Temat

6
komentarzy

W jaki sposób uczelnie poradzą sobie z silnym spadkiem liczby "tradycyjnych" studentów?

Według prognoz OECD i GUS do 2025 roku liczba tradycyjnych studentów w Polsce spadnie o ponad 40%, najsilniej ze wszystkich krajów OECD.

Możliwe są dwa skrajne scenariusze: albo szkolnictwo wyższe w dalszym ciągu będzie kształciło głównie tradycyjną grupę krajowych studentów albo zacznie oferować w znacznie większym stopniu swoje usługi w innych segmentach rynku (studenci zagraniczni, osoby w wieku powyżej 25 roku życia kształcące się w formule life-long learning).

Pierwszy wariant oznacza radykalne obniżenie liczby uczelni, przede wszystkim prywatnych i liczby wykładowców w wyniku spadku popytu, oraz w konsekwencji  prawdopodobne stopniowe obniżanie się wydatków na szkolnictwo wyższe (absolutne i w relacji do PKB), a co za tym idzie zaprzepaszczenie szans rozwojowych Polski. Drugi wariant stwarza szansę na realizację wizji Polski w której szkolnictwo wyższe staje się kołem napędowym gospodarki opartej na wiedzy.

Realizacja drugiego wariantu  wymaga podjęcia szeregu  decyzji strategicznych dotyczących modelu rozwoju usług sektora szkolnictwa wyższego. Dostępne prognozy wskazują na silny wzrost popytu na usługi sektora w wielu krajach rozwijających się, szczególnie w Azji. Jeżeli chcemy być obecni na tych rynkach, to musimy podjąć decyzję czy poprzez filie w innych krajach, czy poprzez ofertę lokalną dostosowaną do potrzeb mobilnych studentów z innych krajów, czy poprzez rozwój metod e-learningowych i partnerstwo z innymi uczelniami zagranicznymi. Będzie to wymagało znaczącej zmiany w programach nauczania, które muszą być globalnie konkurencyjne i prowadzone w języku angielskim (lub w marginalnej skali również w innych językach obcych).

A jakie jest Twoje zdanie?

Komentarze

Kliknij jeśli spodobał Ci się komentarz.

Kliknij jeśli uważasz, że jest miernej jakości.

1

oceń komentarz
masz 1 głos

Odniosę się do kilku tez zawartych w artykule "Zanim przyjdzie tsunami" - Gazeta Wyborcza z 27.11.2009, które wydają się kontrowersyjne.
Teza 1: Spadek liczby studentów doprowadzi do spadku procentowego udziału wydatków budżetu państwa na szkolnictwo wyższe w stosunku do PKB. A niby jaki to ma związek z potrzebą reform szkolnictwa wyższego? To będzie decyzja czysto polityczna. Mam obawy, że tak się stanie, ale nie z powodu kiepskiej jakoby jakości polskich uczelni, lecz z powodu nieskrywanej niechęci polityków do szkolnictwa, w tym wyższego (służę dowodami). Reformy niczego w tej sprawie nie zmienią. Mogę się założyć, że wzorem szkolnictwa ogólnokształcącego pojawi się następujący mechanizm: wobec malejącej liczby studentów zmniejszy się nakłady na edukację. Polskich polityków nie stać na inną możliwą decyzję - korzystamy z niżu demograficznego i wprowadzamy rozsądniejsze standardy - np. mniejsze grupy ćwiczeniowe, więcej zajęć laboratoryjnych w stosunku do wykładów, mniejszą liczba seminarzystów na jednego profesora itp. Tak decyzja w sposób ewidentny poprawiłaby jakość kształcenia bez zwiększania nakładów (ale także bez ich zmniejszania). Niestety, nie ma co na taką decyzję liczyć - sytuacja w szkolnictwie podstawowym, gimnazjalnym i średnim (tam dotarł już niż demograficzny) niezbicie tego dowodzi.
Teza 2. Ratunkiem dla polskich uczelni byłaby mądra polityka imigracyjna. A czy takowa jest możliwa? Przykład Francji, Wielkiej Brytanii i Holandii nie jest zachęcający. Jak spowodować, by w Polsce osiedlali się wyłącznie obcokrajowcy intelektualnie nadający się do studiów wyższych, a potem do pracy w nowoczesnej (ale na terenie Polski) gospodarce? Jak zabezpieczyć się przed tymi, którzy nie zechcą się integrować i stworzą niebezpieczne getta?
Teza 3. Wyjściem z niżu demograficznego mogą być studia dla obcokrajowców, a polskie uczelnie raczej nie oferują programów w językach obcych. A czy uczelnie masowo oblegane przez Chińczyków i Hindusów oferują programy w językach innych niż angielski w USA i Wielkiej Brytanii a francuski we Francji? Z tego co wiem, to od kandydatów na studia wymaga się opanowania języka urzędowego państwa, w którym działa dana uczelnia. Polacy we Francji studiują po francusku, a nie po polsku. Jako, że angielski jest masowo nauczany w Chinach i Indiach, to absolwenci tamtejszych szkół mogą zasilać amerykańskie i angielskie uniwersytety. Niestety polskiego nie uczą się. Powie ktoś - możemy w Polsce wprowadzić studia wyższe po angielsku, ale powstaje pytanie - czy ewentualne koszty, w tym cywilizacyjne i kulturowe (deprecjacja języka polskiego, polskiej kultury) warte są spodziewanych zysków? Wątpię.
Teza 4. Uczelnie zachodnie kształcą lepiej niż polskie. A może jakieś dowody? Tak często słyszę powyższą tezę z ust polityków, biznesmenów i dziennikarzy, że zainteresowałem się danymi, które mogłyby ją potwierdzić. We wszelkich rankingach nie znalazłem podstawowego kryterium - edukacyjnej wartości dodanej (różnicy pomiędzy kompetencjami studenta zaczynającego i kończącego naukę w danej uczelni). Skoro mówimy o zjawisku ze sfery dydaktyki (jakość kształcenia) to dlaczego pomijamy podstawowy parametr, który według dydaktyki pozwala ocenić jakość kształcenia? Bez powszechnych badań edukacyjnej wartości dodanej nie można mówić, że jakaś uczelnia kształci lepiej lub gorzej. Wszelkie inne parametry nie pozwalają na uczciwe ocenianie jakości kształcenia.

