnieniem przewagi badań naukowych.
Do ewaluacji potrzeba jest narzędzi i takimi narzędziami są właśnie tabele parametryczne, etc. Podkreślę jeszcze raz: nie dziwi mnie podejrzliwość względem polskiego rynku naukowego, głównie czasopism (ale i książek, ze zbiorówkami łącznie). Kumoterstwo i brak realnego procesu recenzyjnego powodują, że publikacje są funta kłaków nie warte.
A co do menadżera nauki. Jego funkcją nie jest ciąć głowy, lecz mieć zbalansowany budżet oraz fajną wizję uczelni. W takich Uniwersytetach, jak Oxford czy Cambridge, członkowie wspólnoty akademickiej mają głos doradczy i często decydujący, ale rozumieją, że racja ekonomiczna stoi wyżej niż racja ich własnego interesu - powiedzmy sobie szczerze: korporacyjnego. Obecny stan rzeczy w Polsce utrwala korporacjonizm, gdyż Rektor jest członkiem wspólnoty i ma na względzie to, że jutro mogą go nie wybrać na drugą kadencję. Z zasady wspólnota wybiera takich, którzy jej nie zagrożą i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Nikt nie lubi popełniać samobójstwa.
Serdeczności,
SK
1
masz 1 głos
Panie Zbigniewie,
niestety nie mam teraz na tyle czasu, żeby znaleźć to, ale wydaję mi się, że pisałem już wczesniej, że moje dodejście odnosi się do części środowiska. Spotkałem na uczelni zarówno wilelu świetnych Akademików, którzy inspirują do działania i rozwoju, jak i mnóstwo pracowników uczelni, którzy po prostu trwają. Moje uogólnienie wynika z tego, że Ci drudzy nie będą chcili zmian, a są silną grupą - co pokazał przykład prof. Pacholskiego.
Przepraszam, że moje teksty zabrzmiały jako oskarżenie w stosunku do całego środowiska, ale myślałem, że już wcześniej zaznaczałem, że to odnosi się do pewnej, aczkolwiek silnej, grupy pracowników uczelni wyższych. Postaram się pisać precyzyjniej.
(Grupę tą można porównać z beneficjentami złego systemu pomocy społecznej w Polsce czy dziwnych luk w systemie emerytalnym - stanowią miejszość, ale swą siłą i deteminacją potrafią ...
1
masz 1 głos
(Pod względem siły, grupę tę można porównać z beneficjentami złego systemu pomocy społecznej w Polsce czy dziwnych luk w systemie emerytalnym - stanowią mniejszość, ale swą siłą i determinacją potrafią wymóc na większości określone działanie, zgodne z ich interesem).
3
masz 1 głos
Panie Sebastianie,
przypuszczam, że autorzy Strategii nie dają żadnej wizji, ponieważ uważają, że zmiana systemu zarządzania uczelniami wyższymi i wprowadzenie konkursów na programy dyplomowe doprowadzi do wyboru optymalnej wizji rozwoju przez każdą z uczelni z osobna. Dlatego w Strategii brak jest wizji Akademii. Faktycznie przydatne byłoby uzupełnienie o nią, jednak jej brak wynika prawdopodobnie z niechęci do narzucania konkretnego modelu zarządzania uczelnią przez samych twórców Strategii.
Zastawia mnie, czym tak naprawdę w Strategii różnią się uczelnie badawcze od akademickich? Finansowanie jest takie samo. Pewne ramy działalności są inne (brak możliwości prowadzenia studiów I stopnia), ale np. uczelnia badawcza nie dostaje jakiś bonusów finansowanych za bycie nią. Czy Państwo znajdują jakąś głębszą różnice?
Panie Zbigniew,
proszę się nie dziwić sceptycyzmowi, że ewentualne reformy zostaną zatrzymane przez środowisko akademickie. Prof. Pacholski:
"- Czyli spór o habilitację jest w istocie sporem o sam system, którego podstawą w tej chwili jest demokracja korporacyjna.
- Tak, i to jest zły system. Po pierwsze, o czym już pan pisał, prowadzi do mediokracji, czyli władzy osób, które nie mają interesu w śrubowaniu jakości badań i kształcenia. Po co zatrudniać najlepszych, skoro będą z nami konkurowali o studentów, miejsca w laboratoriach i pieniądze na konferencje. Dalej, rządy demokracji korporacyjnej powodują nieracjonalny rozwój kadry naukowej, która w tych warunkach rośnie z podobną dynamiką jak drożdże – gdy liczebność grupy profesorów w jednej dziedzinie przekroczy pewien pułap, na uczelni lub w skali kraju, dziedzina ta zyskuje dużą siłę wpływu. I, mimo że i tak pracuje w niej już zbyt wielu profesorów, ich liczba dalej rośnie.
Z kolei dziedziny młode mają niewielką reprezentację kadrową i nawet jeśli są perspektywicznie bardziej potrzebne od starych kierunków, to jednak nie dysponują wpływami potrzebnymi do wywalczenia warunków niezbędnych do ich rozwoju. Wiadomo, że etaty są towarem reglamentowanym, więc każdy kierownik walczy o etaty dla siebie, swoich uczniów i kolegów. Nie ma miejsca na zatrudnianie ludzi ze specjalności, które nie są jeszcze reprezentowane. Silny kierownik potrafi gromadzić wszystkie etaty wokół siebie.
Demokracja korporacyjna prowadzi do rozmycia odpowiedzialności za decyzje. Pamiętam, jak senat mojej uczelni potrafił podczas jednej sesji podejmować sprzeczne ze sobą uchwały. Jednocześnie system ten zmusza do łączenia funkcji administracyjnych z naukowymi. Kto chce zajmować się tylko nauką, traci wpływy. Uczestnicząc zaś w grze o władzę, traci czas potrzebny na badania."