Zbigniew Osiński, 27.11.2009 10:52 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

Dziękuję za komentarz, w punktach 1-3 pełna zgoda, wyzwania są olbrzymie i trudno będzie sobie z nimi poradzić, ale jezeli bariera językowo-kulturowa uniemozliwia zwiększenie liczby zagranicznych studentów, to trzeba postawić na LLL.
W czwartym punkcie też zgoda, rankingi uwzględniają przede wszystkim badania, a w mniejszym stopniu efekty kształcenia. Jednak opinie pracodawców o kompetencjach absolwetów są bardzo złe, co wskazuje, że mamy poważny problem. Nasza diagnoza (będzie niedługo opublikowana) pokazuje, że struktura absolwentów jest niedopasowana do realiów, co jest drugim argumentem uzasadnijącym niską jakość kształcenia (uczymy słabo i nie tego co trzeba).

Krzysztof Rybinski, 2.12.2009 13:32 | zgłoś nadużycie

1

oceń komentarz
masz 1 głos

Panie Profesorze, w pelni sie z Panem zgadzam. Komentarz Pana Zbigniewa niestety wydaje sie niestety oparty glownie na irracjonalnych lekach. Prawda jest bolesna, mialem okazje studiowac na jednym z najlepszych polskich uniwersytetach pozniej wyjechalem do UK gdzie kontynuowalem nauke na dwoch fakultetach na dobrym brytyjskim universytecie (w pierwszej setce rankingow swiatowych) Niestety wrazenia sa niedobre dla Polski, musze zaznaczyc ze sam nie wiem co znaczy jakosc nauczania jest to wyznacznik nieco trudny do skwantyfikowania, natomiast moge jasno stwierdzic ze w moim odczuciu, studia w UK sa duzo bardziej stymulujace intelektualnie. W Polsce bylem ofiara Pani Profesor Zwyczajnej, ktorej wyklady polegaly na odczytywaniu slowo w slowo rozdzialow podrecznika z 1968 roku. Czy tak ma wygladac "porodukt edukacyjny" ktory sprzedamy zagranicznym studentom? Czy ktos przy narmalnych zmyslach chcialby zaplacic za cos takiego chociaz zlamany grosz? Za cos co nie tylko jest marnej jakosci to jeszcze ma slaba marke na rynku...Glowna przyczyna slabosci polskiego szkolnictwa jest jakosc kadry akademickiej. Dopowiem cos czego Pan Panie Profesorze nie dopowiedzial, glownym problemem we wprowadzeniu jezykow obcych jako jezykow nauczania w Polsce jest fakt ze niewielu nauczycieli akademickich byloby w stanie poprowadzic wyklad badz cwiczenia w obcym jezyku. Twierdzenie ze jakoby wprowadzenie jezykow obcych jako jezykow nauczania doprowadziloby do deprecjacji jezyka polskiego jest wziete z sufitu. W Holandii kraju o duzo mniejszym od Polski glownym jezykiem wyladowym jest j. angielski i jakos nikt nie drze szat z tego powodu. Zauwazylem ze Pan Profesor jest zwolennikiem life long learning, zgadzam sie Panem znaczenie nauczania dla doroslych jest stanowczo niedoceniane w Polsce

nico, 6.12.2009 01:16 | zgłoś nadużycie

0

oceń komentarz
masz 1 głos

Panie Zbigniewie,

ad1) rzeczywiście, byłoby dobrze, gdyby co najmniej utrzymano dotychczasowy poziom przy zmniejszonej liczbie studentów.