Źródło: http://www.polityka.pl/nauka/269453,1,przekluc-ten-balon.read
-3
masz 1 głos
Pan Zbigniew Osiński
Pan Sebastian Kołodziejczyk
Z pewnym opóźnieniem (jako, że nie mogłem, z przyczyn ode mnie niezależnych, śledzić całej dyskusji na bieżąco) spróbuje odnieść się do toczonego tutaj ostatnio przez Panow sporu. Otóż Pan Osiński adresuje swoje uwagi nieco lokalnie, jednak jego argumentacja brzmi dla mnie przekonywująco. Tzn. widać, że doskonale "czuje" on problemy, o których mówi, i nie są to z jego strony tylko niezweryfikowane jeszcze praktyka życia, pomysły. Natomiast Pan Kołodziejczyk przedstawia wiele świetnych koncepcji, pod którymi ja chętnie podpisałbym sie obydwoma rękoma. Ale w wielu przypadkach, przynajmniej w mojej ocenie, brak jest w rozumowaniu Pana Sebastiana, konsekwencji. Przykładowo, Pan Sebastian domaga sie większej autonomii dla poszczególnych uczelni i jednocześnie ma pretensje do Ministerstwa oraz Rektorów, że nie przedstawiono w obu Strategiach rozwiązań odpowiednich do wdrożenia na UJ. Dalej, Pan Sebastian powołuje sie na model Uniwersytetu Oxfordzkiego, jednoczenie odrzucając koncepcję uczelni badawczych, w rozwijanie której Uniwersytet Oxfordzki jest mocno zaangażowany. W efekcie, przypomina to nieco taką sytuację, jakby ktoś akceptował używanie komputera, ale był przeciwko korzystaniu z Internet-u.
Ponieważ w dyskusji na tym forum często stosowane są odniesienia do Uniwersytetu Oxfordzkiego, być może warto dopowiedzieć parę rzeczy. Otóż, w Oxfordzie faktycznie po ulicach chodzi wielu "rasowych akademików" (tj. z głową chmurach i w zimowych butach latem). Oczywiście są oni związani z Uniwersytetem Oxfordzkim, czyli University of Oxford (http://www.ox.ac.uk ). Ale w mieście Oxford jako takim, żyją tez normalni ludzie: wychowujący dzieci, oglądający telewizję, regularnie strzygący trawniki (a nawet upijający sie od czasu do czasu w okolicznych pub-ach - dotyczy to zresztą w równym stopniu kobiet i mężczyzn). Z myślą o nich funkcjonuje w Oxfordzie regionalna uczelnia o nazwie Oxford Brooks University (więcej informacji jest dostępnych na stronie http://www.brookes.ac.uk ). Jeśli natomiast ktoś zdecyduje się wyruszyć poza Oxford, to oczywiście ma okazję natknąć się w Wielkiej Brytanii na wiele innych uczelni, z tym ze zdecydowana większość z nich, także nie przypomina sposobem funkcjonowania sławnego University of Oxford. Okazuje się bowiem, ze w tzw. terenie, jest zapotrzebowanie przede wszystkim na uczelnie o charakterze bardziej zawodowym. Być może, z tego przedstawionego przeze mnie opisu, wynika taki wniosek, ze University of Oxford to samotna wyspa nie tylko w Anglii, ale nawet w Europie. Otóż tak jednak nie jest. W Europie funkcjonuje obecnie grupa, o nazwie League of European Research Universities, zrzeszająca 22 uczelnie (pełny skład jest dostępny na stronie http://www.leru.org/?cGFnZT0zNTQ= ). Do formalnego powołania tej grupy doszło stosunkowo niedawno (w roku 2002), ale nieoficjalnie sieć uczelni tego typu istniała juz od dawna. Tak wiec pojęcie "uczelnia badawcza" użyte w obu Strategiach na szczęście nie zostało wymyślone "od początku”, ale raczej zaczerpnięte z trendów obowiązujących od dawna w świecie Zachodu, za co Autorom obu Strategii zdecydowanie należy się pochwała. A osobom bardziej zainteresowanym terminem "research university” (w wolnym tłumaczeniu - uczelnia badawcza) polecam lekturę artykułu "What are universities for?" zamieszczonego na stronach LERU (dostęp poprzez stronę http://www.leru.org/?cGFnZT00 ).
W każdym razie, tak czy owak, gorąco popieram pomysł Pana Sebastiana Kołodziejczyka, uczynienia z UJ uczelni elitarnej, europejskiego formatu.
Zbigniew Mitura
Forum Integracyjne Academicus Poloniae
http://www.esse-est-percipi.com/forum.html
0
masz 1 głos
Panie Zbigniewie Mitura,
"Tak wiec pojęcie "uczelnia badawcza" użyte w obu Strategiach na szczęście nie zostało wymyślone "od początku”, ale raczej zaczerpnięte z trendów obowiązujących od dawna w świecie Zachodu, za co Autorom obu Strategii zdecydowanie należy się pochwała."
Tylko jakie są różnice oprócz nazwy i niemożności prowadzenia studiów I-stopnia między uczelniami badawczymi i akademickimi w Strategii? Czy w Strategii są różnice organizacyjne czy finasowe?
Strategia ogranicza się po prostu do nazwania różnie dwóch instytucji, nie zapewniając gwarancji, że powstaną faktyczne różnice w ich funkcjonowaniu.
-4
masz 1 głos
Panie Wojtku, oczywiscie, ze ma Pan racje, ze wprowadzenie terminu "uczelnia badawcza" zostalo zrobione w obu Strategiach w sposob wysoce niedoskonaly (wskazywalem to juz znacznie wczesniej, zaraz na poczatku dyskusji w tym watku). Ale poczatki zawsze bywaja trudne i nieco "toporne".
P.S. A odnosnie finansowania i innych spraw tego typu, to mimo wszystko pamietajmy, ze Strategia z zalozenia nie powinna byc zbyt szczegolowa.
3
masz 1 głos
Pan Wojciech
Pan Zbigniew Mitura
Najpierw kilka słów do Pana Wojciecha: jeśli ma Pan rację i obie strategie programowo nie zawierają wizji, to tym gorzej dla tych strategii. Otóż, rzecz jest wagi fundamentalnej, gdyż - jak napisałem we wcześniejszych postach - wszystko rozbija się o to, że rewizji wymaga system finansowany ze środków budżetowych. Skoro nie ma wizji, to znaczy, że podstawowe założenie jest takie, by było tak jak jest. Porównam sytuację do tej, która obowiązuje w służbie zdrowia. Tymi, którzy blokują reformy są sami lekarze. To oni nie chcą całkowicie prywatnej służby zdrowia, a choćby i częściowo finansowanej przez państwo. Dlaczego? To bardzo proste. Trzy tygodnie temu mój Przyjaciel wybił sobie bark. Założono mu gips. Ale z uwagi na to, że na kolejną wizytę u lekarza specjalisty trzeba czekać tygodniami (o ile ma się szczęście), skorzystał zatem z konsultacji w gabinecie prywatnym. Lekarz - ponieważ chodziło o zdjęcie gipsu i założenie usztywnienia elastycznego - zaproponował (i tak się stało) przyjście (nawet nie przeprowadził badania w swoim gabinecie, tylko wziął pieniądze) do szpitala. Tam załatwił wszystko od ręki.
W powyższym przypadku lekarz nie korzystał jeszcze z infrastruktury, typu: sala operacyjna, przyrządy, obsługa, etc., ale normą jest, że tak właśnie się dzieje. Teraźniejsze status quo nie wymaga nakładów, płacenia za usługi świadczone np. przez szpital (takie jak wynajem sali operacyjnej, instrumentarium, etc.). Nade wszystko zaś obecny system nie daje pacjentowi alternatywy, gdyż jeśli x ma skierowanie do onkologa na za pół roku, ale już dziś ma problem, to jasne jest, że w dobrze pojętym interesie własnym, pójdzie do gabinetu prywatnego i tym samym szybciej dostanie się na diagnostykę obrazową, etc. Wszystko to, próczy kwot wykładanych lekarzowi w gabinecie prywatnym, będzie pokryte z funduszy budżetowych.
W świecie akademickim jest podobna sytuacja, gdy chodzi o blokowanie. Studenci właściwie nie mają realnego wyboru, bo uczelnie prywatne są bardzo słabe, nawet te najlepsze. Poza tym, blokowanie ma charakter strukturalny, o czym mówi w rozmowie z "Polityką", b. rektor PWr. Na to właśnie zwracam uwagę, gdy mówię o ustroju Akademii. Polityka zabija Akademię i pozbawia energii najzdolniejszych.
Widzę wielką nadzieję w niżu demograficznym. Po pierwsze, urealni on sytuację w uczelniach publicznych, szczególnie tych słabszych. Niektóre z nich powinny jednak podnieść swój poziom, nawet kosztem bolesnych cięć kadrowych. Po drugie, otworzy drogę do konsolidacji, tak na rynku uczelni publicznych, jak niepublicznych. Po trzecie wreszcie, wywrze bezpośredni wpływ na jakość dydaktyki, a pośredni na zarządzanie.
Panie Zbigniewie, proszę wybaczyć, ale braku konsekwencji dostrzec w swoim rozumowaniu nie potrafię. Mówię o autonomii jako postulacie, gdyż dziś jej nie ma. Obie strategie też o niej nic nie mówią. Autonomię można rozważać w dwóch perspektywach: zależności finansowo-politycznej oraz zależności formalno-technokratycznej. W obu perspektywach polskiej uczelnie wyższe są ubezwłasnowolnione. Płatnik jest jeden, więc np. sprawa zatrudniania pracowników naukowych powiązana jest wprost z finansowaniem budżetowym. Dalej: państwo w dalszym ciągu kontroluje stopień naukowy doktora habilitowanego oraz tytuł profesora. Wszystko to prowadzi do koteryjności i uległości względem systemu. Jeśli więc struktura finansowania pozostaje niezmieniona, wszystkie patologie będące pokłosiem wymienionych zależności zostaną utrwalone. Ale to nie wszystko: narzucane minima programowe, PAKA, UKA, etc. są niczym innym, jak mechanizmem ubezwłasnowalniającym. I to także ma być utrwalone w ramach wysuwanych strategii. Na uczelniach już doszliśmy do sytuacji gogolowskich, gdy przed przyjazdem komisji akredytacyjnych niemalże maluje się trawę na zielono (choć jako filozof powinienem napisać 'maluje się śnieg na biało').
Panie Zbigniewie, musimy mieć jasność co do tego, że brak autonomii ogranicza współzawodnictwo, podnoszenie jakości, konkurencję na rynku edukacyjnym, etc. Problem w tym, że konkurencja może i powinna być wielopoziomowa, od konkurowania o studenta, aż po konkurowanie o pracownika naukowego. Dziś konkurencja jest rzeczą trzeciorzędną, gdyż struktura finansowania plus ustrój = status quo.
I kilka słów o uczelniach badawczych (przeczytałem artykuł Boultona i Lucasa). Wróćmy do Oxfordu, który jest dla mnie wzorcem w trzech znaczeniach: 1. jako wspólnota akademicka; 2. jako przestrzeń prowadzenia na wysokim poziomie dydaktyki; 3. jako miejsce, w którym prowadzi się najbardziej doniosłe badania naukowe.
Jestem zwolennikiem złotego środka, a jego podstawą jest dobre zmieszanie tych trzech elementów. W rezultacie, Oxford wyróżnia się, gdyż w zdyscyplinowany sposób utrzymuje balans między życiem akademickim, dydaktyką i badaniami. Tego mi brak w Polsce. I tego powołanie uczelni badawczych nie załatwi - swoją drogą termin 'uczelnie badawcze' w tym kontekście jest niefortunny, pownno się to nazywać po prostu 'instytutami badawczymi' z prawem do prowadzenia studiów zaawansowanych. Ale w żadnym razie nie finansowałbym ich z budżetu, chyba że chodzi o dyscypliny strategiczne, ale takich Polska chyba nie ma...
UJ mógłby zostać elitarną uczelnią, gdyby struktura finansowania się zmieniła, a uczelnia zdobyła większą autonomię. Uczelnią ze zrównoważonymi komponentą życia akademickiego (kreowania wspólnoty akademickiej - dziś w stanie daleko posuniętej atrofii), dydaktyki (z naciskiem na model indywidualnej pracy ze studentem, etc.) oraz badań naukowych (z naciskiem na dyscypliny realnie w sferze kompetencji i finansowania mogące stać się wiodącymi pod względem dorobku już dziś, a potem sukcesywnie przez podnoszenie poziomu pozostałych dyscyplin).
Serdeczności,
SK
Ps. A co do finansowania - by odnieść się do Pańskiego dodatku - stragegia powinna właśnie zawierać precyjne określenie struktury finansowania, bo nikt nie wymaga tego, by podawała źródła. To, że nie ma określonej struktury, jak pisałem powyżej, nie jest przypadkiem.