ad2) podzielam obawy, choć tu rozwiązaniem mógłby być model kanadyjski. Punkty dla potencjalnych imigrantów przyznawane w zależności od ich wieku, wykształcenia, dochodów, itp.

ad3) tu najlepszym komentarzem są słowa nico - (...)Glowna przyczyna slabosci polskiego szkolnictwa jest jakosc kadry akademickiej. Dopowiem cos czego Pan Panie Profesorze nie dopowiedzial, glownym problemem we wprowadzeniu jezykow obcych jako jezykow nauczania w Polsce jest fakt ze niewielu nauczycieli akademickich byloby w stanie poprowadzic wyklad badz cwiczenia w obcym jezyku. Twierdzenie ze jakoby wprowadzenie jezykow obcych jako jezykow nauczania doprowadziloby do deprecjacji jezyka polskiego jest wziete z sufitu. W Holandii kraju o duzo mniejszym od Polski glownym jezykiem wyladowym jest j. angielski i jakos nikt nie drze szat z tego powodu(...)
Gros naszej profesorskiej kadry - czyli tej de facto podejmującej decyzje co do rozwoju uczelni, absolutnie nie poradziłaby sobie w prowadzeniu zajęć w języku angielskim.
Zaś w sytuacji, w której praktycznie wszystkie liczące sie publikacje i badania są w tym języku - to z góry stawia nasze kształcenie na z góry skazanej na porażkę pozycji.

ad 4) co do jakości, to podam przykład. Jeśli na Uczelni na której pracuję, na 22 tysiące studentów przypada 1000 osób kadry naukowej, (z czego ponad połowa wykłada jeszcze gdzie indziej) a na uczelni angielskiej, gdzie miałem przyjemność na 20 tysięcy było tej kadry 4500 osób, to proszę mi powiedzieć - gdzie poświęca się więcej czasu studentowi?
Gdzie on może się bardziej rozwinąć?

Z wyrazami szacunku
A.

Arkadiusz J.Stawicki, 10.12.2009 15:52 | zgłoś nadużycie

1

oceń komentarz
masz 1 głos

Rozważmy pierwszy wariant, czyli że faktycznie prognozy są właściwe. Nie doczytałem jakie autorzy tych prognoz podają przyczyny, bo wtedy by można sie zastanawiać czy jest zasadność interwencji kierowanej bezpośrednio na te przyczyny, ale jak rozumiem w tym miejscu raczej skupiamy się na wyjściu z kryzysu szkolnictwa wyższego uznając że te przyczyny są nieuknionie. Choć szczerze powiedziawszy akurat przyczyna najbardziej trudna do przezwyciężenia czyli demografia, nie jest (nie powinnio być) moim zdaniem tutaj największym problemem.
Na samym początku chciałby przypomnieć jak się sprawy miały z niżami demografficznymi w szkolnictwie podstawowym i średnim, bo przecież to jest jakaś baza doświadczenia dla nas, przynajmniej w tym krótkotermimowym widzeniu. Otóż gdy za moich czasów klasy były przepełnione, nauczyciele wprost mówili, że niski poziom trwałej wiedzy absolwentów, a także co chyba ważniejsze świadomości społecznej ale i emocjonalnej, wskazywali na winnego całej sytuacji właśnie zbyt liczne klasy. I co mieli obiecywane, mieli obiecywane, że w prztyszłość jaki wjedzie niż klasy zostaną zmiejszone. Niestety rzeczywostość była taka, że nauczycieli zwalniano pod pretekstem braku uczniów, a przepełnienie jak było tak zostało. Więc coś na ten temat, jako młody absolwent uniwersytetu wytrzymałem zaledwie kilka miesięcy będąc nauczycielem. Przeludnienie jest w prostej linii przyczyną anonimowości, która powoduje, że ani zapanowanie nad grupą, ani wychwycenie indywidualnych predyspozycji młodych ludzi nie jest możliwe. I jeśli popatrzymy przez ten pryzmat na uczelnie wyższe, nie należy płakać nas spadkiem liczby studentów, bo będzie to powodować podniesienie poziomu nauczania. Dajmy spokój z budowaniem auli na 300 miejsc, bo to jest dobre na konferencje, a nie na deydaktykę.
Na marginesie, jak to jest że w Stanach Zjednoczonych jest tak, że wykładowca ma 2-3 dni w tygodniu 5-cio dniowym przeznaczone na zajęcia dydaktyczne, a u nas pracują od świtu do nocy, w weekendy i nie wiadomo jeszcze kiedy. Dlaczego to jest taki wielki problem robiony z demografii ? Dlaczego nie wykorzystać tej tendencji do uleczenia szkolnictwa wyższego ? Nie znajduję odowiedzi. Uczelnie powinny istnieć nawet w kraju, w ktorym studiuje garstka zapaleńców - to chyba jest oczywiste !!!