-3
masz 1 głos
Panie Sebastianie, z Pana koncepcjami jest taki problem, ze zaczyna Pan bardzo dobrze, a konczy na narzekaniu, ze inni nie maja wizji. Otoz wizje tego jak ma funkcjonowac UJ jako uczelnia elitarna powinien przede wszystkim posiadac UJ. Natomiast, na dzien dzisijeszy na UJ, realizowany jest zupelnie inny model, tj. jest rozwoj poprzez zwiekszanie potencjalu ilosciowego uczelni, co zreszta wykazal swietnie akurat Pan, i zgadzam sie z Panem, ze taki model prowadzi do produkcji tasmowej. A co do finansow, to oceniajac realnie, sila sprawcza UJ jest taka, ze wlasciwie wladze co chca to dostaja. Mamy kryzys, pieniedzy w budzecie brak, ale wladze UJ "tupnely noga" i pieniadze na rozbudowe Kampusu sie znalazly. I znajda sie zawsze, gdyz w Polsce wszyscy maja sentyment do tej uczelni. I mozna teraz spytac, nieco retorycznie, czy jesli UJ mialby stac sie uczelnia elitarna poprzez redukcje liczby przyjmowanych studentow (jak Pan proponuje i z czym ja sie zgadzam), to czy ta rozbudowa lokalowa jest do czegokolwiek potrzebna, czy jest to raczej pewna rozrzutnosc?
Panie Sebastianie, problem sie sprowadza to tego kto powinien przekonac kadre i wladze UJ do przyjecia Pana modelu uczelni elitarnej. To tutaj jest pomiedzy nami zasadnicza niezgoda. Pan chcialby, aby o zrobilo Ministerswo, moze E&Y, moze Rektorzy. Moja teza brzmi, ze w ten sposob to nigdy nie zadziala. Jak slusznie napisal p. Zbigniew Osinski, nikt z zewnatrz nie nie moze naprawde zmusic danego srodowiska do wdrazania jakiegos programu naprawczego, jesli to srodowisko jest temu przeciwne. Tak wiec moim zdaniem jedyna szansa, ze program naprawczy dla UJ, jaki Pan proponuje, zostanie efektywnie zastosowany, jest obudzenie sie oddolne kadry. A jak przebudzenie nie nastapi ? Och, ilez to juz rzeczy Polacy przespali w historii... Ale zawsze tez jest jeszcze szansa, ze nastapi to na jakiejs innej polskiej uczelni.
Pozdrawiam Pana serdecznie
2
masz 1 głos
Panie Zbigniewie,
widzi Pan, inkryminuje mi Pan więcej, niż ja piszę. Jasno i wyraźnie powiedziałem, że dwa warunki niezbędne są do tego, by rzecz ruszyć z miejsca: zmiana struktury fiansowania plus ustrój. Nie oczekuję, by ktokolwiek skądkolwiek, Anieli bądź Archanieli z nieba spłynęli i UJ w Oxford zmienili. Oczekuję, że da się wyraźny sygnał, że warto dokonać zmiany w duchu, który tu przedkładam. I do tego właśnie potrzebne są sugestie w strategiach czy projektach, a przede wszystkim niezbędne jest zezwolenie na autonomię, czyli po prostu m.in. powiedzenie jasno i wyraźnie: macie 10 lat na to, by zmienić swoją strukturę finansownia; potem będziecie musieli radzić sobie sami. Niestety, to będzie oznacząć, że uczelnie będą musiały na poważnie zająć się poszukaniem koncepcji własnej egzystencji: przedefiniować swoją rolę i odnaleźć miejsce w całokształcie rynku w szerszym, jak i węższym znaczeniu.
Pańskie zdanie jest cenne, ale pomija fakt natury fundamentalnej: jeśli struktura finansowania i brak autonomii, a w szczególności ułamek i ustrój akademicki pozostaną w obecnym kształcie, to takie uczelnie jak UJ, których właścicielem jest państwo, nie ma szans na żadną realną zmianę. Tutaj ruchy oddolne niczego nie dadzą, gdyż UJ nie jest samotną wyspą, właśnie ze względu na finansowanie i podległości formalno-instytucjonalne.
Narzekanie, Panie Zbigniewie, nie jest w mojej naturze. W mojej naturze jest realizowanie projektów, które mają szansę powodzenia i odmienią rzeczywistość, w której żyję. Za to się zabieram w pierwszej kolejności. A tak na marginesie: używanie argumentów ad personam demaskuje braki w argumentacji merytorycznej lub kreuje sytuację retoryczną. To druga w naszym kontekście jest zupełnie niepotrzebna.
I jeszcze słowo: gigantomachia UJ jest pokłosiem wizji uniwersytetów jako taśm produkcyjnych, która przyszła wraz z idee fix jakim jest wskaźnik skolaryzacji. Dotknęło to także mój Uniwersytet, który został przymuszony do podążania za ułamkiem, ewentualnie szukaniem środków poprzez prowadzenie studiów niestacjonarnych (zaocznych i wieczorowych).
Serdeczności,
SK
-2
masz 1 głos
Panie Sebastianie, niczego zlego Panu nie inkrementuje. Pan wniosl tutaj do tej dyskusji naprawde bardzo duzo poprzez sam fakt przywolania modelu uczelni elitarnej. Zgadzam sie niestety z tym, ze w pojedynke, Pan tego modelu nie wdrozy. Ale miejmy nadzieje, ze pomysl chwyci na roznych "szczeblach".
Pozdrawiam raz jeszcze
ZM
-2
masz 1 głos
Jedna rzecz mi sie na tym forum nie podoba, to te ptaszki na czerwono. Jesli juz dostaje glosy na "nie", to wolabym zdecydowanie, aby byly w kolorze czarnym. Bo byc czarnym charakterem to jeszcze jakos ujdzie, ale czerwonym??? Koszmar.
Pozdrawiam Wszystkich Krytykantow
0
masz 1 głos
Panie Zbigniewie,
jest coś na rzeczy w ostatniej Pana uwadze. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, by oceniać w ten sposób posty, bo to raczej do plotka.pl i pomponika.pl pasuje (moje dwa ulubione portale), szczególnie że nie rozmawiamy o tipsach Panny Rutowicz i wypadałoby podać jakąś argumentację, jeśli ma się odmienne zdanie.