Innym problemem jest to w jaki sposób uczelnie wyższe wychodzą na przeciw potrzebom ludzi, któryz chcą się rozwijać. Bo ja uważam, że potrzeby są ogromne, a uczelnie z tego nie korzystają. Zapraszam na stronę SGH z ofertą studiów podyplomowych, ktora jest w zasadzie kompromitacją. Ale to tylko organizacyjna strona medalu. Do tego dochodzi jeszcze kwestia ograniczonego wyboru kierunków czy odwoływania z powodu małej ilości chętnych (vide wywód powyżej). Żyjemy w czasach gdy promuje się i mierzy life-long learning, i faktycznie gdyby ten termin spróbować zracjonalizować i nieco odchudzić z propagandowego wydźwięku, to jest to wlaściwe miejsce dla działalności uczelni wyższych. Studia podyplomowe powinny wypierać np. rynek szkoleń, rozbuchany tak w naszym kraju, m.in. ze względu na programy unijne, jest miejscem gdzie widziałbym rolę uczelni - przecież coraz częściej mówi się o zatrważającej jakości i kompletnej nieprzydatności większości tych szkoleń (gdzie liczy się tylko papier w CV). Gdzieś tutaj wolny rynek nie działa, z punktu widzenia uczestnika oraz pracodawcy są to darmowe szkolenia, więc pewnie wymagania wysokie nie są.

tangerine, 30.01.2010 13:10 | zgłoś nadużycie

1

oceń komentarz
masz 1 głos

Mała uwaga do pana nico - grzeczność wymaga, by krytykując cudze poglądy przedstawić się imieniem i nazwiskiem (prawdziwym).
Zwrócę uwagę na jeden cytat z wypowiedzi pana nico - "Glowna przyczyna slabosci polskiego szkolnictwa jest jakosc kadry akademickiej. Dopowiem cos czego Pan Panie Profesorze nie dopowiedzial, glownym problemem we wprowadzeniu jezykow obcych jako jezykow nauczania w Polsce jest fakt ze niewielu nauczycieli akademickich byloby w stanie poprowadzic wyklad badz cwiczenia w obcym jezyku. Twierdzenie ze jakoby wprowadzenie jezykow obcych jako jezykow nauczania doprowadziloby do deprecjacji jezyka polskiego jest wziete z sufitu. "
1. Jaki ma pan dowód na to, że główną przyczyną słabości polskiego szkolnictwa jest jakość kadry akademickiej? Oczywiście mam na myśli dowód w sensie naukowym, a nie pańskie przygody z panią profesor.
2. Obawy o rozwój języka polskiego i szerzej polskiej kultury nazywa pan wziętymi z sufitu. Proponuję, przed dalszą wymianą argumentów, by poczytał pan trochę prac z historii Polski i powszechnej. Zwłaszcza tych dotyczących formowania się narodowości, alienacji elit, wynarodowienia, to wtedy podyskutujemy. Dodam tylko, że obawy o język i kulturę polską podziela wielu humanistów. Jeżeli chodzi o stosunek do angielskiego jako wykładowego, to zdecydowanie opowiadam się za polityką Francji i Niemiec, a nie Holandii. Jak ktoś chce studiować we Francji to ma się nauczyć francuskiego i koniec. Czy my jesteśmy gorsi, czy nasz język zasługuje na mniejszy szacunek niż francuski? Czy pieniądze zagranicznych studentów są ważniejsze niż obowiązek elit dbania o rozwój języka i kultury? Natomiast czym innym jest znajomość angielskiego w celu czytania angielskojęzycznych publikacji naukowych - w tej sprawie sytuacja jest jasna, czytać należy, najnowsze wyniki badań znać należy. Również w niejednej (ale nie koniecznie każdej) dyscyplinie naukowej publikować należy raczej w czasopismach angielskojęzycznych. Z tym, że należy wyraźnie rozdzielić dwie sprawy - znajomość angielskiego i prowadzenie zajęć po angielsku. To pierwsze przydatne, to drugie, zwłaszcza na masową skalę, w dłuższej perspektywie może być groźne dla narodu (rozumiem, że nie dla każdego naród to jest wartość, ale dla mnie jest).

Zbigniew Osiński, 30.01.2010 17:50 | zgłoś nadużycie

Dodaj komentarz:

CAPTCHA image