Serdeczności,
SK
-4
masz 1 głos
Panie Sebastianie, czytuje Pan plotka.pl i pomponika. pl !? To swietnie! Bo to znaczy, ze w naszej dzialalnosci sa jakies punkty wspolne :-))
3
masz 1 głos
Pani Małgorzato.
Zupełnie nie rozumiem dlaczego (jak najbardziej ciekawą) dyskusję sprowadza Pani do takiego poziomu. Nie wiem po czym wnioskuje Pani, że jestem studentką. Nie rozumiem również skąd Pani wzięła informacje, że moi rodzice dawali mi nagrody za dobre stopnie ?!
Nigdy nie dostałam nagrody za dobre stopnie, tak samo jak nigdy nie miałam stypendium, bo nie należałam do studentów goniących za ocenami.
Co nie zmienia faktu, że oceniam stypendia naukowe pozytywnie, ponieważ wiem i widzę, że są one dobrą motywacją, a co najważniejsze - docenianą nagrodą. Nie wiem dlaczego nie rozumie Pani, że nagroda ma to do siebie, że jest dodatkiem (do przyszłej/obecnej pensji itp) w związku z czym nie rozumiem argumentu, że gratyfikacją studenta za dobre oceny będzie przyszła pensja (?!) ponieważ pensja jest WYNAGRODZENIEM za wykonaną pracę, a nie za poprzednie osiągnięcia naukowe na studiach.
Nikt natomiast nie odniósł się do mojego postulatu zrewidowania zasad przyznawania stypendium socjalnego, które moim zdaniem jest konieczne.
Taka uwaga na koniec do Pani Małgorzaty: jeśli nie umie Pani brać udziału w tego typu dyskusjach to radzę po prostu dać sobie spokój. Odnoszenie się do mnie osobiście czy do mojej rodziny zamiast do moich argumentów, doszukiwanie się jakichś psychologicznych inklinacji dot. mojego życia prywatnego a prezentowanych przeze mnie argumentów jest poniżej poziomu.
Teksty że moi rodzice wyrządzili mi krzywdę dając mi nagrody za dobre oceny ?! raczej mnie bawią niż dotykają (co z pewnością miała Pani w zamiarze), szczególnie że pochodzą od osoby która wstydzi się podpisać się pod dyskusją własnym nazwiskiem.
3
masz 1 głos
Wizja szkolnictwa wyższego w Wielkiej Brytanii, przedstawiona prze Pana Miturę, na którą składa się elitarny Oksford i szkoły zawodowe w "terenie", jest nieprawdziwa. Wielka Brytania ma 40 uczelni w rankingu szanghajskim, z tego 11 w pierwszej setce. To nie są enklawy chodzących z głową w chmurach naukowców, którzy nie kalają się dydaktyką. To są normalne uniwersytety, na których kształci się na wszystkich poziomach studiów.
Również uczelnie zrzeszone w LERU są normalnymi uniwersytetami, a nie instytutami badawczymi, w których oprócz podstawowej działalności, dodatkowo prowadzi się jakieś studia. Na stronie LERU, w linku podanym przez Pana Zbigniewa czytamy, że są to uczelnie, które wyróżniaja się pod względem:
research volume, impact and funding, strengths in PhD training, size and disciplinary breadth, and peer-recognised academic excellence.
Czyli w swobodnym tłumaczeniu: prowadzą szeroko zakrojoną działalność badawczą o międzynarodowym znaczeniu, przyciągają finansowanie zewnętrzne w postaci grantów, prowadzą studia doktoranckie na wysokim poziomie. Są to duże uczelnie, o szerokim spektrum dyscyplin i potwierdzonej doskonałości akademickiej.
0
masz 1 głos
Pani Aleksandro,
nie chce wchodzić w Pani dyskusję z Panią Małgorzatą, bo faktycznie, jest mało merytoryczna, ale studia mają pewną odroczoną gratyfikację (nie wiem, czy to dobry termin, ale przy nim pozostanę) - w przyszłości skutkują najczęściej lepszą pracą. Im większy rozwój osobisty w czasie studiów, tym większe szanse na satysfakcjonująca pracę po nich. I nie tylko mowa tu o pensji, ale także o czystej satysfakcji (np. akademicy mają stosunkowo niskie pensje, ale czerpią ze swojej pracy satysfakcję).
"...gratyfikacją studenta za dobre oceny będzie przyszła pensja (?!) ponieważ pensja jest WYNAGRODZENIEM za wykonaną pracę, a nie za poprzednie osiągnięcia naukowe na studiach."
Faktycznie pensja to wynagrodzenie za wykonaną pracę, ale w zależności od rozwoju osobistego na studiach ta praca może być wyżej płatna (lub bardziej satysfakcjonująca).
A co do systemu stypendiów socjalnych, to musi się zmienić - widziałem niesamowite przypadki "bidnych" studentów z torbami Louis Vuitton.
Panie Sebastianie,
nie do końca czuję Pana koncepcję. Nie wiem, czy zmiana systemu finansowania zniszczy tą część kadry akademickie, która przekształciła się już w skostniałą grupę obrony własnych interesów. Nie mniej, życzę powodzenia UJ - choć i tak wiadomo, że UW było, jest i będzie zawsze lepsze ;P
heheh :)
Panie Sebastianie, Panie Zbigniewie,
a Pudelek?
2
masz 1 głos
Panie Zenku, cieszy mnie jedno, ze wszedl Pan na strony LERU i dowiedzial sie o tych 22 uczelniach. I to jest naprawde wazne. A to, ze Pan skrytykowal poglady, ktorych ja nie glosze, a ktore mi Pan przypisal, to jest w tym kontekscie naprawde rzecz drugorzedna. Jak pisalem wczesniej, poczatki sa zawsze trudne.
Panie Wojtku, nie wiem jak p.Sebastian, ale ja akurat "pudelka" to nie czytuje. Ale kto wie, moze pora zaczac? Ech, ile to jest rzeczy wartosciowych na swiecie, o ktorych sie nie wie.
-2
masz 1 głos
Re Zenek, 25.02.2010
W pelni popieram Pana zdanie. Osobiscie calkowicie nie zgadzam sie z zaproponowana w strategii definicja uczelni badawczych jako instytutow badawczych mogacych prowadzic tylko studia doktoranckie.
Polecam rowniez wypowiedz JMR Andrzeja Mani w czasie dyskusji nad strategia prof, Woznickiego w UJ 2.02.2010.
http://vmc.uj.edu.pl/viewerportal/vmc/video.do?eventId=497
2:40:43 "okrety flagowe nie wstydza sie dydaktyki lecz sie nia szczyca"
Re. Aleksandra Potrowska, 25.02.2010
Przepraszam jezeli moja uwage dotyczaca negatywnego wplywu rodzicow (w drugiej kolejnosci polskiej szkoly) na przyszly system wartosci studentow i spoleczenstwa, odebrala Pani ad personam. Nie taki byl moj zamiar, wiec przepraszam za ewentualna niezrecznosc i nieporozumienie.
Jednak dalej uwazam, ze wpajanie od malego komukolwiek, ze uczy sie "dla stopni", a tym bardziej stymulowanie checi do uzyskania dobrych stopni poprzez perspektywe nagrody rzeczowej/finansowej jest wychowawczo wysoce szkodliwe.
Rownoczesnie wyrazam nadzieje, ze jako osoba ceniaca sobie merytoryczna dyskusje siegnela Pani do wskazanego przeze mnie raportu i zapoznala sie z argumentami ekspertow OECD przeciwko systemowi stypendiow naukowych.
I tak przy okazji. Wsrod moich studentow sa osoby bardziej lub mniej zdolne, pracowite lub leniwe. Uzycie slowa "matol" w kontekscie do jakiegokolwiek studenta - nawet anonimowego - uwazam za absolutnie niedopuszczalne...
3
masz 1 głos
Pan Zenon,
Pan Wojciech,
Panie Zenonie, nie chciałem we wcześniejszych postach dyskutować koncepcji uniwersytetów brytyskich, które dość dobrze znam. Wyraźnie sformułowałem jednak swój protest wobec koncepcji tzw. uczelni badawczych. Ktoś coś gdzieś słyszał, ale nie bardzo rozumie, na czym to polega. Uniwersytety brytyjskie są wspólnotą uczonych i nauczanych. Wysoka jakosć badań skorelowana jest z bardzo dobrą dydaktyką, bo - jak się okazuje - te dwie rzeczy idą w parze. Oczywiście, niektórzy nobliści lekceważą dydaktykę, ale trudno im się dziwić, skoro większość czasu spędzają w samolotach. Jedno chciałbym jednak podkreślić: wszystkie uniwersytety z LERU są znakomitymi lub bardzo dobrymi uczelniami z misją dydaktyczną. I to nie jest przypadek, gdyż misja dydaktyczna to także zdobywanie narybku, który niezbędny jest do tego, by badania potem kontynuować. A teraz płynnie przechodzę do kwestii poruszonych przez Pana Wojciecha.
Przedstawiana przeze mnie wizja kładzie nacisk na to, czego głośno nikt nie chce powiedzieć: czas, by system akademicki dojrzał, wyrósł już z krótkich spodenek. Do tego niezbędna jest zmiana ustrojowa i presja ekonomiczna. A nade wszystko czytelny sygnał: macie swobodę w określaniu swojego statusu. Jeśli UJ nie zdecydowałby się na radykalne posunięcia w okresie przejściowym, zsunąłby się do poziomu trzeciorzędnej uczelni, której istotą byłoby drenowanie kieszeni najsłabszych studentów, co ma dziś miejsce w wielu kiepskich uczelniach państwowych i w niezwykle wysokim odsetku uczelni prywatnych.
Dzisiejsze szkolnictwo wyższe jest infantylne. Reguły rządzące tym światem są irracjonalne, a system kontroli rozmija się z rozsądkiem. Pierwszy przykład z brzegu: staram się o kartę parkingową przed moim instytutem, składam podanie i otrzymuję odpowiedź: trzeba być samodzielnym pracownikiem naukowym. Czyż ta konstatacja nie pokazuje, w jak infantylny sposób definiuje się rolę i miejsce członków wspólnoty akademickiej?
Źródłem infantylizmu jest brak autonomii. Pańśtwo dało piaskownicę (mury, stopnie, tytuły), rzuca zabawki (pieniądze) i mówi: bawcie się. Od czasu do czasu pogrozi palcem i zrobi srogą minę. Wtedy larum się podnosi w piaskownicy, bo przecież każde dziecko wie, że jak rodzic się denerwuje, to z tego mogą wyniknąć mało przyjemne konsekwencje.
Dzisiejsze szkolnictwo wyższe zasadza się na regułach, które z natury implikują protekcjonalność, paternalizm, koteryjność, uległość, konformizm, a więc w rezultacie infantylizm. Przypomina mi się słynna scena z "Ferdydurke", w której nicią przewodnią była demaskacja niedojrzałości, przede wszystkim pośród tych, którzy dawno powinni już dojrzeć.
A co do Pudelka. Hmmm. Muszę zrobić badania porównawcze nad semantycznymi własnościami języka (czy słowa uzywane w tzw. tekstach publikowanych na tych stronach, w ogóle coś znaczą i do czegoś się odnoszą), jakim posługują się te portale. Wtedy moją Żona nie będzie miała mi za złe, że mitrężę czas, zamiast słuchać jej relacji z pierwszej ręki.
Serdeczności,
SK
4
masz 1 głos
Popieram znakomite uwagi w pierwszym akapicie wypowiedzi Pana Sebastiana Kolodziejczyka (6.02.2010 00:10). W mojej skromnej opinii brak istnienia wspolnoty studentow i nauczycieli akademickich na wszystkich etapach procesu dydaktycznego to glowna przyczyna zapasci polskich uczelni a w konsekwencji polskiej nauki.
Dydaktyka jest zbyt czesto traktowana jako zlo konieczne, cos co nalezy "odbyc" jak najmniejszym wysilkiem by moc pozniej zamknac sie w swoim laboratorium i zajac "misja" czyli wlasna dzialalnoscia naukowa. Od czasu do czasu ktos "wpusci" za te zamkniete drzwi studenta studiow doktoranckich i glosno dziwi sie jak slabo jest on przygotowany (brak elementarnych wiadomosci i podstaw pomimo duzych zdolnosci i wysokiego ilorazu inteligencji) do prowadzenia nawet malo zaawansownej dzialanosci badawczej. Rownoczesnie nie widzi zwiazku ze swoim wlasnym stosunkiem do studentow i dydaktyki na studiach I i II stopnia, swoja nieobecnoscia w godzinach konsultacyjnych, ustalonych w terminach gdy studenci maja inne zajecia.
Od dawna stawiam teze, ze glowna przyczyna zapasci polskiej nauki to brak wlasciwego wypelniania misji edukacyjnej przez polskie uczelnie i niestety wlasnie przez te "czolowe", ktore pretenduja do bycia uczelniami flagowymi. Finanse i poziom kadry sa istotne ale jednak wtorne do kapitalu intelektualnego mlodych ludzi. Zgadzam sie Panie Sebastianie - bez narybku ryb miec nie bedziemy.
Przy okazji uwaga.
16 lutego ogloszono wynik przetargu (fiappl.info/2010/01/przetarg-publiczny.html) na
"Opracowanie kryteriów oceny jakości podstawowych jednostek organizacyjnych uczelni (KNOW) i procedur ich wyłaniania w zakresie ośmiu obszarów badań naukowych i kształcenia tj. nauk: humanistycznych, społecznych, ścisłych, technicznych, medycznych i o zdrowiu, przyrodniczych, rolniczych i leśnych oraz sztuki."
Wybrano oferte Uniwersytetu Jagiellonskiego!!!
Czy nie mamy tutaj do czynienia z klasycznym konfliktem interesow?
Stworzeniem mozliowsci ustawienia kryteriow "pod jednostki UJ"?
3
masz 1 głos
Mala korekta/uscislenie.
Zwrocono mi prywatnie uwage, ze w poscie 26.02.2010 00:07 wyrazilam sie nieprecyzyjnie piszac:
"Osobiscie calkowicie nie zgadzam sie z zaproponowana w strategii definicja uczelni badawczych jako instytutow badawczych mogacych prowadzic tylko studia doktoranckie. " gdyz nic takiego nie jest proponowane w strategii.
Reczywiscie w sposob nieuprawniony uzylam sformulowania instytuty badawcze w miejsce uczelnie akademickie. Jednak propozycja 7.47 (definicja uczelni badawczej) dopuszcza opisana przeze mnie sytuacje poprzez slowa MUSZA prowadzic studia III stopnia w kilku dziedzinach, a tylko MOGA prowadzic studia I i II stopnia.
To otwarta furtka na stworzenie "uczelni" badawczej poprzez polaczenie kilku instytutow badawczych PAN. Mam nadzieje w tej sytuacji, ze jest to tylko niedopatrzenie redakcyjne, a nie rzeczywista powazna propozycja. Zwlaszcza, ze jest to niezgodne z tabelka na str. 57 - Proponowana typologia uczelni.
4
masz 1 głos
Polecam artykuł prof. Wróblewskiego "Uniwersytet z przeceny" ("Wprost", nr 4/2010) udostępniony niedawno na portalu wprost24.
Są tam ciekawe refleksje na temat rankingów, w tym o źródłach wysokich pozycji UW i UJ (notabene, zdaję się że UWr pozycję w pierwszej 500 kilka lat temu zawdzięczał podobnemu mechanizmowi co UW - zaliczeniem przez Chińczyków do dorobku uczelni noblistów przedwojennych, w tym wypadku - Niemców).
Kilka cytatów:
====
"Inność i potęga uniwersytetów zagranicznych polegają właśnie na tym, że są one wielobranżowe. "
"Pojawiły się „potworki": uniwersytety przyrodnicze, pedagogiczne, ekonomiczne, medyczne, muzyczne itd. To nas nie tylko oddala od standardów światowych, lecz także naraża na śmieszność. Równie dobrze można by przemianować nasze licea na uniwersytety i zamiast matury nadawać doktoraty."
"Niektórzy ministerialni urzędnicy, a także znaczna część polskiego środowiska akademickiego nie wiedzą, że w USA nie ma ustawy o szkolnictwie wyższym, nie ma ministerstwa edukacji w polskim znaczeniu (Department of Education zajmuje się innymi sprawami, np. sprawozdawczością). I nie ma tam centralizmu, który wiąże ręce organom zarządzającym uczelnią i bardzo wydłuża wszelkie próby modernizacji."
"Zadaniem nauczycieli akademickich w USA jest nauczyć studentów. Zbyt masowe wystawianie ocen niedostatecznych oznacza, że wykładowca nie wypełnił swoich obowiązków. Zostaje ostrzeżony, a potem może być nawet zwolniony. "
"Stany Zjednoczone są krajem demokratycznym, ale tamtejsza dojrzała demokracja nie polega na tym – jak u nas – że o większości spraw mają się wypowiadać ciała zbiorowe, nie biorąc za to praktycznie żadnej odpowiedzialności. "
"Polską specyfiką jest nadawanie doktoratów również przez instytuty pozauczelniane – PAN i resortowe. To pozostałość dążenia do wprowadzenia w Polsce systemu obowiązującego w ZSRR, gdzie uniwersytety były od nauczania, a instytuty badawcze od prowadzenia badań. Na szczęście w Polsce nie udało się – jak na Węgrzech czy w Czechosłowacji – odebrać uniwersytetom prawa nadawania doktoratów."
"Zapytałem rektora uniwersytetu w Heidelbergu, jak mogą tam nadawać parokrotnie więcej stopni naukowych niż Uniwersytet Warszawski, uczelnia o niewiele mniejszym potencjale. Odpowiedział zdziwiony, że przecież w Heidelbergu i okolicy jest kilka mocnych instytutów Maksa Plancka, a wszyscy pracujący tam doktoranci otrzymują stopnie na uniwersytecie. Innego rozwiązania prawo niemieckie nie zna. "
"Jeśli chcemy gonić czołowe uczelnie amerykańskie, to należy ponadto przekształcić Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, tak aby nie wtrącało się do działalności przynajmniej najlepszych polskich uczelni. Trzeba też zlikwidować ustawę o szkolnictwie wyższym albo bardzo znacznie ją „odchudzić", aby nie przeszkadzała w rozwoju czołowych uczelni. Na wzór amerykański lub brytyjski można wprowadzić sprawne zarządzanie na uczelni, bardzo ograniczając „rozbuchaną demokrację". Powinno się także ograniczyć nadawanie stopni naukowych do uczelni wyższych,przy zachowaniu prawa promotorstwa dla pracowników instytutów pozauczelnianych. Wszystkie doktoraty w Polsce powinny być przypisywane wyłącznie uczelniom, jak jest niemal na całym świecie. Wreszcie muszą znacząco się zwiększyć nakłady na szkolnictwo wyższe i trzeba wprowadzić odpłatność za studia – przy jednoczesnym rozbudowaniu systemu stypendiów. "
I myśl chyba najważniejsza:
"O niekompetencji dyskutantów świadczy to, że przyczyny niepowodzeń upatrują tylko w niedostatku środków, a czasem wraca również zdanie, że to wszystko przez zbyt długą i trudną drogę kariery naukowej w Polsce. [...] W rzeczywistości chodzi o coś zupełnie innego. Od czołowych uczelni świata dzieli nas przepaść w dziedzinie prawa, zwyczajów i sposobu myślenia."
====
Wiele z problemów zasygnalizowanych przez prof. Wróblewskiego nie doczekało się w strategii E&Y nawet cienia refleksji. Niektóre, jak wzmocnienie roli PKA, idą wbrew jego opinii.
Prof. Wróblewski myli się tylko w jednym: kuriozalne standardy kształcenia zostały w całości opracowane i zaproponowane przez środowisko akademickie, ministerstwo nie zmieniło w propozycji Rektorów nawet jednego przecinka.
1
masz 1 głos
W rozważaniach o reformowaniu szkolnictwa wyższego brak odniesień do podstaw - czyli do szkolnictwa gimnazjalnego i licealnego. Proponuję uwzględnić informacje z blogu http://chetkowski.blog.polityka.pl/?p=949
1
masz 1 głos
Jeżeli chcemy realnie poprawić jakość kształcenia w szkolnictwie wyższym, podążajmy tą drogą - http://www.cf21.pl/pl/ ,a także tą - http://summer.latina.pedit.hio.no/ Dla mnie te inicjatywy stanowią realne rozwiązania, które mogłyby usprawnić szkolnictwo wyższe. Szkoda, że Strategia niczego podobnego nie proponuje.
1
masz 1 głos
Podstawa kazdego uniwersytetu jest..kadra./wykladowcy (wlasna i wizytujaca, np /http://www.wca.wroc.pl/artykuly/750/Profesor-Sobiesiak-we-Wroclawiu/)! Student ma miec zapewniony bezposredni kontakt z wykladowca/naukowcem/promotorem...na sali wykladowej/w laboratorium/na uczelni. Nikt jeszcze z tego nie zrezygnowal tam, gdzie ksztalca sie elity..."Ino myslec Panowie!' (Prof. K.Idaszewski,1946,PWr)
Tak sie zlozylo, ze w okresie lat 1970-75, mialem mozliwosc sluchac wykladow paru Profesorow, ktorzy sami uczyli sie chemii jeszcze we Lwowie/lub u przedwojennych profesorow/, przed 1939r (np. Prof. K.Pigon, Z. Skrowaczewska...). Jak dla mnie, wyklady z chemii fizycznej prof. K.Pigonia byly najlepsze i nie mialy sobie rownych, pod kazdym wzgledem, na moim bylym Wydziale! Nie znaczy to, ze pozostale byly zle lub nieciekawe...Chodzi tu o lidera/wykladowce, ktory ciagle byl w stanie utrzymywac wysoka jakosc i przestrzegal standardow efektywnego ksztalcenia na uczelni/w swojej jednostce ! Nie wiem jak jest dzisiaj, ale wtedy to, na cwiczeniach rachunkowych z glowych przedmiotow (matematyka/chemia) przed kazda sesja , prowadzacy zajecia rozwiazywali na tabilcy od reki wszystkie przyklady, ktore przygotowalismy i wybralismy dal nich/bo byly zbyt trudne dla nas/ z polecanych/wszystkich dostepnych wtedy ksiazek na rynku..! Co wiecej, Ci, ktorym sie nie powiodlo na kolokwiach, chodzili na dodatkowe zajecia (wieczorem/po zajeciach) aby nadrobic wszelkie zaleglosci. To bylo darmowe i obowiazkowe (jak i wszystkie wyklady/cwiczenia)... No tak, mature z matematyki musialo sie zdac, nie mowiac o egzaminie wstepnym na uczelnie...Tam, od razu, serwowano codziennie nam wiecej: na wyzszym poziomie matematyka i chemia!
To wszystko, co osiagnelismy do dzis, jako absolwenci PWr, mialo swoj dobry poczatek... na wykladach!
-1
masz 1 głos
Dyskusja jakoś siadła - czyżby wszystko już było jasne?
Konkretne problemy, które wskazałem w poprzednich postach doczekały się głównie minusów (nie wiem czy to negatywny stosunek do tych problemów, czy do posłańca, który o nich przypomina)
Postaram się pokazać, że nie wszystko jednak jest już jasne. W najnowszym numerze Polityki (10 z 6 marca) mamy artykuł Joanny Solskiej, Komu służy ekspert? Jest w nim sporo o tym, na co bezskutecznie starałem się w naszej dyskusji zwrócić uwagę. Otóż jest faktem, iż zachodnie realia naukowe, do których mamy dorównać, pełne są patologii. Wynika to z faktu, że nauka finansowana przez biznes, nauka starająca się wpasować w rynek, ogarnięta konkurencyjną rywalizacją działa (miedzy innymi) na zasadzie - kto płaci ten decyduje o kierunkach i wynikach badań, a dla kasy i zaszczytów zrobimy wszystko. Zwolennicy wzorów amerykańskich niech poczytają wspomniany artykuł i z ręką na sercu powiedzą, iż po reformach, które proponuje Strategia opisane w nim patologie nam nie grożą. Bo jeżeli takie ryzyko istnieje, to po co nam ta żaba? Po co reformy?
Jest jeszcze jeden problem - cytuję artykuł: "Rola partnera w firmie konsultingowej (mowa o ekspertach, naukowcach) jest ścisłe określona (...) Ma zdobyć dla swojej firmy klientów, którzy zapłacą za jej usługi (...) Wielka aktywność medialna kilku znanych ekonomistów służy właśnie temu. Mój rozmówca ma dostęp do informacji, o których nie wie czytelnik. Nie jest więc do końca przekonany, że teksty pokazujące na przykład tragiczny stan polskiej nauki dyktowane są tylko obywatelską troską popularnego ekonomisty. Po serii publikacji Ministerstwo NiSzW zamówiło w firmie doradczej, w której ich autor jest partnerem, strategię rozwoju polskiej nauki. W